niedziela, 28 października 2012

Vatran Auraio - nadal nie wiem, co napisać

(źródło)
 Powieść Marka S. Huberatha (a właściwie nie powieść, ale o tym zaraz) przeczytałam już dawno temu. Ale długo walczyłam z recenzją. Miałam jej już dość sporo, potem zarzuciłam sprawę, teraz postanowiłam wrócić - zupełnie na chłodno. Myślałam, że będzie mi łatwiej, ale nie jest. Nadal nie wiem, co sądzić.

Na początek przyznam się szczerze, że nie doczytałam. Ale to nie jest aż takim problemem, jak mogłoby się wydawać, ponieważ Vatran Auraio to nie powieść, a zbiór opowiadań, z czego największe i pierwsze jest właściwe to tytułowe. I to o nim mogę pisać. Umówmy się więc, że to nie tyle post o książce, co o tym konkretnym tekście. Ale też o przedstawionym uniwersum.Wbrew nowej świeckiej tradycji nie będzie też cytatów, bo egzemplarz, z którego korzystałam, już niemal rok temu wrócił na biblioteczną półkę. Zamiast tego będą ilustracje umieszczone wewnątrz - bardzo ciekawe.

Więc do dzieła

I nie wiem - naprawdę nie wiem - co powinnam napisać o tej książce. Problem polega na tym, że autorowi żadną miarą nie można odmówić ambicji czy poważnego podchodzenia do fantastyki - wręcz przeciwnie. Huberath snuje wizję świata tak obcego i jednocześnie wewnętrznie spójnego, że można sobie jedynie wyobrażać ile wysiłku i czasu kosztowało go sprawienie, by czytelnik mógł się cieszyć takim jego dopracowaniem. Zresztą pewne pojęcie o tej kwestii dają daty umieszczone na początku i końcu tekstu. Z drugiej jednak strony z każdym kolejnym akapitem coraz wyraźniej widać, jak go ta wizja przytłacza i pożera - niczym kolejne pasożyty mieszkańców Matcinej Dolany. Obserwowanie tego jest dla czytelnika bardzo trudne i przykre. Aż człowiekowi wstyd, że przez kolejne karty tekstu brnie z tak wielkim i wciąż rosnącym oporem. Świat przedstawiony zaczyna go bowiem odpychać nie tylko w ramach literackiej kreacji - wszak jest brutalny, wyzuty z nadziei i dosłownie morderczy - ale też zwyczajnie i po ludzku, bo kolejne wydarzenia coraz mniej go obchodzą.

A o co tu chodzi?

Pomysł wyjściowy jest wręcz genialny w swej prostocie i otwierający przed twórcą olbrzymie możliwości - oto mamy porzuconą kolonię na obcej człowiekowi planecie. Od lat zapomniana, ulega stopniowej degeneracji, by wreszcie zamienić się w maleńką wioskę, której mieszkańcy nie wiedzą nawet, jak się tu znaleźli. W tym ekosystemie są niejako ciałem obcym, powoli przez niego wchłanianym. Odbywa się to - rzecz jasna - ze szkodą dla samego człowieka. Jego ciało nękają kolejne pasożyty i choroby, przed którymi nie potrafi się bronić. Zmiany anatomiczne powodują, że kobiety nie są w stanie normalnie rodzić i spłodzenie kolejnego pokolenia mieszkańców doliny wymaga ofiary obu rodziców. Szerzy się pijaństwo, a czas wyznaczają rytuały związane z życiem i śmiercią. Zresztą świat poza wioską jest jeszcze mniej przyjazny i zabija szybciej, choć trzeba tam wyruszać, choćby po to, by wypasać wielkie, dające mleko zwierzęta. Czytelnik obserwuje upadek tej zamkniętej, małej społeczności - powrót do zabobonów, niewiedzę, strach i niezrozumienie świata wokół. Pokolenia zmieniają się szybko, brakuje kogoś, kto mógłby przekazywać kumulowane doświadczenia, co skutkuje zupełnym rozpadem.

