poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Królowa Śniegu w kosmosie, czyli czysty zachwyt

Źródło
Nadrabiania czytelniczych zaległości ciąg dalszy. Tym razem padło na Królową Zimy Joan D. Vinge, którą nabyłam ostatnio za grosze i za radą hevi, która chyba wiedziała, czego mi trzeba. Bo to był strzał w dziesiątkę. Powrót do czasów, kiedy wsiąkałam w książki bez pamięci, tracąc poczucie czasu i rzeczywistości. A myślałam, że już mi się to nie zdarzy.

Tym razem nie jest to nowość wydawnicza. Powieść napisana została w latach osiemdziesiątych, a wydana w Polsce w roku 2008 przez SOLARIS (tak, niestety). O wcześniejszych wydaniach nie wiem, nie sprawdzałam. W każdym razie nowością nie pachnie. To się czasem czuje, zwłaszcza w opisach, i ma nawet pewien urok. Cóż jeszcze z takich informacji... A tak, Królowa Zimy to laureatka Hugo.

Gdzieś między baśnią a space operą

Znów można pokręcić nosem na tłumaczenie, ale zanim wrócę do tego szerzej, wskażę tylko na tytuł. Oryginalny to Snow Queen i doprawdy nie wiem, dlaczego nie został tak przełożony. Przez to zupełnie zatarło się bardzo jawne i podkreślone nawet w dedykacji nawiązanie do Andersenowskiej Królowej Śniegu - właściwie konstruujące całą powieść i nadające jej baśniowego, bardzo literackiego ducha. Bo Królowa Zimy - w przeciwieństwie do opisywanego poprzednio Kościotrzepa - jest niezwykle literacka, koncentrująca się właśnie na tym, czego nie można przekazać obrazem czy sekwencją zdarzeń. Narracja nie stanowi tu relacji, a niemal nieustanne wyciągnie myśli z głów bohaterów. Początkowo trochę drażnił mnie sposób, w jaki zostało to rozegrane, ale kiedy się przyzwyczaiłam, doceniłam wartość zabiegu. Literackości dodaje też to nawiązanie, sprawiające, że czytelnik - jakkolwiek wciągnięty w tę wizję za uszy - zachowuje jednocześnie świadomość uczestnictwa w baśniowej uczcie, poruszania się wśród archetypów i zbiorowych wyobrażeń, zakotwiczenia w pewnej tradycji. Bo przecież nie byłoby fantastyki bez baśni, a space opery już na pewno.

No dobrze, ale o czym to właściwie jest?

Jest o planecie. W pewnym sensie. A bardziej o ludziach (i nie tylko), których losy zostały z nią związane. Ale po kolei. Tiamat ma tylko dwie pory roku: lato i zimę. Obie trwają po 150 lat i różnią się nie tylko temperaturą powietrza, bo cała planeta zmienia wówczas swój charakter. Podczas lata, jest ona pozostawiana sama sobie i stojącym za zerowym poziomie technicznym Letniakom - ludowi rybaków czczących boginię morza, chodzących w skórach morskich zwierząt i żyjących w zgodzie z naturalnym rytmem planety. Wraz z nastaniem zimy, gdy Tiamat zbliża się do czarnej dziury i stają się możliwe podróże kosmiczne, na ziemię tę przybywają przedstawiciele wyżej rozwiniętych członków Hegemonii - związku planet rządzonego przez technokrację z Kharemough. Współpracują z Zimakami i pozyskują najcenniejszy surowiec galaktyki - dającą nieśmiertelność krew merów, morskich stworzeń czczonych przez Letniaków. Wraz ze zmianą pór roku i ich odlotem, niszczone są wszystkie ślady techniki, gdyż Hegemonia jest zachłanna i zależy jej na tym, by utrzymać status Tiamat jako planety dzikusów. Dzięki temu bowiem jest ona uzależniona od dostarczanej techniki, a co za tym idzie, pozwala na połów merów.

Królowa Zimy wybiera sobie spośród pozaziemców tak zwanego Starbucka - doradcę i kochanka, którego tożsamość jest skrzętnie skrywana, a który dba o jej kontakty z Techami i innymi dostawcami technologii.

