piątek, 10 sierpnia 2012

Obcy z dala od domu, czyli powrót na Tiamat

Źródło
I cóż, ani się nie obejrzałam, a mam już za sobą cały cykl. Dlaczego więc od razu czegoś o kontynuacji nie napisać? Królowa Lata została wydana w dwóch częściach (Zmiana i Powrót), ale po krótkim przemyśleniu sprawy zdecydowałam się poświęcić im tylko jedną notkę, uznając je za całość. Ponieważ jednak jest to recenzja ciągu dalszego, siłą rzeczy - jeśli ma w sobie w ogóle cokolwiek zawierać - będzie obfitowała w okrutne spoilery. Tak tylko uprzedzam.

Po pierwsze i najważniejsze należałoby zaznaczyć, że nie mamy już do czynienia ze space operą, a raczej, hm... czymś zbliżającym się do space romansu. O ile jeszcze Zmiana zachowuje jakieś pozory, to już Powrót - paradoksalnie znacznie lepszy - zdaje się z nimi zrywać. Panom - i paniom - odpornym na wzruszenia radziłabym więc poprzestać na lekturze Królowej Zimy, bo mogą się męczyć ;) Owszem, zawsze pozostaje polityka (bardziej rozbudowana niż w pierwszym tomie), rozwinięte wątki etnograficzne i przygodowe, ale jednak osią i sercem powieści są międzyludzkie, nieznośnie się komplikujące relacje.

Powrót na Tiamat... i nie tylko

Czy się zawiodłam? Trochę tak, a trochę nie. Po opiniach, jakie śledziłam w Internecie, spodziewałam się czegoś znacznie gorszego, a tymczasem - choć zarzutów mam sporo - moje przynajmniej tkliwe serduszko łyknęło całość w oszałamiającym tempie i stosunkowo bezboleśnie (choć przyznaję się też bez bicia, że na pewne sprawy przymykałam oko).

Prawdą jest natomiast, że Vinge fatalnie zaczyna, zmuszając czytelnika do obserwowania obrazków z życia codziennego pary bohaterów, którzy akurat najmniej go obchodzą (Clavally i Danaquia Lu). To nudzi jak kobiety idące, choć z drugiej strony uwagi o reumatyzmie i przemijaniu jakoś nastrajają i przygotowują na ciąg dalszy. Niemniej zmęczyłam się. W ogóle wątki związane z Tiamat są na początku śmiertelnie nudne (nie, nie powolne, po prostu nudne) i człowiek tylko szuka, kiedy znów przeniesie się na inną planetę. Bo też akcja rozszerza się na inne miejsca opanowane przez Hegemonię: Ondinee, Numer Czwarty, Kharemough i - na krótko - nawet Wielką Niebieską. To daje pojęcie o wcześniej bardziej sugerowanym niż opisanym rozmachu świata, o jego różnorodności i skomplikowanych relacjach (gospodarka!!!).

I rzeczywiście - Królowa Lata nie ma wielu zalet swojej poprzedniczki. Braknie dostarczanej przez konwencję retellingu baśniowości. To znaczy... ona jest, ale już bez nawiązania do baśni, co czasem czyni ją trochę naiwną - a mimo to urokliwą. Są tu też wątki, które mnie szczerze irytowały, choć muszę przyznać, że z większości z nich Vinge ostatecznie jakoś wybrnęła. Oberwało się też kilku postaciom - najbardziej chyba Tor - które zostały zepchnięte zupełnie na margines i spłaszczone. Inne natomiast zyskały.

Świat po Zmianie

Jak wygląda świat po Zmianie? Cóż, nieprzyjemnie. I to nie tylko dla Hegemonii. Woda życia staje się coraz większą rzadkością, przekonanie Letniaków do technologii okazuje się trudniejsze, niż się wydawało, pewnych blizn nie da się usunąć, a w dodatku sieć syblilli zaczyna popełniać błędy, coraz częściej padają pytania bez odpowiedzi, a te udzielone wydają się niepełne. Kiedy jedna z nich na Tiamat podczas Przekazu doznaje zapaści i umiera, staje się jasne, że dzieje się coś bardzo, bardzo złego i że łączność z sekretami Starego Imperium znalazła się pod znakiem zapytania.

Od początku śledzimy trzy główne wątki. Pierwszy dotyczy oczywiście Moon, próbującej odnaleźć się w roli władczyni. Okazuje się to trudniejsze, niż przypuszczała, a w dodatku płaci za to osobistą cenę. Bo życie ze Sparksem - i jego życie z nią - nie jest usłane różami. Przez jakiś czas wydaje się, że sytuację między małżonkami poprawą narodziny bliźniaków - Ariele i Tammisa, ale nieubłaganie się oni od siebie oddalają, jakby odpychani przez blizny przeszłości. Zresztą Moon coraz częściej ucieka do wspomnień. A zwłaszcza do jednego wspomnienia.

