piątek, 31 sierpnia 2012

Sierpniowy karnawał blogowy + mała zapowiedź

Przyłączam się z przyjemnością :) Pozwolę sobie wyciągnąć nieco "staroci", także ze względu na dość długą nieobecność w blogaskowym półświatku. I oto - uff! - zdążyłam!



Jak wiadomo, temat szkoły i szkolnictwa jest mi bardzo bliski, a tu spojrzenie od wewnątrz, choć z drugiej strony biurka - spojrzenie licealistki.


Nowa pozycja na mojej liście blogów śledzonych. Podsyłam tę recenzję, gdyż poczułam się zwyczajnie zaintrygowana.


O, taka inicjatywa. Serio zastanawiam się, czy nie dołączyć. Może ktoś zdecyduje się wcześniej.


Nie wiem, czy trzeba reklamować ten wpis. Jakkolwiek darzę "Diunę" ogromnym sentymentem, to świeże spojrzenie zawsze jest mile widziane.


Bo całkowicie się zgadzam :)


Bo ostatnio interesowało mnie, co tam w fantastyce za miedzą słychać, a jakoś nie było okazji sprawdzić. I oto jest!


I jeszcze...

Zbliża się NaNo, a przedtem chciałabym rozpropagować pewną ideę... Tak, żeby spotkania, jakie będą się odbywać też można do tego wykorzystać. Chodzi mianowicie o filk, praktycznie w Polsce nieistniejący. W przygotowaniu notka o samym gatunku i kilku jego postaciach. Jeśli jednak jest wśród Was ktoś, kto już się tym zajmował i chciałby się podłączyć, planuję też rzucenie na bloga kilku rzeczy, które powstały w moim własnym studio... znaczy różowej alkowie ;) Nie są to rzeczy ani dobrze zrobione, ani dobrze zagrane, ani zaśpiewane, ani nawet nagrane, więc nie ma powodów do krępowania się, a z radością zamieściłabym stosowne linki. W końcu w filku chodzi o dobrą zabawę!

czwartek, 30 sierpnia 2012

Spotkanie z klasyką - "Krzyżowcy" Zofii Kossak

(źródło)
Aż wstyd się przyznać, że jako miłośniczka średniowiecza, kultury rycerskiej i literatury, sięgnęłam po tę klasyczną pozycję dopiero teraz. Historia przyczyn takiego obrotu sprawy jest jednak znacznie dłuższa i bardziej skomplikowana niż mi się kiedykolwiek wcześniej wydawało i nie będę w nią wnikać. Niemniej zaległość nadrobiona - Krzyżowcy Zofii Kossak przeczytani.

Ojojoj, ale co to była za lektura! Zupełnie inna, w jakiś sposób odświeżająca w porównaniu do tego, czym zajmowałam się ostatnio, a - nade wszystko - wielopoziomowa. Bo czytałam Krzyżowców nie tylko jako powieść historyczną, ale też zapis pewnego stanu wiedzy na temat średniowiecza i wyobrażenia o epoce, a także głosu odległego już jednak pokolenia. Wszystkie polonistyczne zboczenia odżyły i zaczęły skakać wokół mojej głowy jak szalone. Poskąpię nieciekawych pewnie szczegółów, ale kilkoma sprawami się jednak podzielę.

Najpierw narzekania edytorskie

Znowu. Jak nie tłumaczenie, to wydanie. "Wydawnictwo Dolnośląskie" najwyraźniej uznało, że skoro klasyka, to ludzie i tak kupią, więc nie ma potrzeby troszczyć się o jakość produkcji. Jest więc okładka, która - gdyby nie obrazki z pierwszej strony - mogłaby śmiało zostać wykorzystana przy romansie (nie wiem, co to za pisanka, ale ze średniowieczem zupełnie mi się nie kojarzy - w przeciwieństwie do Ryszarda*). Do tego taki lekki fiolecik. Ale gorsze rzeczy są wewnątrz, bo ktoś tu chyba nie odróżnia przecinków od kropek i zdarzają się nawet takie konstrukcje: .,.

Po raz kolejny niechlujność. Nie pojedyncze wpadki, ale zwykła, ludzka niechlujność. Poza tym książka jest klejona, z miękką oprawą - jedyna zaleta to niska cena, choć właściwie... nie, zaraz. Wrażenie jest złudne, w końcu rozbito Krzyżowców na dwa tomy i trzeba płacić podwójnie. Straszny jest także sposób złożenia cytatów - listów, pieśni, opowieści. Stopień pisma i tak jest niewielki, ale dodatkowo zmniejszony naprawdę męczy oczy. Polecam więc poszukanie innego niż zamieszczone na obrazku wydanie dolnośląskie.

Nie do kawy, nie do łóżka

No dobrze, załóżmy, że te kwestie nie są ważne - bo dla wielu szczęśliwych, niezmanierowanych czytelników nie są. Załóżmy, że ważne jest tylko to "co w środku". A w środku jest literatura zaiste wielka i nie piszę tego tylko ze względu na szacunek do klasyki. Wielka w wielu znaczeniach i wielka do tego stopnia, że nie nadająca się do podczytywania przy popołudniowym ciastku i kawie. Bo po pierwsze - trudno, a po drugie - jakoś tak nieswojo.