W czym problem?

ilustracje M. Blachury (źródło)
Analiza wręcz genialna, bezkompromisowa. Odwaga zadawania sobie pytań, które wielu pisarzy zwyczajnie ignoruje. Pewna zadziorność, pozwalająca na igranie z uczuciami czytelnika. To wszystko są niewątpliwe zalety tej prozy, nawet jeśli nie obyło się bez pewnych potknięć (językoznawcy będą podczas lektury zgrzytali zębami). I wydawałoby się, że powinnam achać i ochać, rozpuszczać się na truskawkowo, kąpać w szampanie i co tam jeszcze. Ale jakoś nie mogę.

Bo tu chyba - moi Szanowni Państwo - zabrakło literatury w literaturze. To jakby podporządkować się wizji i szczegółom tak bardzo, by po drodze zatracić wszystko, co nie ma z nią bezpośredniego związku. Stracić z oczu czytelnika. I to nie tylko tego przyzwyczajonego do wygody - byłabym hipokrytką, gdybym miała to za złe - ale w ogóle jakiegokolwiek. Widać, że Huberath ma wiele do powiedzenia - zadaje w końcu niezwykle istotne pytania o granice i kształt człowieczeństwa - ale mówi jakby do siebie. Gdyby Vatran Auraio był krótszy, zagrałoby to znakomicie, bo ta kompletna nieatrakcyjność wywodu jest ze wszech miar uzasadniona - miałkość bohaterów, prostota języka, właściwie brak fabuły. Problem w tym, że opowiadanie jest bardzo obszerne, zajmuje około 3/4 całej książki. Za dużo. Po prostu za dużo.

Na zakończenie

Cóż, bardzo się cieszę, że nie mam w zwyczaju wystawiania ocen liczbowych. Bo w tym przypadku - tak mocno, jak chyba nigdy wcześniej - mam wrażenie, że na cokolwiek by się nie zdecydować, stanowiłoby to w jakiejś mierze uproszczenie i krzywdę.

I tak, wiem, że choć pisałam tę notkę rok, nie należy ona do najbardziej błyskotliwych.

piątek, 26 października 2012

Październikowy karnawał blogowy (2012)

J. Malczewski, Zatruta studnia
To już czas, prawda? ;) Tym razem będzie bardziej bogato niż ostatnio, co nie znaczy, że mniej smakowicie. W karcie dań komiksy i szczypta bitewnego kurzu, a wszystko podlane krwawym, za to bardzo klimatycznym sosem. A to nie wszystkie atrakcje. Zatem - do dzieła!

Albowiem uwielbiam ten film, a niepozorny jest. Dodatkowo skrzywdzony przez tłumacza i często pomijany. Bardzo się więc cieszę, że pojawiła się ta recenzja. Po prostu pozachwycajmy się razem ;)

Ha! Tym razem nie pomyliłam się w pisowni, ale co to za powód do dumy... Post nieco starszy, wrzucony tutaj także ze względu na gorącą agitację ze strony hevi, której sprawił wiele radości. Ale mnie też. Więc oto jest. Zresztą to kolejny przykład świetnego blogowania.

Krimifantanamia - Ann Patchett "Fluss der Wunder" (Stan zdumienia) - czyli o cenie nieskończonej płodności
Bo poczułam się mocno, ale to mocno zachęcona. Zresztą lubię tego typu recenzje.

zwierz popkulturalny - Kościoły na Meczety! czyli rzecz o wilkach stróżujących, dłoniach uzdrawiających i bojach ciężkich
Nie widziałam Bitwy pod Wiedniem. I oglądać raczej nie zamierzam. Może też ktoś mieć mi za złe, że podsyłam kolejną negatywną recenzję filmu, który ma same negatywne recenzje, ale uśmiałam się po pachy :) Poza tym, brawa za pomysł.