Nie najlepiej układa się jej też z poddanymi, bo choć starzy przyjaciele (Jerusha, Miroe, Fate) stają za nią murem, Letniacy pozostają nieufni wobec technologii i zachodzących zmian. Krystalizuje się coraz wyraźniejsza opozycja. Sprawia to, że w otoczeniu Moon znajduje się wielu Zimaków, dawnych doradców Ariernhod. Nic dziwnego zatem, że po Krwawniku szerzy się plotka, jakoby stara królowa jednak dopięła swego i uniknęła śmierci.

Drugi wątek przynosi nowego - niezwykle interesującego - bohatera. Zwany Kowalem Reede Kullervo to typ czarujący, niebagatelny, szalony i... genialny. Sam siebie nazywa specjalistą od sprytmaterii (co za tłumaczenie...), wytworu Starego Imperium, i faktycznie ma w tej dziedzinie niemałe osiągnięcia. Kiedy - całkiem nieźle się przy tym bawiąc - ratuje świat od uniwersalnego rozpuszczalnika powstałego po błędzie syblilli, jego losy splatają się z karłem Kedalionem i Ananke, milczącym, nieśmiałym chłopcem. Reede wciąga nowo poznanych w pracę dla jednej z dwóch zwalczających się organizacji, przenikających Hegemonię.

Z całym geniuszem i szeroką wiedzą Kullervo nie współgra jedynie jego młodzieńczy wiek.On sam zresztą nie potrafi odpowiedzieć na pytanie kim jest, skąd się do końca wziął, skąd to wszystko wie, a czasami nawet - jak się nazywa. Powoli staje się jasne, że ktoś tu przeprowadził nieprzyjemny eksperyment...

I wreszcie trzeci wątek wiąże się z BZ Gundhalinu, który po opuszczeniu Tiamat otrzymuje przydział na Numer Czwarty. Wciąż dusi w sobie wydarzenia ostatnich lat i upokorzenie, jakiego doznał ze strony Zgromadzenia. Informacja o tym, że jego starsi bracia stracili majątek, a rodzinną posiadłość wraz z nazwiskiem rodowym wystawili na sprzedaż, przepełnia czarę goryczy. Młodemu byłemu Techowi puszczają nerwy i po niefortunnej interwencji zostaje odesłany na przymusowy urlop. Nie mając niczego do stracenia, wyrusza za swoimi braćmi, którzy zaginęli nad dziwacznym Ognistym Jeziorem, w miejscu niezbadanych zjawisk. Wraca nie tylko z nimi, ale też z pewnym istotnym odkryciem mogącym umożliwić podróże z szybkością nadświetlną i zarażony technowirusem syblilli. A także z pewnym bardzo konkretnym planem na przyszłość.

A teraz będzie jeszcze więcej spoilerów

Źródło
I staje się - Hegemonia zyskuje nową perspektywę, bo odkrycia zdają się prowadzić do skonstruowania statków zdolnych zanieść jej członków na Tiamat nawet wobec oddalenia Czarnych Wrót. Moon może więc mieć za mało czasu, by nadać technologii Tiamat odpowiedniego rozpędu, nim wrócą na nią żądni wody życia Kharemoughi. Może też nie zdołać ochronić merów przed całkowitym wyginięciem, a wie, że skutki czegoś takiego byłyby znacznie poważniejsze, niż się komukolwiek wydaje. Królowa i jej rodacy muszą przygotować się na nadchodzące zmiany... 

Obcy z dala od domu, czyli kosmiczna masoneria

Jeden z wątków, który mnie zirytował. Bo generalnie nie lubię tajemnych organizacji, zwłaszcza, gdy okazuje się, że do którejś z frakcji należy co drugi bohater. A jeśli nie należy, to zaraz będzie należał. Tak jest niestety z Przeglądem - pozornie niegroźnym klubem towarzyskim, którego wyższe kręgi zajmują się szeroko pojętym spiskowaniem. Zwalczające się frakcje będą trzy, z czego odpowiedź na to, która ma słuszność, może nie być aż tak oczywista, jak się z początku wydawało. W każdym razie wybucha między nimi walka o sekrety Starego Imperium - napęd gwiezdny i krew merów, do której dostęp ma być wkrótce znów otwarty. Walka będzie bezwzględna, a - o czym pisałam wcześniej - bohaterów znających znaki Przeglądu (uścisk dłoni i pozdrowienie obcego z dala od domu) coraz więcej. W tym wątku powraca też Wielki Zły poprzedniego tomu - Źródło. Przyznam, że jest jeszcze straszniejszy, niż wówczas, choć zostaje zdarta część zasłon tajemnicy, jaka go otaczała.

Komplikacje, komplikacje...

Ale - jak wspominałam - główną rolę i tak odgrywają uczucia. To one pchają bohaterów do wielu kroków, wpływają na siebie na wzajem, interferują, skrzą się i niszczą porządek świata. Służą też do podkopywania pozycji polityków, manipulacji.