W momencie, gdy rozpoczyna się powieść, nastają ostatnie lata panowania Arienrhod - obecnej Królowej Zimy. Nie chcąc dopuścić do tego, by wraz z nastaniem lata Tiamat znów straciła całą technikę, kobieta decyduje się zawiązać spisek i przedłużyć swoje panowanie. Wie, że będzie musiała poddać się rytualnej śmierci, ale podejmuje próbę sklonowania się, gdyż wierzy, że ktoś, kto będzie nią samą, zdoła zatrzymać to, co wydaje się nieuchronne i nie dopuści Letniaków do władzy. Z dziewięciu klonów udaje się jeden - niejaka Moon, wychowana właśnie wśród rybaków.

Kaj i Gerda

To właśnie taka nasza Gerda. Kajem natomiast jest jej kuzyn i kochanek - Sparks. Nie jest on do końca Letniakiem. Jego ojcem był jakiś pozaziemiec, czyli ktoś z innej niż Tiamat planety, ktoś znający technikę. Dziedzictwo to ma zresztą na chłopaka niemały wpływ. Choć jest to zakazane, zabiera od od kupców różne urządzenia, interesuje się nimi, próbuje zrozumieć ich działanie. Od początku książki czuje się, że jest w nim coś niepokojącego i choć nie lubię tej postaci (mimo że ma rude warkocze ^^), muszę to docenić.

Sielanka dwojga młodych kończy się, gdy Moon zostaje wezwana przez boginię i ma zostać sybillą - jej wyrocznią. Sparks z kolei zostaje odrzucony, a stara prawda mówi, że za kochanie syblilli grozi śmierć. Rozgoryczony chłopak wyrusza do Krwawnika - przedziwnego miasta, w którym urzęduje królowa oraz pozaziemscy wysłannicy, kwitnie technologia i nowoczesność. Sparsk ma nadzieję, że dziedzictwo ojca pomoże mu odnaleźć się w nowym świecie, ale to okazuje się trudniejsze, niż myślał. W dodatku Arienrhod, chcąca zwabić do Krwawnika swój klon, oplata go siecią intryg. Jak Królowa Śniegu w sercu Kaja, zaszczepia w jego sercu kiełkujące zło. Mami i kłamie, ale z czasem sama też zaczyna gubić się we własnej matni.

Moon oczywiście wyrusza ukochanemu na ratunek, wyobrażając sobie, że leży on gdzieś w rynsztoku, ograbiony i zbity. Prawda może jednak okazać się znacznie bardziej bolesna, a okruchy lodu trudniejsze do usunięcia niż w baśni.

Słów kilka o Kharemough

Poświęcę też trochę miejsca władcom Hegemonii, bo strasznie mi się ten wątek podobał. Może dlatego, że lubię wątki arabizujące, a tam są one bardzo mocno widoczne. Ludzie zawiadujący całym "technicznym" światem i wyzyskujący Tiamat pochodzą z silnie kastowego społeczeństwa, podzielonego do tego stopnia, że najniżsi - Bezklasowi i najwyżsi - Techowi, nie mogą porozumiewać się ze sobą inaczej, jak tylko za pośrednictwem tłumacza. Jeśli Tech odzywa się do Bezklasowego z pominięciem procedury, dochodzi o nobilitacji tego drugiego. Dla Techa stanowi to z kolei hańbę, a Tech nie zniesie hańby, woli samobójczą śmierć.

Pozaziemcy uznają też wielożeństwo, a kobieta jest najpierw zupełnie podległa woli ojca, a potem woli męża (co jest ładnie opisane w wątku Elsie), zobowiązana do zakrywania swego ciała. Mężczyźni z kolei podlegają surowemu kodeksowi honorowemu, zwłaszcza w najwyższych warstwach, od którego odstępstwa każe się wykluczeniem. Chyba że - o czym wspomniałam przed chwilą - wybierze się samobójstwo, jedyną drogę rehabilitacji.

To niezwykle ciekawe, że Vinge zderzyła tak wysoki rozwój techniczny (Techowie od dziecka uczą się konstruować i naprawiać skomplikowane urządzenia, mają to we krwi) z takim modelem społecznym. Daje to interesującą i skłaniającą do myślenia mieszankę. Także mocno pobudzającą wyobraźnię.

Kruffowa słabość do mundurowych

Tak, Królowa Zimy udowodniła mi ostatecznie, że ją mam. Mój absolutnie ulubiony wątek wiąże się bowiem z policją Hegemonii stacjonującą na Tiamat. Do jej zadań należy raczej ściganie drobnych złodziei, podstawionych przez prawdziwe "grube ryby", w tym królową, dbanie o to, by Zimacy opuszczający rodzimą planetę już nigdy na nią nie wracali (to konieczne do utrzymania pewnych sekretów) i walka z niesfornymi tubylcami oraz przemytnikami technologii. O taki - niezbyt wesoły - stan rzeczy dba komendant, nie o nim będzie jednak mowa.

Inspektor Geida Jerusha PalaThion jest wyraźnie zmęczona całym tym przedstawieniem. Chętnie wzięłaby za łeb, kogo trzeba, ale ma związane ręce, co tylko pogłębia jej frustrację. Sytuacja pogarsza się jeszcze bardziej, gdy przez przypadek niweczy ona część planów Królowej Zimy i Arienrhod poprzysięga jej zemstę. To nie będzie po prostu morderstwo. Raczej zaciskająca się powoli wokół szyi pętla intryg, mających zniszczyć panią inspektor i doprowadzić ją nad skraj szaleństwa. Coraz bardziej samotna i przygnieciona Jerusha nie tylko budzi współczucie. To w gruncie rzeczy twarda, choć nieszczęśliwa babka, której najzwyczajniej się kibicuje.

No i mój trólof, sierżant BZ Gundhalinu, lojalny podkomendny Jerushy, syn Techa z Kharemough. O ile ona zmaga się z intrygami królowej, o tyle on - obrywając niejako rykoszetem - będzie musiał zmierzyć się z samym sobą i swoją żelazną kulturą. Vinge kreśli tu bardzo ładny (i poruszający) obraz konieczności zmierzenia się z systemem wartości, w którym się wyrosło i podejmowania decyzji, w wyniku których można stracić wszystko - honor, szacunek pobratymców, szacunek dla siebie, miłość, a nawet odznakę. Historia BZ nie jest jednak beznadziejna - opowiada także o odradzaniu poczucia własnej wartości i konstruowaniu się na nowo. O sile optymizmu i szlachetności.

Bohaterowie w ogóle

Właśnie - szlachetność. Zdaje się, że to główna cecha postaci Królowej Zimy i może to właśnie tak bardzo mnie w niej uwiodło. Mogłabym pisać o wielu jeszcze bohaterach - o Elsie, o zadziwiającym Jedwabnym, o zbuntowanym pozaziemcu Miroe czy Tor. Nie ma jednak na to miejsca, więc spróbuję ogólnie i właśnie to mnie w nich wszystkich najbardziej uderza - w każdym tkwi choćby ziarno dobra. Podstawieni pod ścianą, dokonują często zaskakujących, szlachetnych wyborów. Nawet zimna i okrutna Arienrhod nie pragnie przecież przedłużyć panowania ze względu na rządzę władzy, a raczej swoiście pojęte dobro Tiamat. Jej Starbuck - Herne, który wydaje się mężczyzną na wskroś zepsutym, też może nieco zaskoczyć, choć nie napiszę jak, bo byłby spoiler. Może jedyną od początku do końca złą postacią jest Źródło - szef przestępczego podziemia. Sprawia to, że choć powieść jest raczej smutna, nostalgiczna i wzruszająca, pozostawia wiele nadziei, nawet jeśli lekko zaprawionej goryczą.

Bo świat Vinge jest trochę przewrotny - to świat, gdzie mimo wszystko robot może okazać się bardziej ludzki od człowieka.