Ichigol - Blogerze książkowy - nigdy nie będziesz popularny
Warto przeczytać i przemyśleć. Zwłaszcza w tym półświatku ;)

hevs - Małgorzata Tkacz "Baśnie zbyt prawdziwe"
Ta pani i ta książka pojawiły się już w karnawałowej akcji (pierwsza recenzja TUTAJ). Między innymi z tego względu podsyłam kolejny głos w sprawie. Jest też niezłe miejsce do dyskusji nad poszczególnymi problemami dotyczącymi tak fantastyki jak i metodologii prowadzenia badań w ogóle. No i pozdrowienia dla Kruffachi ;)

Miłego czytania.

czwartek, 25 października 2012

Filkowanie oborowe (III)

deviantowa Ninevrise by kfoll (źródło)
Wróciłam wcześniej, w domciu pusto, więc wykorzystałam okazję. I wrzucam, chociaż nie wiem, czy jest zainteresowanie. Jakoś nie widać (słychać?), żeby ktoś chciał się przyłączyć.

Tym razem Cherryh i jej cykl Fortec. To chyba pierwszy filkowy utworek, jaki udało mi się ułożyć, choć dotąd nie było okazji, żeby jakoś porządniej nagrać. Odgrzebałam flet ^^ Oczywiście, że są błędy i fałsze - jak zawsze.

słowa: Kruffachi,
muzyka: Kruffachi





Wysoko na wieży, kędy wzrok nie sięga
Wydała swe tchnienie Mauryla potęga.
Ciało jakby męża, ale myśli chłopca.

Leć, sowo, leć! Przez knieję mnie wiedź!

Zaklęcie przeszłości tajemnicę skradło.
W jednej ręce książka, a w drugiej zwierciadło.
Nie odchodź, Maurylu, to jeszcze nie pora!

Leć...

Wieje wiatr nad Zeide, on przynosi trwogę,
Hufce Hasufina ruszają na wojnę.
Wierzę, że mnie biała gwiazda poprowadzi.

Leć...

wtorek, 23 października 2012

Filkowanie oborowe (II)

Rozwiązałam swój epicki i niewiarygodnie skomplikowany problem ze sprzętem, w związku z czym zaczynam sukcesywnie nagrywać to, co mam. Czasu ostatnio jakby mniej, więc nie będę wrzucała hurtowo - jak początkowo planowałam - a małymi partiami lub pojedynczo. No to do dzieła :)

Nie będę powtarzać wstępu z poprzedniego posta filkowego. Zresztą kto odsłuchał, ten wie. Tym razem wrzucam kawałek opracowany odrobinę lepiej, choć z błędami. Miałam dogrywać wokal jeszcze raz, ale z różnych powodów tego nie zrobiłam i został ten - nie najlepszy, w dodatku z fatalną dykcją. Ale z samej kompozycji jestem w sumie zadowolona, że tak nieskromnie przyznam :)

Oberwało się Vinge, a jakże ;) W przygotowaniu gotowe już, ale jeszcze nienagrane porządnie kawałki do cyklu Fortec Cherryh i Ruchomego Zamku Hauru. Wszelkie propozycje tematów oczywiście mile widziane - i piszę to całkiem serio. Tak jak uwagi, w końcu się uczę.

Kharemough (czyli po prostu piosenka o Techach)

słowa: J. D. Vinge*/Kruffachi
muzyka: Kruffachi

KLIK 

 Jest tylko jedno miejsce, w którym warto żyć,
Źródło własne**
Jest tylko jedno życie, którego warto pragnąć.
O, Kharemough!                                                  

Słyszę jej głos, ojczyzna wzywa mnie,
lecz nie mogę odpowiedzieć jej.
O, Kharemough!

Spójrz ponad niebo, gwiazdy są wszędzie,
Świat nie kończy się na firmamencie.
O, Kharemough!

Jesteś panem losu, panem przeznaczenia,
człowiekiem wśród zwierząt plugawego
cienia.
O, Kharemough!

Z ziemi naszych przodków, spośród równych pierwsi,
Uniesione głowy, wyprężone piersi,
Honor naszą tarcza, a intelekt bronią
Jesteśmy tu by rządzić Hegemonią.

Bhai, sadhanu! Wypijmy za to!

O, Kharemough!

-                             -

* Zwrotki 1, 2 i 3 są właściwie cytatami.

** Żeby nie było tak smutno, chciałam dać jakąś ilustrację, ale nie znalazłam żadnej fajnej, więc z barku laku daję swoją rysowankę, choć raczej stanowiła żart. Nie opisuję, żeby nie sadzić spoilerów, ale pewien związek z tekstem jest ;) Kto wie, ten wie.

poniedziałek, 15 października 2012

Nadchodzi NaNo!

