wtorek, 11 września 2012

Czego właściwie oczekiwać od fantastyki?

Wyjątkowo - Alan Lee (źródło)
Ostatnie doświadczenia lekturowe, ostatnie i mniej ostatnie rozmowy, przeczytane recenzje - wszystko to złożyło się na pomysł zapisania kilku luźnych myśli na temat przyzwyczajeń czytelniczych i oczekiwań wobec fantastyki. Mam przy tym świadomość, że niczego nowego nie odkryję, ale jednak mnie to nurtuje...

Sprawa nie jest taka jasna i rozwarstwia się tym bardziej, im bliżej się jej przyjrzeć. Wiadomo przecież, że potrzeby częściowo są kreowane, częściowo sterowane, a częściowo w ogóle niezauważalne, bo niemające swojej materialnej realizacji. I może jest to dzielenie włosa na czworo, kolejne Kruffowe marudzenie, ale powstrzymać się nie mogę.

Ciągle nurtuje mnie myśl, że większość czytelników fantastyki to tacy "zjadacze fabuł", jak ich ostatnio określam. Ot, śledzą historię i całą swoją ocenę opierają na odpowiedzi na pytania o zaskoczenia, stopień "fajności", oryginalności. Oczywiście nikt im tego nie zabroni. Mnie samej włącza się czasem taki tryb, zwłaszcza gdy zorientuję się, że mam do czynienia z produkcją czysto rozrywkową. Ale przykładanie jednej miarki do wszystkiego jest nie tylko niesprawiedliwe, ale też szkodliwe dla samego czytającego. Swego czasu na Craiisie starałam się wywołać dyskusję o zmuszaniu czytelnika do myślenia, ale szybko podryfowała ona w kierunku hintów, a nie do końca o to mi chodziło. Jako myślenie przy czytaniu rozumiem bowiem właśnie próbę wniknięcia w tekst głębiej, poza samą fabułę (a hinty należą jednak do spraw fabuły). Ot, choćby dostrzeganie konwencji, nawiązań, szukanie myśli przewodnich, osadzanie danej pozycji wśród innych. Takie czytanie jednocześnie "wewnątrz" (śledzenie losów bohaterów, ich psychologii, poznawanie świata) i "z zewnątrz" (szukanie tradycji, konstrukcji, szeroko pojętych bebechów).

A wszystko to dlatego, że mam w zwyczaju szukać kontr-opinii dotyczących książek, których recenzje umieszczam na Potworach. Robię to z różnych powodów, choć zwykle nie wpływa na kształt moich tekstów. Ot, sprawdzam na ile oczywiste są moje własne wnioski, na ile podryfowałam za daleko. I widzę, jak rozjeżdżam się z innymi odbiorcami danej pozycji. Żeby nie było - nader często czytam teksty, przy których jest mi wstyd za własne, ale jednak raczej spotykam się z bardzo powierzchownymi opiniami. Jakby wygłaszający je ludzie odruchowo zakładali, że od fantastyki nie należy wymagać niczego więcej ponad ciekawą fabułę i świat. Dziwi mnie to szczególnie, zważywszy na bogatą historię, z której ta konwencja (i kilka pokrewnych) wyrasta. Zdarzyło mi się pisać o powieści gotyckiej, ale przecież to nie wszystko. Zaledwie wierzchołek góry lodowej. A baśnie? A mitologie, legendy, romans rycerski, opowieści wschodu?

Wojciech Siudmak - ilustracja do Dzieci Diuny  (źródło)
Oczywiście wiem, że wina leży nie tylko po stronie czytelników. Wielu wydawanych autorów nie pamięta o wadze dziedzictwa, którego piórem dotyka. Utarło się bowiem, że fantastyka jest łatwa - tak w tworzeniu, jak i w odbiorze - a koło się zamyka. Bo przyzwyczajeni do prostych, jednowymiarowych przekazów odbiorcy nie szukają niczego w pozycjach bardziej ambitnych, z kolei autorzy bardziej ambitni - rozbijając się o mur ignorancji odbiorców - nierzadko obniżają loty lub są zastępowani przez innych. W akcję włączają się jeszcze wydawcy. Jak - chyba nie trzeba tłumaczyć. Wystarczy wejść do losowo wybranej księgarni i zbliżyć się do odpowiedniej półki. Choć tu akurat światełko w tunelu widać i zdarza się niekiedy, że wydawcy podchodzą do tego typu literatury poważnie. Sama mam na półce rebisowe Diuny i Dicki z ilustracjami Siudmaka czy Peanathemę Sephensona z MAG-a (choć ta akurat była absurdalnie droga i pewnie bym jej nie kupiła, gdyby nie specjalna okazja). Podobało mi się też to, co zrobiło Wydawnictwo Literackie z Pannami z Grace Adieu Clarke. Nieliczne pozytywne przykłady nie zmieniają jednak konkluzji - na pierwszy rzut oka widać, za jakiego rodzaju odbiorcę mają wydawcy czytelników fantastyki.