Proza Kossak jest mocno stylizowana. Jako miłośniczka historii języka musiałam zwrócić na to uwagę, obsesyjnie też śledziłam, co pisarka uwzględniła, czego nie, gdzie się pomyliła, a gdzie przyjemnie zaskoczyła. Nie wiem, jak duża była jej wiedza na ten temat, choć - ze względu na samą postać, źródła przywoływane oraz efekty - zakładam, że bardzo, bardzo szeroka. Oczywistym jest, że Kossak nie wykorzystała pełni środków, którymi dysponowała, bo wówczas mogłaby się natknąć na barierę niezrozumienia, która może byłaby do przeskoczenia w krótkiej formie, ale na pewno nie w obszernej powieści. Niemniej pewne drobiazgi są urocze (forma "doma" na przykład), a pewnych - jak zaimków osobowych czy odmiany "być" osobiście mi bardzo brakowało. Niemniej rozumiem. Zresztą spotkałam się też z opinią, że Krzyżowcy są pod tym względem za trudni i - jakkolwiek nie była to opinia osoby szczególnie oczytanej - Kossak pewnie miała świadomość barier, jakie stawia między sobą a czytelnikiem.

Inna sprawa jest taka, że Krzyżowcy cierpią na syndrom przydarzający się większości tekstów stylizowanych - im dalej w las, tym stylizacji mniej. Jest grzeczniejsza, bardziej ugładzona, wracająca jakby falami i przez to nierówna. Jakby męczyła samą autorkę, która podświadomie ciążyła ku lżejszemu i bliższemu sobie językowi.

Trudny temat - trudne ujęcie

(źródło)
Nie jest to też książka "kanapowa" ze względu na sam temat - równie podniosły, co tragiczny. Zwłaszcza w ujęciu, jakie proponuje Kossak. Stara się ona bowiem uciec od legendy i dotknąć rzeczywistości. Czy jej wychodzi? Jak sama przyznaje w rodzaju posłowia - nie całkiem, gdyż sama łagodzi pewne fakty, zmuszona jest do dokonywania trudnych wyborów. Ponadto ciąży nad nią pewna konkretna, mocno jeszcze renesansowa wizja średniowiecza, jako stosunkowo nieskomplikowanej epoki, opisywanej za pomocą współczesnych kategorii, dziś obiegowych, a w ówczesnych czasach obowiązujących schematów myślowych. Ludzie średniowiecznej Europy są zatem dość tępi i prości, a pod siłą fizyczną i pozorną dumą skrywają słabe charaktery i wiele wad. Wyjątków jest niewiele, większość z nich upada i wygląda bardzo słabo w porównaniu z obywatelami Bizancjum czy Arabami.

Przyznam szczerze, że jako miłośniczkę średniowiecza trochę mnie to ujęcie irytowało. Bo niby miało właśnie unikać uproszczeń, a w nie popadało. Choć może popełniam w tym momencie anachronizm, patrząc na pewne obrazy utrwalone w zbiorowej wyobraźni obecnie - ot, widoczne choćby u Martina. Oczywiście przywołując tu autora Pieśni Lodu i Ognia popełniam głęboki nietakt, bo postaci Kossak są o dziesięć poziomów Niebios lepsze, prawdziwsze, ale jednak... dość podobne do siebie na pewnym podstawowym poziomie. Równie naiwne, niezbyt bystre. Jakby Kossak nie zagłębiła się do końca w średniowieczną mentalność, jakby nie zadała sobie pytania, skąd pewne sprawy się biorą, skąd takie a nie inne poglądy na świat. Pokazała degenerację, niemal pozbawiając czytelnika możliwości obcowania z przykładami pozytywnymi. Nawet Tankred w jej ujęciu - choć, podobnie jak u Tassa, to on pozostał moją ulubioną postacią - jest szlachetny, owszem, ale niezbyt lotny.

Jednocześnie należy przyznać, że Kossak nie ogląda swoich bohaterów z jawną pogardą. Stara się ich zrozumieć na tyle, na ile jest to możliwe bez pewnych wcześniejszych - czy to zaniechanych, czy niewykorzystanych w procesie twórczym - refleksji. Pozwala jej to stworzyć kilka bardzo interesujących portretów i niejednokrotnie wzruszyć.

Bolesna sugestywność, czyli piasek w zębach, piasek w oczach...

Jednego Kossak odmówić na pewno nie można - sugestywnego, ciętego pióra. Pewna zupełnie nieinternetowa osoba, podczas rozmowy o tej pozycji, przyznała, że miała z nią olbrzymi problem i przebrnęła z trudem, gdyż cały czas czuła się spocona, obolała, poparzona słońcem i obsypana piaskiem. I jest to najszczersza prawda - niegościnne tereny wciągają, napisana krew dosłownie lepi się do rąk, a przykre zapachy wbijają w nozdrza. Literacko jest to niesamowite i dla mnie - jako miłośniczki warsztatu szeroko pojętego - stanowiło prawdziwą ucztę. Tym większą, że z kart Krzyżowców spoziera na czytelnika autorka o niekwestionowanej inteligencji, sypiąca jak z rękawa ironią i sarkazmem w najlepszych znaczeniach tych słów.

Zresztą sugestywność ta dotyczy nie tylko fragmentów rozgrywających się już na Ziemi Świętej. Rzeź Żydów jest naprawdę przerażająca, choć właściwie nieopisana - doskonała szkoła tego, jak pisać jednocześnie nie pisząc, dowód na to, że najbardziej makabryczna scena nie zastąpi artystycznego wyczucia i warsztatu.

