piątek, 7 września 2012

Z dziennika szaleńca, czyli Inspektor Gundhalinu znów na tropie

(źródło)
Jak już wspominałam w Doniesieniach z frontu, podczas szperania w Internecie w poszukiwaniu innych pozycji Joan D. Vinge, okazało się nie doceniłam inwencji twórczej naszych rodzimych wydawców. Królowa Lata, którą brałam za drugi tom, jest w istocie trzecim. "Prawdziwy" drugi, wydany całe siedem lat wcześniej, a cztery po pierwszym, nie doczekał się polskiego tłumaczenia. I może w jakimś sensie lepiej, bo boję się myśleć, co tłumacz mógłby z nim zrobić... Jakkolwiek bowiem język World's End nie jest szczególnie trudny, to trochę się w nim dzieje, trochę dzieje się w narracji.

Recenzje pozostałych tomów:


Zwykle tego nie robię, ale tym razem pokuszę się o dość obszerne cytaty - myślę, że ma to pewien sens i że chyba będę się nimi posiłkować także w przyszłości. Postanowiłam też nie przejmować się za bardzo spoilerami, zwłaszcza względem pierwszego tomu. Po prostu za wiele mam do napisania na temat tej książki - najdziwniejszej, najmroczniejszej i formalnie najlepszej z całego cyklu. Choć niewielkiej, mającej właściwie rozmiar długaśnego opowiadania.

Ogólne wrażenia po kontakcie z oryginałem

"Enough!" He pushed away from the mantel, rigid with anger. "You've said enough! It's not in my hands. You will not mention it again."
You. Not thou. It stung like a slap.
 Patience, that's all I need. Perseverance. Logic.

Ogólne wrażenia są takie, że... obawiam się, iż nie doceniłam Pultyna. Pisałam o tym, jak skrzywdził poprzednie tomy, ale nie miałam świadomości, że zrobił to aż tak bardzo. Teraz już nie ma mocnych - wygląda na to, że prędzej czy później w mojej biblioteczce pojawią się oryginały. Potwierdziła się większość moich przypuszczeń dotyczących zagubionych słów-kluczy, zatartych dowcipów i sztucznie złagodzonych przekleństw. Do tego doszły spostrzeżenia dotyczące języka, jakim Techowie rozmawiają między sobą. Pultyn zachował co prawda niuanse dotyczące zwracania się do siebie per "wy" i "ty" (thou, you), ale też dodał od siebie niekoniecznie pasujące do języka arystokracji partykuły, w odczuciu polskiego czytelnika takie raczej... wieśniacze. W oryginale wygląda to nieco inaczej. Nie znam angielskiego na tyle, by dokonywać tu jakichś głębszych analiz, ale wygląda na to, że Techowie Vinge nie używają niczego, co mogłoby zostać tak przełożone. Może są jakieś anachronizmy, których nie dostrzegłam.

I jeszcze odnośnie do humoru... Nie wiem na ile jest to kwestia specyfiki tej części i przyjętej narracji, a na ile nieporozumień na linii autor-tłumacz; będę wiedziała, gdy zapoznam się z pozostałymi oryginałami. Odniosłam jednak wrażenie, że proza Vinge jest w oryginale bardziej ironiczna i uszczypliwa. Wywołująca uśmiech czasami nawet w tej partii World's End, gdzie naprawdę nie jest już wesoło. Zresztą sceny humorystyczne - jakkolwiek było ich niewiele i głównie na początku - położyły mnie na łopatkach :) Ot, choćby zderzenie z biurokracją i dyskusja o łapówce czy rozważania nad pewnym alkoholem.

Dla porządku będę podawała nazwy własne za Pultynem, żeby ci, którzy znają jego tłumaczenie (jedyne dostępne po polsku) nie poczuli się zdezorientowani.

Cóż tym razem? - tym razem nie Tiamat

 I stopped again as I reached a gateway at the edge of town.
WELCOME TO WORLD'S END
someone had scrawled on the blistered wall, complete with the official seals.
THE ASSHOLE OF THE HEGEMONY.

World's End opowiada o wydarzeniach, które mają miejsce w czasie trwania pierwszej ćwierci Królowej Lata. Tam jednak poznajemy je jedynie w formie aluzji, wspomnień, opowieści ich uczestników, one same z kolei nie są opisane. Choć ilość tropów pozwala na ich dość dokładną rekonstrukcję i domyślenie się kilku szczegółów. Jest parę scen, które pojawiają się w obu tych powieściach - czytelnikowi czytającemu części w stosownej kolejności sygnalizowały zapewne synchroniczność zdarzeń.

