sobota, 15 września 2012

Rozczarowanie roku - o szlachetnym odruchu wspierania debiutantów i co z tego wynikło

(źródło)
Ha, tak rzadko recenzuję tu nowości, że aż czuję tremę! Ale oto jest - świeżutkie, pachnące jeszcze drukarską farbą. No dobrze... To od początku. Kiedy usłyszałam, że Rebis po raz pierwszy wydaje debiutanta fantasy, a potem przeczytałam, że to fan średniowiecza, antyfan renesansu i historyk, oczki mi się zapaliły z entuzjazmu i już wiedziałam, że jego książkę przeczytam, a nawet zakupię (do czego doszło). A potem trafiła w moje łapki. No i skończyło się rumakowanie, jak rzekł klasyk. Ta recenzja miała wyglądać inaczej - obiecałam, że będzie w craiisowym stylu. Ale potem uświadomiłam sobie, że nie do końca wiem, jak miałoby to wyglądać. Ograniczę się więc do zwracania uwagi także na to, na co zwróciłabym, komentując książkę niepublikowaną, gdyby była jeszcze szansa na poprawę. Mam nadzieję, że to zaspokoi nieposkromione apetyty Loży Szyderców ;)

Właściwie powinno mnie zaniepokoić to, że obok informacji o uwielbieniu Dominika Sokołowskiego dla średniowiecza znalazła się także ta o jego pasjach RPG-owych i tym, że universum Kwiatu paproci z tej pasji właśnie wyrasta. Ale kiedy swego czasu wyraziłam opinię o tym, że myślenie RPG-owe fantastyce szkodzi, zostałam uświadomiona, że to nie tak, że to wina ludzi, a nie samych gier. Stwierdziłam zatem, że wyzbędę się uprzedzeń i zobaczę.

Cóż, znowu miałam rację. Ale o tym później, bo jak zwykle zaczynam od końca.

Prolog, czyli nowa nadzieja 

Razem podeszli do łóżka cesarza. Bazyleus oddychał miarowo i lekko uśmiechał się przez sen. Kobieta delikatnie potrząsnęła jego ramieniem.
- Panie, zbudź się - szepnęła mu do ucha. - Matka cię wzywa.

Chociaż nie... To właściwie nie jest od końca. Wychodzi już w prologu, który mimo wszystko zrobił na mnie nie najgorsze wrażenie. Owszem - napisany był koszmarnie, pełen brzydkich, banalnych zdań i szkolnych błędów w budowaniu napięcia (problem chyba widać po cytatach, a będzie jeszcze gorzej), ale jednocześnie oferujący sugestię fajnego świata w klimacie bizantyjskim i politykę. A polityka - jak wiadomo - to najskuteczniejszy lep na Kruffy. Szkoda, że tak szybko zniknęła z pola widzenia, a zastąpiło ją kanonicznie bieganie po lesie.

Zaczynało się fajnie - oto zwycięski wódz wraca z wyprawy i zamierza wykorzystać poparcie armii do dokonania przewrotu w państwie i objęcia władzy. Czyli dość klasyczne i częste wydarzenie, a dodatkowo dostałam - znowu tylko sugestię - niezłego bohatera, któremu zależy nie tylko na koronie cesarskiej, ale też pomszczeniu zamordowanego poprzednika, któremu wiernie służył. Czyli w sumie zapowiadała się postać z potencjałem niejednoznaczności, zwłaszcza że prolog obserwujemy z perspektywy zamieszanej w morderstwo cesarzowej, która najwyraźniej miała być tu "tą dobrą". Widząc, co się święci, każe ona wynieść z pałacu i ukryć swego syna.

Potem oglądamy jeszcze dwójkę innych dzieci, którym przydarzają się analogiczne rzeczy. Jeden z nich ma wyraźnie jakiś problem z Mhrocznymi Mocami Zua (a jakże!), a drugim jest piękne, głodujące dziewczę, kradnące - jakież to oryginalne - jabłka ze straganu i wybawione z opresji przez swego przyszłego nauczyciela. Nietrudno się domyślić, że zbiera nam się ekipa.