Bardzo się boję zabrzmieć apodyktycznie, bo gdzieś tam mam świadomość, że jestem czytelnikiem zmanierowanym. Studia, zainteresowania, częściowo też praca*, wszystko to uruchamia się, kiedy tylko zaczynam przewracać kartki. Ba! - kiedy wchodzę do księgarni lub biblioteki. Nie ukrywam też, że jako przyszła autorka bestsellerów i kamieni milowych w rozwoju fantastyki**, jestem osobiście zainteresowana poziomem czytania tej konwencji nie tylko ilościowo, ale też jakościowo. Wiem wreszcie, że większości produkcji nie da się czytać na wielu poziomach, choćby się człowiek dwoił i troił, ale jakoś tak żal...

Nurtująca jest też pozycja takiej hipotetycznej książki, czerpiącej z konwencji fantastycznej, ale jednocześnie sięgającej po jakąś inną. Chyba z góry przegrana przy takim powierzchownym czytaniu. Bo często nie daje przecież tego rodzaju rozrywki, do jakiej odbiorca jest przyzwyczajony i jakiej oczekuje od fantasy, sf czy wszelkich punków, a z drugiej pozostaje dyskryminowana przez target drugiej konwencji - bo przecież to fantastyka, niepoważna i kiczowata.

Tak źle i tak niedobrze.

-----------------------------------------------

* Kruffa próbuje sił jako korektor, co oznacza - wedle definicji jej wujka - że biega w tę i z powrotem, zostawiając za sobą białe ślady ;)
** A co! Jak mieć marzenia, to z pompą! ;)

21 komentarzy:

  1. Przyszła autorko kamieni milowych:-), przyznaję ze smutkiem rację, a nawet dodam trzy grosze, że niestety dla wielu osób fantastyka jest zgettoizowanym gatunkiem dla osobników niezrónoważonych psychicznie, lubujacych się w trywialnych opowiastkach o trollach, albo obcych i statkach kosmicznych...
    PS. Uwielbiam Siudmaka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak... Przypomina mi się pewna anegdotka z tym związana, ale jest szansa, że pojawi się w komentarzach z pierwszej ręki, więc na razie się powstrzymam :) Czasem parcie jest tak silnie, że sama zaczynam w to wierzyć.

      Też go uwielbiam ;) I choć Diuny nie czytał, trafił w sedno z klimatem.

      Usuń
  2. Uwielbiam "Damy z Grace Adieu", nie tylko za treść (choć opowiadanie o wyszywającym Wellingtonie jest jednym z moich ukochanym tekstów, bo jest również fanfikiem do Gaimana), ale również za poziom edytorski. Natomiast co do okładek, ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy wydawca nawet nie przejmował się tym, czy ilustracja na okładce pasuje do treści książki (np. cykle Andre Norton były w ten sposób wydawane), bo kupował (o ile kupował) obrazki hurtowo od agencji i dystrybuował na chybił trafił. I nie wiem, czy sztampowe okładki np. paranormali są takie złe, przynajmniej wiem, czego unikać (takie okładki cyklu zmierzchowego, na ten przykład, są bardzo mylące).

    Dla mnie o wiele większym problemem niż fabuły jest kwestia sublimacji języka. Większość autorów fantastyki ma język swoich dzieł w "głębokim" poważaniu niestety i to odbija się na ogólnej ocenie fantastyki. Autorom brakuje wyczucia kadencji (świetną ma ją np. Sapkowski), buduje akapity złożone ze zdań prostych, używa cały czas tych samych słów. Czasami z tego powodu nie byłam w stanie przejść przez utwory nominowane do nagrody Zajdla.