Kiedy czytałam Królową Lata trochę mnie ta dziura zdenerwowała. Pomyślałam, że ktoś tu sobie jaja robi, najpierw poświęcając setki zdań reumatyzmowi Danaquilla Lu, a potem wycinając taki wątek. Po krótkiej refleksji przełknęłam to jednak i uznałam, że najwyraźniej Vinge stwierdziła, że opisywanie wyprawy na Koniec Świata stanowiłoby czysty fanservis i dlatego zrezygnowała z jej przybliżenia. Jak wspomniałam we wstępie - pomyliłam się. To nie strach przed oddaniem historii w ręce jednego bohatera powodował pisarką, skoro zrobiła to na cały tom.

Bo też World's End to teatr jednego aktora. I to jakiego aktora! Swoje uwielbienie dla BZ Gundhalinu sygnalizowałam już wcześniej, a po reakcji osoby, która za moim poleceniem po Królową Zimy sięgnęła, wnioskuję, że nie tylko mnie zachwycił. Bo ta postać to po prostu temat-rzeka. World's End pokazuje ostatni etap drogi, jaką rozpoczął w pierwszym tomie; przechodząc od przekonanego o wyższości swojej kultury, zaczytanego w powieściach historycznych i absolutnie pewnego swojej wartości sierżanta do twardo stąpającego po ziemi, trochę cynicznego, pozbawionego złudzeń komendanta. Komendanta odznaczającego się dodatkowo sporym wyczuleniem na ironię, bardzo krytycznego - a niekiedy wręcz krytykanckiego - względem siebie i własnych motywów, jakim jest w tomie trzecim, by wreszcie stać się... No dobra, nie będę psuć zabawy ;)

World's End sygnalizuje w ten sposób fakt, który dla mnie - jako nieznającej wcześniej tej części - był trochę zaskakujący: ciężar opowieści ostatecznie spoczywa na barkach tego bohatera. Bohatera, którego początkowo wzięłam za postać epizodyczną, istniejącą tylko po to, by Jerusha mogła mocniej oberwać od Ariernhod. Oczywiście już druga połowa Królowej Zimy wyprowadziła mnie z błędu, ale aż takiego awansu się mimo wszystko nie spodziewałam. Mogło skończyć się to katastrofą i zniszczeniem mojego ulubieńca, ale było wręcz przeciwnie.

Znów bardzo baśniowo, bardzo literacko

 He had been an old man when I was born, but now for the first time in my life I saw that he was old.
"Thou are all I have that makes me proud," he said, and he hugged me, for the first time since my childhood. I was so surprised that I almost pulled away. "I would give up my life for thee, gladly ... but I cannot go against the laws."
"Song," I say, pulling at her elbow, trying to get her to her feet, "we're not out of this yet. But we can leave here, now."
"Leave?" Her face fills with terror. "No! I can't leave-"
I w tym tomie, podobnie jak w Królowej Zimy, Vinge sięga po swoją najskuteczniejszą broń - baśniowość i literackość. Napięcie między realizmem a konwencją. Nie jest to już retelling, ale z drugiej strony nawiązania są znacznie silniej zaakcentowane, niż w Królowej Lata. Opierają się głównie na dwóch baśniowych nawiązaniach i jednym ogólnoliterackim. Po pierwsze, mamy klasycznych trzech braci, z czego najstarszy jest głupi i leniwy, średni wredny i zły, a najmłodszy ma to, czego starszym zabrakło, ale za to nie posiada żadnych praw do dziedziczenia. Wyrusza więc z domu w poszukiwaniu swego losu i - rzecz jasna - go znajduje, ale o tym była już częściowo Królowa Zimy. Drugi taki motyw to - powiedzmy - królewna uwięziona w wieży. Dosłownie uwięziona (choć nie przez maga, smoka, a przez coś znacznie mniej uchwytnego) i dosłownie w wieży. Jest też jej matka, która prosi napotkanego przypadkowo (?) trzeciego syna o ratunek dla córki, a ten ostatecznie - i tak mając do załatwienia w okolicy pewne sprawy - zgadza się sprowadzić dziewczynę z powrotem. Bo przecież wszyscy wiedzą, że królewny się uwalnia, bez względu na to, czy one same mają na to ochotę.

