czwartek, 30 sierpnia 2012

Spotkanie z klasyką - "Krzyżowcy" Zofii Kossak

(źródło)
Aż wstyd się przyznać, że jako miłośniczka średniowiecza, kultury rycerskiej i literatury, sięgnęłam po tę klasyczną pozycję dopiero teraz. Historia przyczyn takiego obrotu sprawy jest jednak znacznie dłuższa i bardziej skomplikowana niż mi się kiedykolwiek wcześniej wydawało i nie będę w nią wnikać. Niemniej zaległość nadrobiona - Krzyżowcy Zofii Kossak przeczytani.

Ojojoj, ale co to była za lektura! Zupełnie inna, w jakiś sposób odświeżająca w porównaniu do tego, czym zajmowałam się ostatnio, a - nade wszystko - wielopoziomowa. Bo czytałam Krzyżowców nie tylko jako powieść historyczną, ale też zapis pewnego stanu wiedzy na temat średniowiecza i wyobrażenia o epoce, a także głosu odległego już jednak pokolenia. Wszystkie polonistyczne zboczenia odżyły i zaczęły skakać wokół mojej głowy jak szalone. Poskąpię nieciekawych pewnie szczegółów, ale kilkoma sprawami się jednak podzielę.

Najpierw narzekania edytorskie

Znowu. Jak nie tłumaczenie, to wydanie. "Wydawnictwo Dolnośląskie" najwyraźniej uznało, że skoro klasyka, to ludzie i tak kupią, więc nie ma potrzeby troszczyć się o jakość produkcji. Jest więc okładka, która - gdyby nie obrazki z pierwszej strony - mogłaby śmiało zostać wykorzystana przy romansie (nie wiem, co to za pisanka, ale ze średniowieczem zupełnie mi się nie kojarzy - w przeciwieństwie do Ryszarda*). Do tego taki lekki fiolecik. Ale gorsze rzeczy są wewnątrz, bo ktoś tu chyba nie odróżnia przecinków od kropek i zdarzają się nawet takie konstrukcje: .,.

Po raz kolejny niechlujność. Nie pojedyncze wpadki, ale zwykła, ludzka niechlujność. Poza tym książka jest klejona, z miękką oprawą - jedyna zaleta to niska cena, choć właściwie... nie, zaraz. Wrażenie jest złudne, w końcu rozbito Krzyżowców na dwa tomy i trzeba płacić podwójnie. Straszny jest także sposób złożenia cytatów - listów, pieśni, opowieści. Stopień pisma i tak jest niewielki, ale dodatkowo zmniejszony naprawdę męczy oczy. Polecam więc poszukanie innego niż zamieszczone na obrazku wydanie dolnośląskie.

Nie do kawy, nie do łóżka

No dobrze, załóżmy, że te kwestie nie są ważne - bo dla wielu szczęśliwych, niezmanierowanych czytelników nie są. Załóżmy, że ważne jest tylko to "co w środku". A w środku jest literatura zaiste wielka i nie piszę tego tylko ze względu na szacunek do klasyki. Wielka w wielu znaczeniach i wielka do tego stopnia, że nie nadająca się do podczytywania przy popołudniowym ciastku i kawie. Bo po pierwsze - trudno, a po drugie - jakoś tak nieswojo.

Proza Kossak jest mocno stylizowana. Jako miłośniczka historii języka musiałam zwrócić na to uwagę, obsesyjnie też śledziłam, co pisarka uwzględniła, czego nie, gdzie się pomyliła, a gdzie przyjemnie zaskoczyła. Nie wiem, jak duża była jej wiedza na ten temat, choć - ze względu na samą postać, źródła przywoływane oraz efekty - zakładam, że bardzo, bardzo szeroka. Oczywistym jest, że Kossak nie wykorzystała pełni środków, którymi dysponowała, bo wówczas mogłaby się natknąć na barierę niezrozumienia, która może byłaby do przeskoczenia w krótkiej formie, ale na pewno nie w obszernej powieści. Niemniej pewne drobiazgi są urocze (forma "doma" na przykład), a pewnych - jak zaimków osobowych czy odmiany "być" osobiście mi bardzo brakowało. Niemniej rozumiem. Zresztą spotkałam się też z opinią, że Krzyżowcy są pod tym względem za trudni i - jakkolwiek nie była to opinia osoby szczególnie oczytanej - Kossak pewnie miała świadomość barier, jakie stawia między sobą a czytelnikiem.