Na koniec trochę narzekania

Nie byłabym sobą, gdybym nie pokręciła nosem ;) Choć tym razem też kwestie techniczne. Po pierwsze - tłumacz. Tym razem już nie pan Szmidt, a pan Pultyn. Błędy językowe (fleksyjne!), niezręczności, wyraźne problemy z niektórymi sztucznie brzmiącymi kwestiami. Oraz niekonsekwencja. Dlaczego Jedwabny to raz Jedwabny, a raz Silky? I tytuł, o którym wspominałam. Po drugie - redakcja. Było kilka drobiazgów, na przykład Jerusha PalaThion została gdzieś pod koniec PałąThion. Uderzający jest jednak sposób złożenia dialogów, jakby ktoś nad nimi nie zapanował. Nie wiem, jak układ wyglądał w oryginale, ale w polskim tłumaczeniu czasem trudno zorientować się, czy mamy do czynienia z nową wypowiedzią, czy kontynuacją poprzedniej. I jeszcze jedna rzecz, co do której mam wątpliwości - sygnalizowanie zmiany miejsca jedynie wcięciem akapitowym, bez gwiazdki czy choćby paragrafu. Tu też nie mam pewności, czy to oszczędność miejsca, czy oryginał.

W każdym razie za dwa kolejne tomy biorę się, gdy tylko wpadną w moje łapki. Podobno nie dorównują Królowej Zimy, ale moje psychofaństwo osiągnęło taki poziom, że po prostu mam ochotę tam wrócić, nawet, gdybym miała się rozczarować. Zresztą powieść tę można czytać zupełnie osobno, zakończenie jest na tyle zamknięte, by nie wyrywać sobie paznokci z powodu niemożności zdobycia ciągu dalszego.

Gorąco polecam, zachęcam do poszukania w bibliotekach i antykwariatach. Ja się zakochałam i myślę, że mogę nie być jedyna. Zresztą dowodem tak długa jak na mnie notka, która i tak powinna być trzy razy obszerniejsza.

Pozostałe tomy - recenzje:

World's End
Królowa Lata

7 komentarzy:

  1. Zachęcająca recenzja. To ja się ustawię w kolejce po hevi ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ok, będę pamiętać ;) Cieszę się, że zachęcająca, bo naprawdę warto.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurczę, ja naprawdę tego nie pamiętam O.o" Jakieś poszczególne sceny i ogólny klimat, ale bez konkretów, świata, fabuły. Serio, muszę to sobie przypomnieć.

    Wcześniejsze wydanie było w tej serii, gdzie były takie "podwójne" okładki...

    OdpowiedzUsuń
  4. Zachęcona entuzjastyczną recenzją zerknęłam, czy nie ma niemieckiego wydania i... jest, w antykwariatach, po 40 euro... Cóż, posiałaś ziarno i chcę tę książkę. Znalazłam polskie wydanie w księgarni internetowej:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ojoj! Faktycznie - bardzo drogo, zwłaszcza jak na książkę z antykwariatu. Nie wiem, jakie ceny obowiązują w Niemczech, ale to wydaje się już grubą przesadą. Z polskim wydaniem jest natomiast ten problem, o którym pisałam - tłumaczenie.

    Przypomniała mi się jeszcze jedna kwestia z tym związana - przez pierwszą połowę książki tłumacz pisze o zmarszczkach na twarzy BZ, przez co założyłam odruchowo, że jest co najmniej po trzydziestce, choć nie pasowało mi to do informacji o tym, że Tiamat stanowi pierwsze miejsce jego służby. Potem okazało się, że ma on ledwie 25 lat, a chodziło nie o zmarszczki, tylko o piegi...

    OdpowiedzUsuń
  6. O rety... Już się boję lektury. Choć byc może tłumaczenie będzie w tym wypadku dodatkowym bonusem rozrywkowym... Książkę notabene nabyłam, niezłe tomisko...

    OdpowiedzUsuń
  7. O, to mam nadzieję, że się spodoba i nie będziesz mnie przeklinać za polecenie czegoś, co zupełnie Ci się nie przypadnie do gustu ;)

    Niestety, tłumaczenie jest bardzo złe, a w dalszych tomach (mam je już za sobą) chyba jeszcze gorsze, ale o tym napiszę w odpowiedniej notce. Trzeba trochę wyobraźni, bo Vinge pisze dość poetycko, z dużą ilością epitetów i metafor, co zostało zupełnie zniszczone.

    I jest tomisko - owszem :) Ale ja lubię "duże" powieści. Cóż, życzę miłej lektury.

    OdpowiedzUsuń