czwartek, 21 maja 2015

Dlaczego nigdy nie zrecenzuję książki Michalak

Dawno mnie nie było. Naprawdę dawno. Ale przychodzi taki moment, że czara się przelewa, człowiek ma dość i musi znowu zacząć paplać. Czy też blogować.

I ten moment nadszedł. Tak, jestem sfrustrowana.

Obecnie mam dość Michalak. Michalak na blogach recenzenckich, Michalak w analizatorniach - ogólnie, w internietach. Pojawia się pytanie: skoro nie ma o czym dyskutować, to dlaczego dyskutujemy? Ci, którzy wiedzą, że to słaba literatura, wiedzą i nie trzeba ich przekonywać. Ci, którzy nie dają się przekonać (bo jednak ta pani ma wierną rzeszę czytelników), na pewno nie zmienią zdania po przeczytaniu czegoś takiego. Nie od dziś wiadomo, jak wspomniana autorka reaguje na krytykę. O to chodzi? O to, żeby oberwać bluzgiem, a potem móc się z tym obnosić i lansować na bazie dzielnie przyjętych na klatę i - och! - jakże niespodziewanych ciosów?

Inna sprawa, że w ogóle nie lubię analizatorni, czytania na żywo i recenzji pisanych z nastawieniem gnojącym. Owszem, kiedyś je czytałam. Nie jakoś namiętnie, ale czytałam i dziś mogę tylko uderzyć się w pierś. Bo to jednak jest forma podłej rozrywki ubranej w yntelygenckie szaty. Ale - po zdjęciu masek - zostają tylko zwyczajne igrzyska. Ta sama, choć ucywilizowana, radość z czyjejś porażki.

Więc nie, nie będzie żadnych recenzji Michalak, to mogę obiecać. Nie będzie igrzysk.

6 komentarzy:

  1. No ale właśnie jest o czym dyskutować, bo to przecież, jakby nie patrzeć, fenomen ;)

    I osobiście nie widzę niczego złego w podłej rozrywce. Podła literatura, to podła rozrywka :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Hum hum... mam tylko nadzieję, że tym razem nie umilkniesz znów na iks lat i będziesz tu paplać dalej :P

    A do tematu:
    Myślę, że za poważnie podchodzisz do sprawy - a nie sądzę, żeby w pastwieniu się nad Michalak czy innymi autorami w takich na przykład analizatorniach chodziło o jakieś strasznie poważne rzeczy. To rozrywka - yup, niska rozrywka. Ludzie lubią niską rozrywkę, bo jest niewymagająca. Cudze "nieszczęście" (biorę w cudzysłów, bo c'mon, takiej Michalak tu żadne nieszczęście nie spotyka przeca, ale mam nadzieję, że wiemy, o co chodzi) bawiło jak świat światem i będzie bawić. Wszystkich - blogerów i nieblogerów. Wyjątki pozostaną wyjątkami. :)
    A czy blogerzy uważają się za kogoś lepszego i stawiają się ponad innych? Nie wiem. Niektórzy pewnie tak, ale nie sądzę, żeby to było prawidłowością. Wydaje mi się, że w analizach (przy czym mówię tu o analizatorniach, które znam i czytuję, bo wylęgło się tego sporo, natomiast większość z nich jest równie słaba jak analizowane opowiadania i ich moja wypowiedź nie dotyczy) nie chodzi o opozycję lepsza ja - gorszy autor, a o to, o czym pisałam: niską rozrywkę. Taki intelektualny slapstick.

    Ot, randomowa anegdotka z mojego własnego blogowania: pisałam sobie o filmach/książkach fajnych i mniej fajnych. A zdarzyło się, że napisałam o czymś totalnie ujowym. Raz, że to był wówczas najpopularniejszy post. Dwa, że miałam wprost wyrażone życzenie, żebym recenzowała więcej szitu. xD
    Bo ludzie nie chcą się ukulturalniać, chcą zabawy. Yup, podłej i niskiej. Chcą igrzysk. :)