Pewnym problemem może być ogrom ekspozycji, szeroka panorama, jaką Kossak prezentuje. Początkowo bardzo to męczy, zwłaszcza że opowieść rozpoczyna się od obrazków z życia fikcyjnych bohaterów - Polaków, którzy mają wziąć udział w pierwszej wyprawie. Nie najlepsze są też fragmenty obrazujące działania Urbana II i początki przedsięwzięcia, panuje w nich jakiś chaos, jakby zbyt wiele było do powiedzenia na zbyt małej przestrzeni. W przebrnięciu przez te rozdziały pomaga nieco wiedza historyczna, osadzająca epizody w szerszym kontekście. Potem jest już coraz lepiej, choć postaci i wątków nadal mnóstwo.

Podsumowanie

Po raz kolejny mam świadomość, że notatka powinna być dłuższa. Ale cóż. Tematy gonią, świerzbią, popędzają... Nie mówiąc już o innych zobowiązaniach.

Pozwolę sobie więc podsumować - przeczytać należy. Raz w życiu. Do drugiej lektury - ze względu na kaliber literacki - nikogo zmuszać nie będę, ale raz należy. I już. O.

* żart hermetyczny, przepraszam ;)

wtorek, 28 sierpnia 2012

"Nawet mięso je mięso!", czyli nie o tym "Avatarze"

Wiem, że znowu wyciągam trupa z szafy, ale ktoś musi ;) Zwłaszcza, że powodów do napisania takiej notki jest kilka. Co najmniej. Pierwszy taki, że bajki dla najmłodszych nieubłaganie staczają się coraz niżej i dawno już przebiły dno - warto więc szukać alternatywy. Drugi, że to fajna opowieść także dla nieco starszych. Trzeci, że kiedy mówię czasem o Avatarze, nie mogę się z ludźmi dogadać, bo odruchowo zakładają, że mam na myśli niebieskich od Camerona. Otóż nie. Przynajmniej przeważnie. Czwarty wreszcie dotyczy tego, że zamierzam też napisać co nieco o kontynuacji. Piąty, to wyjaśnienie, skąd wziął się jeden z używanych przeze mnie... avatarów ;) Pojawiające się cytaty w moim własnym, koślawym tłumaczeniu.

Sokka, "autor" cytatu z tytułu posta (źródło)
Od serii Avatar: The Last Airbender odstraszał mnie długo wygląd kreski. Przywodzi ona bowiem na myśl anime, do którego nadal jest mi dość daleko, choć przyznaję, że właśnie zapoznaję się z czymś, co w mój gust trafiło. Potem jednak okazało się, że produkcja jest kanadyjska, jedynie stylizacja azjatycka i nawet bardziej chińska niż japońska. Zostałam też niejako zmuszona do obejrzenia kilku pierwszych odcinków, a potem - po dość długim czasie - stwierdziłam, że czas najwyższy brać się za swój angielski i oglądanie kreskówki w oryginale to niezły pomysł. Zwłaszcza, że wciąga.

Dyskretny urok prostoty

Sam pomysł, na jakim oparli się twórcy Avatara jest urzekająco prosty i - wydawałoby się - wyeksploatowany do granic możliwości. Oto mamy cztery nacje związane z czterema żywiołami. Wśród nich rodzą się tak zwani "benderzy" - osoby obdarzone mocą panowania nad danym żywiołem. I - jak to mamy przedstawione w prologu - cztery nacje żyły sobie w spokoju i harmonii, aż tu nagle, nie wiadomo dlaczego "ogniści" zaczęli atakować i wybijać pozostałych. Najmocniej oberwało się pacyfistycznym, wyraźnie skrojonym na modłę buddystów "powietrznym", którzy zostali wybici co do nogi. No... prawie, gdyż opowieść zaczyna się w chwili, gdy dwoje "wodnych" - Katara i jej brat Sokka - znajdują wielką, dryfującą sobie bryłę lodu, w której zamrożony jest tytułowy ostatni z powietrznych benderów. W dodatku avatar, czyli osoba mogąca opanować moce wszystkich czterech żywiołów i - jakżeby inaczej - ocalić świat.

Brzmi prościutko i dziecinnie, prawda? Ha! Nie tak szybko! Siła kanadyjskiej produkcji polega bowiem na tym, że rozgrywa się ona na wielu poziomach. Opowieść o Aangu - chłopcu ratującym świat przed zagładą - została skierowana do najmłodszych, których pewnie będą też bawić gagi związane z tą postacią. Avatar jednak roi się także od mniej niewinnych wątków: porusza problemy totalitaryzmu, eksterminacji, dojrzewania, mierzenia się ze swoimi demonami, okrucieństw wojny i jeszcze wielu innych. Robi to na tyle delikatnie, by nie tracić statusu historii dla dzieci, a na tyle mądrze i wnikliwie, by przyciągać starszych.

No i się zaczyna...

