niedziela, 28 października 2012

Vatran Auraio - nadal nie wiem, co napisać

(źródło)
 Powieść Marka S. Huberatha (a właściwie nie powieść, ale o tym zaraz) przeczytałam już dawno temu. Ale długo walczyłam z recenzją. Miałam jej już dość sporo, potem zarzuciłam sprawę, teraz postanowiłam wrócić - zupełnie na chłodno. Myślałam, że będzie mi łatwiej, ale nie jest. Nadal nie wiem, co sądzić.

Na początek przyznam się szczerze, że nie doczytałam. Ale to nie jest aż takim problemem, jak mogłoby się wydawać, ponieważ Vatran Auraio to nie powieść, a zbiór opowiadań, z czego największe i pierwsze jest właściwe to tytułowe. I to o nim mogę pisać. Umówmy się więc, że to nie tyle post o książce, co o tym konkretnym tekście. Ale też o przedstawionym uniwersum.Wbrew nowej świeckiej tradycji nie będzie też cytatów, bo egzemplarz, z którego korzystałam, już niemal rok temu wrócił na biblioteczną półkę. Zamiast tego będą ilustracje umieszczone wewnątrz - bardzo ciekawe.

Więc do dzieła

I nie wiem - naprawdę nie wiem - co powinnam napisać o tej książce. Problem polega na tym, że autorowi żadną miarą nie można odmówić ambicji czy poważnego podchodzenia do fantastyki - wręcz przeciwnie. Huberath snuje wizję świata tak obcego i jednocześnie wewnętrznie spójnego, że można sobie jedynie wyobrażać ile wysiłku i czasu kosztowało go sprawienie, by czytelnik mógł się cieszyć takim jego dopracowaniem. Zresztą pewne pojęcie o tej kwestii dają daty umieszczone na początku i końcu tekstu. Z drugiej jednak strony z każdym kolejnym akapitem coraz wyraźniej widać, jak go ta wizja przytłacza i pożera - niczym kolejne pasożyty mieszkańców Matcinej Dolany. Obserwowanie tego jest dla czytelnika bardzo trudne i przykre. Aż człowiekowi wstyd, że przez kolejne karty tekstu brnie z tak wielkim i wciąż rosnącym oporem. Świat przedstawiony zaczyna go bowiem odpychać nie tylko w ramach literackiej kreacji - wszak jest brutalny, wyzuty z nadziei i dosłownie morderczy - ale też zwyczajnie i po ludzku, bo kolejne wydarzenia coraz mniej go obchodzą.

A o co tu chodzi?

Pomysł wyjściowy jest wręcz genialny w swej prostocie i otwierający przed twórcą olbrzymie możliwości - oto mamy porzuconą kolonię na obcej człowiekowi planecie. Od lat zapomniana, ulega stopniowej degeneracji, by wreszcie zamienić się w maleńką wioskę, której mieszkańcy nie wiedzą nawet, jak się tu znaleźli. W tym ekosystemie są niejako ciałem obcym, powoli przez niego wchłanianym. Odbywa się to - rzecz jasna - ze szkodą dla samego człowieka. Jego ciało nękają kolejne pasożyty i choroby, przed którymi nie potrafi się bronić. Zmiany anatomiczne powodują, że kobiety nie są w stanie normalnie rodzić i spłodzenie kolejnego pokolenia mieszkańców doliny wymaga ofiary obu rodziców. Szerzy się pijaństwo, a czas wyznaczają rytuały związane z życiem i śmiercią. Zresztą świat poza wioską jest jeszcze mniej przyjazny i zabija szybciej, choć trzeba tam wyruszać, choćby po to, by wypasać wielkie, dające mleko zwierzęta. Czytelnik obserwuje upadek tej zamkniętej, małej społeczności - powrót do zabobonów, niewiedzę, strach i niezrozumienie świata wokół. Pokolenia zmieniają się szybko, brakuje kogoś, kto mógłby przekazywać kumulowane doświadczenia, co skutkuje zupełnym rozpadem.

W czym problem?

ilustracje M. Blachury (źródło)
Analiza wręcz genialna, bezkompromisowa. Odwaga zadawania sobie pytań, które wielu pisarzy zwyczajnie ignoruje. Pewna zadziorność, pozwalająca na igranie z uczuciami czytelnika. To wszystko są niewątpliwe zalety tej prozy, nawet jeśli nie obyło się bez pewnych potknięć (językoznawcy będą podczas lektury zgrzytali zębami). I wydawałoby się, że powinnam achać i ochać, rozpuszczać się na truskawkowo, kąpać w szampanie i co tam jeszcze. Ale jakoś nie mogę.

Bo tu chyba - moi Szanowni Państwo - zabrakło literatury w literaturze. To jakby podporządkować się wizji i szczegółom tak bardzo, by po drodze zatracić wszystko, co nie ma z nią bezpośredniego związku. Stracić z oczu czytelnika. I to nie tylko tego przyzwyczajonego do wygody - byłabym hipokrytką, gdybym miała to za złe - ale w ogóle jakiegokolwiek. Widać, że Huberath ma wiele do powiedzenia - zadaje w końcu niezwykle istotne pytania o granice i kształt człowieczeństwa - ale mówi jakby do siebie. Gdyby Vatran Auraio był krótszy, zagrałoby to znakomicie, bo ta kompletna nieatrakcyjność wywodu jest ze wszech miar uzasadniona - miałkość bohaterów, prostota języka, właściwie brak fabuły. Problem w tym, że opowiadanie jest bardzo obszerne, zajmuje około 3/4 całej książki. Za dużo. Po prostu za dużo.

Na zakończenie

Cóż, bardzo się cieszę, że nie mam w zwyczaju wystawiania ocen liczbowych. Bo w tym przypadku - tak mocno, jak chyba nigdy wcześniej - mam wrażenie, że na cokolwiek by się nie zdecydować, stanowiłoby to w jakiejś mierze uproszczenie i krzywdę.

I tak, wiem, że choć pisałam tę notkę rok, nie należy ona do najbardziej błyskotliwych.

7 komentarzy:

  1. Wypożyczyłem tę książkę już jakiś czas temu i wciąż bezskutecznie się z nią zmagam - mogę się podpisać pod każdym słowem, jakie tu napisałaś. Huberatha dotąd kojarzyłem z genialną "Karą większą" i opowiadaniem "Głos Boga" z którejś z wiekowych Nowych Fantastyk. Pisarz specyficzny, ale jeśli ma flow, potrafi porwać. Tutaj niestety nie porywa.

    OdpowiedzUsuń
  2. W sumie dosyć lubię Huberatha, przynajmniej jego Balsam długiego pożądania. Zwłaszcza za świetnego Smeorga. Tego nie czytałem, ale może kiedyś spróbuję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cóż, mój problem z "Vatranem..." polega też na tym, że - może wstyd się przyznać - było to moje pierwsze podejście do Huberatha. I od tego czasu jakoś mnie specjalnie nie ciągnęło, ale podrzuciliście kilka tytułów, więc pewnie naprawię błąd.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Tego nie czytałem, ale może kiedyś spróbuję.

    Bosze, zabrzmiałem jak blogerka książkowa. Równie dobrze mogłoby być: dopisuję do listy ;-) :-)

    tego Smeorga to ci bardzo polecam. Takie postapokaliptyczne s-f, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że najlepiej zapadają w pamięci opowiadania z największym potencjałem do szokowania. Dla mnie to jest jedno z moich ulubionych opowiadań s-f, jakie przeczytałem w ogóle. Co do innych opowiadań z tego tomu, to już jest różnie. Ale wymieniona przez Misiaela Kara większa też jest niezła i też jest dosyć mocna. Mi ona trochę za bardzo pachnie takim konserwatywną podkładką ideologiczną, ale samo pomysł połączenia fantastyki i gatunku lit. obozowej -> mistrzowski. W każdym razie skoro podoba mi się pomimo tej podkładki konserwatywnej, to jednak chyba musi być dobra. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, oj tam, blogerka książkowa ;) Z natury jestem konserwą, więc taka podbudowa ideologiczna pewnie nie będzie mi przeszkadzała, a wręcz przeciwnie - wielkie dzięki za wskazanie tytułu. Dopiszę sobie do listy :P

      Usuń
  5. Kruffaczewska, obawiam się, że przeceniasz Huberatha. Jak dla mnie to ta dziura pomiędzy początkiem pisania a jego zakończenie to właśnie dziura, w czasie której jemu się wyczerpał pomysł i tekst sobie gdzieś leżał, po czym został znaleziony przypadkiem, Huberath doszedł do wniosku, że wypadałoby skończyć, zaszpachlował końcówkę i tyle. Lat pracy nad tym tekstem nigdzie nie widzę. Jak dla mnie to jest typowy NAW, który jest fajny póki pary nie zabrakło. A potem to już tylko szpachla...

    Błąd zrobiłaś, że nie przeczytałaś następnych tekstów, bo są lepsze :P Szczególnie to o sycunach.

    Vatran ma przede wszystkim klimat, ten porażający rozkład i degenerację, tę apatię, całą potworność upadku cywilizacji. W tym klimacie było coś nieomal z Koji (choć Koja jest o wiele bardziej klaustrofobiczna i, cóż, szalona). Fakt faktem, że było głównie ohydnie, a ileż tej - nawet świetnej - ohydy można znieść, jeśli nie ma nic więcej? Degeneracja języka jest, cóż... zabawna jednak mimo wszystko, chociaż nie wiem, czy Słowianie południowi podzielą moją opinię ^^" Plus dla Huberatha, że w ogóle wziął to pod uwagę.

    Coś innego jego autorstwa na pewno jeszcze przeczytam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może mierzę nie tą miarą - w końcu nie każdy pisze książki kilkanaście lat ;) Ale jakoś wolę wierzyć, że go po prostu ten tekst zmęczył. Przecież tworzenie to nie tylko te okresy, kiedy się siedzi i bazgrze. nie obiecuję, że wrócę do "Vatrana...", żeby doczytać resztę, bo naprawdę mnie nie ciągnie, ale może kiedyś?...

      Usuń