Wreszcie trzeci motyw, może najpoważniejszy, wielokrotnie już w literaturze realizowany, a mimo to nadal dający wielkie możliwości - motyw podróży, pielgrzymki, która jest jednocześnie wyprawą do własnego wnętrza. W wykonaniu BZ jest to podróż ekstremalna, daleko poza krawędź szaleństwa - prowadząca do czynów, jakich trudno by spodziewać się po tym spokojnym i łagodnym w gruncie rzeczy mężczyźnie.

Zresztą tak jak w Królowej Zimy wszystko to zaczyna w pewnym momencie wyglądać bardziej na fantasy, by potem - wraz z kolejnymi konstatacjami - z powrotem dryfować ku science fiction.

Narracyjne szaleństwa

Hope flutters frantically inside me. I look down at the trefoil. Hope has broken wings. ... I am insane.I am not insane. I am not-!
"Who are you!" I shout thickly. My words echo across the canyon and inside my head. The choirs of chaos echo echo echo.
BZ Gundhalinu. Police Inspector. Technician of the second rank. I am not a lunatic. There is a pattern to all of this, if I can only find it-
"Fuck you!" I shout into the air. "What do you know? You're infected!" I scramble to my feet and run back through town, and the ghosts howl inside me.

Przyznam szczerze, że w pierwszej chwili, w której zorientowałam się do czego to wszystko zmierza, zdjął mnie strach. No pięknie - pomyślałam - pani Vinge strzeliła sobie w stopę, a BZ co najmniej w jaja. Narracja wygląda bowiem dość szybko zamienia się ze spersonalizowanej trzecioosobowej w pierwszoosobową, w dodatku momentami prowadzoną w czasie teraźniejszym. Literacko bardzo fajne, ale - tak sobie pomyślałam - czy kobieta jest w stanie zapisać myśli popadającego w szaleństwo mężczyzny? Jak się okazało - jest. Vinge nie uniknęła kilku pułapek. Parę razy jej dość kwiecisty jednak styl wziął górę nad stylizacją i BZ raz czy drugi szarpnął się na zadziwiająco upoetyzowany opis; zadziwiająco nawet wobec jego wychowania (kultura Kharemough obfituje wszakże w przypowieści, medytacje i szeroko pojęty kunszt), pozycji i pewnej maniery mówienia. Im jednak bliżej krawędzi szaleństwa się znajdujemy, tym Vinge lepiej to kreśli. Może poza jednym, małym wyjątkiem, ale o tym napomknę później.

Na oddaniu wszystkiego w ręce BZ cierpią może nieco inni bohaterowie - oglądani wszakże jego oczami. A zatem dość szybko i celnie diagnozowani. Wtłaczani w pewne ramy. Jest to maniera ledwie u Gundhalinu widoczna w Królowej Zimy, ale z czasem rozwijająca się coraz mocniej i odgrywająca niemałą rolę w trzecim tomie, wykorzystywana do manipulacji otoczeniem, rozstawiania pionków według własnych reguł. I tak Ang jest po prostu chciwym idiotą, Spadrin klasycznym psychopatą, HK tchórzliwym i niezbyt lotnym leniem, SB (nomen omen) bezwzględną kanalią, a sierżant Ossigne flegmatycznym służbistą z syndromem uwielbienia dla swego szefa.

Wyjątkiem wśród tych postaci - zarysowanych dość ostro, ale jednak bez szczególnego zainteresowania narratora, o ile nie zagrażają bezpośrednio jego życiu - jest może Song, szalona sybilla, owa "królewna do uwolnienia". Jej portret nie jest tak prosty, mieni się wieloma odcieniami. Jest jednocześnie przerażająca i zagubiona. Budzi niechęć i współczucie. A najciekawsze jest to, że choć od początku wiadomo, że technowirus pomieszał jej zmysły, w pewnym momencie wydaje się myśleć trzeźwiej niż BZ.

Kompozycja

Meaningless - the ceremony tonight, all the rest of it; only the ornaments of vanity disguising the naked body of the truth: An overeducated madman with a death wish [...]

Miodek. Sam miodek i maliny. Mam hopla na punkcie kompozycji, więc byłam w siódmym niebie obcując ze szkatułką i retrospekcjami w retrospekcjach, ramą kompozycyjną, słowami-kluczami, echem motywów, symbolami i całą czeredą. Ale po kolei.

Po pierwsze kompozycja szkatułkowa. To niby prosty zabieg, ale jednak zawsze efektowny, a tu dodatkowo wykonany po mistrzowsku, z bardzo ładną ramą, której druga część obfituje w komentarze, stawiające wszystko w jeszcze nieco innym świetle, swoje własne symbole (naprawdę świetny, wieloznaczny motyw zegarka) i swoje własne pointy. Sam dziennik BZ, stanowiący główną i środkową część powieści, też nie jest jednolity. Zmienia się wraz z bohaterem, narracja podąża za nim, wtłaczając w potok myśli retrospekcje, autocenzurę, momenty utraty kontroli nad sobą, urywki snów, intymne wyznania, narastający strach i zmęczenie. Zmieniają się czasy, zmienia się długość zdań, pojawiają się bardzo efektowne i sugestywne zwielokrotnienia, konwulsyjne powtarzane frazy, obrazy obsesji.

Sam dziennik jest z kolei tak naładowany retrospekcjami, że właściwie stanowią one szkatułkę w szkatułce. Miłe dla oka, wciągające w grę przeszłości i teraźniejszości.

Trudno byłoby też nie wspomnieć w tym miejscu o tytule, choć spostrzeżenie dotyczące jego wieloznaczności jest raczej oczywiste. Koniec Świata to rzecz jasna miejsce, ale też punkt zwrotny dla bohatera i - co czytelne dla tych, którzy wcześniej mieli w łapkach Królową Lata - całej Hegemonii.

Obsesje, obsesje i jeszcze raz obsesje

I realize finally that it wasn't World's End that drove her mad, but her madness that drove her into World's End.
Did mine?
"I hate my brothers," I say thickly. "I don't know why I came... except that maybe I hated myself more."

Można by je podzielić na trzy grupy, choć silnie ze sobą związane. Pierwsza z nich to oczywiście Moon. Wraca we wspomnieniach, snach i napadach szaleństwa (to ostatnie okazuje się może najgorsze w skutkach), prześladuje. Niemal tak samo, jak obsesja śmierci, wywołana nieudaną próbą samobójczą. A do tego dochodzi jeszcze kwestia utraty honoru i ściągniętej na rodzinę o nieskalanej dotąd reputacji hańby. BZ, chcąc się od tego wszystkiego uwolnić, wybiera jako kolejne miejsce pracy Czwórkę - zapyziałą dziurę, tonącą w biurokracji, łapówkach i przekrętach. Miejsce tak kosmopolityczne, że aż nieznośne. Liczy bowiem na to, że jeśli rzuci się w wir pracy, nie będzie miał czasu na myślenie. Ale to nie jest takie proste i w końcu świetnie zapowiadający się oficer zaczyna popełniać fatalne błędy, a spotkanie ze starszymi braćmi pieczętuje sprawę. Od przeszłości nie da się uciec - trzeba się z nią zmierzyć, nawet jeśli BZ początkowo nie zdaje sobie sprawy, że wyprawa na Koniec Świata w poszukiwaniu zaginionego rodzeństwa, do tego właśnie doprowadzi.

I tu kolejna rzecz, której się bałam i w przypadku której wynik wynosi 1:0 dla Vinge. Przestraszyłam się bowiem, że World's End poszybuje nieubłaganie w kierunku psychoanalizy. Otóż nie. Jeśli BZ wspomina ojca, to nie dlatego, że ten zabronił mu kiedyś jeść czerwone cukierki i w związku z tym inspektor składa teraz ubrania na trzy. Nic z tych rzeczy. Wszystkie odwołania, retrospekcje i refleksje odnoszą się w gruncie rzeczy do dalszego pozbywania się złudzeń, służą zdejmowaniu warstw hipokryzji, patrzeniu na własne decyzje z dystansu i dochodzeniu do różnych - w większości niewesołych - wniosków.

Czepy i czepki

 Only death is perfect.

Oczywiście, że jest się czego przyczepić. Wydaje się, że główny błąd, jaki popełniła Vinge tkwi już w samym założeniu. Jakkolwiek mi się spodobało, to trudno uwierzyć, że w niektórych momentach BZ chciał - czy wręcz był w stanie - kontynuować tworzenie dziennika.Co prawda na samym jego początku znajduje się sugestia, że rejestrowanych słów nie trzeba wypowiadać, że urządzenie przetwarza jakoś myśli na nagranie dźwiękowe, ale i tak czasem budziło to moje wątpliwości. Pewną wskazówkę daje może narracja - gdy dziennik jest jeszcze w miarę "normalny", uporządkowany, jest prowadzona w czasie przeszłym; gdy nastaje chaos, pojawia się czas teraźniejszy. To może sugerować sposób nagrywania, ale nie przekonuje mnie do końca. Choć przyznać też należy, że kiedy jest naprawdę źle, narracja wraca na moment do trzecioosobowej.

Nie obyło się też bez paru potknięć w sferze wczuwania się w postać męską, postać Techa w dodatku. Pisałam o kilku kwiecistych wejściach. Ale nie tylko o nie mi chodzi. Wydaje mi się bowiem, że ktoś taki powinien w swoich dziennikach więcej miejsca poświęcić szczegółom technicznym sprzętu, zwłaszcza, że zaciąga się do ekspedycji jako mechanik. I owszem - poszukiwanie części zajmuje dość sporo czasu antenowego, tak jak łażenie po rafinerii i opisy napraw, ale wydaje się przynosić za mało specyfikacji, może nieistotnych fabularnie, choć mogących korzystnie wpłynąć na ogólną stylizację. Podobne zastrzeżenia mam do momentu, w którym BZ orientuje się, że ma do czynienia z efektem Dopplera. Zajmuje mu to całe dwa akapity rozmyślań, podczas gdy ja - teoretycznie mniej obcykana w tych kwestiach - wpadłam na rzecz od razu. I cóż, może to kwestia zmęczenia i szaleństwa (to już ten etap), w końcu Gundhalinu zalicza kilka poważnych zaćmień (ostatnia zapisana w dzienniku rozmowa z braćmi), ale jednak mnie uderzyło.

Jedno natomiast nie ulega wątpliwości - Vinge nie powinna bawić się w sceny łóżkowe. Po raz kolejny udało się jej zamordować niezwykle ważny epizod erotyczny. Tym razem nie morświnami, ale utartymi zwrotami i rozwlekłością. Owszem, wiem, że dałoby się to wytłumaczyć marnymi zdolnościami literackimi BZ w tej kwestii, ale po co, skoro z innych tomów (a zwłaszcza z ostatniego) wiadomo już, że akurat ten element nie jest najmocniejszą stroną tej autorki? No szkoda, że to popsuła, bo to jedna z dwóch kluczowych dla pewnego wątku scen. W dodatku mogła być bardzo mocna.

Nie jest też tak, że akcja jakoś niesamowicie wciąga, zwłaszcza mnie - znałam przecież zakończenie. Nie zawsze jest dynamiczna i jeśli ktoś oczekuje przygodowej sf, może się rozczarować. Tutaj większość dzieje się w głowie narratora.

World's End a pozostałe części

And then it ends. It always ends. Because it was never real, goddamn it! It was always a dream - even while it was happening. It could never have lasted. Her life was becoming a part of history, and I was nothing but a footnote. I knew it then, in my mind if not my heart. That's why I left her [...] Their love had been an aberration, born out of need. If he had stayed on Tiamat it would have melted away like the snow beneath the rising sun of summer. Their worlds, and their minds, had been too many light-years apart.
He would have been as wrong to stay as he had been wrong to leave...
He had put off the meaningless honors, the public displays of adoration, for as long as possible, using his wound and his weakness as excuses. But he had spent the hard-won privacy of his convalescence working obsessively, trying to put what was left of his personal life in order before he became public property forever.
He knew what he would see if he faced himself in a mirror; he had not gone near one since his release from the hospital. But he had endured far worse things than his own reflection too recently to let it bother him, or stop him. There had been no time for weakness, or pain, or doubt... there never would be again.

Czy trzeba czytać? Nie, nie trzeba. Sama połapałam się w Królowej Lata bez znajomości drugiego tomu dość łatwo, choć pewne szczegóły zajścia wychodzą późno, pod koniec Zmiany. Natomiast na pewno warto. Nawet, jeśli wcześniej nie czytało się książek po angielsku. Sama nie mam w tej kwestii szerokiego doświadczenia, a jednak lektura zajęła mi dwa dni. Rzecz nie jest ani przeraźliwie długa (jak pozostałe tomy, a zwłaszcza Królowa Lata), ani bardzo trudna - co zapewne widać na przykładzie zamieszczonych cytatów.

Powody do lektury są co najmniej dwa. Pierwszy taki, że to zwyczajnie kapitalna powieść, fundująca kaca, skłaniająca do myślenia, bardzo niepokojąca. Drugi dotyczy odbioru Królowej Lata - a częściowo także Królowej Zimy. Nie tylko obraz samego świata i BZ jest pełniejszy. Pełniejszy jest także wgląd w warstwę znaczeń i symboli, myśli przewodnich. Inaczej - z czysto psychologicznego czy fabularnego punktu widzenia - patrzy się na niektóre późniejsze wydarzenia. Jasne stają się pewne zachowania Gundhalinu, dziwne dla tych, którzy pamiętają go jedynie z pierwszego tomu. Jasna staje się surowość, z jaką ocenia sam siebie. Rumieńców nabiera wątek odzyskiwania posiadłości, i tak dosadna scena w kaplicy zyskuje więcej mocy, a miłość BZ do Moon okazuje się... trochę inna niż można by przypuszczać.

Oczywiście Gundhalinu nadal pozostaje postacią bardzo pozytywną, choć podszyty osobistymi demonami zyskuje głębi. Po lekturze World's End patrzy się na niego trochę inaczej. Widać potem, ile wysiłku kosztuje go niekiedy utrzymanie moralnego pionu, jak bardzo boi się wykonać krok za daleko, by znów nie wpaść w łapy swojej ciemnej strony, jak bardzo pilnuje, by impulsywność i zmysłowość - cechy potępiane przez Kharemougi - nie przejęły nad nim kontroli. Wciąż powracają te same pytania, w tym jedno dręczące go szczególnie: czy robi to, co robi dla "większego dobra", czy po prostu z namiętności do Moon?

Kilka uwag na koniec

"She wants you," Goldbeard says, almost resignedly.
Of course she wants me.

Cóż na koniec? Może tyle, że jeśli raz jeszcze ktoś w moim towarzystwie stwierdzi, że fantastyka jest głupia, obiecuję gromko się roześmiać, a nie ograniczać się - jak do tej pory - jedynie do kosych wejrzeń. Książka jest po prostu kapitalna sama w sobie i polecałabym ją do lektury nawet poza cyklem, gdybym wiedziała, czy będzie wówczas zrozumiała. Chyba jednak niekoniecznie i nie całkiem, choć retrospekcji znalazło się tu sporo. Recenzując Królową Lata pisałam też, że jeśli komuś nie podobała się Królowa Zimy albo zwyczajnie nie znosi wątków romansowych, nie ma się nawet zastanawiać, tylko skreślić z listy. W przypadku World's End jest inaczej. To część zupełnie inna niż tamte, mająca - może poza retrospekcjami z Moon - niewiele wspólnego z romansem. To po prostu porządna powieść psychologiczna, choć w fantastyczno-przygodowym kamuflażu.

Zastanawiałam się też, skąd tak skrajne opinie na temat cyklu - przetaczające się od rozczarowania, przez obojętność aż do uwielbienia - i chyba mam odpowiedź. Ale o tym może kiedy indziej, w jakiejś notatce o oczekiwaniach wobec fantastyki i czytelniczych przyzwyczajeniach w ogóle.

I tak - I want him ;)

5 komentarzy:

  1. Nie powiem, zachęcające jak cholera, szczególnie fragmenty brzmią super. Już nawet zdobyłam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. O, to miłej lektury ^^ Z tymi fragmentami była śmieszna sprawa, bo kiedy mi się notka mniej więcej ułożyła, od razu wskakiwały mi do głowy konkretne cytaty do wykorzystania, a z drugiej strony było ich tyle, że nie mogłam się zdecydować i nadal nie wiem, czy dobrze wybrałam. Zresztą kusiło mnie nawet, żeby wrzucić jedną scenę w całości ;) Powstrzymałam się, kiedy zobaczyłam, ile tego jest.

    Styl faktycznie jest bardzo przyjemny - na ile potrafię to ocenić. Tym mocniej tkwię w postanowieniu zakupienia w oryginale całej serii.

    OdpowiedzUsuń
  3. Książki są na abebooks, tylko nie wiem jak się skalkuluje z kosztami przesyłki.

    Możesz wyłączyć tę weryfikację obrazkową? Na blogspocie spamu nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki :) A mam włączoną? O.o Niczego o tym nie wiedziałam...

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam
    Chciałem zapytać czy posiadacie książkę:
    Tangled up in blue
    Bardzo proszę o kontakt:
    robus_pl@tlen.pl
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń