wtorek, 28 sierpnia 2012

"Nawet mięso je mięso!", czyli nie o tym "Avatarze"

Wiem, że znowu wyciągam trupa z szafy, ale ktoś musi ;) Zwłaszcza, że powodów do napisania takiej notki jest kilka. Co najmniej. Pierwszy taki, że bajki dla najmłodszych nieubłaganie staczają się coraz niżej i dawno już przebiły dno - warto więc szukać alternatywy. Drugi, że to fajna opowieść także dla nieco starszych. Trzeci, że kiedy mówię czasem o Avatarze, nie mogę się z ludźmi dogadać, bo odruchowo zakładają, że mam na myśli niebieskich od Camerona. Otóż nie. Przynajmniej przeważnie. Czwarty wreszcie dotyczy tego, że zamierzam też napisać co nieco o kontynuacji. Piąty, to wyjaśnienie, skąd wziął się jeden z używanych przeze mnie... avatarów ;) Pojawiające się cytaty w moim własnym, koślawym tłumaczeniu.

Sokka, "autor" cytatu z tytułu posta (źródło)
Od serii Avatar: The Last Airbender odstraszał mnie długo wygląd kreski. Przywodzi ona bowiem na myśl anime, do którego nadal jest mi dość daleko, choć przyznaję, że właśnie zapoznaję się z czymś, co w mój gust trafiło. Potem jednak okazało się, że produkcja jest kanadyjska, jedynie stylizacja azjatycka i nawet bardziej chińska niż japońska. Zostałam też niejako zmuszona do obejrzenia kilku pierwszych odcinków, a potem - po dość długim czasie - stwierdziłam, że czas najwyższy brać się za swój angielski i oglądanie kreskówki w oryginale to niezły pomysł. Zwłaszcza, że wciąga.

Dyskretny urok prostoty

Sam pomysł, na jakim oparli się twórcy Avatara jest urzekająco prosty i - wydawałoby się - wyeksploatowany do granic możliwości. Oto mamy cztery nacje związane z czterema żywiołami. Wśród nich rodzą się tak zwani "benderzy" - osoby obdarzone mocą panowania nad danym żywiołem. I - jak to mamy przedstawione w prologu - cztery nacje żyły sobie w spokoju i harmonii, aż tu nagle, nie wiadomo dlaczego "ogniści" zaczęli atakować i wybijać pozostałych. Najmocniej oberwało się pacyfistycznym, wyraźnie skrojonym na modłę buddystów "powietrznym", którzy zostali wybici co do nogi. No... prawie, gdyż opowieść zaczyna się w chwili, gdy dwoje "wodnych" - Katara i jej brat Sokka - znajdują wielką, dryfującą sobie bryłę lodu, w której zamrożony jest tytułowy ostatni z powietrznych benderów. W dodatku avatar, czyli osoba mogąca opanować moce wszystkich czterech żywiołów i - jakżeby inaczej - ocalić świat.

Brzmi prościutko i dziecinnie, prawda? Ha! Nie tak szybko! Siła kanadyjskiej produkcji polega bowiem na tym, że rozgrywa się ona na wielu poziomach. Opowieść o Aangu - chłopcu ratującym świat przed zagładą - została skierowana do najmłodszych, których pewnie będą też bawić gagi związane z tą postacią. Avatar jednak roi się także od mniej niewinnych wątków: porusza problemy totalitaryzmu, eksterminacji, dojrzewania, mierzenia się ze swoimi demonami, okrucieństw wojny i jeszcze wielu innych. Robi to na tyle delikatnie, by nie tracić statusu historii dla dzieci, a na tyle mądrze i wnikliwie, by przyciągać starszych.

No i się zaczyna...

Jestem Aang i uratuję świat! Serio (źródło)
Tak naprawdę nie wiem, o czym pisać, bo Avatar: The Last Airbender to dzieło... zaiste epickie. A i tak wyraźnie skrócone. Całość zamyka się w trzech "księgach", nazwanych od kolejnych żywiołów, nad którymi próbuje zapanować główny bohater i które odgrywają w danej części najistotniejszą rolę. Mamy więc Wodę, Ziemię i Ogień. I dzieje się naprawdę sporo. Zdarzają się odcinki słabsze i lepsze, kilka wręcz zasługujących na miano arcydzieł (odcinek "westernowy" czy cykl o Ba Sing Se, a także ten poprzedzający ścisły finał). Ewoluują postaci, ewoluuje sama historia, coraz mniej niewinna, coraz częściej zrywająca z konwencją - zaskakująca nawet wytrawnych wyjadaczy fabuł. Jest też to, co Kruffy lubią najbardziej, czyli wyraźna, poukładana kompozycja. Choć to staje się także powodem pewnej słabości serii. Chodzi mianowicie o skrótowość ostatniej księgi. Pewne rzeczy dzieją się tam za szybko, jest za mało miejsca, co skutkuje powtarzaniem pewnego schematu, a potem finałem zostawiającym pewien niedosyt. Coś za coś, trudno. Choć nie miałabym niczego przeciw temu, by twórcy podzielili Ogień jeszcze na pół. Ale może takie były wymogi innej niż artystyczna natury.

Postaci, czyli znów pozorna prostota

O tak, postaci to jedna z najmocniejszych stron produkcji. Choć na pierwszy rzut oka wpasowują się w oczekiwany schemat. Po raz kolejny - tylko na pierwszy rzut oka.

Katara i Aang (źródło)
Głównym i tytułowym bohaterem opowieści jest oczywiście Aang, ostatni z powietrznych benderów, oczekiwany wybawca i Avatar, a poza tym irytujący dzieciak z niebieską strzałką na głowie i podróżujący na włochatym stworze (skojarzenia z Niekończącą się opowieścią najprawdopodobniej słuszne). To na nim spoczywa ciężar wątków skierowanych do dzieci oraz ta część żartów, które mają je rozbawić - bo to głównie żarty sytuacyjne, ot walenie głową w próg. Wegetarianin, pacyfista i buddysta aż boli. Właściwie nie zwracałam na niego większej uwagi, może poza kilkoma epizodami (pierwsze spotkanie z nauką panowania nad ogniem na przykład lub jeden z ostatnich odcinków, gdy do Aanga dociera, że właściwie ma zabić). Potencjał trochę zmarnowany w ostatnim sezonie, bo wątek niewinności chłopca w zderzeniu z tym, co ma zrobić, można było zdecydowanie szerzej i lepiej opowiedzieć. Brak miejsca. Niestety.

Prócz niego od początku mamy rodzeństwo: Katarę i Sokkę. Ona - benderka - jest tą wrażliwą i dobrą. On tym głupawym i zabawnym, zapewniającym rozrywkę w postaci żartów słownych. Tyle że Katara potrafi pokazać pazur i choć przez większość czasu spełnia swoją rolę, to jednak kilka razy zaskakuje, a Sokka... jest naprawdę zabawny. I w dodatku nie tak głupi, jak się początkowo wydaje. To po prostu dorastający wojownik, trochę zagubiony wśród otaczających go benderów, sam nieobdarzony mocą i szukający swojej wartości. Źródło "Elementów Komicznych", ale w jakiś sposób nieirytujące. Pewnie dlatego, że został zwyczajnie przemyślany i potraktowany jako pełnoprawna postać z nakreśloną wyraźnie osobowością i własną historią, a nie jedynie narzędzie. A to przecież nie zdarza się aż tak często.

Zuko (źródło)
Po przeciwnej stronie barykady mamy jedną z najciekawszych postaci serii i ulubieńca większości osób, które znam i które widziały Avatara, a także całej Internetowej czeredy, czyli Zuko. Najstarszy z grupy nastoletnich bohaterów jest wygnanym księciem, synem władcy "ogniowego", napadającego na pozostałych imperium. Dlaczego go wygnano - nie zdradzę, bo to jedno z ciekawszych zagrań twórców, ale napisać można, że Zuko postanawia za wszelką cenę dorwać Aanga i w ten sposób odzyskać honor i miłość ojca. Histeryczny, rozkapryszony i początkowo zwyczajnie głupi dzieciak, którego jednak uwielbia się od pierwszej sceny. Ba! - kibicuje się mu wobec mdłości Aanga. A potem robi się już tylko coraz weselej, bo z każdym kolejnym odcinkiem staje się on postacią coraz mniej jednoznaczną, coraz bardziej skłębioną w sobie i dojrzewającą, aż do... O, nie, nie! Nie spodziewajcie się szybkiego i nagłego nawrócenia ;) To w końcu Avatar, wiele rzeczy jest mniej naiwnych, niż można by się spodziewać po bajcie dla dzieci. W każdym razie sprawa coraz mocniej się komplikuje, a wątek szybko staje się jednym z najbardziej wartościowych i tych nie do końca dla najmłodszych. Śledząc Internetowe wypowiedzi, dochodzę też do wniosku, że nie najlepiej przez nich rozumianym (w "najmłodszych" wliczam w tym przypadku także nastolatki).

Postaci jest legion. Warto pewnie wymienić także Toph, która dołącza do głównej bandy w drugiej księdze, stryja Zuko - Iroha czy (tu tajemnica mojego avatara) siostrę księcia, Azulę - skrajną perfekcjonistkę. Mogłabym tak pisać i pisać, ale główny problem polega na tym, że zaczęłabym sprzedawać spoilery, a w przypadku tej opowieści byłoby to szczególnie niewybaczalne. Poprzestanę więc jedynie na sygnalizacji, że opisałam - i to bardzo pobieżnie - zaledwie cztery z wielu interesujących figur. Zdarzają się oczywiście także indywidua odstraszające i szczerze irytujące, jak król Boomie. Olać, zapomnieć, zignorować.

Azja, równowaga i te sprawy

Sokka i Yue - wspomniany epizod (źródło)
Cóż, przyzwyczaiłam się już, że po erze Ursuli Le Guin i fascynacji wschodnimi sztukami walki, kultura Zachodu nasiąkła filozofią Zen i teoriami zbliżonymi, i że wypływają one od czasu do czasu, zwłaszcza w fantastyce (bo przecież to też fantasy). Nie zdziwiłam się więc, gdy znalazłam to także w Avatarze, zwłaszcza, że już od początku mocno podkreślana jest około-chińska stylizacja i równowaga między żywiołami. Z drugiej strony przyznać należy, że nie potraktowano mnie bardzo agresywnie. Bywało już gorzej. Owszem - znalazły się dość znaczące epizody (końcówka pierwszej księgi) czy sam wątek Aanga, pacyfisty-wegetarianina, ale nie bolało szczególnie. Zwłaszcza, że twórcom udało się zachować pewną równowagę (nomen omen) i nadać całości nieco ironii, między innymi przez uszczypliwe uwagi Sokki (cytat z tytułu, komentujący wegetarianizm Aanga, czy "Nie możecie zabrać mi mięsa! Mięso i ironia to to, z czego się składam!"). Można więc przeżyć. Uznałam to za element stylizacji.

Nawiązania, zabawy konwencją

Kolejna rzecz, której nie należałoby się raczej spodziewać po produkcji dla dzieci i kolejna wskazująca na fakt, że panowie Dante i Konieczko podeszli do odbiorcy poważnie i z szacunkiem dla jego zdolności intelektualnych. Niektóre z nawiązań zresztą uświadomiłam sobie dopiero niedawno. Kto śledził, o czym ostatnio pisałam, zerknie na fotos powyżej i obejrzy - wpadnie na to samo ;) I to na niejedną rzecz - warto zwrócić na przykład uwagę na odcinek o zaginionej bibliotece i postać bibliotekarza. Wspominałam już też o Niekończącej się opowieści, klasykach westernowych, dodam jeszcze klasyki z gatunku filmów o sztukach walki, wiele, wiele drobiażdżków, żonglerkę utartymi schematami, łamanie ich i przestawianie. Cudeńka. Trzeba zobaczyć i śledzić samemu.

Jeszcze jedno, bo zapomniałam - nic, absolutnie nic z tego, co napisałam, nie odnosi się do filmu aktorskiego pod tym samym tytułem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz