środa, 5 września 2012

Avatar: The Legend of Korra - wraz z Aangiem zniknęło dzieciństwo...

(źródło)
Avatar: The Legend of Korra to kontynuacja kanadyjskiego serialu animowanego, o którym wspominałam wcześniej - Avatar: The Last Airbender (recenzja tutaj). Nie będę powtarzać tego, co pisałam już wówczas, skupię się tylko na tej serii, a raczej na pierwszym sezonie, gdyż tyle ujrzało światło dzienne.

Od początku trzeba zaznaczyć, że choć w obu produkcjach czuje się tę samą rękę i myśl twórczą, są one od siebie dość różne. Pisałam, że siłą Avatara jest jego wielopoziomowość - fakt, że zawiera wątki skierowane tak dla dzieci, jak i dla starszych. W przypadku Korry jest już inaczej. To pozycja znacznie poważniejsza, jawnie już poruszająca problemy, które nie będą interesowały milusińskich, a w dodatku dość brutalna tak w sensie scen akcji jak i przebiegu fabuły. Zresztą zmianę tę sugeruje już wiek bohaterów - wyższy niż poprzednio. Nie mamy już śledzić losów dziesięciolatka, a szesnastolatki (jeśli dobrze pamiętam. W każdym razie coś koło tego). Prawdopodobnie twórcy założyli, że ci, którzy byli mali podczas emisji pierwszej części zdążyli już podrosnąć, a ci, którzy byli więksi, są jeszcze więksi. I pewnie słusznie.

Nowy Avatar - nowa epoka

(źródło)
Już z poprzedniej produkcji wiadomo, że zasada "działania" Avatarów jest taka, iż nigdy nie ma ich dwóch równocześnie, ale wraz ze śmiercią jednego, rodzi się następny. Narodziny te następują też w pewnej określonej kolejności, a ponieważ Aang był airbenderem, teraz nadszedł czas na wodę. I tak oto zjawia się Korra - a zjawia się efektownie. Już jako dziecko opanowane ma trzy żywioły. Brakuje jej jedynie umiejętności posługiwania się wiatrem. To bardzo ciekawy punkt wyjścia i zupełnie inny niż za pierwszym razem. Hm - pomyślałam sobie - to teraz przez kilka sezonów Korra będzie uczyła się panować nad wiatrem, tak? No cóż, nie do końca, ale o tym pisać nie będę - zepsułabym zbyt dużo.

Inna sprawa jest taka, że nowemu Avatarowi przyszło żyć w zupełnie innych czasach niż jej poprzednikowi. Universum znane z przygód Aanga nieodwołalnie się zmieniło, wraz z postępem technicznym. Owocuje to fantastyczną steam/dieselpunkową stylistyką, policją na sterowcach, gangami rodem z lat dwudziestych i niesamowitym klimatem uzyskanym przez zderzenie tego wszystkiego z azjatycką nutką znaną z poprzedniej części. Do tego należy dodać przepiękne plenery (jak na załączonym obrazku), świetne jak i poprzednio rysunki postaci i muzykę autorstwa Jeremiego Zuckermana. Ale zresztą, co ja się będę patyczkować, o:


Wszystko to razem daje oszałamiającą, piękną mieszankę, która stanowi jeden z głównych atutów serialu. Bądźmy bowiem szczerzy - akcja płynie sobie dość powoli, swoim własnym tempem, wiele jest tu retardacji, rozbudowanej narracji. Trochę cierpi na tym napięcie, przynajmniej w pierwszych odcinkach, bo potem, kiedy intryga się rozwija, dosłownie wtłacza w fotel. I trudno sobie odmówić kolejnego odcinka.

Dostęp nie dotarł jeszcze wszędzie i tak na przykład sama Korra wychowuje się w jednym z wodnych plemion tak, jak jej przodkowie. Początkowo nie rozumie ogromnego Capitol City, do którego trafia, nie potrafi się w nim odnaleźć i wywołuje niemałe zamieszanie, narażając się tak lokalnym gangom, jak i policji. Przekomiczna jest na przykład scena łowienia ryb w miejskim parku. Dzikuska w wielkim mieście. W dodatku bardzo temperamentna dzikuska.

Bohaterowie - po raz kolejny perełka

Mała Korra (źródło)
Po pierwsze - tytułowa Korra. Bardzo, bardzo miła odmiana po irytującym Aangu. Wspomniałam przed chwilą, że to nastolatka temperamentna. Ale też rezolutna i uparta, praktycznie od pierwszej sceny, w jakiej się pojawia, budząca głęboką sympatię. Jest jednocześnie zabawna i sympatyczna, jeszcze nie do końca wyrosła z dzieciństwa, ale potrafiąca już podejmować poważne decyzje. Taka zawieszona między dziewczynką a kobietą.

Jej portret wyszedł panom bardzo wiarygodnie: jest barwny, ale nie karykaturalny. Przynajmniej w skali, jaką przyjmuje się dla filmu animowanego. Jak to jednak zwykle z Kruffą bywa - choć Korrę niemal bezwzględnie i z miejsca kupiła - show głównej bohaterce ukradły postaci drugoplanowe. A dokładniej dwie: Tarrlok i Lin. Obie zresztą odzwierciedlające dwie największe namiętności postaciowe Kruffy - polityków i mundurowych.

Tarrlok (źródło)
Tarrlok to polityk, kanclerz trzęsący radą i praktycznie całym miastem. Szuja jak ich mało, mająca w kieszeniach pozostałych członków zgromadzenia. Manipulant, który - gdy raz już zbliży się do nowego Avatara i uzna, że łatwo wykorzystać naiwność i zagubienie Korry - tak łatwo nie odpuści. Ale gdyby była to po prostu postać negatywna, prawdopodobnie nie zapałałabym do niej aż takim uwielbieniem. Po raz kolejny dzieje się bowiem to, co tak bardzo lubię - im bardziej Tarrloka poznajemy, im więcej o nim wiemy, tym mocniej komplikuje się obraz, a początkowe oceny okazują się nieadekwatne. Jemu bowiem naprawdę zależy na spokoju w mieście. Ma tylko własną wizję tego spokoju, a coraz bardziej napięta sytuacja wymagałaby współdziałania. On to współdziałanie zapewnia sobie za pomocą łapówek i manipulacji, wściekły, że znaleźli się tacy, którzy nie chcą bezwzględnie poddać się jego wizji. Kapitalne jest też zamknięcie tego wątku w pierwszym sezonie. Właśnie takie, jak Kruffy lubią najbardziej.

Lin (źródło)
Druga z postaci ulubionych, to Lin - szefowa miejscowej policji, założonej przez Toph, a kogo innego ;) Jest zresztą jej córką. Policja jest świetna sama w sobie. To metalbenderzy (wątek pojawiał się już w The Last Airbender), w dodatku pomykający na sterowcach :)

Lin to, cóż... twarda babka, twarda szefowa i właścicielka zupełnie rozwalonego życia osobistego. Do tego odważna szalenie. Nie będzie chyba ani nadużyciem, ani zaskoczeniem, gdy napomknę, że skojarzyła mi się z Jerushą ;) Poza tym Lin sporo odziedziczyła po swej mamusi, a ja tam Toph bardzo lubiłam.

Pozostali bohaterowie

Asami (źródło)
No... są. Nawet fajni, choć nie aż tak. Wśród nich na wyróżnienie zasługuje może Asami - córka miejscowego potentata, właściciela fabryki samochodów i innych pojazdów, bogatego wynalazcy. Nie będzie bardzo bolesnym spoilerem, jeśli napiszę, że panna ta namiesza trochę w życiu uczuciowym Korry i jej trólofa, ale poza tym to postać bardzo zgrabnie zrobiona, bardzo spójna i na tyle dopracowana, że chociaż jest "tą trzecią", czasami ma się nawet nadzieję na to, że jej się uda.

Są też dwaj bracia, z czego ten przystojniejszy - Mako - jest wspomnianym przed chwilą trólofem Korry, a ten grubawy - Boilin - Elementem Komicznym. Niestety właśnie tak - Elementem Komicznym. To nie Sokka, dopracowany i zwyczajnie fajny, a bohater o tak żenującym poczuciu humoru, że momentami jest go naprawdę żal. Choć w pewnym momencie zapałam do niego chwilową sympatią, ale nie będę tu za wiele zdradzać.

Mako - trólof Korry (źródło)
Żaden z braci nie przemówił do mnie jednak do końca. Jakoś tak... zbyt jasne są ich role. O ile w pierwszej części miało to swój urok, to tutaj już zawodzi. W końcu, jako się rzekło, produkcja jest znacznie poważniejsza, niż poprzedniczka. Chciałoby się, żeby poszło za tym także sprytniejsze krycie konstrukcji.

Cóż jeszcze... A, tak, jest syn Aanga i jego irytująca rodzinka, ale jakoś mnie zupełnie nie obeszli, choć niby sam Tenzin jest bardzo poprawnie skonstruowany, nawet fajny. Tylko jakiejś iskry mu brakuje.

Intryga, czyli o czym to właściwie jest?

O rewolucji, o manipulacji tłumami, o buncie "klas niższych".

Od początku wiadomo, że Capitol City - ogromna metropolia założona przez Aanga i Zuko - ma jakiś poważny problem. Kiedy Korra wreszcie tam dociera, okazuje się, że jest nim pewien zamaskowany jegomość, głoszący wyjątkowo radykalne poglądy w kwestii benderów. Twierdzi on, że doznał z ich strony wielu krzywd osobistych, a poza tym to oni - rządząc i pilnując porządku - wykorzystują nieobdarzonych żadną mocą, przeciętnych obywateli.

(źródło)
Sytuacja wydaje się zaostrzać z każdym dniem, zamaskowany zyskuje coraz szersze rzesze wyznawców, organizuje bojówki wojowników, potrafiących - za pomocą uderzeń w konkretne miejsca na ciele - obezwładniać i chwilowo pozbawiać mocy benderów. Jeśli dostaną się oni w ręce przywódcy rebeliantów, ich los jest już przesądzony. W niewyjaśniony początkowo sposób (choć tym, którzy uważnie oglądali The Last Aribender z pewnością zapali się czerwona lampka) pozbawia on ich mocy, tym razem już na zawsze i nieodwracalnie.

Walka władz miasta z rebeliantami i rebeliantów z władzami miasta staje się coraz brutalniejsza - to jeden z powodów, dla których nie jest to już produkcja dla małych dzieci. Po raz kolejny też mamy dość wnikliwą analizę mechanizmów manipulacji i władzy, ponownie ubraną w pozornie niewinny kostium serialu animowanego. Do tego dochodzi jeszcze rewolucja przemysłowa, sekrety z przeszłości i przerażająca prawda o możliwościach benderów, którą Korra będzie stopniowo odkrywać.

Nawiązania do poprzedniej części

Oczywiście, że są, a jakże! Nie będę się szczególnie rozpisywać. Polegają one bowiem w dużej mierze na tym, że poszczególni bohaterowie okazują się dziećmi/wnukami tego czy tamtego ulubieńca. Z postaci poprzedniej części pojawia się osobiście tylko Katara - teraz już babcinka, taki dobry duch Korry. Poza tym będzie trochę retrospekcji, będzie kilka aluzji dotyczących tego, jak bohaterowie poprzedniej części wpłynęli na obecny kształt świata. Poza tym jest jeden przesłodki smaczek, kiedy to jedna z córek Tenzina pyta babci co się stało z mamą Zuko? Kto obejrzał do końca ostatnią serię będzie wiedział, o co chodzi ;)

Ach, gdyby było idealnie!...

(źródło)
Bo oczywiście idealnie nie jest. Jakkolwiek The Legend of Korra z pewnością wyróżnia się na tle innych produkcji tak sposobem wykonania, jak i klimatem, a nawet samą fabułą, to ma kilka kłopotów.

Pierwszym z nich są początkowe odcinki. Długa, długa i zbyt czytelna ekspozycja. Potem jest już znacznie lepiej, ale mam świadomość, że tym startem można się zrazić. Inny problem to... ostatni odcinek. A raczej druga połowa ostatniego odcinka. Tu jednak - ze względów oczywistych - nie mogę napisać, o co mi chodzi. W każdym razie rozwiązanie pewnej kwestii jest za łatwe. Osobiście denerwował mnie też wątek sportowy, ale to już moja osobista niechęć.

Bardzo fajnie zrobione są za to wstępy do odcinków (choć w pierwszych ich nie ma), jest to wszystko prześlicznie zrobione, mądre i od pewnego momentu bardzo, ale to bardzo wciąga. Polecam, gorąco i z serca.

5 komentarzy:

  1. Mnie przez pierwsze odcinki Korry przeciągnęła świetna grafika i sympatia do głównej bohaterki, ale potem już fabuła wciągnęła mnie solidnie. Absolutnie zgadzam się z tym, że niektórym postaciom nie zaszkodziłaby głębsza charakterystyka, zobaczymy, jak to będzie w drugim sezonie.

    A zakończenie... mnie się podobało, ba, nawet się trochę wzruszyłam, a Korra miała swój moment "wysiłku" wcześniej, w walce z Amonem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moje zastrzeżenia odnośnie do zakończenia polegają głównie na tym, że jest ono jakieś takie... za proste w porównaniu do skomplikowania losów bohaterów wcześniej. Niby było to wzruszające, ale z drugiej strony rozczarowujące, bo wybrano rozwiązanie po linii najmniejszego oporu. Może nawet trącące nieco bogiem z maszyny.

    Też mam nadzieję, że w drugim sezonie pewne rzeczy ruszą z kopyta :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Moje smoki oglądają to namiętnie, więc i matka-smoczyca zerka chcąc nie chcąc od czasu do czasu... I stwierdza, że to miła odmiana od wszechobecnej sieczki:-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Prawda? ;) Nawet mimo drobnych potknięć.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zakończenie (ostatnie 5 minut) jest po prostu żenujące... bez tych 5 minut było genialne. A tak pozostał tylko niesmak :?

    OdpowiedzUsuń