Jestem Aang i uratuję świat! Serio (źródło)
Tak naprawdę nie wiem, o czym pisać, bo Avatar: The Last Airbender to dzieło... zaiste epickie. A i tak wyraźnie skrócone. Całość zamyka się w trzech "księgach", nazwanych od kolejnych żywiołów, nad którymi próbuje zapanować główny bohater i które odgrywają w danej części najistotniejszą rolę. Mamy więc Wodę, Ziemię i Ogień. I dzieje się naprawdę sporo. Zdarzają się odcinki słabsze i lepsze, kilka wręcz zasługujących na miano arcydzieł (odcinek "westernowy" czy cykl o Ba Sing Se, a także ten poprzedzający ścisły finał). Ewoluują postaci, ewoluuje sama historia, coraz mniej niewinna, coraz częściej zrywająca z konwencją - zaskakująca nawet wytrawnych wyjadaczy fabuł. Jest też to, co Kruffy lubią najbardziej, czyli wyraźna, poukładana kompozycja. Choć to staje się także powodem pewnej słabości serii. Chodzi mianowicie o skrótowość ostatniej księgi. Pewne rzeczy dzieją się tam za szybko, jest za mało miejsca, co skutkuje powtarzaniem pewnego schematu, a potem finałem zostawiającym pewien niedosyt. Coś za coś, trudno. Choć nie miałabym niczego przeciw temu, by twórcy podzielili Ogień jeszcze na pół. Ale może takie były wymogi innej niż artystyczna natury.

Postaci, czyli znów pozorna prostota

O tak, postaci to jedna z najmocniejszych stron produkcji. Choć na pierwszy rzut oka wpasowują się w oczekiwany schemat. Po raz kolejny - tylko na pierwszy rzut oka.

Katara i Aang (źródło)
Głównym i tytułowym bohaterem opowieści jest oczywiście Aang, ostatni z powietrznych benderów, oczekiwany wybawca i Avatar, a poza tym irytujący dzieciak z niebieską strzałką na głowie i podróżujący na włochatym stworze (skojarzenia z Niekończącą się opowieścią najprawdopodobniej słuszne). To na nim spoczywa ciężar wątków skierowanych do dzieci oraz ta część żartów, które mają je rozbawić - bo to głównie żarty sytuacyjne, ot walenie głową w próg. Wegetarianin, pacyfista i buddysta aż boli. Właściwie nie zwracałam na niego większej uwagi, może poza kilkoma epizodami (pierwsze spotkanie z nauką panowania nad ogniem na przykład lub jeden z ostatnich odcinków, gdy do Aanga dociera, że właściwie ma zabić). Potencjał trochę zmarnowany w ostatnim sezonie, bo wątek niewinności chłopca w zderzeniu z tym, co ma zrobić, można było zdecydowanie szerzej i lepiej opowiedzieć. Brak miejsca. Niestety.

Prócz niego od początku mamy rodzeństwo: Katarę i Sokkę. Ona - benderka - jest tą wrażliwą i dobrą. On tym głupawym i zabawnym, zapewniającym rozrywkę w postaci żartów słownych. Tyle że Katara potrafi pokazać pazur i choć przez większość czasu spełnia swoją rolę, to jednak kilka razy zaskakuje, a Sokka... jest naprawdę zabawny. I w dodatku nie tak głupi, jak się początkowo wydaje. To po prostu dorastający wojownik, trochę zagubiony wśród otaczających go benderów, sam nieobdarzony mocą i szukający swojej wartości. Źródło "Elementów Komicznych", ale w jakiś sposób nieirytujące. Pewnie dlatego, że został zwyczajnie przemyślany i potraktowany jako pełnoprawna postać z nakreśloną wyraźnie osobowością i własną historią, a nie jedynie narzędzie. A to przecież nie zdarza się aż tak często.

Zuko (źródło)
Po przeciwnej stronie barykady mamy jedną z najciekawszych postaci serii i ulubieńca większości osób, które znam i które widziały Avatara, a także całej Internetowej czeredy, czyli Zuko. Najstarszy z grupy nastoletnich bohaterów jest wygnanym księciem, synem władcy "ogniowego", napadającego na pozostałych imperium. Dlaczego go wygnano - nie zdradzę, bo to jedno z ciekawszych zagrań twórców, ale napisać można, że Zuko postanawia za wszelką cenę dorwać Aanga i w ten sposób odzyskać honor i miłość ojca. Histeryczny, rozkapryszony i początkowo zwyczajnie głupi dzieciak, którego jednak uwielbia się od pierwszej sceny. Ba! - kibicuje się mu wobec mdłości Aanga. A potem robi się już tylko coraz weselej, bo z każdym kolejnym odcinkiem staje się on postacią coraz mniej jednoznaczną, coraz bardziej skłębioną w sobie i dojrzewającą, aż do... O, nie, nie! Nie spodziewajcie się szybkiego i nagłego nawrócenia ;) To w końcu Avatar, wiele rzeczy jest mniej naiwnych, niż można by się spodziewać po bajcie dla dzieci. W każdym razie sprawa coraz mocniej się komplikuje, a wątek szybko staje się jednym z najbardziej wartościowych i tych nie do końca dla najmłodszych. Śledząc Internetowe wypowiedzi, dochodzę też do wniosku, że nie najlepiej przez nich rozumianym (w "najmłodszych" wliczam w tym przypadku także nastolatki).

Postaci jest legion. Warto pewnie wymienić także Toph, która dołącza do głównej bandy w drugiej księdze, stryja Zuko - Iroha czy (tu tajemnica mojego avatara) siostrę księcia, Azulę - skrajną perfekcjonistkę. Mogłabym tak pisać i pisać, ale główny problem polega na tym, że zaczęłabym sprzedawać spoilery, a w przypadku tej opowieści byłoby to szczególnie niewybaczalne. Poprzestanę więc jedynie na sygnalizacji, że opisałam - i to bardzo pobieżnie - zaledwie cztery z wielu interesujących figur. Zdarzają się oczywiście także indywidua odstraszające i szczerze irytujące, jak król Boomie. Olać, zapomnieć, zignorować.