(źródło)
A więc zbliża się listopad :) A wraz z listopadem grafomańska gorączka. Gorączka, którą szczerze polecam.

Nie wiem, czy nie zabrzmię teraz jak hipokryta (dobra, nie zabrzmię, bo piszę), skoro tyle ostatnio było tu mowy o dobrej literaturze, o tym, że nie należy wysyłać do wydawców byle czego i traktować czytelników poważnie, że czytelnicy czekają i tak dalej, i tak dalej. NaNoWriMo, czyli National Novel Writing Month wydaje się zaprzeczeniem wszystkich tych szczytnych idei. Cała zabawa polega bowiem na tym, by napisać powieść w miesiąc. A dokładniej pięćdziesiąt tysięcy słów.

Gdzie tu sens? Gdzie logika? Ano nigdzie ;) Przynajmniej pozornie. Chodzi głównie o dobrą zabawę, choć po wejściu na międzynarodowe forum można naleźć zaskakujące świadectwa na to, że są ludzie podchodzący do tego śmiertelnie poważnie... W Polsce na szczęście nie.

Ale wspominałam o tym, że pozory mylą. Bo mylą. Większość osób wybiera na NaNo pomysły zupełnie dojechane i na luzie, inni - jak ja w zeszłym roku - biorą się za tematy, na które nigdy nie starczało im odwagi. Jedni i drudzy za to mówią często o tym samym - że NaNo po prostu coś w sobie ma, że człowiek się odblokowuje i pisze rzeczy, o które nigdy by się nie podejrzewał. Jasne, nie ma co się łudzić, większość tej szalonej produkcji nie nadaje się do niczego, ale czasem można się miło zaskoczyć. Choćby przekonać siebie, że jeśli ma się motywację, można napisać i dziesięć tysięcy słów dziennie ;) Albo wpaść niespodziewanie na genialny pomysł. Obudzić się o trzeciej w nocy z rozwiązaniem intrygi, a po pracy/zajęciach gnać do domu, żeby opisać jeszcze jedną absolutnie wspaniałą postać. A za ukończenie zabawy są rozmaite nagrody, w tym możliwość darmowego wydrukowania pięciu egzemplarzy swojego dzieła. Widziałam już dwa takie i bardzo, bardzo fajnie to wygląda.

Okładka tegorocznej Kuffowej NaNoPowieści
A poza tym? Poza tym mamy w tym roku w Polsce aż czterech koordynatorów (Gdańsk, Kraków, Poznań, Warszawa), więc listopad upłynie pod znakiem okołonanowych imprez, głównie tak zwanych W.I.P.-ów, czyli wspólnych spotkań, podczas których pogaduchy i dobrą zabawę przerywa się pisaniem na czas. Ekipa przesympatyczna, a przynajmniej ta część, którą miałam okazję poznać w zeszłym roku w dwóch miastach, do których mnie w listopadzie zagnało.

Cóż jeszcze? Może wyznanie osobiste ;) Kiedy usłyszałam o NaNo po raz pierwszy, postukałam się w głowę i stwierdziłam, że to kompletna bzdura. Przypuszczam, że większość z tych, którzy przeczytają tego posta też tak stwierdzi. Ale ja spróbowałam i nie wyobrażam sobie, żeby odpuścić w tym roku. NaNo ma swoją magię i warto jej spróbować.

Linkaski:


Polskie forum (tylko dla zarejestrowanych, tych, którzy określili swój region jako Poland)


czwartek, 4 października 2012

Filkowanie oborowe (I)

(źródło)
Pisząc taki ogólny, wstępny post o filku zapowiadałam, że postaram się w najbliższym czasie wrzucić kilka naszych własnych produkcji. Oto są :) Wraz z tą notką rusza też jeszcze jedna etykieta, która na stronie z opisami widnieje już od dawna, ale dotąd pozostawała nieużywana. Na początek jednak kilka słów wyjaśnień i ostrzeżenie. 