    (No, to sobie pomarudziłam. Przepraszam.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ nie masz za co przepraszać - przecież też głównie marudzę ;)

      "Panny..." są zaiste milutkie - niby wyglądają skromnie, ale są skromne w bardzo stylowy sposób. No i te ilustracje! Ale to nie nasz rodzimy pomysł.

      Masz rację, że język autorów to jeszcze jeden poważny problem. Czytam właśnie książkę, której autor ma problemy nie tylko z kadencją, słownictwem (choć na pierwszy rzut oka jest rozbudowane, na drugi widać, że nieproporcjonalnie), panowaniem nad strukturą wewnętrzną zdania, ale też z logiczną budową akapitów (choć to już może nie tylko język).

      Swego czasu od autorów okładek oberwała też potężnie C. J. Cherryh, ostatnio Lovecraft. O tym, co wyprawia niekiedy Solaris, żal wspominać - wygląda to tak, jakby wciąż uprawiali opisywaną przez Ciebie politykę.

      Usuń
    2. Och, Solaris ma za pazurami jeszcze kilka innych grzeszków, okropny skład, niedbałą redakcję, tłumaczenie po łebkach (ale to akurat specyfika rynku, tłumacz ma się wyrobić w danym terminie, a to odbija się na jakości oddawanego tekstu, bo nie ma go po prostu kiedy doszlifować) przez ludzi, którzy nie mają ani grama umiejętności w tym kierunku, ale znają język (a to nie są jednoznaczne rzeczy). Inna sprawa, że ludzie i tak te książki kupują, mimo braków i wysokiej ceny, bo to jedyna możliwość, by poczytać klasykę w rodzimym języku.

      Usuń
    3. No tak, niestety - sama czasem korzystam, choćby po to, by przekonać się, że absolutnie, ale to absolutnie muszę mieć oryginał ;)

      Usuń
  3. Jako kolejna "przyszła autorka bestsellerów i kamieni milowych w rozwoju fantastyki" i przy okazji Twoja ofiara :P stwierdzam, że bardzo trudno mi znaleźć fantasy, które sprostałoby moim oczekiwaniom.
    Jestem też osobą, która przez 23 lata swojego życia nie podchodziła do fantasy bez kija, ale jak już zaczęłam czytać, szybko wyrobiłam sobie - mam nadzieję - gust. Niestety wielu autorów zamiast pisać o polityce, pisze o... No właśnie trudno mi powiedzieć, bo albo rzucam takie książki w kąt, albo ich nie rozumiem.

    Oryginalność pomysłu wcale nie przesądza sprawy (patrz np. Vinge). Na "Fortece..." też na początku kręciłam nosem. Bo wybraniec, bo magia, bo król i seks grupowy itd. A dziś mam za sobą cztery tomy i wiem, że jeszcze do nich zajrzę. Pomysł to tylko punkt wyjścia, liczy się jego rozwinięcie, budowa świata (i nie mam tu wcale na myśli prologów-killerów, pełnych dziwacznych nazw, które powstały tylko dlatego, że autor przeczytał LotRa i uznał, że bez takiego składnika nie napisze powieści, to się oczywiście nie tyczy wszystkich prologów, no ale ja generalnie mam na nie alergię), różnorodne postacie, co oczywiście nie równa się różnorodności ras. Elfy, ogry i smoki (szczególnie te ostatnie) są dobre, gdy ich nie ma, podobnie jak - w przeważającej ilości magia. No dobra, sama nie ustrzegłam się magii w swoim wiekopomnym dziele :P i do dziś tego żałuję. A najważniejsze jest by autor chciał coś przekazać, pisząc. Może to nawet być powiastka o honorze, powinnościach (nie wymagam już fantastycznej wersji "Królów przeklętych"), czy coś w deseń rycerskiego romansu, a nie prosta nawałka magicznych armii, które rozwalają połowę świata. bez wiarygodnego powodu.

    Co do języka, być może faktycznie niski poziom niektórych tekstów bierze się z faktu, iż większość ludzi uważa fantasy za gatunek drugiej lub trzeciej kategorii, obwiniając go o całe zło świata (jak pewien pan, którego miałam nieprzyjemność poznać w pociągu, gdy akurat czytałam "Siewcę wojny" :P), więc garną się do niego ludzie, którzy nie są w stanie zaoferować jej nic dobrego.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj tam, zaraz ofiara ;) Ja tylko staram się delikatnie sugerować i podsyłać pewne pozycje do przeczytania ;)

    Wprowadziłabym jednak dość wyraźne rozróżnienie między nieoryginalnością a świadomym korzystaniem z konwencji. Fortece C. J. Cherryh to przecież nie owoc braku wyobraźni autorki - bo to trudno jej zarzucić ;)- a raczej odświeżenie skostniałego wydawałoby się gatunku, nadanie mu nowego kształtu. Zresztą zrobiła to także ze space operą. Zauważ, że Tristen nieco odstaje od innych wybrańców, stanowiąc też mistrzowskie rozwiązanie problemu, o którym pisał kiedyś Dukaj - problemu ekspozycji świata w fantasy a stopnia wtajemniczenia bohaterów. A poza tym to przecież właściwie powieść historyczna, tyle że w wymyślonym świecie i okraszona magią ;) I co Ty masz z tym seksem grupowym? Był tylko jeden, w dodatku stanowił doskonałe przedstawienie Cewfyna ;P

    U Vinge to z kolei też nie brak oryginalności (akurat w czasie, gdy pisała "Królową zimy" space opera leżała na łopatkach, dopiero zaczynał się jej złoty okres, bo na scenie pojawiła się też Cherryh), a poetyka retellingu: w "Królowej zimy" wręcz napastliwa, w "Końcu świata" trochę bardziej zamaskowana (i - jak wnioskuję z opinii przeczytanych - słabo rozpoznawana). Może z tego wyłamuje się trochę "Królowa lata", gatunkowo raczej coś pomiędzy romansem a thrillerem politycznym, choć i tam pewne elementy baśniowości są (silne działanie przeznaczenia, nawet jeśli przybiera ono postać sztucznej inteligencji).

    Oczywiście absolutnie się zgadzam ze stwierdzeniem, że bez myśli do przekazania, nie ma co siadać nad kartką papieru.

    Zastanawiam się też na ile popularność tych „klasycznych”, wymienionych przez Ciebie elementów i problem języka wynikają z ignorancji twórców. Co oni tak naprawdę przeczytali, jak podchodzą do sprawy, ile wiedzą na temat pisania jako takiego. I jeśli są to młodzi blogowicze lub forumowicze, to uznaję, że mają przed sobą sporo czasu na doszlifowanie. Ale kiedy kogoś takiego się wydaje, to znaczy chyba dwie rzeczy:
    - że to się sprzeda,
    - że uważa, iż nie sięga poniżej pewnego poziomu wyznaczonego dla danego gatunku.

    I widzisz - miałam wspomnieć o Panu z Pociągu, a zapomniałam ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. Właściwie to nie wiedziałam na początku jak miałabym to skomentować... i chyba dopiero po komciach dotarło do mnie, że to po prostu trochę inne podejście do problemu złej fantasy. I tego jak ona - i stereotypy o niej - wpływają na ogólne postrzeganie fantastyki jako takiej.

    Zacznijmy może od tego, że to co jest powszechną opinią o fantastyce nie wzięło się znikąd. Nawet wręcz przeciwnie, idę o zakład, że Pan z Pociągu nie miał pojęcia co to jest ZŁA FANTASY. Fantastyka jest w przeważającej części gówniana i jako gatunek popularny taka być nie przestanie. Lud jest głupi, wszystko kupi (dla niedowiarków polecam spojrzenie na to co jest w rządzie). Inną kwestią jest natomiast to, że głównonurtowa beletrystyka też jest w dużej mierze gówniana. Bo to co popularne, nigdy dobre nie będzie. A jeśli jest dobre, to popularność zyskało dlatego, że nikt tego nie zauważył (za to były np. cycki).

    Ta dobra fantastyka o której piszesz to odpowiednik literatury pięknej w głównym nurcie. Wąska kategoria przeznaczona dla wąskiej, wykształconej grupy odbiorców. Zawsze badziewia i czytadeł (to jednak różne kategorie) będzie więcej, będą się lepiej sprzedawały, a co za tym idzie - będą wyznacznikami dla obiegowych opinii.

    Zagwozdka i problem tkwią w tym, że w głównym nurcie wyróżniono tę literaturę piękną (pomijam, że obecnie do tej kategorii zalicza się każde gówno bardziej gówniane niż przeciętna...) i np. romans ma szansę się do niej zakwalifikować (choć kryminał już nie; "Bracia Karamazow" w żadnym wypadku kryminałem nie są... ::) ). No wiecie "To nie komiks. To powieść graficzna."

    Ciekawy jest w tym kontekście przypadek "Lodu" Dukaja (bynajmniej nie najlepszej jego książki, mimo genialnej pierwszej części), który starano się za wszelką cenę wyciągnąć z kategorii "fantastyka", a nagrody i pochwały motywowano tym, co w fantastyce jest... oczywiste: kreacja innego niż realny świata, zmiana języka (jasne, że mam obsesję na tym tle, ale obiektywnie patrząc: nawet w najgorszej szmirze wykorzystuje się chociaż drobne modyfikacje języka, najczęściej są to powiedzonka, czy przekleństwa)... Koncertowy popis ignorancji. Tylko jak my, czarnuchy z getta mamy z tym walczyć? Czy warto w ogóle walczyć? Poklask ze strony ignorantów wam miły?

    Co do okładek - są wydawcy (Zysk), którzy biorą "te okładkę ze smokiem bo ładna". Nieważne, że to sf. I to takie +21. Ale to tylko jedna strona medalu. Drugą jest geneza "malarstwa fantasy". Te wszystkie kiczowate okładki na jedno kopyto. Ot, choćby: http://www.tinyurl.pl?v4VVXJYY . To nie jest tylko kicz, to jest jednak konwencja, zrodzona z kiczowatych okładek pulpowych magazynów. Jednak z grafomanii. Owszem, niekiedy grafomanii mistrzowskiej (Conan), ale jednak grafomanii. Podejrzewam i takie wnioski wysnuwam, że w Ameryce to jest jednak czytelne. Nie przez główny nurt, ale przez fanów fantastyki już tak. To kolejny rodzaj konwencji, głęboko zakorzeniony w historii gatunku. Problemy pojawiają się wtedy, kiedy coś takiego wrzuca się do kraju bądź co bądź, ale jednak bardziej cywilizowanego i jednak podchodzącego do popkultury jak pies do jeża (szczególnie, że ta popkultura w połączeniu z fantastyką do nas dotarła już obrzucona gównem postmoderny; Tyrmand to jeszcze był cud i właśnie podobny etap co Amazing Stories etc.) - po prostu w tym względzie ignoranckiego.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ta konwencja (konwencja w konwencji) jest wyraźna i wielu jest dobrych autorów, którzy się w nią dość świadomie wpisują, tak mi się wydaje. Chociaż generalnie to jest po prostu ignorancja, brak wykształcenia, bagaż lektur na poziomie HP, Zmierzch, powieści do gier. Popularność szmir w guście Sapcia czy Martina - pozostających przecież wysoko ponad poziomem dna reprezentowanym przez wyżej wymienione - i ich status OBJAWIEŃ NAJGENIALNIEJSZYCH POWIEŚCI JAKIE NAPISANO W HISTORII LUDZKOŚCI!!!ONEONEONE1111111 nie powinna w tym kontekście dziwić. I idę o zakład, że wielu rzeczy, które podobają mi się u Eriksona przeciętny jego fan nawet nie zauważył. Ba! Obruszyłby się, gdybym zasugerowała to i owo (już samo skrzywienie się na wykorzystanie motywu buntu Lucyfera zostało nazwane "nadinterpretacją"). Czytelnik nie jest nauczony myślenia. Widzi fabułę (byleby nie nazbyt skomplikowaną, bo będzie musiał robić notatki - też autentyk), język ma być bezbolesny. Dlaczego np. Dukaj, który w niektórych tekstach naprawdę prowadzi czytelnika za rękę jest postrzegany jako trudny? Nie dlatego, że pyta o naturę poznania, bo tego czytelnik nie widzi. Tylko dlatego, że na pierwszej stronie ma 6 słów, których nie zna. To, że są to zwroty na poziomie "zapalił tytońca" nic go nie obchodzi. I serio - nie uważam, żeby musiało go obchodzić. To jest jego sprawa, a strata moja. Bo ja się z pisania powieście nie utrzymam.

    I a propos Cherryh - Cherryh jest mistrzynią w braniu oklepanych, wyrylanych pomysłów i przekuwania ich na perełki. "Fortece" to jest nic ;) Chanur to jest dopiero jazda :D Albo "Paladyn" *.* (tytuł z dupy, a jakże :D ).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz dopiero uświadamiam sobie, ile właściwie wątków poruszyłam... i nie dokończyłam. Jak zwykle.

      Niby wiem, że to wszystko nie wzięło się znikąd i niechęć laików jest w pełni uzasadniona, ale po prostu drażni mnie przykładanie jednej miarki do wszystkiego, bo "to przecież fantastyka", więc jest się zwolnionym z jakiegokolwiek głębszego czytania. Drażni mnie też, kiedy obcina się głowy autorom wystającym ponad szereg, żeby go wyrównać, twierdząc, że nie mają prawa wymagać od swoich odbiorców więcej, skoro piszą fantastykę. I tak, to jest właściwie literatura piękna, ale dlaczego przykładać do fantastyki inną miarkę niż do literatury głównonurtowej? Wydaje się wręcz - tak wynikałoby z prostego rachunku - że należało by wymagać od niej więcej: bycia dobrą literaturą, bycia dobrą fantastyką i bycia dobrym... czymś, czym tam jest - baśnią, kryminałem, romansem, powieścią przygodową. Chyba o tym nie wspominałam, bo wiem, że mam ostatnio hopla i głupio mi ciągle wracać do Vinge, ale bezpośrednim impulsem do napisania tej notki była jedna z przeczytanych opinii na temat "World's End", gdzie autorka stwierdzała, iż doznała głębokiego rozczarowania, bo sięgała po fantastykę, a dostała powieść psychologiczną. Co z tego, że świetnie napisaną, skoro nieodpowiadającą jej czytelniczym przyzwyczajeniom.

      Oczywiście mam też świadomość istnienia "średniej półki" i absolutnie niczego do niej nie mam. Literatura czysto rozrywkowa jest potrzebna, tak jak potrzebne są odmóżdżające filmy, farsy teatralne i łatwa w odbiorze muzyka. Niepokoi mnie jedynie fakt, że czytelnicy tak rzadko dostrzegają, że mają do czynienia z czymś "ponad". To jest chyba ten problem, o którym piszesz, przywołując "Braci Karamazow" i "Lód" - założenie, że coś, co sięga po konwencję, w której przeciętna jest... no, przeciętna właśnie, nie może, po prostu nie może być wybitne. I hipokryzja uzasadnienia chyba nie jest już nawet zabawna :/ Bo z tego, co kojarzę, główny zarzut mainstreamowców polega nie na tym, że fantastyka jest zła jako literatura, a na tym, że ucieka od problemów realnego świata (ta, jasne, a tu mi Doom na kucyku jeździ).

      Przyznam się, że nie spojrzałam na problem okładek przez pryzmat konwencji, a to bardzo ciekawe, nie tylko w kontekście wspominanych przez Rusty Angel paranormali... Faktycznie...

      I z tego, co piszesz, hevi, wynika wręcz, że część odbiorców fantastyki uważa głębszą analizę wręcz za potwarz...

      Usuń
    2. Ależ ja nie twierdzę, że nie należy przykładać do fantastyki takiej samej miary jak do każdej innej literatury. I zgadzam się w 100%, że fantastyka jest z samego powodu odejścia od konwencji realistycznej jest dużo bardziej wymagająca od autora. Ale na tej samej zasadzie, dużo bardziej wymagający jest kryminał niż ach-och ambitna powieść o niczym...

      Możemy sobie siedzieć w getcie i narzekać na głównonurtowców (ja nawet pobluzgać mogę, bo lubię), tylko że tak naprawdę ani nic to nie da (poza mizerną ilością satysfakcji z wyższości intelektualnej) a poza tym - głównonurtowcy aż tak się nie mylą. Gro fantastyki to chłam, a odbiorcy tego chłamu to ci stereotypowi "chłopcy grający w gry" (jak mówi o nich moja mama), którzy faktycznie każdą próbę interpretacji i odniesienia ich ukochanego dzieła do jakiegokolwiek kontekstu uważają za obrazę. Nie mówię to nawet o fanach Martina, którzy się zapluwają jak im się wspomni o czym takim jak ekonomia, religia itd, ale np. fanów Rothfussa, którzy prawie ucięli mi głowę, gdy skrytykowałam go za ordynarne wykorzystanie motywu... JEZUSA. Nie, nie napisali mi, że nie jest ordynarnie. Napisali mi, że czegoś takiego w ogóle tam nie ma (agresywnie). Tak samo z Eriksonem, a u Eriksona umiejętne korzystanie z toposów i archetypów, i kultury w każdym wymiarze jest największą zaletą. Moja uwaga o tym, że jeden z bohaterów i cały jego wątek doskonałe wykorzystanie motywu Conana nie doczekał się jeszcze komentarza. Ale właśnie: te rozmowy na temat popularnych książek. Wszelka analiza, interpretacja, wszelka pogłębiona w najmniejszym stopniu refleksja jest zakazana. Należy się zachwycać. Mam takie podejrzenie, że to wynika po prostu z nagłego uświadomienia sobie, że się jest niedokształconym, że się nie wie co się dzieje (notatki do lektur wykonywane przez studentów polonistyki naprawdę są miejscami przerażające - pamiętasz Kruff tę, która nie wiedziała co do dokładnie jest zamtuz? I te złote Napoleony...) - ba! że się nie wie co się przeczytało O: "Pan mi nie będziesz mówił, że moja babcia była małpą!"
      Wniosek: tak naprawdę, to nie głównonurtowcy są "groźni". Oni "swoje wiedzą" i są dla nas kompletnie nieintersujący (i ograniczeni, tak samo jak ograniczeni są ci, którzy czytają tylko fantastykę. Nie chodzi mi o to, co kto lubi, ale o to, czy w ogóle WIE czego nie lubi; skreślanie jakiegokolwiek gatunku/konwencji to głupota). Problematyczni są fani złej fantastyki. Żeby nie było: ja nikomu nie odmawiam prawa do złego gustu ;) Jest ich wielu, są ekspansywni, stanowią jakąś siłę na rynku ergo: odpowiadają za to co się wydaje i pisze. Bo przecież sami piszą, a piszą to co znają. Elfy, smoki, napierdalankę. Literaturę piękną to oni widzą, jak świnia niebo.
      Pytanie: mamy zamiar jakoś oświecać ciemny lud? Chce nam się? Wierzymy, że to możliwe? Jak to robić? I serio - jeśli ktoś pisze "to nie kicz to fantasy", to uważacie, że jest nadzieja? Bo moim zdaniem, jedyne co możemy zrobić, to odciąć tę nadzieję ze sznura i zakopać, zanim zacznie gnić...

      Ja tam mam po prostu zamiar napisać do końca swoją może nie-aż-tak-wertykalną, ale za to językoznawczą Wybitną Powieść, wydrukować ją może sobie w kilku egzemplarzach. A potem napawać się, że nikt nie zauważy, że nie ma w niej ani jednego słowa po angielsku.

      Ze śmiesznej hipokryzji: na zajęciach z Poego nazwanie tego fantastyką i odniesienie do Lovecrafta i horroru prawie doprowadziło prowadzącego do zawału ;]

      Eskapizm a fantastyka, to jest kolejna sprawa... Nie można zaprzeczyć, że spora część fantastyki (szczególnie tego fantasy z magią) nie ma w ogóle żadnego odniesienia do problemów codzienności. Bo to taka beletrystyka w guście Grocholi albo Cyglerowej. Spokojnie można powiedzieć, że procent lektur, ekhem, eskapistycznych jest taki sam w jednej i drugiej konwencji. Tak samo jak z tą literaturą piękną...

      Usuń
  7. Mam pytanie trochę z innej beczki: Cherryh to pisarka niezwykle płodna. Zdębiałam, próbująć przegryźć się przez gąszcz cykli i domyślam się, że nie każdy trzyma poziom. Ponieważ widzę tu specjalistki, zapytam: od czego zacząć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu pewnie bardziej będzie mogła pomóc hevi, bo Cherryh czyta dosłownie na tony, ale ze swojej strony z czystym sumieniem mogę polecić cykl Fortec, o którym była mowa i o którym kiedyś na Potworach wspominałam (będzie link w Zrewidowanych). To fantasy z magią i wybrańcem, ale wyglądająca właściwie jak powieść historyczna - dobry kontrast dla realistycznego podobno Martina. Bardzo, bardzo przyjemne cztery opasłe tomiska. Wkrótce zamierzam też pisać o cyklu zaczynającym się od "Przybysza" - to z kolei sf o pierwszym kontakcie ludzi z obcą rasą, gdzie głównym bohaterem jest tłumacz-językokznawca kulturowy. Też bardzo przyjemne, ze sporą dawką ironicznego humoru i masą celnych spostrzeżeń. I wreszcie jest też cykl o Morgaine - jeden z pierwszych, jakie wyszły spod jej pióra. To takie sf, które wygląda jak fantasy z prototypem gwiezdnych wrót ;) Tu z kolei jest trochę idiotyzmów i trzeci tom jest koszmarny, ale książki są nieduże, a mają w sobie sporo uroku. Z tym, że nie wiem, czy nie zrażą na początek.

      Usuń
    2. Cyklu Fortece Niemcy niestety nie wydali, a w Polsce mam dość ograniczone możliwości wyszperania staroci.
      Ale kupiłam sobie właśnie cykl Przybysz (tylko 3 tomy, bo czwartego i dalszych Niemcy też już nie wydali), cykl Morgaine oraz wspomnianą powieść "Palladin". Jak mi się spodoba, będę polować na resztę. Coś czuję, że może spodobać mi się Przybysz.

      Usuń
    3. "Przybysz" pisany jest trylogiami, więc pierwsze trzy to takie akurat ;) Ciekawa jestem jak wygląda kwestia narracji po niemiecku (w oryginale wyraźnie widać przejścia pomiędzy językami i to co się dzieje w głowie bohatera w związku z tym). "Morgaine" to, cóż, debiut. Pod pewnymi względami naprawdę świetny, pod innymi... w dalszych tomach bardzo widać, że miała kontrakt i musiała COŚ napisać. "Palladin" to znana ze starych chińskich filmów historia mistrza i ucznia. Epokowo - jakoś w okolicy Chin dynastii Tang.
      Nie wiem, czy wolisz fantasy czy sf... jeśli nie straszna Ci space opera to gorąco polecam Unię/Sojusz (Cyteen i Regenesis to kryminały, więc chyba w Twoim guście, ale to ukoronowanie cyklu, więc co najmniej "Downbelow Station" i "40000 on Gehenna" trzeba by przeczytać wcześniej, zeby sobie narobić smaka) i cykl Chanur. Jak wygląda z wydaniami niemieckimi nie mam pojęcia.

      Usuń
    4. Ja sobie właśnie kupiłam "Ludzi z gwiazdy Pella". PO tych wszystkich zachwytach hevi poprzeczka poszła wysoko ^^

      Usuń
    5. Mój zapał odnośnie "Morgaine" osłabł nieco, ale spróbuję. Pierwsze dwa tomy "Przybysza" już nadeszły, w świetnym stanie, nieczytane chyba, mimo że wydanie stareńkie.
      Space Opera mi niestraszna, więc za jakiś czas sięgnę, zaczęłam się już rozglądać za Chanurem, ale pojedyncze tomy są dość drogie, chodzą po 20 euro, a taki "Przybysz" na przykład jednego centa kosztował... (plus przesyłka).
      Niemcy w ogóle swego czasu wydawali chyba wszystko, co napisała C., a potem nagle się wszystko urwało. Od 2005 nie wyszła ani jedna książka, mimo że wiele cykli przerwano w połowie. Nie chcieli już jej czytać, czy co?...

      Usuń
    6. W Polsce jest podobny problem. Znaczy nie wiem, czy podobny, ale na pewno efekty są zbliżone. Wydawnictwa wydają pierwszą, czasem też drugą książkę z serii (dodam, że robią to dość kiepsko, okładki już pomijam), potem taka książka, której cena nie odzwierciedla rzeczywistej jakości wydania ląduje w tanich księgarniach i na wyprzedażach, w związku z czym wydawnictwo rezygnuje z wydawania reszty. To jest problem. Sama zostałam w ten sposób "skrzywdzona" dwa lub trzy razy. Może gdyby wydawcy się przykładali i promowali dobre książki (wiele takich trafia na wyprzedaże, bo nikt na dobrą sprawę o nich nie wiedział), opinia o fantasy (i nie tylko to raczej problem dotykający wszystkie gatunki) byłaby lepsza :P

      Usuń
  8. Piękna notka i piękne komentarze. Poważnie, odczucia mam identyczne. Dorzuciłbym jakieś trzy własne grosze (ma się rozumieć - jako przyszły autor kamieni milowych!), ale wszystko, co najważniejsze zostało już odnotowane. Tak więc zaznaczam tylko, że dyskusję lurkuję i będę się jeszcze odzywał, jakby zawędrowała w kolejne ciekawe rejony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło i życzę szczęścia na rynku wydawniczym ;)

      Usuń