Inna sprawa jest taka, że Krzyżowcy cierpią na syndrom przydarzający się większości tekstów stylizowanych - im dalej w las, tym stylizacji mniej. Jest grzeczniejsza, bardziej ugładzona, wracająca jakby falami i przez to nierówna. Jakby męczyła samą autorkę, która podświadomie ciążyła ku lżejszemu i bliższemu sobie językowi.

Trudny temat - trudne ujęcie

(źródło)
Nie jest to też książka "kanapowa" ze względu na sam temat - równie podniosły, co tragiczny. Zwłaszcza w ujęciu, jakie proponuje Kossak. Stara się ona bowiem uciec od legendy i dotknąć rzeczywistości. Czy jej wychodzi? Jak sama przyznaje w rodzaju posłowia - nie całkiem, gdyż sama łagodzi pewne fakty, zmuszona jest do dokonywania trudnych wyborów. Ponadto ciąży nad nią pewna konkretna, mocno jeszcze renesansowa wizja średniowiecza, jako stosunkowo nieskomplikowanej epoki, opisywanej za pomocą współczesnych kategorii, dziś obiegowych, a w ówczesnych czasach obowiązujących schematów myślowych. Ludzie średniowiecznej Europy są zatem dość tępi i prości, a pod siłą fizyczną i pozorną dumą skrywają słabe charaktery i wiele wad. Wyjątków jest niewiele, większość z nich upada i wygląda bardzo słabo w porównaniu z obywatelami Bizancjum czy Arabami.

Przyznam szczerze, że jako miłośniczkę średniowiecza trochę mnie to ujęcie irytowało. Bo niby miało właśnie unikać uproszczeń, a w nie popadało. Choć może popełniam w tym momencie anachronizm, patrząc na pewne obrazy utrwalone w zbiorowej wyobraźni obecnie - ot, widoczne choćby u Martina. Oczywiście przywołując tu autora Pieśni Lodu i Ognia popełniam głęboki nietakt, bo postaci Kossak są o dziesięć poziomów Niebios lepsze, prawdziwsze, ale jednak... dość podobne do siebie na pewnym podstawowym poziomie. Równie naiwne, niezbyt bystre. Jakby Kossak nie zagłębiła się do końca w średniowieczną mentalność, jakby nie zadała sobie pytania, skąd pewne sprawy się biorą, skąd takie a nie inne poglądy na świat. Pokazała degenerację, niemal pozbawiając czytelnika możliwości obcowania z przykładami pozytywnymi. Nawet Tankred w jej ujęciu - choć, podobnie jak u Tassa, to on pozostał moją ulubioną postacią - jest szlachetny, owszem, ale niezbyt lotny.

Jednocześnie należy przyznać, że Kossak nie ogląda swoich bohaterów z jawną pogardą. Stara się ich zrozumieć na tyle, na ile jest to możliwe bez pewnych wcześniejszych - czy to zaniechanych, czy niewykorzystanych w procesie twórczym - refleksji. Pozwala jej to stworzyć kilka bardzo interesujących portretów i niejednokrotnie wzruszyć.

Bolesna sugestywność, czyli piasek w zębach, piasek w oczach...

Jednego Kossak odmówić na pewno nie można - sugestywnego, ciętego pióra. Pewna zupełnie nieinternetowa osoba, podczas rozmowy o tej pozycji, przyznała, że miała z nią olbrzymi problem i przebrnęła z trudem, gdyż cały czas czuła się spocona, obolała, poparzona słońcem i obsypana piaskiem. I jest to najszczersza prawda - niegościnne tereny wciągają, napisana krew dosłownie lepi się do rąk, a przykre zapachy wbijają w nozdrza. Literacko jest to niesamowite i dla mnie - jako miłośniczki warsztatu szeroko pojętego - stanowiło prawdziwą ucztę. Tym większą, że z kart Krzyżowców spoziera na czytelnika autorka o niekwestionowanej inteligencji, sypiąca jak z rękawa ironią i sarkazmem w najlepszych znaczeniach tych słów.

Zresztą sugestywność ta dotyczy nie tylko fragmentów rozgrywających się już na Ziemi Świętej. Rzeź Żydów jest naprawdę przerażająca, choć właściwie nieopisana - doskonała szkoła tego, jak pisać jednocześnie nie pisząc, dowód na to, że najbardziej makabryczna scena nie zastąpi artystycznego wyczucia i warsztatu.

Pewnym problemem może być ogrom ekspozycji, szeroka panorama, jaką Kossak prezentuje. Początkowo bardzo to męczy, zwłaszcza że opowieść rozpoczyna się od obrazków z życia fikcyjnych bohaterów - Polaków, którzy mają wziąć udział w pierwszej wyprawie. Nie najlepsze są też fragmenty obrazujące działania Urbana II i początki przedsięwzięcia, panuje w nich jakiś chaos, jakby zbyt wiele było do powiedzenia na zbyt małej przestrzeni. W przebrnięciu przez te rozdziały pomaga nieco wiedza historyczna, osadzająca epizody w szerszym kontekście. Potem jest już coraz lepiej, choć postaci i wątków nadal mnóstwo.

Podsumowanie

Po raz kolejny mam świadomość, że notatka powinna być dłuższa. Ale cóż. Tematy gonią, świerzbią, popędzają... Nie mówiąc już o innych zobowiązaniach.

Pozwolę sobie więc podsumować - przeczytać należy. Raz w życiu. Do drugiej lektury - ze względu na kaliber literacki - nikogo zmuszać nie będę, ale raz należy. I już. O.

* żart hermetyczny, przepraszam ;)

6 komentarzy:

  1. Kuszące. To znaczy z jednej strony kusisz tymi zachwytami, ale z drugiej... Kolejna książka, którą zacznę i nie skończę, bo długa, ciężka albo "bo tak"? To trochę szkoda zaczynać. :(
    Ech, przez Ciebie mam teraz dylemat. :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Chociaż spróbuj ;) Wiesz, z tą ciężkością jest też tak, że różnie odczuwają ją osoby o różnym poziomie "wyrobienia", prawda?

    OdpowiedzUsuń
  3. Fraa, nie taka znowu długa. Jakby co służę własnymi egzemplarzami - jak mi Kruff odda xD
    Dla mnie "Krzyżowcy" zaczynają się tak naprawdę od ok. 250 strony, kiedy wyrusza sama wyprawa. Inna sprawa, że nawet dalej zdarzają się dłużyzny. Ale te - na szczęście - rekompensują inne wątki.
    Kwestia wydania. Ja swoje kupiłam w "Akwareli" - 11 zł. za dwie części, i to zdaje się jest ta seria literatury kieszonkowej, więc papier gorszy i aż wieje przesadnym minimalizmem.
    I jak tak sobie porównuję z moim "Królem trędowatym" (II część cyklu), to wydawnictwo Pax trochę bardziej się postarało. Jednak nigdzie nie mogę znaleźć satysfakcjonującej okładki, ale być może kupię sobie "Krzyżowców" od tego wydawnictwa - żeby nie męczyć oczu.
    Wracając do "Króla trędowatego", bo nie wiem, czy się doczeka notki, jest krótszy, porusza na raz mniej problemów i autorka jakoś bardziej nad nim zapanowała. Uniknęła dłużyzn, co sprawia, że przez książkę się płynie.
    "Krzyżowców" czytałam dwa razy, drugą część cyklu podobnie (dziwne, ale zawsze zaczynam od tej drugiej - miłość do Baldwina) i pewnie będę sobie je przypominać co roku. No i kusi mnie ostatnia część "Bez oręża"

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja się tej ostatniej trochę boję, bo to o Krucjacie Dziecięcej, więc będę musiała się mocno spiąć, żeby dać radę.

    "Król trędowaty" swoją notkę dostanie - nie ma opcji :) I zgadzam się, że Pax postarał się bardziej, choć i tu jest ten denerwujący sposób składania cytatów. Niemniej można go czytać istotnie niezależnie i może jest to dla Ciebie jakaś opcja, Fraa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie Fraa powinna najpierw przeczytać "Króla trędowatego" z pewnością mają go w każdej bibliotece, a jest znacznie krótszy. Jak jej się spodoba, może się spokojnie brać za część pierwszą.

      Usuń
    2. "Król trędowaty" jest przy tym delikatniej stylizowany i porusza inne problemy, więc jeśli nie nadaje się zbytnio do czytania w hamaku to bynajmniej nie ze względu na język, czy piasek w oczach ;)

      Usuń