Nie należy spodziewać się wiele, głównie dlatego, że nagrania są w moim wykonaniu. Jestem gitarzystą samoukiem, o innych instrumentach czy komponowaniu w ogóle już nie wspominając. Nie mam nawet pojęcia o nutach. Dodatkowo Bozia nie dała głosu. Teksty też nie powalają na kolana, ale co tam, może wobec nędzy materiału ktoś jednak też odważy się filkiem pobawić.

W ilustracji - jak zwykle, gdy nie wiem, co wstawić - prerafaelita. Padło na Waterhouse'a i jego Pandorę, tak trochę z przymrużeniem oka ;)

Miało być tego więcej (stąd jedynka w tytule) - bo pomysłów, tekstów i melodii jest więcej - ale ostatnio mocno nie dogaduję się ze sprzętem, więc wrzucam tylko to, co zostało nagrane już kiedyś i to w dodatku w pierwotnych "aranżacjach", bo na razie nie mam możliwości nagrać tego lepiej.

Izolda o Białych Dłoniach

Rzecz o pewnej nieszczęśliwej damie, która miała pecha przegrać serce Tristana z bardziej znaną i żywą w zbiorowej świadomości Izoldą o Złotych Włosach. Plus trochę wycieczek w stronę średniowiecza i średniowiecznej sztuki w ogóle. Z tekstu jestem w sumie zadowolona. Na pewno bardziej niż z wykonania. Nagranie jest dość stare, a w tle słychać jeszcze moją pierwszą gitarę, powyginanego Delfina (tak, tak!) z wgniecionym pudłem, zwanego pieszczotliwie Srebrnym Szerszeniem. Nie stroi, żeby nie było, że nie ostrzegałam. Ale to chyba i tak nie jest największy problem produkcji ^^

słowa: Kruffachi
muzyka: Kruffachi

KLIK

Od białych dłoni rycerz mój stroni
Zapomniał cóż jest cnota
Gorączką trawion, prawie wykrwawion
O włosach śni ze złota

Śmierć w nie wpleciona, zdradą skruszona
Przeciw wierności wiecznej
Żagiel w oddali bielą się chwali
Dumnie łopocąc na wietrze

Tyś jest ze smutku zrodzon!
Produkcja własna :P
Miły! - tyś łzom zaprzedan!
Myśli twe w ciemności brodzą
Podłej grzesznicy cię nie dam!

O, w mych ramionach krwawisz i konasz -
Opuszcza ciało twe życie
Ja twoja żona klęczę wzgardzona
I nienawidzę cię skrycie

Tyś jest ze smutku zrodzon!
I w smutku śmierć cię zastanie
Pragnienia twe w me serce godzą
Nie wzrusza cię me płakanie

Madonny patrzą na mnie złotowłose
Nigdy już modłów do nich nie podniosę
Już diabli czerni moją biorą duszę
Za życia cierpię piekielne katusze

Tyś jest ze smutku zrodzon!
I w smutku śmierć cię zastanie
Myśli twe w ciemności brodzą
Nie wzrusza cię me płakanie

Me białe dłonie składam skrwawione
Krew na nich obłudników
Głóg na ich grobie ciągnie ku sobie
Zbielałe kości grzeszników

Któż zdjąć się waży szreń z mojej twarzy
Z piekła mnie zabrać do świtu...

Rafnar (Fiord)

Ot - impresja na temat pewnego Kassandrowego bohatera w klimatach nordyckich. Nieśmiało inspirowana brzmieniem kantele. Tu już nie ma Srebrnego Szerszenia - jest Czarna Mamba i chyba słychać różnicę.

słowa: brak ;)
muzyka: Kruffachi


wtorek, 2 października 2012

Słowianie Zachodni, początki Polski - mały przegląd

Kiedyś już zrobiłam coś podobnego z literaturą dotyczącą tak zwanej mitologii słowiańskiej i kultury ludowej. Tym razem padło na inny bliski mi temat, ostatnio rozdrapany na nowo przez pewną uroczą choć niefrasobliwą osóbkę, która błysnęła równie uroczą złotą myślą. Wybaczcie, że nie wchodzę w szczegóły. Zestaw subiektywny i dość osobisty, więc mam świadomość, że osoby również siedzące trochę w tym temacie mogą się lekko zszokować albo wręcz oburzyć. Bo są pozycje kontrowersyjne, a zabrakło kilku klasyków (ot, choćby Łowmiańskiego). Stało się tak głównie ze względu na aktualność pozycji, zmianę paradygmatu i takie tam... Poza tym nie chciałam, żeby był to spis podręczników akademickich, a coś jemu przeciwnego, czepiącego raczej z nowych nurtów badań. Jeśli jakieś klasyki się tu znalazły - a znalazły się - to bynajmniej nie dlatego, że są klasykami albo że należało by popisać się znajomością kanonu.

(źródło)
D. A. Sikorski - Kościół w Polsce za Mieszka I i Bolesława Chrobrego

Niech Was nie zmyli tytuł. To książka o czymś więcej, niż tylko strukturach kościelnych rodzącego się państwa. Właściwie problem ten stanowi przyczółek do wypraw w różne rejony, w tym meta-naukowe (a to Kruffy lubią jak mało co). Pierwsze sto stron czyta się zresztą jak thriller. Serio. Sikorski bezlitośnie rozprawia się z kolejnymi mitami dotyczącymi polskiej państwowości ze skutecznością karabinu maszynowego. I nie są to tylko mity utrwalone w powszechnej świadomości i podręcznikach szkolnych, ale też w nauce. Dotyka problemu pogaństwa, kształtu pierwszych biskupstw, rozkładu ośrodków władzy świeckiej i kościelnej. Potem tempo nieco zwalnia, pojawia się więcej trudnych fragmentów, ale to nadal czysta, intelektualna jazda. Cała książka ma zresztą taki rozpruwająco-rozliczający charakter. Zapowiedziana jest podobno druga część, w której Sikorski ma na gruzach, które po sobie zostawił, zbudować własną koncepcję. Czekam z niecierpliwością i ostrzę sobie ząbki.

(źródło)
P. Urbańczyk - Trudne początki Polski

Najbardziej kontrowersyjna pozycja w stawce i to już na drugim miejscu, ale nie mogłam się powstrzymać przed wetknięciem kija w mrowisko. Także umieszczając książkę Urbańczyka w bezpośrednim sąsiedztwie Sikorskiego. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że nie słyszałam dyskusji obu panów, do jakiej doszło na jednej z poznańskich imprez naukowych. I pewnie będę sobie to wyrzucać jeszcze długo.
Z Urbańczykiem jest pewien problem - kto się interesuje tematem, ten wie - a polega on na tym, że to archeolog wchodzący w kompetencje historyków, czego ci drudzy wyraźnie wybaczyć mu nie mogą. W dodatku to postać bardzo barwna, zaangażowana w niejeden ostry spór. Mnie jednak metodologicznym wykładem zamieszczonym we wstępie Trudnych początków... zupełnie przekonał. Tak jak samą treścią książki, choć oczywiście trudno pewne jej fragmenty przyjąć bezkrytycznie. To zresztą kolejna pozycja rozliczająca się z tym, w co do tej pory w polskiej nauce wierzono. Mocne, rewolucyjne tezy do głębokiego przemyślenia.

(źródło)
L. Leciejewicz - Słowianie Zachodni. Z dziejów tworzenia się średniowiecznej Europy

Oddalam się nieco od problemów samego momentu powstania Polski i jednocześnie proponuję pierwszą rzecz, którą można by z czystym sumieniem nazwać klasyczną. Ale pod wieloma względami nadal aktualną. Dużo, dużo szczegółów zwłaszcza gospodarczych, dlatego polecam nie tylko zainteresowanym tematem samych Słowian, ale także w ogóle chcących nieco zreformować swoje mniemanie o średniowieczu i "polityce pałowania" (pisałam kiedyś), a zwłaszcza piszącym i czytającym fantastykę ;) Gorąco polecam nawet, jeśli fragmenty dotyczące samej etnogenezy nie są, cóż... pierwszej świeżości. Ale tak naprawdę trudno znaleźć w literaturze coś pierwszej świeżości, jeśli o ten konkretny temat chodzi. Musiałabym odsyłać do tekstów jeszcze niewydanych, czekających dopiero na debiut (choć, z tego, co wiem, prace są zaawansowane).

