sobota, 15 września 2012

Rozczarowanie roku - o szlachetnym odruchu wspierania debiutantów i co z tego wynikło

(źródło)
Ha, tak rzadko recenzuję tu nowości, że aż czuję tremę! Ale oto jest - świeżutkie, pachnące jeszcze drukarską farbą. No dobrze... To od początku. Kiedy usłyszałam, że Rebis po raz pierwszy wydaje debiutanta fantasy, a potem przeczytałam, że to fan średniowiecza, antyfan renesansu i historyk, oczki mi się zapaliły z entuzjazmu i już wiedziałam, że jego książkę przeczytam, a nawet zakupię (do czego doszło). A potem trafiła w moje łapki. No i skończyło się rumakowanie, jak rzekł klasyk. Ta recenzja miała wyglądać inaczej - obiecałam, że będzie w craiisowym stylu. Ale potem uświadomiłam sobie, że nie do końca wiem, jak miałoby to wyglądać. Ograniczę się więc do zwracania uwagi także na to, na co zwróciłabym, komentując książkę niepublikowaną, gdyby była jeszcze szansa na poprawę. Mam nadzieję, że to zaspokoi nieposkromione apetyty Loży Szyderców ;)

Właściwie powinno mnie zaniepokoić to, że obok informacji o uwielbieniu Dominika Sokołowskiego dla średniowiecza znalazła się także ta o jego pasjach RPG-owych i tym, że universum Kwiatu paproci z tej pasji właśnie wyrasta. Ale kiedy swego czasu wyraziłam opinię o tym, że myślenie RPG-owe fantastyce szkodzi, zostałam uświadomiona, że to nie tak, że to wina ludzi, a nie samych gier. Stwierdziłam zatem, że wyzbędę się uprzedzeń i zobaczę.

Cóż, znowu miałam rację. Ale o tym później, bo jak zwykle zaczynam od końca.

Prolog, czyli nowa nadzieja 

Razem podeszli do łóżka cesarza. Bazyleus oddychał miarowo i lekko uśmiechał się przez sen. Kobieta delikatnie potrząsnęła jego ramieniem.
- Panie, zbudź się - szepnęła mu do ucha. - Matka cię wzywa.

Chociaż nie... To właściwie nie jest od końca. Wychodzi już w prologu, który mimo wszystko zrobił na mnie nie najgorsze wrażenie. Owszem - napisany był koszmarnie, pełen brzydkich, banalnych zdań i szkolnych błędów w budowaniu napięcia (problem chyba widać po cytatach, a będzie jeszcze gorzej), ale jednocześnie oferujący sugestię fajnego świata w klimacie bizantyjskim i politykę. A polityka - jak wiadomo - to najskuteczniejszy lep na Kruffy. Szkoda, że tak szybko zniknęła z pola widzenia, a zastąpiło ją kanonicznie bieganie po lesie.

Zaczynało się fajnie - oto zwycięski wódz wraca z wyprawy i zamierza wykorzystać poparcie armii do dokonania przewrotu w państwie i objęcia władzy. Czyli dość klasyczne i częste wydarzenie, a dodatkowo dostałam - znowu tylko sugestię - niezłego bohatera, któremu zależy nie tylko na koronie cesarskiej, ale też pomszczeniu zamordowanego poprzednika, któremu wiernie służył. Czyli w sumie zapowiadała się postać z potencjałem niejednoznaczności, zwłaszcza że prolog obserwujemy z perspektywy zamieszanej w morderstwo cesarzowej, która najwyraźniej miała być tu "tą dobrą". Widząc, co się święci, każe ona wynieść z pałacu i ukryć swego syna.

Potem oglądamy jeszcze dwójkę innych dzieci, którym przydarzają się analogiczne rzeczy. Jeden z nich ma wyraźnie jakiś problem z Mhrocznymi Mocami Zua (a jakże!), a drugim jest piękne, głodujące dziewczę, kradnące - jakież to oryginalne - jabłka ze straganu i wybawione z opresji przez swego przyszłego nauczyciela. Nietrudno się domyślić, że zbiera nam się ekipa.

Jakby jednak drużyna

Rozgorzała zacięta walka. Koczownicy byli nie więcej niż średniego wzrostu, smagli, o oczach w kształcie migdała. Vindlandczycy, górujący nad nimi siłą i liczbą, spadli na nich z furią.

Po chwili - gdy dzięki mocy pióra na przestrzeni kilku stron mijają lata i brzdące z Prologu podrastają - dołącza do czeredy bohaterów rycerz Ilias, który - tu znów powalająca na kolana oryginalność - zastaje swój zamek spalony przez barbarzyńców z północy, a ciężarną żonę zamordowaną. Zabiera więc giermka i wyrusza się mścić. 

Cóż, to nie jest tak, że teraz nasi bohaterowie stworzą drużynę i pójdą zdobywać magiczny miecz, ale jednak zestaw, jaki tworzą jest dość, no... Sami oceńcie: zaginiony dziedzic tronu i jego wierny przydupas, rycerz-mściciel, piękna a niebezpieczna agentka, do tego dochodzi mag miotający ognistymi kulami (do systemu magii jeszcze wrócę) i młody giermek rozkochujący w sobie panny. Mnie się czerwona lampka zapaliła. Jeśli losy tych bohaterów się splotą - pomyślałam sobie - a splotą się przecież na pewno, będę miała dość klasyczną drużynę z jasnym podziałem ról.

Nieoryginalność czy nawiązania?

Rozległy się dzwonki i do osady wjechały duże sanie zaprzężone w renifery. Siedziała w nich urodziwa kobieta w futrze z gronostajów i białych lisów, a obok niej mężczyzna okutany grubym futrem z polarnego niedźwiedzia, w rogatym hełmie z żelaznych obręczy obciągniętych utwardzoną skórą.

Serio momentami się zastanawiałam. Owszem, nawiązania intertekstualne są. Tylko że dość łopatologiczne, jak choćby do Piekła Dantego czy do Andersenowskiej Królowej śniegu. Przyznam zresztą, że przy tej drugiej - z wiadomych względów - zatrzymałam się nieco dłużej, spoglądając podejrzliwie. Zaraz, zaraz - powiedziałam sobie - czy ja czegoś nie pamiętam? Czy w baśni naprawdę było coś o rogatym hełmie? Sprawdziłam - nie, nie było. Mamy więc do czynienia ze Starbuckiem, tak? No na to wygląda, skoro tutaj Kaj też ma wyraźnie służyć do odwalania mokrej roboty. Albo Sokołowski ma pecha i jest niewinny, a mnie się tylko skojarzyło - naprawdę nie wiem.

Takich momentów zawahania miałam zresztą więcej. Ot, choćby przy systemie religijnym. Jest dość czytelny, skoro mamy Theosa i jego awatara Sotera, którego zdradził jeden z uczniów i tak dalej, i tak dalej... Mało tego, siłami zła dowodzi Satan. No bardziej subtelnie się nie dało. Ale umówmy się, że subtelność cechą pisarstwa Sokołowskiego nie jest. Niemniej natychmiast otworzyła mi się szufladka z tytułami, gdzie problem rozwiązany został niemal identycznie.

W ogóle te wszystkie nawiązania - a nawiązania lubię, czemu chyba dość dobitnie dawałam ostatnio wyraz - zaczęły mnie mocno irytować. Po pierwsze - bo brak wyczucia. Po drugie - bo zwalone ze wszelkich możliwych stron i wymieszane razem. O ile w pastiszu czy książce pisanej z humorem miałoby to szansę zagrać i to nawet ładnie, tak w powieści teoretycznie serio wyprowadza z równowagi. To już nie jest intelektualna zabawa, a slalom między spadającymi na głowę głazami. Bardzo męczące i dla głowy niebezpieczne.

No i wątek dreuga... Przepraszam, ale wysiadłam i nawet mi się pisać na ten temat nie chce. Poza tym nawiązanie w samej nazwie cesarstwa. Jakieś takie... mało wyszukane. Aż doszło do tego, że zaczęłam zastanawiać się, czy nie mam przypadkiem do czynienia z pastiszem, jeno tak drętwo napisanym, że mi to umknęło.

Styyyl!...

Puk! puk! stukały palce Magnusa. Chlast, chlast, mlaskała pałka w dłoniach krążącego dookoła Physkona.

A raczej brak stylu. Przykro mi to stwierdzać, ale Sokołowski popełnia wszelkie możliwe błędy nowicjusza i wpasowuje się niestety w najgorszy stereotyp fantasty-pisarza. Rusty Angel pisała w jednym ze swych komentarzy o tym problemie i o braku wyczucia kadencji. Kwiat paproci do doskonałe pole do badań tej kwestii. Serio - dobre akapity mogłabym policzyć na palcach jednej ręki.

Na czym polega problem dokładnie? Oj, złożony jest. Po pierwsze Sokołowski ma chyba nie najlepszy słuch albo ktoś mu bardzo dawno temu powiedział, że pisząc krótsze zdania uzyska dynamizm i jeszcze wystrzyże się błędów, a on nadal nie zauważył, jak bardzo mija to się z prawdą. W każdym razie długością wypowiedzeń i interpunkcją operować nie potrafi. Nie zaprzęgł do swych celów ani przecinków, ani półpauz, ani nawet kropek czy akapitów. Wszystkie one służą jedynie wypełnieniu zasad słownikowych paragraf po paragrafie. Szczytem interpunkcyjnych szaleństw jest potrojenie pytajnika.

O operowaniu szykiem czy instrumentacją głoskową nie ma w ogóle co marzyć. Jak skończyła się próba wykorzystania dźwiękonaśladownictwa widać w cytacie powyżej.

Dialogi - potworki

- Hojnie cię wynagrodzę za takie informacje.
- Nie będę dla ciebie szpiegował. Honor mi na to nie pozwala - odparł zdecydowanie Basarab.
- Zdrajco! Wypierasz się ojczyzny? Co z ciebie za Arkadyjczyk?
- Ostatni Arkadyjczyk, jakiego spotkałem, chciał mnie sprzedać w niewolę.
- To twoje ostatnie słowo?
- Tak.
- Pożałujesz tego jeszcze. Nie wiesz, z kim zadarłeś, chłopcze.

Jeden z większych problemów Sokołowskiego to dialogi. Ten powyżej nie jest jeszcze najgorszy, ale z jakiegoś powodu (nie pamiętam jakiego) właśnie to sobie podczas lektury zaznaczyłam. W każdym razie mam żal do Sokołowskiego nie tylko o drętwość wypowiedzi i miałkość rozwinięć dialogowych. Pojawia się tu inny, poważniejszy problem, tak powszechny u początkujących twórców: aż roi się od scen spod znaku "aha, to teraz porozmawiamy o rzeczach całkowicie dla nas oczywistych, ale nieoczywistych dla tej ślicznej pani, która próbuje nas podsłuchać" i podobnych.

Co więcej - mogę powtórzyć tu ten sam zarzut, którym często posługuję się wobec autorów jeszcze przed debiutem: za mało miejsca dano narratorowi. To, że nie ma on w ogóle jaj, nie jest ani auktorialny, ani spersonalizowany to jedna sprawa. Inna jest taka, że do jego zadań należy często jedynie relacjonowanie tego, co akurat robią bohaterowie. Uwagi ogólne na temat świata pojawiły się może ze trzy, cztery razy.  Czytelnik dostaje tylko to, co jest mu akurat niezbędnie potrzebne.

Tak, tak, ci, którzy mnie znają i znają moje komcie, wiedzą już do czego zmierzam - ZA MAŁO PRZESTRZENI!!! Nie mam żadnej frajdy z poznawania świata, jego struktur, polityki, kultury, niczego. A przecież zagłębianie się w alternatywną rzeczywistość to jedna z rozrywek, jakich czytanie fantastyki powinno mi dostarczać, prawda? Dziwiłam się, że powieść fantasy jest tak krótka i szybko uzyskałam odpowiedź na pytanie dlaczego? Bo jest naga. Po prostu.

To znaczy, ja nie wątpię, że świat jest dopracowany. Gdzieś tam na dziesiątym planie pojawiają się sugestie mogące o tym świadczyć, ale wolałabym mocniej tego doświadczyć, zamiast walczyć ze smokami i biegać po lesie.

Ale miało być o dialogach w tej części...

Wspominałam o tym, że są drętwe. Bohaterowie mówią pełnymi zdaniami, tak grzecznie i poprawnie, że nawet najlżejszy wulgaryzm w ich ustach - zamiast dodawać krwistości - zwyczajnie bawi. Lepiej byłoby już, gdyby Sokołowski zupełnie z nich zrezygnował.

No to może postaci?...

Silnoręki zastanowił się. Jego dawny dowódca, mówiąc "dyskretnie", miał z pewnością na myśli: bez wiedzy władz i unikając straży. Jeśli zaś władze zdecydowały się naruszyć nietykalność bądź co bądź posłów, to musi być grubsza afera, sprawa gardłowa. Z drugiej strony byli towarzyszami broni i nieraz ratowali się nawzajem z opresji. Nie mógł zawieść starego przyjaciela.

Niestety - postaci też nie. Była aż jedna, która wzbudziła we mnie jakieś tam emocje, ale - jak się okazało - epizodyczna, więc zmilczę. A cała reszta? Typy dość klasyczne dla fantasy, o czym wspominałam już wcześniej, w dodatku niemal całkowicie pozbawione psychologicznych portretów. Rozważania o głębokości przeciętnej sadzawki, życiowe decyzje podejmowane na przestrzeni jednego akapitu, rozterki (o ile się takie pojawiają) streszczane w kilku zdaniach. Wszystko to sprawiło, że nie przywiązałam się do nikogo. Początkowo sądziłam, że zwiążę się z Iliasem, bo wydawało się, że jakoś tam wpasowuje się w mój typ trólofa, ale dość szybko mnie zawiódł. Potem dałam szansę Basarabowi, ale nadal nie za wiele o nim wiem. Generalnie ich losy spływają po mnie jak po kaczce. Przejęłam się tylko jednym (wspominałam na początku akapitu) i miałam nawet nadzieję, że Sokołowski mnie tu zaskoczy, pozwalając mu włączyć się do akcji, bo tak intensywnie od początku sugerował, że go zabije... No i zabił.

A ja nie mam niczego do dodania.

...albo konstrukcja świata?

Jak już mówiłem, pochodzę z Ariany i param się magią ognistą. Jak wiecie, są czary czterech żywiołów: wody, powietrza, ziemi i właśnie ognia, który jest szczególnie popularny wśród moich krajan. Istnieje jeszcze piąty żywioł, psyche, ale jest on bardzo tajemniczy, a praktykowanie magii psychicznej często prowadzi na manowce.

Cóż, konstrukcja świata jest prosta jak budowa cepa. Zresztą wystarczy spojrzeć na mapkę, stanowiącą właściwie przerysowaną Europę. I tak mniej więcej wygląda rozkład kultur i nazewnictwa. Czy dlatego Sokołowski zrezygnował z głębszego wchodzenia w szczegóły? Uznał, że wszystko jest jasne?...

I nie, to nie wypada dobrze. Lepiej byłoby, gdyby został przy tym Bizancjum, bo to temat słabo przez fantasy eksploatowany. Miałby szansę stworzyć coś oryginalnego i barwnego, a tak jest kapusta z grochem.

No i magia. Za wiele o niej nie wiadomo - znowu - ale myślę, że powyższy cytat daje pewne wyobrażenie o problemie. Jasne, to też można było fajnie rozwinąć, chociaż oklepane. Twórcom Avatara się w końcu udało. Tu na razie wygląda to bardzo marnie.

Uwagi końcowe

- Moja historia jest krótka i smutna - odrzekł mag, przełykając kolejny kęs.

Czy coś mi ta lektura dała? Tak, dała. Pewność, że praca Matki Peżetkarki ma sens, bo już teraz większość powieści, jakie objęła swymi puchatymi kopytkami jest lepsza, niż to, co można nabyć w księgarniach, a będzie przecież - gorąco w to wierzę - jeszcze lepiej. Pozostaje mi tylko trzymać kciuki i jeszcze silniej optować za tym, by rzeczone powieści kiedyś się ukazały.

