piątek, 22 maja 2015

Twoja sprzątaczka nie jest twoją służącą

Cała historia w dużym skrócie - jak wisi w informacjach o mnie, jestem z wykształcenia polonistą i pracuję jako redaktor, czasem korektor. Jakkolwiek pracę tę uwielbiam, sposób rozliczania powoduje, że nigdy nie mogłam być pewna, jak będę stała finansowo w danym miesiącu. A takim człowiekiem jestem, że kiedy nie mam pewności, to się sypię. Więc szukałam czegoś małego na boku, ot, żeby zarobić na rachunki, mieć tę stałą kwotę co miesiąc. Z wielu różnych względów padło na sprzątanie. I się zaczęło...

A sprzątanie między innymi dlatego, że zwyczajnie to lubię. Czyścić, porządkować, oglądać efekty swojej pracy. To mnie odpręża, a czasem pozwala rozładować trochę negatywnych emocji. Nie ma też co ukrywać, że praca redaktora równa się siedzeniu, siedzeniu i jeszcze raz siedzeniu, cały czas przed monitorem albo wydrukami, nie zawsze w zdrowej pozycji. Po jakimś czasie człowiek zaczyna to odczuwać, a zatem ruch był dla mnie mocno wskazany. Jakby tego było mało, jestem rannym ptaszkiem, a to praca, którą wykonuję przed otwarciem sklepów, czyli - lekko licząc - przed dziesiątą jestem z powrotem w swojej Oborze, popijam kawę i mam resztę dnia dla siebie. Dużo, dużo zalet.

I właściwie jedna wada - ludzkie podejście.

Jeśli jesteś sprzątaczką, jesteś życiowym nieudacznikiem. Tak można je właściwie streścić. Tu muszę oddać sprawiedliwość wielu osobom, bo w różnych sklepach (odzieżowych) się było i zdarza się, że jest całkiem sympatycznie. Ostatnio nawet bardzo sympatycznie, bo wreszcie dobrze trafiłam. Wówczas, nawet jeśli wymagania wykraczają poza tak zwane i ściśle określone standardowe usługi, pracuje się zwyczajnie dobrze. Zawsze można się w końcu dogadać, a jak się człowiekowi chce, to sam dba o swoje poletko znacznie efektywniej. W poście tym bowiem nie chodzi wcale o to, że nie zdawałam sobie sprawy z faktu, że czasem się w tej pracy człowiek spoci. O, nie. Lubię, naprawdę lubię czuć, że mam wysoko zawieszoną poprzeczkę i uczciwie zarobiłam na to, co dostaję. Nie boję się wysiłku, wysiłek daje mi poczucie sprawiedliwości. Ale wkurza mnie potwornie przypinanie łatek i pogarda.

Bo serio - co to znaczy, że ktoś jest sprzątaczką? Ot, tyle, że zarabia sprzątaniem, prawda? Niczego to nie mówi o tym, jakim jest człowiekiem. A spotkałam już różnych ludzi, jak wszędzie. Mądrych, głupich, młodych, starszych, pracowitych, leniwych, ambitnych i biernych. Miłych i niemiłych. Takich, którzy się do tego nadawali, i takich, którzy zwyczajnie powinni szukać szczęścia gdzieś indziej, bo - to może zaskakujące - zawód wymaga pewnych predyspozycji, jeśli chce się go wykonywać dobrze. Tymczasem nagminne są chamskie odzywki, naburmuszony ton, zwroty typu "niech mi tu", czepialstwo mające na celu jedynie podbudowanie sobie ego, jawne traktowanie jak potencjalnego złodzieja albo uwłaczająca pobłażliwość. Sama doświadczyłam między innymi śledzenia w celu przyłapania na niedociągnięciu czy wyzywania od chamów, bo śmiałam się odezwać podczas pracy. Pewna pani (zresztą wykształcona, bardzo pracowita) została potraktowana obcesowo już po rewizji, która kończy pracę - od tej chwili, jeśli zostajemy w sklepie, mamy status klienta. Na szczęście nie jest to osoba, która da sobie w kaszę dmuchać, więc było, o czym potem posłuchać ;)

Więc - pytanie retoryczne - co naprawdę czyni człowieka? Zawód, jaki wykonuje, czy szacunek do innych i zwykła kultura osobista? Taki mały apel, żeby pamiętać, że jeśli ktoś zbiera po Tobie śmieci, to nie znaczy, że sam jest śmieciem. I tyle ;)

czwartek, 21 maja 2015

Dlaczego nigdy nie zrecenzuję książki Michalak

Dawno mnie nie było. Naprawdę dawno. Ale przychodzi taki moment, że czara się przelewa, człowiek ma dość i musi znowu zacząć paplać. Czy też blogować.

I ten moment nadszedł. Tak, jestem sfrustrowana.

Obecnie mam dość Michalak. Michalak na blogach recenzenckich, Michalak w analizatorniach - ogólnie, w internietach. Pojawia się pytanie: skoro nie ma o czym dyskutować, to dlaczego dyskutujemy? Ci, którzy wiedzą, że to słaba literatura, wiedzą i nie trzeba ich przekonywać. Ci, którzy nie dają się przekonać (bo jednak ta pani ma wierną rzeszę czytelników), na pewno nie zmienią zdania po przeczytaniu czegoś takiego. Nie od dziś wiadomo, jak wspomniana autorka reaguje na krytykę. O to chodzi? O to, żeby oberwać bluzgiem, a potem móc się z tym obnosić i lansować na bazie dzielnie przyjętych na klatę i - och! - jakże niespodziewanych ciosów?

Inna sprawa, że w ogóle nie lubię analizatorni, czytania na żywo i recenzji pisanych z nastawieniem gnojącym. Owszem, kiedyś je czytałam. Nie jakoś namiętnie, ale czytałam i dziś mogę tylko uderzyć się w pierś. Bo to jednak jest forma podłej rozrywki ubranej w yntelygenckie szaty. Ale - po zdjęciu masek - zostają tylko zwyczajne igrzyska. Ta sama, choć ucywilizowana, radość z czyjejś porażki.

Więc nie, nie będzie żadnych recenzji Michalak, to mogę obiecać. Nie będzie igrzysk.