    A już zupełnie innna sprawa, że ja analizatornie lubię jeszcze za dodatkowy element - dydaktyczny. xD Nie, nie twierdzę, że analizatorzy właśnie taki mają cel - że chcą uczyć i bawić. Ale ja - całkiem prywatnie i wogle - zawsze staram się czytać te analizy na tyle czujnie, żeby wyłapać, czy obśmiewanych rzeczy sama gdzieś nie wtryniłam. Jeśli tak, to lecę czytać swój tekst i sprawdzam, czy przypadkiem nie napisałam czegoś, czego powinnam się wstydzić ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Człowiek-trołp: No problem w tym, że żadnej analizy problemu nie ma. Jest uznana przez pół internietów teza. I tyle. Cała dyskusja ogranicza się do: Ło matko, jakie to beznadziejne, a potem opcjonalnie dołącza paczajcie, jak się dla was poświęcam, żebyście nie musieli tego robić, które wkurza mnie chyba najbardziej. Może, gdyby... Tak, taka analiza zjawiska byłaby przydatna i ciekawa. I byłaby dyskusją na jakiś temat. No a tak... Nie, taka rozrywka mnie nie jara :/ No, tu tylko tyle - nie jara. Ale fakt, że parają się tym ludzie, którzy aspirują do prowadzenia opiniotwórczych blogów, wręcz mnie obrzydza. Nie, żebym lubiła blogosferę, ale fakt, że jakiegoś zjawiska nie lubię, nie oznacza, że nie mogę wymagać deklarowanego poziomu.

    Fraa: może i poważnie, może nawet za poważnie, ale mechanizm jest dosyć czytelny. Czy Michalak byłaby tak popularna, gdyby nie interniety? Szczerze wątpię. Byłaby autorką swojej wiernej grupy czytelników. Wielu nie usłyszałoby o niej nawet słowa, bo nie podeszłoby do właściwej półki w księgarni. Stara dobra zasada głosi, że nieważne, jak mówią, byleby mówili. I tak Michalak trzepie kasę, Literackie trzepie kasę, a wszystko to także dzięki rzeszy "oburzonych", że jak to możliwe, że to się sprzedaje. No właśnie tak się sprzedaje.

    Inną sprawą jest moje podejście do recenzji jako takiej i po prostu nie widzę sensu w pisaniu wciąż tego samego i jedynie prześciganiu się, kto zrobi to bardziej ironicznie, ostrzej, czy co tam jeszcze. Michalak jest teraz trochę jak Mamba, nie?

    OdpowiedzUsuń
  4. Wspomniałaś w notce też o blogach recenzenckich, a one jak najbardziej rozpoczynają dyskusje i analizują problemy ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie sądzę, żeby na analizach i prześmiewczych reckach faktycznie coś zarobiła. Owszem, ludzie (mówię o osobach spoza grona jej fanów) znają jej nazwisko, ale myślisz, że ktoś kupił książkę na zasadzie "ahaha, bo Samuraj tak na to narzekał, kupię i przeczytam"? I że to było znaczące grono? :)

    Po mojemu, Michalak to moda - tak samo jak Zmierzch czy Grej. Za parę miesięcy pewnie ukaże się coś innego, żeby się z tego śmiać. :) (i mam nadzieję, że nie będą to Szepty ani Splątek xD )

    OdpowiedzUsuń
  6. Człowie-Trołp: no właśnie ja się z taką analizą nigdzie nie spotkałam :/ Wdzięczna będę za ewentualnego linka, przy czym nie uznaję za analizę rzuconego w tłum pytania i dyskusji, bo ze strony recenzującego to mały wysiłek.

    Fraa: no nie, też nie sądzę, żeby to było aż takie proste, ale jednak - kiedy stajesz przed półką i wybierasz między dwoma podobnymi książkami, z czego jedną napisał ktoś zupełnie nieznany, a drugą, ktoś nieznany, ale o jakoś znajomo brzmiącym nazwisku, to cóż? Większość ludzi sięgnie po tę drugą, bo tak działa reklama książki - ważne, żeby gdzieś się o uszy/oczy obiło. No i nic tak nie jednoczy, jak wspólny wróg, nie? I z tymi modami to tak, przychodzą, odchodzą, ale ta ciągnie się już ładnych parę lat i zaczyna mi odbijać potężną czkawką.

    I nie, nie sądzę, żeby to były Szepty albo Splątek :3

    OdpowiedzUsuń