niedziela, 26 sierpnia 2012

Angielska ironia Howla i japońska nostalgia Hauru, czyli o ekranizacji idealnej

Źródło (wydanie, z którego korzystałam)
Tym razem nie będzie niczego o tłumaczeniu, przynajmniej nie dosłownie (hurra!), a to z tej prostej przyczyny, że polskiego tłumaczenia Latającego Zamku Hauru nie znam. Będzie za to o ekranizowaniu literatury i o tym, dlaczego uważam, że wizja Miyazakiego to najlepsze, co się w tym temacie mogło zdarzyć.

Diana W. Jones napisała Howl's Moving Castle z właściwą angielskiej prozie przewrotnością i ironią. Powieść o ujmującym czarodzieju bez serca teoretycznie skierowana jest do nieco starszych dzieci (takich, powiedzmy, "podstawówkowych"), ale błyskotliwość języka i ciętość myśli sprawiają ogromną radość także dorosłym. Może tylko uśmiech (a czasem też szczery, nieskrępowany rechot) pojawia się w innych miejscach, podobnie jak zaduma. Materiał na film naprawdę znakomity, operujący na dwóch poziomach przekazu co najmniej. Przyznam się jednak, że bardzo zaskoczył mnie fakt, że ekranizacji tej powieści podjął się człowiek, którego dzieła kojarzą się raczej z odmiennymi kategoriami estetycznymi. I dla którego angielskie poczucie humoru i absurdu musiało być dość obce.

A zaczęło się od uprzedzeń...

Moje doświadczenia z Miyazakim nie są imponujące - przyznaję się z ręką na sercu. Ot, Spirited Away, Księżniczka Mononoke. Niemniej poetyka tamtych obrazów budziła moje najszczersze obawy w zderzeniu z tego typu literaturą. Sprawy nie polepszyły obejrzane przed filmem kadry (czysta, babska ciekawość). Rysunek postaci zupełnie mnie nie przekonał. Nad samym Howlem (czy, jak kto woli - Hauru) miałam ochotę wyć z rozpaczy. Jedyne, co mi się na pierwszy rzut oka spodobało, to sama wizja miasta, a poza tym wszystko - absolutnie wszystko - było nie tak. Wydawało mi się wówczas, że przepaść między Anglią a Japonią jest nie do zasypania i będzie naprawdę źle.

Zanim zasiadłam do samego filmu, odsłuchałam sobie też główny motyw autorstwa (a jakżeby inaczej) Joego Hisaishiego:


Prawda, że piękne? Problem polegał jedynie na tym, że absolutnie mi się z Howlem nie kojarzyło. Jakieś takie... za smutne? Zbyt nostalgiczne? Pokręciłam głową z niedowierzaniem, ale wreszcie wzięłam się za siebie i usiadłam do samego filmu. Pełna uprzedzeń, ale też niezdrowej ciekawości, jaka zwykle towarzyszy mi podczas oglądania ekranizacji powieści, do których mam szczególny, osobisty stosunek, a Howl's Moving Castle z pewnością do takich należy.

Przełożyć nieprzekładalne

Kard z filmu: Sophie i Howl (źródło)
Szok w trampkach - tak najkrócej (cytując bodajże Owcę) można określić uczucia, jakie towarzyszyły mi podczas oglądania ekranizacji. Wytrzeszczałam oczy, nie wierząc w to, co widzę. Bo powoli docierało do mnie, że oglądam wizję człowieka, któremu obcość kultur nie tyle przeszkodziła, co wręcz pomogła. Miyazaki po prostu odrzucił to, co było mu obce, ale jednocześnie uchwycił sedno sprawy, dotarł do przesłania i głównej myśli konstruującej tę historię. Podszedł też uczciwie do samego zagadnienia ekranizacji, jakby świadom, że literatura i film to dwa oddzielne, niejednokrotnie znoszące się języki. Dokonał przekładu w pełnym tego słowa znaczeniu. Poszukał ekwiwalentów, idiomów, znalazł inną poetykę zdolną oddać to, co wydawało się możliwe do wyrażenia słowami, ale nie obrazem.

Jakoś tak się złożyło, że pisząc o przeczytanych ostatnio książkach wspominałam też o ich filmowości lub literackości. Kościotrzep był taką powieścią filmową, a Królowe powieścią literacką. Ruchomy Zamek Hauru to natomiast... film literacki. Właśnie w tym sensie, że wyciąga z tekstu to, co - potraktowane z siermiężną rzetelnością - nie oddałoby ducha oryginału. Miyazaki osiąga to między innymi przez drastyczne cięcia oraz dosłowne traktowanie metafor (przemiana w potwora jest w filmowej wersji całkiem inaczej ujęta). Przesuwa też pewne akcenty, dość swobodnie żongluje postaciami. W efekcie otrzymuje dzieło zupełnie inne od powieściowego pierwowzoru, nostalgiczne, spokojne i poruszające. Z literacką narracją, bardziej napisany obrazami i muzyką. Powiem szczerze, że nie wiem, jak odbierają to osoby nieznające wersji Jones.

A jednak ideał

I tak oto powstał film, który powinien być mi zupełnie obcy, a który uznałam za ideał ekranizacji. Nikt tu nie zmaga się z niemożliwymi do pokonania przeszkodami, raczej przemienia pozorne trudności w zalety, ukazuje inne barwy, wydobywa inne odcienie, wciąż kręcąc się wokół tego samego sedna. To tak naprawdę ta sama historia (nawet jeśli pozornie inna), tyle że opowiedziana innymi środkami.

Po raz kolejny pozostaje mi gorąco polecić, ale właśnie w takiej kolejności: najpierw książka, potem film.

4 komentarze:

  1. Oglądałam przed przeczytaniem książki - i mi się straszliwie nie podobał: miał fajne motywy (ktoś z moim EGO nie mógł nie polubić Howla ^^ ), miał muzykę, ale, cóż... Przecież ten film nawet nie udaje, że ma fabułę. To jest fanserwis w najlepszej i najczystszej postaci. Potem przeczytałam książkę, obejrzałam film... i tak go oglądam od czasu do czasu ;) Jak chyba wszyscy :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak wszyscy - istotnie ^^

    No właśnie ja nie potrafię sobie wyobrazić takiego odbioru, bo przez to, jak ten film jest skonstruowany, automatycznie wypełniałam luki książką. I chyba taki był zamysł twórców.

    OdpowiedzUsuń
  3. Znalazłam tę płytę Czeskiej Orkiestry Symfonicznej :D *.* Jest MOC.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ooo!... *uśmiecha się przymilnie*

    OdpowiedzUsuń