Jakby jednak drużyna

Rozgorzała zacięta walka. Koczownicy byli nie więcej niż średniego wzrostu, smagli, o oczach w kształcie migdała. Vindlandczycy, górujący nad nimi siłą i liczbą, spadli na nich z furią.

Po chwili - gdy dzięki mocy pióra na przestrzeni kilku stron mijają lata i brzdące z Prologu podrastają - dołącza do czeredy bohaterów rycerz Ilias, który - tu znów powalająca na kolana oryginalność - zastaje swój zamek spalony przez barbarzyńców z północy, a ciężarną żonę zamordowaną. Zabiera więc giermka i wyrusza się mścić. 

Cóż, to nie jest tak, że teraz nasi bohaterowie stworzą drużynę i pójdą zdobywać magiczny miecz, ale jednak zestaw, jaki tworzą jest dość, no... Sami oceńcie: zaginiony dziedzic tronu i jego wierny przydupas, rycerz-mściciel, piękna a niebezpieczna agentka, do tego dochodzi mag miotający ognistymi kulami (do systemu magii jeszcze wrócę) i młody giermek rozkochujący w sobie panny. Mnie się czerwona lampka zapaliła. Jeśli losy tych bohaterów się splotą - pomyślałam sobie - a splotą się przecież na pewno, będę miała dość klasyczną drużynę z jasnym podziałem ról.

Nieoryginalność czy nawiązania?

Rozległy się dzwonki i do osady wjechały duże sanie zaprzężone w renifery. Siedziała w nich urodziwa kobieta w futrze z gronostajów i białych lisów, a obok niej mężczyzna okutany grubym futrem z polarnego niedźwiedzia, w rogatym hełmie z żelaznych obręczy obciągniętych utwardzoną skórą.

Serio momentami się zastanawiałam. Owszem, nawiązania intertekstualne są. Tylko że dość łopatologiczne, jak choćby do Piekła Dantego czy do Andersenowskiej Królowej śniegu. Przyznam zresztą, że przy tej drugiej - z wiadomych względów - zatrzymałam się nieco dłużej, spoglądając podejrzliwie. Zaraz, zaraz - powiedziałam sobie - czy ja czegoś nie pamiętam? Czy w baśni naprawdę było coś o rogatym hełmie? Sprawdziłam - nie, nie było. Mamy więc do czynienia ze Starbuckiem, tak? No na to wygląda, skoro tutaj Kaj też ma wyraźnie służyć do odwalania mokrej roboty. Albo Sokołowski ma pecha i jest niewinny, a mnie się tylko skojarzyło - naprawdę nie wiem.

Takich momentów zawahania miałam zresztą więcej. Ot, choćby przy systemie religijnym. Jest dość czytelny, skoro mamy Theosa i jego awatara Sotera, którego zdradził jeden z uczniów i tak dalej, i tak dalej... Mało tego, siłami zła dowodzi Satan. No bardziej subtelnie się nie dało. Ale umówmy się, że subtelność cechą pisarstwa Sokołowskiego nie jest. Niemniej natychmiast otworzyła mi się szufladka z tytułami, gdzie problem rozwiązany został niemal identycznie.

W ogóle te wszystkie nawiązania - a nawiązania lubię, czemu chyba dość dobitnie dawałam ostatnio wyraz - zaczęły mnie mocno irytować. Po pierwsze - bo brak wyczucia. Po drugie - bo zwalone ze wszelkich możliwych stron i wymieszane razem. O ile w pastiszu czy książce pisanej z humorem miałoby to szansę zagrać i to nawet ładnie, tak w powieści teoretycznie serio wyprowadza z równowagi. To już nie jest intelektualna zabawa, a slalom między spadającymi na głowę głazami. Bardzo męczące i dla głowy niebezpieczne.

No i wątek dreuga... Przepraszam, ale wysiadłam i nawet mi się pisać na ten temat nie chce. Poza tym nawiązanie w samej nazwie cesarstwa. Jakieś takie... mało wyszukane. Aż doszło do tego, że zaczęłam zastanawiać się, czy nie mam przypadkiem do czynienia z pastiszem, jeno tak drętwo napisanym, że mi to umknęło.

Styyyl!...

Puk! puk! stukały palce Magnusa. Chlast, chlast, mlaskała pałka w dłoniach krążącego dookoła Physkona.

A raczej brak stylu. Przykro mi to stwierdzać, ale Sokołowski popełnia wszelkie możliwe błędy nowicjusza i wpasowuje się niestety w najgorszy stereotyp fantasty-pisarza. Rusty Angel pisała w jednym ze swych komentarzy o tym problemie i o braku wyczucia kadencji. Kwiat paproci do doskonałe pole do badań tej kwestii. Serio - dobre akapity mogłabym policzyć na palcach jednej ręki.

Na czym polega problem dokładnie? Oj, złożony jest. Po pierwsze Sokołowski ma chyba nie najlepszy słuch albo ktoś mu bardzo dawno temu powiedział, że pisząc krótsze zdania uzyska dynamizm i jeszcze wystrzyże się błędów, a on nadal nie zauważył, jak bardzo mija to się z prawdą. W każdym razie długością wypowiedzeń i interpunkcją operować nie potrafi. Nie zaprzęgł do swych celów ani przecinków, ani półpauz, ani nawet kropek czy akapitów. Wszystkie one służą jedynie wypełnieniu zasad słownikowych paragraf po paragrafie. Szczytem interpunkcyjnych szaleństw jest potrojenie pytajnika.

O operowaniu szykiem czy instrumentacją głoskową nie ma w ogóle co marzyć. Jak skończyła się próba wykorzystania dźwiękonaśladownictwa widać w cytacie powyżej.

Dialogi - potworki

- Hojnie cię wynagrodzę za takie informacje.
- Nie będę dla ciebie szpiegował. Honor mi na to nie pozwala - odparł zdecydowanie Basarab.
- Zdrajco! Wypierasz się ojczyzny? Co z ciebie za Arkadyjczyk?
- Ostatni Arkadyjczyk, jakiego spotkałem, chciał mnie sprzedać w niewolę.
- To twoje ostatnie słowo?
- Tak.
- Pożałujesz tego jeszcze. Nie wiesz, z kim zadarłeś, chłopcze.

Jeden z większych problemów Sokołowskiego to dialogi. Ten powyżej nie jest jeszcze najgorszy, ale z jakiegoś powodu (nie pamiętam jakiego) właśnie to sobie podczas lektury zaznaczyłam. W każdym razie mam żal do Sokołowskiego nie tylko o drętwość wypowiedzi i miałkość rozwinięć dialogowych. Pojawia się tu inny, poważniejszy problem, tak powszechny u początkujących twórców: aż roi się od scen spod znaku "aha, to teraz porozmawiamy o rzeczach całkowicie dla nas oczywistych, ale nieoczywistych dla tej ślicznej pani, która próbuje nas podsłuchać" i podobnych.

Co więcej - mogę powtórzyć tu ten sam zarzut, którym często posługuję się wobec autorów jeszcze przed debiutem: za mało miejsca dano narratorowi. To, że nie ma on w ogóle jaj, nie jest ani auktorialny, ani spersonalizowany to jedna sprawa. Inna jest taka, że do jego zadań należy często jedynie relacjonowanie tego, co akurat robią bohaterowie. Uwagi ogólne na temat świata pojawiły się może ze trzy, cztery razy.  Czytelnik dostaje tylko to, co jest mu akurat niezbędnie potrzebne.

Tak, tak, ci, którzy mnie znają i znają moje komcie, wiedzą już do czego zmierzam - ZA MAŁO PRZESTRZENI!!! Nie mam żadnej frajdy z poznawania świata, jego struktur, polityki, kultury, niczego. A przecież zagłębianie się w alternatywną rzeczywistość to jedna z rozrywek, jakich czytanie fantastyki powinno mi dostarczać, prawda? Dziwiłam się, że powieść fantasy jest tak krótka i szybko uzyskałam odpowiedź na pytanie dlaczego? Bo jest naga. Po prostu.

To znaczy, ja nie wątpię, że świat jest dopracowany. Gdzieś tam na dziesiątym planie pojawiają się sugestie mogące o tym świadczyć, ale wolałabym mocniej tego doświadczyć, zamiast walczyć ze smokami i biegać po lesie.

Ale miało być o dialogach w tej części...

Wspominałam o tym, że są drętwe. Bohaterowie mówią pełnymi zdaniami, tak grzecznie i poprawnie, że nawet najlżejszy wulgaryzm w ich ustach - zamiast dodawać krwistości - zwyczajnie bawi. Lepiej byłoby już, gdyby Sokołowski zupełnie z nich zrezygnował.

No to może postaci?...

Silnoręki zastanowił się. Jego dawny dowódca, mówiąc "dyskretnie", miał z pewnością na myśli: bez wiedzy władz i unikając straży. Jeśli zaś władze zdecydowały się naruszyć nietykalność bądź co bądź posłów, to musi być grubsza afera, sprawa gardłowa. Z drugiej strony byli towarzyszami broni i nieraz ratowali się nawzajem z opresji. Nie mógł zawieść starego przyjaciela.

Niestety - postaci też nie. Była aż jedna, która wzbudziła we mnie jakieś tam emocje, ale - jak się okazało - epizodyczna, więc zmilczę. A cała reszta? Typy dość klasyczne dla fantasy, o czym wspominałam już wcześniej, w dodatku niemal całkowicie pozbawione psychologicznych portretów. Rozważania o głębokości przeciętnej sadzawki, życiowe decyzje podejmowane na przestrzeni jednego akapitu, rozterki (o ile się takie pojawiają) streszczane w kilku zdaniach. Wszystko to sprawiło, że nie przywiązałam się do nikogo. Początkowo sądziłam, że zwiążę się z Iliasem, bo wydawało się, że jakoś tam wpasowuje się w mój typ trólofa, ale dość szybko mnie zawiódł. Potem dałam szansę Basarabowi, ale nadal nie za wiele o nim wiem. Generalnie ich losy spływają po mnie jak po kaczce. Przejęłam się tylko jednym (wspominałam na początku akapitu) i miałam nawet nadzieję, że Sokołowski mnie tu zaskoczy, pozwalając mu włączyć się do akcji, bo tak intensywnie od początku sugerował, że go zabije... No i zabił.

A ja nie mam niczego do dodania.

...albo konstrukcja świata?

Jak już mówiłem, pochodzę z Ariany i param się magią ognistą. Jak wiecie, są czary czterech żywiołów: wody, powietrza, ziemi i właśnie ognia, który jest szczególnie popularny wśród moich krajan. Istnieje jeszcze piąty żywioł, psyche, ale jest on bardzo tajemniczy, a praktykowanie magii psychicznej często prowadzi na manowce.

Cóż, konstrukcja świata jest prosta jak budowa cepa. Zresztą wystarczy spojrzeć na mapkę, stanowiącą właściwie przerysowaną Europę. I tak mniej więcej wygląda rozkład kultur i nazewnictwa. Czy dlatego Sokołowski zrezygnował z głębszego wchodzenia w szczegóły? Uznał, że wszystko jest jasne?...

I nie, to nie wypada dobrze. Lepiej byłoby, gdyby został przy tym Bizancjum, bo to temat słabo przez fantasy eksploatowany. Miałby szansę stworzyć coś oryginalnego i barwnego, a tak jest kapusta z grochem.

No i magia. Za wiele o niej nie wiadomo - znowu - ale myślę, że powyższy cytat daje pewne wyobrażenie o problemie. Jasne, to też można było fajnie rozwinąć, chociaż oklepane. Twórcom Avatara się w końcu udało. Tu na razie wygląda to bardzo marnie.

Uwagi końcowe

- Moja historia jest krótka i smutna - odrzekł mag, przełykając kolejny kęs.

Czy coś mi ta lektura dała? Tak, dała. Pewność, że praca Matki Peżetkarki ma sens, bo już teraz większość powieści, jakie objęła swymi puchatymi kopytkami jest lepsza, niż to, co można nabyć w księgarniach, a będzie przecież - gorąco w to wierzę - jeszcze lepiej. Pozostaje mi tylko trzymać kciuki i jeszcze silniej optować za tym, by rzeczone powieści kiedyś się ukazały.

Czy można zatem znaleźć w przypadku tej pozycji jakieś pozytywy? Tak - sposób wydania. Tu nie mam większych zastrzeżeń, choć okładka jest... no raczej standardowa i zupełnie nie rzuca się w oczy na księgarskich półkach. Poza tym jednak całość sprawia estetyczne wrażenie, zrobiono to zwyczajnie starannie. Dostrzegłam bodaj jeden błąd edytorski i kilka powtórzeń. Poza tym jest ładnie i jeśli coś sprawiło, że czytałam Kawiat paproci tyle czasu to bynajmniej nie skład.

I coś jeszcze?... Może wiedza szczegółowa? Bo tego akurat Sokołowskiemu odmówić nie można - w końcu jest wykształcony w tym kierunku. Co z tego jednak, skoro ten fakt ginie pośród ogólnego niesmaku?

A to dopiero początek trylogii... I teraz się zastanawiam - dać jeszcze szansę? Kupić już nie kupię, ale czy w ogóle sięgać?...

16 komentarzy:

  1. No więc przeczytałam. Cytaty tknęłam i przestałam czytać bojąc się ze mogą mi zaszkodzić, zUe lektury szkodzą.

    Jedno wiem na pewno że nie przeczytam tej książki ;) choć przeraża mnie to co napisałaś... Obawiam się jednak, że moja peżetka nigdy nie wyjdzie poza poziom dostateczny, a po tej recenzji zaczynam w to wątpić...

    Ale to o mnie, nie o recenzji. Szczerze patrząc na to z craiisowego punktu widzenia to jest źle... Z punktu widzenia Matki Tęczarki chyba, już lepiej jeśli chodzi o tęczę choć znając życie pojawiło by się wiele "O_o", "Lol", "WTF" itp. ale by to określić pewnie trzeba by było zobaczyć tekst, po tym co tu widzę mówię raz jeszcze, że na pewno tego nie zrobię, choć też się zastanawiałam czy nie przeczytać...

    Dzięki teraz wiem ze lepiej nie ;)


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to jest akurat taka pozycja, którą polecałabym piszącym chociaż do przejrzenia ;) Tak ku przestrodze i do krytycznego rozbierania błędów, bo do tego akurat nadaje się znakomicie.

      Tęczy to byś sobie akurat efektownej nie zrobiła - w końcu widziało redakcję - ale i tak nie uniknięto kilku językowych wpadek, w tym powtórzeń rdzenia słowotwórczego. No, chyba że właśnie uwagi w stylu "WTF" miałabyś na myśli ;) Tego - przypuszczam - znalazłoby się tyle, że znów musiałabyś kupować długopisy ;)

      Usuń
    2. Jakoś nie wiem odstraszyła mnie twoja recenzja, może i ku przestrodze powinnam spojrzeć, ale te cytaty mi wystarczą!

      Właśnie o komentarzach typu "WTF" mówiłam ;) albo ewentualnie "popraw to, bo ja nie wiem co to"
      Mówisz że te 10, które mam by nie starczyła... O_o

      Usuń
  2. Błąd edytorski - możesz podrzucić? Nie wierzę, żeby był dodruk, ale w razie co... (to nie ja puściłam! to inni!)

    Ta recenzja nakręciła mnie hejtersko straszliwie, chyba przeczytam XD

    Obawiam się, że "chlast, chlast" przebiło iżbychom. Teraz będę się ryła jak debil, za każdym razem jak to sobie przypomnę... _^_

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, ale tak serio, to mam ochotę choćby dla jaj podrzucić Colta i zobaczyć reakcję... O.o" chyba bym dostała twardą oprawę i wydanie w klasyce XDDD

      Usuń
    2. Ty to masz miejsce dla mego dzieła szykować ;)

      Usuń
    3. hevs - serio? Tak właśnie sądzę.

      Błąd podrzucę, jak go znajdę, bo nie zaznaczyłam strony. Wielkiej litery zabrakło po prostu albo zamieniono przecinek na kropkę, bo zaczynanie zdania spójnikiem jakoś tak zbyt wyrafinowane mi się wydaje...

      Ej, i straciłam pozycję Głównego Rozweselacza?...

      Usuń
  3. U nas w bibliotece, niestety, tego nie ma. :( Nie przeczytam więc w najbliższej przyszłości. A chcę przeczytać. W sumie z dwóch powodów: tak jak i hevi, tak i mnie ta recenzja nakręciła hejtersko^^ Ale drugi powód to ten, że... że ja się łudzę. Jestem mniej wymagającym czytelnikiem i może dostrzegę tam nadzieję. ^^ A ja naprawdę chcę wspierać debiutantów, no.
    Chociaż nie ukrywam, że "chlast, chlast" mnie wprasowało w ziemię. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Służę swoim egzemplarzem, choć nie natychmiast, bo pewnie teraz ustawi się kolejka XD Wpadnij w grudniu na GrafKonana, to dostaniesz :P I wiesz... ja też się starałam dostrzec nadzieję. Długo wmawiałam sobie, że po prostu przeczytałam ostatnio za dużo naprawdę dobrych książek i Sokołowski trafił na zły okres w moim czytelniczym kalendarzu, ale im dalej w las, tym mniej w to wierzyłam.

      I nie przeczę, że z tego dałoby się wyciągnąć coś lepszego, ale to wygląda, jakby pomysł w ogóle nie odleżał :/

      Usuń
  4. I pomyśleć, że chciałam to kupić -_-' (tak, Kassandra też ma szlachetny odruch wspierania debiutantów). No i pierwsze kruffowe doniesienia z placu boju były obiecujące. Biznancjum *.* - nie czytałam powieści w tych klimatach. Niby część "Krzyżowców" się tam rozgrywa, ale to tylko mikroskopijna część akcji, jednak zaostrzająca apetyt.
    Książki nie kupię, ale jak mi pożyczysz, to przeczytam :P
    W sumie teraz mnie naszło na napisanie czegoś w klimacie bizancjum. Może kiedyś, gdy skończę moje wiekopomne dzieło ;) i nabędę odpowiednią wiedzę.
    Ego urosło po tej recenzji (c[]! za Ego).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za Ego! c[]! ;)
      A pisz, pisz, bo mnie też się zachciało Bizancjum po tym prologu, a potem było tak ubogo... Nadal mi szkoda, bo temat tak wdzięczny, w dodatku mógł zostać ruszony przez kogoś, kto zna się na rzeczy.

      I jasne, że pożyczę. Chyba zacznę prowadzić listę kolejkową XD

      Usuń
  5. Czy tylko moje ego nie urosło po tej recenzji???

    OdpowiedzUsuń
  6. Moje poszło emować do kącika - takie rzeczy się wydaje a nie wybitne, wiekopomne językoznawcze sf :(

    OdpowiedzUsuń