O Moon i Sparksie już wspominałam. Oddaleni od siebie, zmęczeni pracą na rzecz Tiamat, coraz mniej czasu spędzają ze sobą, coraz mniej się pożądają. Młodzieńce marzenia o wiecznej miłości rozpryskują się w zderzeniu z twardą rzeczywistością i kolejnymi rozczarowaniami. Zresztą Sparks nadal pamięta, że jego żona go zdradziła, a wygląd jednego z dzieci - ciemnookiego i ciemnowłosego - tylko rozdrapuje rany. Próby wmówienia sobie, że to czysty przypadek niewiele dają i Moon szybko zauważa, że jej mąż faworyzuje córkę, od syna coraz bardziej się dystansując. Sama wyczerpana i sfrustrowana, nie potrafi wyrwać się z uczuciowego impasu.

Jerusha pewnie też nie tak wyobrażała sobie swoją przyszłość z Miroe. Oboje milczący, zamknięci w sobie, nie do końca potrafią zaspokoić swoje potrzeby, a kolejne poronienia byłej komendant nie poprawiają sytuacji.

I jest też przecież BZ, który wie już, że być może kiedyś wróci na Tiamat, znowu spotka się z Moon, o której nie potrafi zapomnieć.

Będzie zresztą nie tylko o miłości do kobiety/mężczyzny, ale też do dzieci (swoich lub przybranych) i narodu.

A do tego masa innych uczuciowych wątków, w tym jeden homoseksualny (początkowo mocno irytujący, potem zgrabnie, z pewną mądrością rozwiązany), zmaganie się z poczuciem winy, zazdrością, zakazaną miłością. I sporo scen seksu. W ogóle erotyzm Królowej Lata mnie zaskoczył, bo choć w poprzednim tomie również był obecny, to na zupełnie innych, delikatniejszych zasadach. Tymczasem teraz jest różnie. Vinge przechodzi od skrajności w skrajność, raz dosłowna, raz zatopiona w bardziej lub mniej udane metafory. Jakby jednak seksu nie opisywała - jest go za dużo. Za szeroko. Czasami naprawdę wystarczyłaby sugestia, urwanie sceny. Kilka z nich jest bardzo istotnych, ale większość można by ze spokojem usunąć. Albo chociaż skrócić.

I znów tłumaczenie

Z tłumaczeniem jest jeszcze gorzej, niż poprzednio. Problem pojawił się na przykład w przypadku Silky - mera nazwanego tak niby na cześć Jedwabnego, ale jednak w Królowej Zimy Jedwabny, choć bywał Silkym, przez większość czasu pozostawał Jedwabnym. Tłumacz zupełnie z tego nie wybrnął. Jeszcze gorzej jest w przypadku przekleństw. O ile te "normalne" są zachowane, o tyle odzywki lokalne zostały zamordowane tępym nożem. Na Cycuszki Pani jest tak żałosne, że wywołuje tylko śmiech, a używane przez Tiamatańczyków także w scenach dramatycznych, zupełnie je rozbija. Do tego błędy redakcyjne, niekonsekwencja znana z poprzedniego tomu, kaleczenie języka autorki. Dobrze chociaż, że dostrzeżono wreszcie różnicę między zmarszczkami a piegami, choć czasem problem jest z płcią bohaterów...

Krótkie podsumowanie

Właściwie co miałam do powiedzenia, napisałam już na początku - to powieść z tak silnie zaakcentowanymi wątkami romansowymi, że odradzam sięganie po nią każdemu, kto wie, że tego nie wytrzyma i każdemu, kogo pod tym względem zmęczyła już Królowa Zimy. Nie jest to też powieść tak dobra, zawiera kilka błędów (choć nie wiem, czy nie wynikają na przykład z szaleństw tłumacza albo mojego zbyt szybkiego czytania), została też trochę skrzywdzona kampanią promocyjną, bo jako główny argument wysunięto rozwiązanie tajemnicy merów, która właściwie żadną tajemnicą już wówczas nie jest. Natomiast znów jest szlachetnie, honorowo, poruszająco i pięknie. Epicko.

Na koniec jeszcze jedno małe ostrzeżenie - to jedna z tych powieści (mowa o Powrocie dokładnie), które powinny zostać opatrzone czerwonym napisem: NIE ZAGLĄDAĆ NA OSTATNIĄ STRONĘ PRZED SKOŃCZENIEM.

3 komentarze:

  1. Ostrzeżona pomijam spoilery, dopóki nie przeczytam pierwszego tomu. Ostrzę sobie ząbki na to tłumaczenie, ale ja niecierpliwa jestem, jesli chodzi o takie drobiażdżki, więc może być różnie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Drobiażdżków jest sporo, niestety. Mam tylko cichą nadzieję, że ktoś kiedyś przetłumaczy to raz jeszcze... Zwłaszcza, że przecież wypisałam tu jedynie przykłady pomyłek - na wszystkie nie starczyłoby miejsca.

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda tylko, że nie zostały wydane po polsku dwie pozostałe części cyklu World's End (druga część - poprzedza Królową lata) i Tangled Up In Blue (ostatni, zamykająca).

    A co do, samej Królowej lata, to uważam, że była znacznie ciekawsza niż Królowa zimy. Głównie ze względu na pogłębione i niebanalnie "rozegrane" relacje - nie tylko romansowe - pomiędzy bohaterami oraz rozwinięcie wątku "umysłu sybilli".

    OdpowiedzUsuń