Czy można zatem znaleźć w przypadku tej pozycji jakieś pozytywy? Tak - sposób wydania. Tu nie mam większych zastrzeżeń, choć okładka jest... no raczej standardowa i zupełnie nie rzuca się w oczy na księgarskich półkach. Poza tym jednak całość sprawia estetyczne wrażenie, zrobiono to zwyczajnie starannie. Dostrzegłam bodaj jeden błąd edytorski i kilka powtórzeń. Poza tym jest ładnie i jeśli coś sprawiło, że czytałam Kawiat paproci tyle czasu to bynajmniej nie skład.

I coś jeszcze?... Może wiedza szczegółowa? Bo tego akurat Sokołowskiemu odmówić nie można - w końcu jest wykształcony w tym kierunku. Co z tego jednak, skoro ten fakt ginie pośród ogólnego niesmaku?

A to dopiero początek trylogii... I teraz się zastanawiam - dać jeszcze szansę? Kupić już nie kupię, ale czy w ogóle sięgać?...

wtorek, 11 września 2012

Czego właściwie oczekiwać od fantastyki?

Wyjątkowo - Alan Lee (źródło)
Ostatnie doświadczenia lekturowe, ostatnie i mniej ostatnie rozmowy, przeczytane recenzje - wszystko to złożyło się na pomysł zapisania kilku luźnych myśli na temat przyzwyczajeń czytelniczych i oczekiwań wobec fantastyki. Mam przy tym świadomość, że niczego nowego nie odkryję, ale jednak mnie to nurtuje...

Sprawa nie jest taka jasna i rozwarstwia się tym bardziej, im bliżej się jej przyjrzeć. Wiadomo przecież, że potrzeby częściowo są kreowane, częściowo sterowane, a częściowo w ogóle niezauważalne, bo niemające swojej materialnej realizacji. I może jest to dzielenie włosa na czworo, kolejne Kruffowe marudzenie, ale powstrzymać się nie mogę.

Ciągle nurtuje mnie myśl, że większość czytelników fantastyki to tacy "zjadacze fabuł", jak ich ostatnio określam. Ot, śledzą historię i całą swoją ocenę opierają na odpowiedzi na pytania o zaskoczenia, stopień "fajności", oryginalności. Oczywiście nikt im tego nie zabroni. Mnie samej włącza się czasem taki tryb, zwłaszcza gdy zorientuję się, że mam do czynienia z produkcją czysto rozrywkową. Ale przykładanie jednej miarki do wszystkiego jest nie tylko niesprawiedliwe, ale też szkodliwe dla samego czytającego. Swego czasu na Craiisie starałam się wywołać dyskusję o zmuszaniu czytelnika do myślenia, ale szybko podryfowała ona w kierunku hintów, a nie do końca o to mi chodziło. Jako myślenie przy czytaniu rozumiem bowiem właśnie próbę wniknięcia w tekst głębiej, poza samą fabułę (a hinty należą jednak do spraw fabuły). Ot, choćby dostrzeganie konwencji, nawiązań, szukanie myśli przewodnich, osadzanie danej pozycji wśród innych. Takie czytanie jednocześnie "wewnątrz" (śledzenie losów bohaterów, ich psychologii, poznawanie świata) i "z zewnątrz" (szukanie tradycji, konstrukcji, szeroko pojętych bebechów).

A wszystko to dlatego, że mam w zwyczaju szukać kontr-opinii dotyczących książek, których recenzje umieszczam na Potworach. Robię to z różnych powodów, choć zwykle nie wpływa na kształt moich tekstów. Ot, sprawdzam na ile oczywiste są moje własne wnioski, na ile podryfowałam za daleko. I widzę, jak rozjeżdżam się z innymi odbiorcami danej pozycji. Żeby nie było - nader często czytam teksty, przy których jest mi wstyd za własne, ale jednak raczej spotykam się z bardzo powierzchownymi opiniami. Jakby wygłaszający je ludzie odruchowo zakładali, że od fantastyki nie należy wymagać niczego więcej ponad ciekawą fabułę i świat. Dziwi mnie to szczególnie, zważywszy na bogatą historię, z której ta konwencja (i kilka pokrewnych) wyrasta. Zdarzyło mi się pisać o powieści gotyckiej, ale przecież to nie wszystko. Zaledwie wierzchołek góry lodowej. A baśnie? A mitologie, legendy, romans rycerski, opowieści wschodu?

Wojciech Siudmak - ilustracja do Dzieci Diuny  (źródło)
Oczywiście wiem, że wina leży nie tylko po stronie czytelników. Wielu wydawanych autorów nie pamięta o wadze dziedzictwa, którego piórem dotyka. Utarło się bowiem, że fantastyka jest łatwa - tak w tworzeniu, jak i w odbiorze - a koło się zamyka. Bo przyzwyczajeni do prostych, jednowymiarowych przekazów odbiorcy nie szukają niczego w pozycjach bardziej ambitnych, z kolei autorzy bardziej ambitni - rozbijając się o mur ignorancji odbiorców - nierzadko obniżają loty lub są zastępowani przez innych. W akcję włączają się jeszcze wydawcy. Jak - chyba nie trzeba tłumaczyć. Wystarczy wejść do losowo wybranej księgarni i zbliżyć się do odpowiedniej półki. Choć tu akurat światełko w tunelu widać i zdarza się niekiedy, że wydawcy podchodzą do tego typu literatury poważnie. Sama mam na półce rebisowe Diuny i Dicki z ilustracjami Siudmaka czy Peanathemę Sephensona z MAG-a (choć ta akurat była absurdalnie droga i pewnie bym jej nie kupiła, gdyby nie specjalna okazja). Podobało mi się też to, co zrobiło Wydawnictwo Literackie z Pannami z Grace Adieu Clarke. Nieliczne pozytywne przykłady nie zmieniają jednak konkluzji - na pierwszy rzut oka widać, za jakiego rodzaju odbiorcę mają wydawcy czytelników fantastyki.

Bardzo się boję zabrzmieć apodyktycznie, bo gdzieś tam mam świadomość, że jestem czytelnikiem zmanierowanym. Studia, zainteresowania, częściowo też praca*, wszystko to uruchamia się, kiedy tylko zaczynam przewracać kartki. Ba! - kiedy wchodzę do księgarni lub biblioteki. Nie ukrywam też, że jako przyszła autorka bestsellerów i kamieni milowych w rozwoju fantastyki**, jestem osobiście zainteresowana poziomem czytania tej konwencji nie tylko ilościowo, ale też jakościowo. Wiem wreszcie, że większości produkcji nie da się czytać na wielu poziomach, choćby się człowiek dwoił i troił, ale jakoś tak żal...

Nurtująca jest też pozycja takiej hipotetycznej książki, czerpiącej z konwencji fantastycznej, ale jednocześnie sięgającej po jakąś inną. Chyba z góry przegrana przy takim powierzchownym czytaniu. Bo często nie daje przecież tego rodzaju rozrywki, do jakiej odbiorca jest przyzwyczajony i jakiej oczekuje od fantasy, sf czy wszelkich punków, a z drugiej pozostaje dyskryminowana przez target drugiej konwencji - bo przecież to fantastyka, niepoważna i kiczowata.

Tak źle i tak niedobrze.

-----------------------------------------------

* Kruffa próbuje sił jako korektor, co oznacza - wedle definicji jej wujka - że biega w tę i z powrotem, zostawiając za sobą białe ślady ;)
** A co! Jak mieć marzenia, to z pompą! ;)

piątek, 7 września 2012

Z dziennika szaleńca, czyli Inspektor Gundhalinu znów na tropie

(źródło)
Jak już wspominałam w Doniesieniach z frontu, podczas szperania w Internecie w poszukiwaniu innych pozycji Joan D. Vinge, okazało się nie doceniłam inwencji twórczej naszych rodzimych wydawców. Królowa Lata, którą brałam za drugi tom, jest w istocie trzecim. "Prawdziwy" drugi, wydany całe siedem lat wcześniej, a cztery po pierwszym, nie doczekał się polskiego tłumaczenia. I może w jakimś sensie lepiej, bo boję się myśleć, co tłumacz mógłby z nim zrobić... Jakkolwiek bowiem język World's End nie jest szczególnie trudny, to trochę się w nim dzieje, trochę dzieje się w narracji.

Recenzje pozostałych tomów:


Zwykle tego nie robię, ale tym razem pokuszę się o dość obszerne cytaty - myślę, że ma to pewien sens i że chyba będę się nimi posiłkować także w przyszłości. Postanowiłam też nie przejmować się za bardzo spoilerami, zwłaszcza względem pierwszego tomu. Po prostu za wiele mam do napisania na temat tej książki - najdziwniejszej, najmroczniejszej i formalnie najlepszej z całego cyklu. Choć niewielkiej, mającej właściwie rozmiar długaśnego opowiadania.

Ogólne wrażenia po kontakcie z oryginałem

"Enough!" He pushed away from the mantel, rigid with anger. "You've said enough! It's not in my hands. You will not mention it again."
You. Not thou. It stung like a slap.
 Patience, that's all I need. Perseverance. Logic.

Ogólne wrażenia są takie, że... obawiam się, iż nie doceniłam Pultyna. Pisałam o tym, jak skrzywdził poprzednie tomy, ale nie miałam świadomości, że zrobił to aż tak bardzo. Teraz już nie ma mocnych - wygląda na to, że prędzej czy później w mojej biblioteczce pojawią się oryginały. Potwierdziła się większość moich przypuszczeń dotyczących zagubionych słów-kluczy, zatartych dowcipów i sztucznie złagodzonych przekleństw. Do tego doszły spostrzeżenia dotyczące języka, jakim Techowie rozmawiają między sobą. Pultyn zachował co prawda niuanse dotyczące zwracania się do siebie per "wy" i "ty" (thou, you), ale też dodał od siebie niekoniecznie pasujące do języka arystokracji partykuły, w odczuciu polskiego czytelnika takie raczej... wieśniacze. W oryginale wygląda to nieco inaczej. Nie znam angielskiego na tyle, by dokonywać tu jakichś głębszych analiz, ale wygląda na to, że Techowie Vinge nie używają niczego, co mogłoby zostać tak przełożone. Może są jakieś anachronizmy, których nie dostrzegłam.

I jeszcze odnośnie do humoru... Nie wiem na ile jest to kwestia specyfiki tej części i przyjętej narracji, a na ile nieporozumień na linii autor-tłumacz; będę wiedziała, gdy zapoznam się z pozostałymi oryginałami. Odniosłam jednak wrażenie, że proza Vinge jest w oryginale bardziej ironiczna i uszczypliwa. Wywołująca uśmiech czasami nawet w tej partii World's End, gdzie naprawdę nie jest już wesoło. Zresztą sceny humorystyczne - jakkolwiek było ich niewiele i głównie na początku - położyły mnie na łopatkach :) Ot, choćby zderzenie z biurokracją i dyskusja o łapówce czy rozważania nad pewnym alkoholem.

Dla porządku będę podawała nazwy własne za Pultynem, żeby ci, którzy znają jego tłumaczenie (jedyne dostępne po polsku) nie poczuli się zdezorientowani.

Cóż tym razem? - tym razem nie Tiamat

 I stopped again as I reached a gateway at the edge of town.
WELCOME TO WORLD'S END
someone had scrawled on the blistered wall, complete with the official seals.
THE ASSHOLE OF THE HEGEMONY.

World's End opowiada o wydarzeniach, które mają miejsce w czasie trwania pierwszej ćwierci Królowej Lata. Tam jednak poznajemy je jedynie w formie aluzji, wspomnień, opowieści ich uczestników, one same z kolei nie są opisane. Choć ilość tropów pozwala na ich dość dokładną rekonstrukcję i domyślenie się kilku szczegółów. Jest parę scen, które pojawiają się w obu tych powieściach - czytelnikowi czytającemu części w stosownej kolejności sygnalizowały zapewne synchroniczność zdarzeń.

Kiedy czytałam Królową Lata trochę mnie ta dziura zdenerwowała. Pomyślałam, że ktoś tu sobie jaja robi, najpierw poświęcając setki zdań reumatyzmowi Danaquilla Lu, a potem wycinając taki wątek. Po krótkiej refleksji przełknęłam to jednak i uznałam, że najwyraźniej Vinge stwierdziła, że opisywanie wyprawy na Koniec Świata stanowiłoby czysty fanservis i dlatego zrezygnowała z jej przybliżenia. Jak wspomniałam we wstępie - pomyliłam się. To nie strach przed oddaniem historii w ręce jednego bohatera powodował pisarką, skoro zrobiła to na cały tom.

Bo też World's End to teatr jednego aktora. I to jakiego aktora! Swoje uwielbienie dla BZ Gundhalinu sygnalizowałam już wcześniej, a po reakcji osoby, która za moim poleceniem po Królową Zimy sięgnęła, wnioskuję, że nie tylko mnie zachwycił. Bo ta postać to po prostu temat-rzeka. World's End pokazuje ostatni etap drogi, jaką rozpoczął w pierwszym tomie; przechodząc od przekonanego o wyższości swojej kultury, zaczytanego w powieściach historycznych i absolutnie pewnego swojej wartości sierżanta do twardo stąpającego po ziemi, trochę cynicznego, pozbawionego złudzeń komendanta. Komendanta odznaczającego się dodatkowo sporym wyczuleniem na ironię, bardzo krytycznego - a niekiedy wręcz krytykanckiego - względem siebie i własnych motywów, jakim jest w tomie trzecim, by wreszcie stać się... No dobra, nie będę psuć zabawy ;)

World's End sygnalizuje w ten sposób fakt, który dla mnie - jako nieznającej wcześniej tej części - był trochę zaskakujący: ciężar opowieści ostatecznie spoczywa na barkach tego bohatera. Bohatera, którego początkowo wzięłam za postać epizodyczną, istniejącą tylko po to, by Jerusha mogła mocniej oberwać od Ariernhod. Oczywiście już druga połowa Królowej Zimy wyprowadziła mnie z błędu, ale aż takiego awansu się mimo wszystko nie spodziewałam. Mogło skończyć się to katastrofą i zniszczeniem mojego ulubieńca, ale było wręcz przeciwnie.

Znów bardzo baśniowo, bardzo literacko

 He had been an old man when I was born, but now for the first time in my life I saw that he was old.
"Thou are all I have that makes me proud," he said, and he hugged me, for the first time since my childhood. I was so surprised that I almost pulled away. "I would give up my life for thee, gladly ... but I cannot go against the laws."
"Song," I say, pulling at her elbow, trying to get her to her feet, "we're not out of this yet. But we can leave here, now."
"Leave?" Her face fills with terror. "No! I can't leave-"
I w tym tomie, podobnie jak w Królowej Zimy, Vinge sięga po swoją najskuteczniejszą broń - baśniowość i literackość. Napięcie między realizmem a konwencją. Nie jest to już retelling, ale z drugiej strony nawiązania są znacznie silniej zaakcentowane, niż w Królowej Lata. Opierają się głównie na dwóch baśniowych nawiązaniach i jednym ogólnoliterackim. Po pierwsze, mamy klasycznych trzech braci, z czego najstarszy jest głupi i leniwy, średni wredny i zły, a najmłodszy ma to, czego starszym zabrakło, ale za to nie posiada żadnych praw do dziedziczenia. Wyrusza więc z domu w poszukiwaniu swego losu i - rzecz jasna - go znajduje, ale o tym była już częściowo Królowa Zimy. Drugi taki motyw to - powiedzmy - królewna uwięziona w wieży. Dosłownie uwięziona (choć nie przez maga, smoka, a przez coś znacznie mniej uchwytnego) i dosłownie w wieży. Jest też jej matka, która prosi napotkanego przypadkowo (?) trzeciego syna o ratunek dla córki, a ten ostatecznie - i tak mając do załatwienia w okolicy pewne sprawy - zgadza się sprowadzić dziewczynę z powrotem. Bo przecież wszyscy wiedzą, że królewny się uwalnia, bez względu na to, czy one same mają na to ochotę.

Wreszcie trzeci motyw, może najpoważniejszy, wielokrotnie już w literaturze realizowany, a mimo to nadal dający wielkie możliwości - motyw podróży, pielgrzymki, która jest jednocześnie wyprawą do własnego wnętrza. W wykonaniu BZ jest to podróż ekstremalna, daleko poza krawędź szaleństwa - prowadząca do czynów, jakich trudno by spodziewać się po tym spokojnym i łagodnym w gruncie rzeczy mężczyźnie.

Zresztą tak jak w Królowej Zimy wszystko to zaczyna w pewnym momencie wyglądać bardziej na fantasy, by potem - wraz z kolejnymi konstatacjami - z powrotem dryfować ku science fiction.

Narracyjne szaleństwa

Hope flutters frantically inside me. I look down at the trefoil. Hope has broken wings. ... I am insane.I am not insane. I am not-!
"Who are you!" I shout thickly. My words echo across the canyon and inside my head. The choirs of chaos echo echo echo.
BZ Gundhalinu. Police Inspector. Technician of the second rank. I am not a lunatic. There is a pattern to all of this, if I can only find it-
"Fuck you!" I shout into the air. "What do you know? You're infected!" I scramble to my feet and run back through town, and the ghosts howl inside me.

Przyznam szczerze, że w pierwszej chwili, w której zorientowałam się do czego to wszystko zmierza, zdjął mnie strach. No pięknie - pomyślałam - pani Vinge strzeliła sobie w stopę, a BZ co najmniej w jaja. Narracja wygląda bowiem dość szybko zamienia się ze spersonalizowanej trzecioosobowej w pierwszoosobową, w dodatku momentami prowadzoną w czasie teraźniejszym. Literacko bardzo fajne, ale - tak sobie pomyślałam - czy kobieta jest w stanie zapisać myśli popadającego w szaleństwo mężczyzny? Jak się okazało - jest. Vinge nie uniknęła kilku pułapek. Parę razy jej dość kwiecisty jednak styl wziął górę nad stylizacją i BZ raz czy drugi szarpnął się na zadziwiająco upoetyzowany opis; zadziwiająco nawet wobec jego wychowania (kultura Kharemough obfituje wszakże w przypowieści, medytacje i szeroko pojęty kunszt), pozycji i pewnej maniery mówienia. Im jednak bliżej krawędzi szaleństwa się znajdujemy, tym Vinge lepiej to kreśli. Może poza jednym, małym wyjątkiem, ale o tym napomknę później.

Na oddaniu wszystkiego w ręce BZ cierpią może nieco inni bohaterowie - oglądani wszakże jego oczami. A zatem dość szybko i celnie diagnozowani. Wtłaczani w pewne ramy. Jest to maniera ledwie u Gundhalinu widoczna w Królowej Zimy, ale z czasem rozwijająca się coraz mocniej i odgrywająca niemałą rolę w trzecim tomie, wykorzystywana do manipulacji otoczeniem, rozstawiania pionków według własnych reguł. I tak Ang jest po prostu chciwym idiotą, Spadrin klasycznym psychopatą, HK tchórzliwym i niezbyt lotnym leniem, SB (nomen omen) bezwzględną kanalią, a sierżant Ossigne flegmatycznym służbistą z syndromem uwielbienia dla swego szefa.

Wyjątkiem wśród tych postaci - zarysowanych dość ostro, ale jednak bez szczególnego zainteresowania narratora, o ile nie zagrażają bezpośrednio jego życiu - jest może Song, szalona sybilla, owa "królewna do uwolnienia". Jej portret nie jest tak prosty, mieni się wieloma odcieniami. Jest jednocześnie przerażająca i zagubiona. Budzi niechęć i współczucie. A najciekawsze jest to, że choć od początku wiadomo, że technowirus pomieszał jej zmysły, w pewnym momencie wydaje się myśleć trzeźwiej niż BZ.

Kompozycja

Meaningless - the ceremony tonight, all the rest of it; only the ornaments of vanity disguising the naked body of the truth: An overeducated madman with a death wish [...]

Miodek. Sam miodek i maliny. Mam hopla na punkcie kompozycji, więc byłam w siódmym niebie obcując ze szkatułką i retrospekcjami w retrospekcjach, ramą kompozycyjną, słowami-kluczami, echem motywów, symbolami i całą czeredą. Ale po kolei.

Po pierwsze kompozycja szkatułkowa. To niby prosty zabieg, ale jednak zawsze efektowny, a tu dodatkowo wykonany po mistrzowsku, z bardzo ładną ramą, której druga część obfituje w komentarze, stawiające wszystko w jeszcze nieco innym świetle, swoje własne symbole (naprawdę świetny, wieloznaczny motyw zegarka) i swoje własne pointy. Sam dziennik BZ, stanowiący główną i środkową część powieści, też nie jest jednolity. Zmienia się wraz z bohaterem, narracja podąża za nim, wtłaczając w potok myśli retrospekcje, autocenzurę, momenty utraty kontroli nad sobą, urywki snów, intymne wyznania, narastający strach i zmęczenie. Zmieniają się czasy, zmienia się długość zdań, pojawiają się bardzo efektowne i sugestywne zwielokrotnienia, konwulsyjne powtarzane frazy, obrazy obsesji.

Sam dziennik jest z kolei tak naładowany retrospekcjami, że właściwie stanowią one szkatułkę w szkatułce. Miłe dla oka, wciągające w grę przeszłości i teraźniejszości.

Trudno byłoby też nie wspomnieć w tym miejscu o tytule, choć spostrzeżenie dotyczące jego wieloznaczności jest raczej oczywiste. Koniec Świata to rzecz jasna miejsce, ale też punkt zwrotny dla bohatera i - co czytelne dla tych, którzy wcześniej mieli w łapkach Królową Lata - całej Hegemonii.

Obsesje, obsesje i jeszcze raz obsesje

I realize finally that it wasn't World's End that drove her mad, but her madness that drove her into World's End.
Did mine?
"I hate my brothers," I say thickly. "I don't know why I came... except that maybe I hated myself more."

Można by je podzielić na trzy grupy, choć silnie ze sobą związane. Pierwsza z nich to oczywiście Moon. Wraca we wspomnieniach, snach i napadach szaleństwa (to ostatnie okazuje się może najgorsze w skutkach), prześladuje. Niemal tak samo, jak obsesja śmierci, wywołana nieudaną próbą samobójczą. A do tego dochodzi jeszcze kwestia utraty honoru i ściągniętej na rodzinę o nieskalanej dotąd reputacji hańby. BZ, chcąc się od tego wszystkiego uwolnić, wybiera jako kolejne miejsce pracy Czwórkę - zapyziałą dziurę, tonącą w biurokracji, łapówkach i przekrętach. Miejsce tak kosmopolityczne, że aż nieznośne. Liczy bowiem na to, że jeśli rzuci się w wir pracy, nie będzie miał czasu na myślenie. Ale to nie jest takie proste i w końcu świetnie zapowiadający się oficer zaczyna popełniać fatalne błędy, a spotkanie ze starszymi braćmi pieczętuje sprawę. Od przeszłości nie da się uciec - trzeba się z nią zmierzyć, nawet jeśli BZ początkowo nie zdaje sobie sprawy, że wyprawa na Koniec Świata w poszukiwaniu zaginionego rodzeństwa, do tego właśnie doprowadzi.

I tu kolejna rzecz, której się bałam i w przypadku której wynik wynosi 1:0 dla Vinge. Przestraszyłam się bowiem, że World's End poszybuje nieubłaganie w kierunku psychoanalizy. Otóż nie. Jeśli BZ wspomina ojca, to nie dlatego, że ten zabronił mu kiedyś jeść czerwone cukierki i w związku z tym inspektor składa teraz ubrania na trzy. Nic z tych rzeczy. Wszystkie odwołania, retrospekcje i refleksje odnoszą się w gruncie rzeczy do dalszego pozbywania się złudzeń, służą zdejmowaniu warstw hipokryzji, patrzeniu na własne decyzje z dystansu i dochodzeniu do różnych - w większości niewesołych - wniosków.

Czepy i czepki

 Only death is perfect.

Oczywiście, że jest się czego przyczepić. Wydaje się, że główny błąd, jaki popełniła Vinge tkwi już w samym założeniu. Jakkolwiek mi się spodobało, to trudno uwierzyć, że w niektórych momentach BZ chciał - czy wręcz był w stanie - kontynuować tworzenie dziennika.Co prawda na samym jego początku znajduje się sugestia, że rejestrowanych słów nie trzeba wypowiadać, że urządzenie przetwarza jakoś myśli na nagranie dźwiękowe, ale i tak czasem budziło to moje wątpliwości. Pewną wskazówkę daje może narracja - gdy dziennik jest jeszcze w miarę "normalny", uporządkowany, jest prowadzona w czasie przeszłym; gdy nastaje chaos, pojawia się czas teraźniejszy. To może sugerować sposób nagrywania, ale nie przekonuje mnie do końca. Choć przyznać też należy, że kiedy jest naprawdę źle, narracja wraca na moment do trzecioosobowej.

Nie obyło się też bez paru potknięć w sferze wczuwania się w postać męską, postać Techa w dodatku. Pisałam o kilku kwiecistych wejściach. Ale nie tylko o nie mi chodzi. Wydaje mi się bowiem, że ktoś taki powinien w swoich dziennikach więcej miejsca poświęcić szczegółom technicznym sprzętu, zwłaszcza, że zaciąga się do ekspedycji jako mechanik. I owszem - poszukiwanie części zajmuje dość sporo czasu antenowego, tak jak łażenie po rafinerii i opisy napraw, ale wydaje się przynosić za mało specyfikacji, może nieistotnych fabularnie, choć mogących korzystnie wpłynąć na ogólną stylizację. Podobne zastrzeżenia mam do momentu, w którym BZ orientuje się, że ma do czynienia z efektem Dopplera. Zajmuje mu to całe dwa akapity rozmyślań, podczas gdy ja - teoretycznie mniej obcykana w tych kwestiach - wpadłam na rzecz od razu. I cóż, może to kwestia zmęczenia i szaleństwa (to już ten etap), w końcu Gundhalinu zalicza kilka poważnych zaćmień (ostatnia zapisana w dzienniku rozmowa z braćmi), ale jednak mnie uderzyło.

Jedno natomiast nie ulega wątpliwości - Vinge nie powinna bawić się w sceny łóżkowe. Po raz kolejny udało się jej zamordować niezwykle ważny epizod erotyczny. Tym razem nie morświnami, ale utartymi zwrotami i rozwlekłością. Owszem, wiem, że dałoby się to wytłumaczyć marnymi zdolnościami literackimi BZ w tej kwestii, ale po co, skoro z innych tomów (a zwłaszcza z ostatniego) wiadomo już, że akurat ten element nie jest najmocniejszą stroną tej autorki? No szkoda, że to popsuła, bo to jedna z dwóch kluczowych dla pewnego wątku scen. W dodatku mogła być bardzo mocna.

Nie jest też tak, że akcja jakoś niesamowicie wciąga, zwłaszcza mnie - znałam przecież zakończenie. Nie zawsze jest dynamiczna i jeśli ktoś oczekuje przygodowej sf, może się rozczarować. Tutaj większość dzieje się w głowie narratora.

World's End a pozostałe części

And then it ends. It always ends. Because it was never real, goddamn it! It was always a dream - even while it was happening. It could never have lasted. Her life was becoming a part of history, and I was nothing but a footnote. I knew it then, in my mind if not my heart. That's why I left her [...] Their love had been an aberration, born out of need. If he had stayed on Tiamat it would have melted away like the snow beneath the rising sun of summer. Their worlds, and their minds, had been too many light-years apart.
He would have been as wrong to stay as he had been wrong to leave...
He had put off the meaningless honors, the public displays of adoration, for as long as possible, using his wound and his weakness as excuses. But he had spent the hard-won privacy of his convalescence working obsessively, trying to put what was left of his personal life in order before he became public property forever.
He knew what he would see if he faced himself in a mirror; he had not gone near one since his release from the hospital. But he had endured far worse things than his own reflection too recently to let it bother him, or stop him. There had been no time for weakness, or pain, or doubt... there never would be again.

Czy trzeba czytać? Nie, nie trzeba. Sama połapałam się w Królowej Lata bez znajomości drugiego tomu dość łatwo, choć pewne szczegóły zajścia wychodzą późno, pod koniec Zmiany. Natomiast na pewno warto. Nawet, jeśli wcześniej nie czytało się książek po angielsku. Sama nie mam w tej kwestii szerokiego doświadczenia, a jednak lektura zajęła mi dwa dni. Rzecz nie jest ani przeraźliwie długa (jak pozostałe tomy, a zwłaszcza Królowa Lata), ani bardzo trudna - co zapewne widać na przykładzie zamieszczonych cytatów.

Powody do lektury są co najmniej dwa. Pierwszy taki, że to zwyczajnie kapitalna powieść, fundująca kaca, skłaniająca do myślenia, bardzo niepokojąca. Drugi dotyczy odbioru Królowej Lata - a częściowo także Królowej Zimy. Nie tylko obraz samego świata i BZ jest pełniejszy. Pełniejszy jest także wgląd w warstwę znaczeń i symboli, myśli przewodnich. Inaczej - z czysto psychologicznego czy fabularnego punktu widzenia - patrzy się na niektóre późniejsze wydarzenia. Jasne stają się pewne zachowania Gundhalinu, dziwne dla tych, którzy pamiętają go jedynie z pierwszego tomu. Jasna staje się surowość, z jaką ocenia sam siebie. Rumieńców nabiera wątek odzyskiwania posiadłości, i tak dosadna scena w kaplicy zyskuje więcej mocy, a miłość BZ do Moon okazuje się... trochę inna niż można by przypuszczać.

Oczywiście Gundhalinu nadal pozostaje postacią bardzo pozytywną, choć podszyty osobistymi demonami zyskuje głębi. Po lekturze World's End patrzy się na niego trochę inaczej. Widać potem, ile wysiłku kosztuje go niekiedy utrzymanie moralnego pionu, jak bardzo boi się wykonać krok za daleko, by znów nie wpaść w łapy swojej ciemnej strony, jak bardzo pilnuje, by impulsywność i zmysłowość - cechy potępiane przez Kharemougi - nie przejęły nad nim kontroli. Wciąż powracają te same pytania, w tym jedno dręczące go szczególnie: czy robi to, co robi dla "większego dobra", czy po prostu z namiętności do Moon?

Kilka uwag na koniec

"She wants you," Goldbeard says, almost resignedly.
Of course she wants me.

Cóż na koniec? Może tyle, że jeśli raz jeszcze ktoś w moim towarzystwie stwierdzi, że fantastyka jest głupia, obiecuję gromko się roześmiać, a nie ograniczać się - jak do tej pory - jedynie do kosych wejrzeń. Książka jest po prostu kapitalna sama w sobie i polecałabym ją do lektury nawet poza cyklem, gdybym wiedziała, czy będzie wówczas zrozumiała. Chyba jednak niekoniecznie i nie całkiem, choć retrospekcji znalazło się tu sporo. Recenzując Królową Lata pisałam też, że jeśli komuś nie podobała się Królowa Zimy albo zwyczajnie nie znosi wątków romansowych, nie ma się nawet zastanawiać, tylko skreślić z listy. W przypadku World's End jest inaczej. To część zupełnie inna niż tamte, mająca - może poza retrospekcjami z Moon - niewiele wspólnego z romansem. To po prostu porządna powieść psychologiczna, choć w fantastyczno-przygodowym kamuflażu.

Zastanawiałam się też, skąd tak skrajne opinie na temat cyklu - przetaczające się od rozczarowania, przez obojętność aż do uwielbienia - i chyba mam odpowiedź. Ale o tym może kiedy indziej, w jakiejś notatce o oczekiwaniach wobec fantastyki i czytelniczych przyzwyczajeniach w ogóle.

I tak - I want him ;)

środa, 5 września 2012

Avatar: The Legend of Korra - wraz z Aangiem zniknęło dzieciństwo...

(źródło)
Avatar: The Legend of Korra to kontynuacja kanadyjskiego serialu animowanego, o którym wspominałam wcześniej - Avatar: The Last Airbender (recenzja tutaj). Nie będę powtarzać tego, co pisałam już wówczas, skupię się tylko na tej serii, a raczej na pierwszym sezonie, gdyż tyle ujrzało światło dzienne.

Od początku trzeba zaznaczyć, że choć w obu produkcjach czuje się tę samą rękę i myśl twórczą, są one od siebie dość różne. Pisałam, że siłą Avatara jest jego wielopoziomowość - fakt, że zawiera wątki skierowane tak dla dzieci, jak i dla starszych. W przypadku Korry jest już inaczej. To pozycja znacznie poważniejsza, jawnie już poruszająca problemy, które nie będą interesowały milusińskich, a w dodatku dość brutalna tak w sensie scen akcji jak i przebiegu fabuły. Zresztą zmianę tę sugeruje już wiek bohaterów - wyższy niż poprzednio. Nie mamy już śledzić losów dziesięciolatka, a szesnastolatki (jeśli dobrze pamiętam. W każdym razie coś koło tego). Prawdopodobnie twórcy założyli, że ci, którzy byli mali podczas emisji pierwszej części zdążyli już podrosnąć, a ci, którzy byli więksi, są jeszcze więksi. I pewnie słusznie.

Nowy Avatar - nowa epoka

(źródło)
Już z poprzedniej produkcji wiadomo, że zasada "działania" Avatarów jest taka, iż nigdy nie ma ich dwóch równocześnie, ale wraz ze śmiercią jednego, rodzi się następny. Narodziny te następują też w pewnej określonej kolejności, a ponieważ Aang był airbenderem, teraz nadszedł czas na wodę. I tak oto zjawia się Korra - a zjawia się efektownie. Już jako dziecko opanowane ma trzy żywioły. Brakuje jej jedynie umiejętności posługiwania się wiatrem. To bardzo ciekawy punkt wyjścia i zupełnie inny niż za pierwszym razem. Hm - pomyślałam sobie - to teraz przez kilka sezonów Korra będzie uczyła się panować nad wiatrem, tak? No cóż, nie do końca, ale o tym pisać nie będę - zepsułabym zbyt dużo.

Inna sprawa jest taka, że nowemu Avatarowi przyszło żyć w zupełnie innych czasach niż jej poprzednikowi. Universum znane z przygód Aanga nieodwołalnie się zmieniło, wraz z postępem technicznym. Owocuje to fantastyczną steam/dieselpunkową stylistyką, policją na sterowcach, gangami rodem z lat dwudziestych i niesamowitym klimatem uzyskanym przez zderzenie tego wszystkiego z azjatycką nutką znaną z poprzedniej części. Do tego należy dodać przepiękne plenery (jak na załączonym obrazku), świetne jak i poprzednio rysunki postaci i muzykę autorstwa Jeremiego Zuckermana. Ale zresztą, co ja się będę patyczkować, o:


Wszystko to razem daje oszałamiającą, piękną mieszankę, która stanowi jeden z głównych atutów serialu. Bądźmy bowiem szczerzy - akcja płynie sobie dość powoli, swoim własnym tempem, wiele jest tu retardacji, rozbudowanej narracji. Trochę cierpi na tym napięcie, przynajmniej w pierwszych odcinkach, bo potem, kiedy intryga się rozwija, dosłownie wtłacza w fotel. I trudno sobie odmówić kolejnego odcinka.

Dostęp nie dotarł jeszcze wszędzie i tak na przykład sama Korra wychowuje się w jednym z wodnych plemion tak, jak jej przodkowie. Początkowo nie rozumie ogromnego Capitol City, do którego trafia, nie potrafi się w nim odnaleźć i wywołuje niemałe zamieszanie, narażając się tak lokalnym gangom, jak i policji. Przekomiczna jest na przykład scena łowienia ryb w miejskim parku. Dzikuska w wielkim mieście. W dodatku bardzo temperamentna dzikuska.

Bohaterowie - po raz kolejny perełka

Mała Korra (źródło)
Po pierwsze - tytułowa Korra. Bardzo, bardzo miła odmiana po irytującym Aangu. Wspomniałam przed chwilą, że to nastolatka temperamentna. Ale też rezolutna i uparta, praktycznie od pierwszej sceny, w jakiej się pojawia, budząca głęboką sympatię. Jest jednocześnie zabawna i sympatyczna, jeszcze nie do końca wyrosła z dzieciństwa, ale potrafiąca już podejmować poważne decyzje. Taka zawieszona między dziewczynką a kobietą.

Jej portret wyszedł panom bardzo wiarygodnie: jest barwny, ale nie karykaturalny. Przynajmniej w skali, jaką przyjmuje się dla filmu animowanego. Jak to jednak zwykle z Kruffą bywa - choć Korrę niemal bezwzględnie i z miejsca kupiła - show głównej bohaterce ukradły postaci drugoplanowe. A dokładniej dwie: Tarrlok i Lin. Obie zresztą odzwierciedlające dwie największe namiętności postaciowe Kruffy - polityków i mundurowych.

Tarrlok (źródło)
Tarrlok to polityk, kanclerz trzęsący radą i praktycznie całym miastem. Szuja jak ich mało, mająca w kieszeniach pozostałych członków zgromadzenia. Manipulant, który - gdy raz już zbliży się do nowego Avatara i uzna, że łatwo wykorzystać naiwność i zagubienie Korry - tak łatwo nie odpuści. Ale gdyby była to po prostu postać negatywna, prawdopodobnie nie zapałałabym do niej aż takim uwielbieniem. Po raz kolejny dzieje się bowiem to, co tak bardzo lubię - im bardziej Tarrloka poznajemy, im więcej o nim wiemy, tym mocniej komplikuje się obraz, a początkowe oceny okazują się nieadekwatne. Jemu bowiem naprawdę zależy na spokoju w mieście. Ma tylko własną wizję tego spokoju, a coraz bardziej napięta sytuacja wymagałaby współdziałania. On to współdziałanie zapewnia sobie za pomocą łapówek i manipulacji, wściekły, że znaleźli się tacy, którzy nie chcą bezwzględnie poddać się jego wizji. Kapitalne jest też zamknięcie tego wątku w pierwszym sezonie. Właśnie takie, jak Kruffy lubią najbardziej.

Lin (źródło)
Druga z postaci ulubionych, to Lin - szefowa miejscowej policji, założonej przez Toph, a kogo innego ;) Jest zresztą jej córką. Policja jest świetna sama w sobie. To metalbenderzy (wątek pojawiał się już w The Last Airbender), w dodatku pomykający na sterowcach :)

Lin to, cóż... twarda babka, twarda szefowa i właścicielka zupełnie rozwalonego życia osobistego. Do tego odważna szalenie. Nie będzie chyba ani nadużyciem, ani zaskoczeniem, gdy napomknę, że skojarzyła mi się z Jerushą ;) Poza tym Lin sporo odziedziczyła po swej mamusi, a ja tam Toph bardzo lubiłam.

Pozostali bohaterowie

Asami (źródło)
No... są. Nawet fajni, choć nie aż tak. Wśród nich na wyróżnienie zasługuje może Asami - córka miejscowego potentata, właściciela fabryki samochodów i innych pojazdów, bogatego wynalazcy. Nie będzie bardzo bolesnym spoilerem, jeśli napiszę, że panna ta namiesza trochę w życiu uczuciowym Korry i jej trólofa, ale poza tym to postać bardzo zgrabnie zrobiona, bardzo spójna i na tyle dopracowana, że chociaż jest "tą trzecią", czasami ma się nawet nadzieję na to, że jej się uda.

Są też dwaj bracia, z czego ten przystojniejszy - Mako - jest wspomnianym przed chwilą trólofem Korry, a ten grubawy - Boilin - Elementem Komicznym. Niestety właśnie tak - Elementem Komicznym. To nie Sokka, dopracowany i zwyczajnie fajny, a bohater o tak żenującym poczuciu humoru, że momentami jest go naprawdę żal. Choć w pewnym momencie zapałam do niego chwilową sympatią, ale nie będę tu za wiele zdradzać.

Mako - trólof Korry (źródło)
Żaden z braci nie przemówił do mnie jednak do końca. Jakoś tak... zbyt jasne są ich role. O ile w pierwszej części miało to swój urok, to tutaj już zawodzi. W końcu, jako się rzekło, produkcja jest znacznie poważniejsza, niż poprzedniczka. Chciałoby się, żeby poszło za tym także sprytniejsze krycie konstrukcji.

Cóż jeszcze... A, tak, jest syn Aanga i jego irytująca rodzinka, ale jakoś mnie zupełnie nie obeszli, choć niby sam Tenzin jest bardzo poprawnie skonstruowany, nawet fajny. Tylko jakiejś iskry mu brakuje.

Intryga, czyli o czym to właściwie jest?

O rewolucji, o manipulacji tłumami, o buncie "klas niższych".

Od początku wiadomo, że Capitol City - ogromna metropolia założona przez Aanga i Zuko - ma jakiś poważny problem. Kiedy Korra wreszcie tam dociera, okazuje się, że jest nim pewien zamaskowany jegomość, głoszący wyjątkowo radykalne poglądy w kwestii benderów. Twierdzi on, że doznał z ich strony wielu krzywd osobistych, a poza tym to oni - rządząc i pilnując porządku - wykorzystują nieobdarzonych żadną mocą, przeciętnych obywateli.

(źródło)
Sytuacja wydaje się zaostrzać z każdym dniem, zamaskowany zyskuje coraz szersze rzesze wyznawców, organizuje bojówki wojowników, potrafiących - za pomocą uderzeń w konkretne miejsca na ciele - obezwładniać i chwilowo pozbawiać mocy benderów. Jeśli dostaną się oni w ręce przywódcy rebeliantów, ich los jest już przesądzony. W niewyjaśniony początkowo sposób (choć tym, którzy uważnie oglądali The Last Aribender z pewnością zapali się czerwona lampka) pozbawia on ich mocy, tym razem już na zawsze i nieodwracalnie.

Walka władz miasta z rebeliantami i rebeliantów z władzami miasta staje się coraz brutalniejsza - to jeden z powodów, dla których nie jest to już produkcja dla małych dzieci. Po raz kolejny też mamy dość wnikliwą analizę mechanizmów manipulacji i władzy, ponownie ubraną w pozornie niewinny kostium serialu animowanego. Do tego dochodzi jeszcze rewolucja przemysłowa, sekrety z przeszłości i przerażająca prawda o możliwościach benderów, którą Korra będzie stopniowo odkrywać.

Nawiązania do poprzedniej części

Oczywiście, że są, a jakże! Nie będę się szczególnie rozpisywać. Polegają one bowiem w dużej mierze na tym, że poszczególni bohaterowie okazują się dziećmi/wnukami tego czy tamtego ulubieńca. Z postaci poprzedniej części pojawia się osobiście tylko Katara - teraz już babcinka, taki dobry duch Korry. Poza tym będzie trochę retrospekcji, będzie kilka aluzji dotyczących tego, jak bohaterowie poprzedniej części wpłynęli na obecny kształt świata. Poza tym jest jeden przesłodki smaczek, kiedy to jedna z córek Tenzina pyta babci co się stało z mamą Zuko? Kto obejrzał do końca ostatnią serię będzie wiedział, o co chodzi ;)

Ach, gdyby było idealnie!...

(źródło)
Bo oczywiście idealnie nie jest. Jakkolwiek The Legend of Korra z pewnością wyróżnia się na tle innych produkcji tak sposobem wykonania, jak i klimatem, a nawet samą fabułą, to ma kilka kłopotów.

Pierwszym z nich są początkowe odcinki. Długa, długa i zbyt czytelna ekspozycja. Potem jest już znacznie lepiej, ale mam świadomość, że tym startem można się zrazić. Inny problem to... ostatni odcinek. A raczej druga połowa ostatniego odcinka. Tu jednak - ze względów oczywistych - nie mogę napisać, o co mi chodzi. W każdym razie rozwiązanie pewnej kwestii jest za łatwe. Osobiście denerwował mnie też wątek sportowy, ale to już moja osobista niechęć.

Bardzo fajnie zrobione są za to wstępy do odcinków (choć w pierwszych ich nie ma), jest to wszystko prześlicznie zrobione, mądre i od pewnego momentu bardzo, ale to bardzo wciąga. Polecam, gorąco i z serca.

poniedziałek, 3 września 2012

Filk - gitarą w literaturę

(źródło)
...i nie tylko literaturę. Jako się rzekło i obiecało - post o filku, jego twórcach i wykonawcach, ilustrowany muzycznie bogato, a jednak skromnie wobec ogromu materiału. Polecany miękki fotel i ciepła herbata, bo powinno być przyjemnie :)

Filk miał być folkiem. Ale ktoś zrobił literówkę i tak oto otrzymał swoją własną, niepowtarzalną nazwę. Tako rzecze legenda. Czym jest? Cóż, stwierdzenie, że gatunkiem muzycznym nie wyczerpałoby tematu, ani nie zapewniłoby precyzji. W skrócie to twórczość fanowska, muzyczna i tekstowa, skoncentrowana głównie wokół fantastyki szeroko pojętej, legend, mitologii, historii i literatury. Bardziej lub mniej profesjonalna, ale przede wszystkim dająca radość, wynikająca z dialogu między twórcami a odbiorcami i dlatego trwająca już od lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku aż po dziś dzień. Zresztą nierzadko zdarza się, że pisarze sami filkują, tworząc w ten sposób swego rodzaju wspólnotę z czytelnikami.

Ostatnio w serwisie YouTube pojawiło się sporo nagrań ze starych albumów, które ludzie wydobyli z czeluści swych szaf i odpowiednio spreparowali. Entuzjastyczna reakcja samych wykonawców tylko wzmogła ruch w tym zakresie, więc jest w czym wybierać, nawet jeśli jakość archiwalnych nagrań pozostawia często wiele do życzenia.

Niestety nie wiem niczego o polskich wykonawcach filkowych, a przynajmniej o takich, którzy jawnie i świadomie podpisywaliby się pod ideą. Ale prawda jest też taka, że nie bywam na konwentach, nie znam fandomów, od betonu trzymam się z daleka i tak dalej, i tak dalej... Więc mogę być po prostu niezorientowana. Niemniej jakiś czas temu (o, z dobry rok) postanowiłam się tym pobawić, rzuciłam propozycję, zaczęłam coś klecić. W końcu inni też zaczęli pisać teksty i trochę tego już jest. A ponadto istnieje pewna osóbka, która ponoć chce nam pomóc i zastąpić biedną, wyjącą Kruffę w niewdzięcznym wokalu :)

O naszych dokonaniach doniosę jednak później - ze specjalnym ostrzeżeniem, bo nie sądzę, żeby do tego czasu gotowe były wersje zaśpiewane przez kogoś, kto potrafi to robić. A teraz pozwolę sobie zaprezentować kilka sylwetek filkowców już uznanych i słuchanych. Ot, żeby można się zapoznać, może kogoś sobie upatrzyć do dalszego poszukiwania. Na razie powstrzymam się od dodawania biogramów. Zrobię to, kiedy zajmę się poszczególnymi sylwetkami, dodając większą partię materiału muzycznego.

Mordred's Lullaby - Heather Dale



Demonsbane - Heather Alexander:



The Ballad of Apollo XIII Julia Ecklar, bo nie mogło paść na nic innego;)




I może jeszcze Signe Mallory:


The Pride of Chanur - Leslie Fish:


Battle Dawn - Mercedes Lackey (może są lepsze, ale to mi się nieodparcie kojarzy z pewną... damą):


Give Me Children Wings - Kathy Mar (czyli kobieta, która "obudziła się pewnego dnia i wymyśliła filk ;] )



Jak widać - a raczej słychać - filk jest prosty, nieskomplikowany i taki ma być, choć jego definicja jest na tyle szeroka, że można by wciągnąć w tę kategorię także innych, bardzo różnych od siebie twórców, niekoniecznie chcących się pod nim podpisywać (z naszych choćby Jacka Kowalskiego, z zagranicznych - Blind Guardians) Zaprezentowany materiał jest też bardzo wybiórczy, mam nadzieję z czasem - jeśli będzie zainteresowanie - prezentować poszczególne sylwetki, pokusić się o jakieś opisy i wyjaśnienia.

Z materiału, który wrzuciłam, wyziera jednak pewien problem filku - brak dobrych wokalistów płci męskiej ;) Może znajdą się na naszym podwórku...