(źródło)
G. Labuda - Pierwsze państwo słowiańskie. Państwo Samona
Kolejny klasyk, choć pewnie można było spodziewać się tu innej pozycji Labudy. Niech pikanterii doda fakt, że między tym wybitnym, zmarłym niestety nie tak dawno mediewistą, a wspominanym wcześniej Urbańczykiem doszło do ostrej polemiki dotyczącej książki tego drugiego. Sama książka ma zdecydowanie najcięższy kaliber ze wszystkich wymienionych. Mocno akademicki język i obszerne fragmenty nietłumaczonych, łacińskich dokumentów nie ułatwiają lektury. Ale to nadal jedyna tak pełna monografia pierwszego słowiańskiego państwa, mocno pogłębiająca refleksję nad miejscem tego ludu (? - znam pewną damę, która skarciłaby mnie za to słowo...) w dziejach średniowiecznej Europy.

B. Kürbis - Na progach historii II
(źródło)

Kolejna pozycja klasyczna, a nawet bardzo, bardzo klasyczna. I doskonała nie tylko ze względu na merytoryczną, olbrzymią wartość, ale też ze względu na sylwetkę samej autorki - badaczki o rzadko spotykanej w nauce pokorze i rzetelności. Zresztą chodzi mi tutaj o konkretny artykuł, dotyczący dokumentu zwanego Dagome Iudex. To nie tylko staranne i drobiazgowe zebranie dotychczasowej wiedzy na temat tego tajemniczego zabytku, ale też zbiór celnych, naukowo niezwykle mocnych komentarzy, przy czytaniu których człowiek nie tylko ma radochę z samej treści, ale też z obcowania z nauką w starym, dobrym stylu, z szacunku do spuścizny i przedmiotu badań.

M. Kuźmicki - O zdmuchnięciu nagłosowego s-, a nawet sch-, czyli jak odczytać dwa zapisy z Dagome iudex

A tym razem nie będzie obrazka :) Będzie link bezpośrednio do artykułu z "Kwartalnika Językoznawczego". Podaję go jako swego rodzaju uzupełnienie poprzedniej pozycji, bo rzecz jest błyskotliwa i przewrotna. I czyta się również ze szczerą radością. Na łamach pisma ukazała się także polemika T. Jurka - kto chce, może ją odnaleźć, nie będzie z tym problemu, ale - zupełnie szczerze - nie polecam. Jakkolwiek bowiem Jurek jest wybitnym historykiem, to w tym konkretnym przypadku nie popisał się naukową uczciwością.

Tyle ode mnie. Może ktoś coś zaadoptuje ;) Zastanawiam się, czy nie robić takich przeglądów częściej. Sama jestem na przykład zaskoczona tym, że nie popełniłam jeszcze listy średniowiecznej ^^

poniedziałek, 1 października 2012

Wrześniowy karnawał blogowy (2012)

 No i jest. Z jednodniowym opóźnieniem, ale zawsze. Tym razem niewiele, ale za to naprawdę mocnych rzeczy. Zachęcam do zaglądania, czytania i przetrawiania. Warto.

(źródło)


Absolutnie pierwsze miejsce w stawce. Nie tylko dlatego, że bardzo lubię mitologiczny cykl na Kawiarce i żałuję, że tak rzadko coś się w jego ramach pojawia (choć tłumaczy to kaliber notek), ale także dlatego, że w ogóle lubię podobne wpisy. Lubię, kiedy ludzie, którzy czymś się zajmują, przekazują to dalej, a ja mam z tego powodu czystą, intelektualną radochę.

W ogóle przypomniało mi się, że miałam skomentować...

This is Madness - Misiael

W pewnym sensie o ekranizowaniu literatury. I to o takim ekranizowaniu, jakie frapowało mnie samą jakiś czas temu - o rozdarciu między duchem a literą.

Czym jest podłoga - Gackolandia

Pozycja tylko pozornie najlżejsza w stawce ;)