Azja, równowaga i te sprawy

Sokka i Yue - wspomniany epizod (źródło)
Cóż, przyzwyczaiłam się już, że po erze Ursuli Le Guin i fascynacji wschodnimi sztukami walki, kultura Zachodu nasiąkła filozofią Zen i teoriami zbliżonymi, i że wypływają one od czasu do czasu, zwłaszcza w fantastyce (bo przecież to też fantasy). Nie zdziwiłam się więc, gdy znalazłam to także w Avatarze, zwłaszcza, że już od początku mocno podkreślana jest około-chińska stylizacja i równowaga między żywiołami. Z drugiej strony przyznać należy, że nie potraktowano mnie bardzo agresywnie. Bywało już gorzej. Owszem - znalazły się dość znaczące epizody (końcówka pierwszej księgi) czy sam wątek Aanga, pacyfisty-wegetarianina, ale nie bolało szczególnie. Zwłaszcza, że twórcom udało się zachować pewną równowagę (nomen omen) i nadać całości nieco ironii, między innymi przez uszczypliwe uwagi Sokki (cytat z tytułu, komentujący wegetarianizm Aanga, czy "Nie możecie zabrać mi mięsa! Mięso i ironia to to, z czego się składam!"). Można więc przeżyć. Uznałam to za element stylizacji.

Nawiązania, zabawy konwencją

Kolejna rzecz, której nie należałoby się raczej spodziewać po produkcji dla dzieci i kolejna wskazująca na fakt, że panowie Dante i Konieczko podeszli do odbiorcy poważnie i z szacunkiem dla jego zdolności intelektualnych. Niektóre z nawiązań zresztą uświadomiłam sobie dopiero niedawno. Kto śledził, o czym ostatnio pisałam, zerknie na fotos powyżej i obejrzy - wpadnie na to samo ;) I to na niejedną rzecz - warto zwrócić na przykład uwagę na odcinek o zaginionej bibliotece i postać bibliotekarza. Wspominałam już też o Niekończącej się opowieści, klasykach westernowych, dodam jeszcze klasyki z gatunku filmów o sztukach walki, wiele, wiele drobiażdżków, żonglerkę utartymi schematami, łamanie ich i przestawianie. Cudeńka. Trzeba zobaczyć i śledzić samemu.

Jeszcze jedno, bo zapomniałam - nic, absolutnie nic z tego, co napisałam, nie odnosi się do filmu aktorskiego pod tym samym tytułem.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Angielska ironia Howla i japońska nostalgia Hauru, czyli o ekranizacji idealnej

Źródło (wydanie, z którego korzystałam)
Tym razem nie będzie niczego o tłumaczeniu, przynajmniej nie dosłownie (hurra!), a to z tej prostej przyczyny, że polskiego tłumaczenia Latającego Zamku Hauru nie znam. Będzie za to o ekranizowaniu literatury i o tym, dlaczego uważam, że wizja Miyazakiego to najlepsze, co się w tym temacie mogło zdarzyć.

Diana W. Jones napisała Howl's Moving Castle z właściwą angielskiej prozie przewrotnością i ironią. Powieść o ujmującym czarodzieju bez serca teoretycznie skierowana jest do nieco starszych dzieci (takich, powiedzmy, "podstawówkowych"), ale błyskotliwość języka i ciętość myśli sprawiają ogromną radość także dorosłym. Może tylko uśmiech (a czasem też szczery, nieskrępowany rechot) pojawia się w innych miejscach, podobnie jak zaduma. Materiał na film naprawdę znakomity, operujący na dwóch poziomach przekazu co najmniej. Przyznam się jednak, że bardzo zaskoczył mnie fakt, że ekranizacji tej powieści podjął się człowiek, którego dzieła kojarzą się raczej z odmiennymi kategoriami estetycznymi. I dla którego angielskie poczucie humoru i absurdu musiało być dość obce.

A zaczęło się od uprzedzeń...

Moje doświadczenia z Miyazakim nie są imponujące - przyznaję się z ręką na sercu. Ot, Spirited Away, Księżniczka Mononoke. Niemniej poetyka tamtych obrazów budziła moje najszczersze obawy w zderzeniu z tego typu literaturą. Sprawy nie polepszyły obejrzane przed filmem kadry (czysta, babska ciekawość). Rysunek postaci zupełnie mnie nie przekonał. Nad samym Howlem (czy, jak kto woli - Hauru) miałam ochotę wyć z rozpaczy. Jedyne, co mi się na pierwszy rzut oka spodobało, to sama wizja miasta, a poza tym wszystko - absolutnie wszystko - było nie tak. Wydawało mi się wówczas, że przepaść między Anglią a Japonią jest nie do zasypania i będzie naprawdę źle.

Zanim zasiadłam do samego filmu, odsłuchałam sobie też główny motyw autorstwa (a jakżeby inaczej) Joego Hisaishiego:


Prawda, że piękne? Problem polegał jedynie na tym, że absolutnie mi się z Howlem nie kojarzyło. Jakieś takie... za smutne? Zbyt nostalgiczne? Pokręciłam głową z niedowierzaniem, ale wreszcie wzięłam się za siebie i usiadłam do samego filmu. Pełna uprzedzeń, ale też niezdrowej ciekawości, jaka zwykle towarzyszy mi podczas oglądania ekranizacji powieści, do których mam szczególny, osobisty stosunek, a Howl's Moving Castle z pewnością do takich należy.

Przełożyć nieprzekładalne

Kard z filmu: Sophie i Howl (źródło)
Szok w trampkach - tak najkrócej (cytując bodajże Owcę) można określić uczucia, jakie towarzyszyły mi podczas oglądania ekranizacji. Wytrzeszczałam oczy, nie wierząc w to, co widzę. Bo powoli docierało do mnie, że oglądam wizję człowieka, któremu obcość kultur nie tyle przeszkodziła, co wręcz pomogła. Miyazaki po prostu odrzucił to, co było mu obce, ale jednocześnie uchwycił sedno sprawy, dotarł do przesłania i głównej myśli konstruującej tę historię. Podszedł też uczciwie do samego zagadnienia ekranizacji, jakby świadom, że literatura i film to dwa oddzielne, niejednokrotnie znoszące się języki. Dokonał przekładu w pełnym tego słowa znaczeniu. Poszukał ekwiwalentów, idiomów, znalazł inną poetykę zdolną oddać to, co wydawało się możliwe do wyrażenia słowami, ale nie obrazem.

Jakoś tak się złożyło, że pisząc o przeczytanych ostatnio książkach wspominałam też o ich filmowości lub literackości. Kościotrzep był taką powieścią filmową, a Królowe powieścią literacką. Ruchomy Zamek Hauru to natomiast... film literacki. Właśnie w tym sensie, że wyciąga z tekstu to, co - potraktowane z siermiężną rzetelnością - nie oddałoby ducha oryginału. Miyazaki osiąga to między innymi przez drastyczne cięcia oraz dosłowne traktowanie metafor (przemiana w potwora jest w filmowej wersji całkiem inaczej ujęta). Przesuwa też pewne akcenty, dość swobodnie żongluje postaciami. W efekcie otrzymuje dzieło zupełnie inne od powieściowego pierwowzoru, nostalgiczne, spokojne i poruszające. Z literacką narracją, bardziej napisany obrazami i muzyką. Powiem szczerze, że nie wiem, jak odbierają to osoby nieznające wersji Jones.

A jednak ideał

I tak oto powstał film, który powinien być mi zupełnie obcy, a który uznałam za ideał ekranizacji. Nikt tu nie zmaga się z niemożliwymi do pokonania przeszkodami, raczej przemienia pozorne trudności w zalety, ukazuje inne barwy, wydobywa inne odcienie, wciąż kręcąc się wokół tego samego sedna. To tak naprawdę ta sama historia (nawet jeśli pozornie inna), tyle że opowiedziana innymi środkami.

Po raz kolejny pozostaje mi gorąco polecić, ale właśnie w takiej kolejności: najpierw książka, potem film.

piątek, 10 sierpnia 2012

Obcy z dala od domu, czyli powrót na Tiamat

Źródło
I cóż, ani się nie obejrzałam, a mam już za sobą cały cykl. Dlaczego więc od razu czegoś o kontynuacji nie napisać? Królowa Lata została wydana w dwóch częściach (Zmiana i Powrót), ale po krótkim przemyśleniu sprawy zdecydowałam się poświęcić im tylko jedną notkę, uznając je za całość. Ponieważ jednak jest to recenzja ciągu dalszego, siłą rzeczy - jeśli ma w sobie w ogóle cokolwiek zawierać - będzie obfitowała w okrutne spoilery. Tak tylko uprzedzam.

Po pierwsze i najważniejsze należałoby zaznaczyć, że nie mamy już do czynienia ze space operą, a raczej, hm... czymś zbliżającym się do space romansu. O ile jeszcze Zmiana zachowuje jakieś pozory, to już Powrót - paradoksalnie znacznie lepszy - zdaje się z nimi zrywać. Panom - i paniom - odpornym na wzruszenia radziłabym więc poprzestać na lekturze Królowej Zimy, bo mogą się męczyć ;) Owszem, zawsze pozostaje polityka (bardziej rozbudowana niż w pierwszym tomie), rozwinięte wątki etnograficzne i przygodowe, ale jednak osią i sercem powieści są międzyludzkie, nieznośnie się komplikujące relacje.

Powrót na Tiamat... i nie tylko

Czy się zawiodłam? Trochę tak, a trochę nie. Po opiniach, jakie śledziłam w Internecie, spodziewałam się czegoś znacznie gorszego, a tymczasem - choć zarzutów mam sporo - moje przynajmniej tkliwe serduszko łyknęło całość w oszałamiającym tempie i stosunkowo bezboleśnie (choć przyznaję się też bez bicia, że na pewne sprawy przymykałam oko).

Prawdą jest natomiast, że Vinge fatalnie zaczyna, zmuszając czytelnika do obserwowania obrazków z życia codziennego pary bohaterów, którzy akurat najmniej go obchodzą (Clavally i Danaquia Lu). To nudzi jak kobiety idące, choć z drugiej strony uwagi o reumatyzmie i przemijaniu jakoś nastrajają i przygotowują na ciąg dalszy. Niemniej zmęczyłam się. W ogóle wątki związane z Tiamat są na początku śmiertelnie nudne (nie, nie powolne, po prostu nudne) i człowiek tylko szuka, kiedy znów przeniesie się na inną planetę. Bo też akcja rozszerza się na inne miejsca opanowane przez Hegemonię: Ondinee, Numer Czwarty, Kharemough i - na krótko - nawet Wielką Niebieską. To daje pojęcie o wcześniej bardziej sugerowanym niż opisanym rozmachu świata, o jego różnorodności i skomplikowanych relacjach (gospodarka!!!).

I rzeczywiście - Królowa Lata nie ma wielu zalet swojej poprzedniczki. Braknie dostarczanej przez konwencję retellingu baśniowości. To znaczy... ona jest, ale już bez nawiązania do baśni, co czasem czyni ją trochę naiwną - a mimo to urokliwą. Są tu też wątki, które mnie szczerze irytowały, choć muszę przyznać, że z większości z nich Vinge ostatecznie jakoś wybrnęła. Oberwało się też kilku postaciom - najbardziej chyba Tor - które zostały zepchnięte zupełnie na margines i spłaszczone. Inne natomiast zyskały.

Świat po Zmianie

Jak wygląda świat po Zmianie? Cóż, nieprzyjemnie. I to nie tylko dla Hegemonii. Woda życia staje się coraz większą rzadkością, przekonanie Letniaków do technologii okazuje się trudniejsze, niż się wydawało, pewnych blizn nie da się usunąć, a w dodatku sieć syblilli zaczyna popełniać błędy, coraz częściej padają pytania bez odpowiedzi, a te udzielone wydają się niepełne. Kiedy jedna z nich na Tiamat podczas Przekazu doznaje zapaści i umiera, staje się jasne, że dzieje się coś bardzo, bardzo złego i że łączność z sekretami Starego Imperium znalazła się pod znakiem zapytania.

Od początku śledzimy trzy główne wątki. Pierwszy dotyczy oczywiście Moon, próbującej odnaleźć się w roli władczyni. Okazuje się to trudniejsze, niż przypuszczała, a w dodatku płaci za to osobistą cenę. Bo życie ze Sparksem - i jego życie z nią - nie jest usłane różami. Przez jakiś czas wydaje się, że sytuację między małżonkami poprawą narodziny bliźniaków - Ariele i Tammisa, ale nieubłaganie się oni od siebie oddalają, jakby odpychani przez blizny przeszłości. Zresztą Moon coraz częściej ucieka do wspomnień. A zwłaszcza do jednego wspomnienia.

Nie najlepiej układa się jej też z poddanymi, bo choć starzy przyjaciele (Jerusha, Miroe, Fate) stają za nią murem, Letniacy pozostają nieufni wobec technologii i zachodzących zmian. Krystalizuje się coraz wyraźniejsza opozycja. Sprawia to, że w otoczeniu Moon znajduje się wielu Zimaków, dawnych doradców Ariernhod. Nic dziwnego zatem, że po Krwawniku szerzy się plotka, jakoby stara królowa jednak dopięła swego i uniknęła śmierci.

Drugi wątek przynosi nowego - niezwykle interesującego - bohatera. Zwany Kowalem Reede Kullervo to typ czarujący, niebagatelny, szalony i... genialny. Sam siebie nazywa specjalistą od sprytmaterii (co za tłumaczenie...), wytworu Starego Imperium, i faktycznie ma w tej dziedzinie niemałe osiągnięcia. Kiedy - całkiem nieźle się przy tym bawiąc - ratuje świat od uniwersalnego rozpuszczalnika powstałego po błędzie syblilli, jego losy splatają się z karłem Kedalionem i Ananke, milczącym, nieśmiałym chłopcem. Reede wciąga nowo poznanych w pracę dla jednej z dwóch zwalczających się organizacji, przenikających Hegemonię.

Z całym geniuszem i szeroką wiedzą Kullervo nie współgra jedynie jego młodzieńczy wiek.On sam zresztą nie potrafi odpowiedzieć na pytanie kim jest, skąd się do końca wziął, skąd to wszystko wie, a czasami nawet - jak się nazywa. Powoli staje się jasne, że ktoś tu przeprowadził nieprzyjemny eksperyment...

I wreszcie trzeci wątek wiąże się z BZ Gundhalinu, który po opuszczeniu Tiamat otrzymuje przydział na Numer Czwarty. Wciąż dusi w sobie wydarzenia ostatnich lat i upokorzenie, jakiego doznał ze strony Zgromadzenia. Informacja o tym, że jego starsi bracia stracili majątek, a rodzinną posiadłość wraz z nazwiskiem rodowym wystawili na sprzedaż, przepełnia czarę goryczy. Młodemu byłemu Techowi puszczają nerwy i po niefortunnej interwencji zostaje odesłany na przymusowy urlop. Nie mając niczego do stracenia, wyrusza za swoimi braćmi, którzy zaginęli nad dziwacznym Ognistym Jeziorem, w miejscu niezbadanych zjawisk. Wraca nie tylko z nimi, ale też z pewnym istotnym odkryciem mogącym umożliwić podróże z szybkością nadświetlną i zarażony technowirusem syblilli. A także z pewnym bardzo konkretnym planem na przyszłość.

A teraz będzie jeszcze więcej spoilerów

Źródło
I staje się - Hegemonia zyskuje nową perspektywę, bo odkrycia zdają się prowadzić do skonstruowania statków zdolnych zanieść jej członków na Tiamat nawet wobec oddalenia Czarnych Wrót. Moon może więc mieć za mało czasu, by nadać technologii Tiamat odpowiedniego rozpędu, nim wrócą na nią żądni wody życia Kharemoughi. Może też nie zdołać ochronić merów przed całkowitym wyginięciem, a wie, że skutki czegoś takiego byłyby znacznie poważniejsze, niż się komukolwiek wydaje. Królowa i jej rodacy muszą przygotować się na nadchodzące zmiany... 

Obcy z dala od domu, czyli kosmiczna masoneria

Jeden z wątków, który mnie zirytował. Bo generalnie nie lubię tajemnych organizacji, zwłaszcza, gdy okazuje się, że do którejś z frakcji należy co drugi bohater. A jeśli nie należy, to zaraz będzie należał. Tak jest niestety z Przeglądem - pozornie niegroźnym klubem towarzyskim, którego wyższe kręgi zajmują się szeroko pojętym spiskowaniem. Zwalczające się frakcje będą trzy, z czego odpowiedź na to, która ma słuszność, może nie być aż tak oczywista, jak się z początku wydawało. W każdym razie wybucha między nimi walka o sekrety Starego Imperium - napęd gwiezdny i krew merów, do której dostęp ma być wkrótce znów otwarty. Walka będzie bezwzględna, a - o czym pisałam wcześniej - bohaterów znających znaki Przeglądu (uścisk dłoni i pozdrowienie obcego z dala od domu) coraz więcej. W tym wątku powraca też Wielki Zły poprzedniego tomu - Źródło. Przyznam, że jest jeszcze straszniejszy, niż wówczas, choć zostaje zdarta część zasłon tajemnicy, jaka go otaczała.

Komplikacje, komplikacje...

Ale - jak wspominałam - główną rolę i tak odgrywają uczucia. To one pchają bohaterów do wielu kroków, wpływają na siebie na wzajem, interferują, skrzą się i niszczą porządek świata. Służą też do podkopywania pozycji polityków, manipulacji.

O Moon i Sparksie już wspominałam. Oddaleni od siebie, zmęczeni pracą na rzecz Tiamat, coraz mniej czasu spędzają ze sobą, coraz mniej się pożądają. Młodzieńce marzenia o wiecznej miłości rozpryskują się w zderzeniu z twardą rzeczywistością i kolejnymi rozczarowaniami. Zresztą Sparks nadal pamięta, że jego żona go zdradziła, a wygląd jednego z dzieci - ciemnookiego i ciemnowłosego - tylko rozdrapuje rany. Próby wmówienia sobie, że to czysty przypadek niewiele dają i Moon szybko zauważa, że jej mąż faworyzuje córkę, od syna coraz bardziej się dystansując. Sama wyczerpana i sfrustrowana, nie potrafi wyrwać się z uczuciowego impasu.

Jerusha pewnie też nie tak wyobrażała sobie swoją przyszłość z Miroe. Oboje milczący, zamknięci w sobie, nie do końca potrafią zaspokoić swoje potrzeby, a kolejne poronienia byłej komendant nie poprawiają sytuacji.

I jest też przecież BZ, który wie już, że być może kiedyś wróci na Tiamat, znowu spotka się z Moon, o której nie potrafi zapomnieć.

Będzie zresztą nie tylko o miłości do kobiety/mężczyzny, ale też do dzieci (swoich lub przybranych) i narodu.

A do tego masa innych uczuciowych wątków, w tym jeden homoseksualny (początkowo mocno irytujący, potem zgrabnie, z pewną mądrością rozwiązany), zmaganie się z poczuciem winy, zazdrością, zakazaną miłością. I sporo scen seksu. W ogóle erotyzm Królowej Lata mnie zaskoczył, bo choć w poprzednim tomie również był obecny, to na zupełnie innych, delikatniejszych zasadach. Tymczasem teraz jest różnie. Vinge przechodzi od skrajności w skrajność, raz dosłowna, raz zatopiona w bardziej lub mniej udane metafory. Jakby jednak seksu nie opisywała - jest go za dużo. Za szeroko. Czasami naprawdę wystarczyłaby sugestia, urwanie sceny. Kilka z nich jest bardzo istotnych, ale większość można by ze spokojem usunąć. Albo chociaż skrócić.

I znów tłumaczenie

Z tłumaczeniem jest jeszcze gorzej, niż poprzednio. Problem pojawił się na przykład w przypadku Silky - mera nazwanego tak niby na cześć Jedwabnego, ale jednak w Królowej Zimy Jedwabny, choć bywał Silkym, przez większość czasu pozostawał Jedwabnym. Tłumacz zupełnie z tego nie wybrnął. Jeszcze gorzej jest w przypadku przekleństw. O ile te "normalne" są zachowane, o tyle odzywki lokalne zostały zamordowane tępym nożem. Na Cycuszki Pani jest tak żałosne, że wywołuje tylko śmiech, a używane przez Tiamatańczyków także w scenach dramatycznych, zupełnie je rozbija. Do tego błędy redakcyjne, niekonsekwencja znana z poprzedniego tomu, kaleczenie języka autorki. Dobrze chociaż, że dostrzeżono wreszcie różnicę między zmarszczkami a piegami, choć czasem problem jest z płcią bohaterów...

Krótkie podsumowanie

Właściwie co miałam do powiedzenia, napisałam już na początku - to powieść z tak silnie zaakcentowanymi wątkami romansowymi, że odradzam sięganie po nią każdemu, kto wie, że tego nie wytrzyma i każdemu, kogo pod tym względem zmęczyła już Królowa Zimy. Nie jest to też powieść tak dobra, zawiera kilka błędów (choć nie wiem, czy nie wynikają na przykład z szaleństw tłumacza albo mojego zbyt szybkiego czytania), została też trochę skrzywdzona kampanią promocyjną, bo jako główny argument wysunięto rozwiązanie tajemnicy merów, która właściwie żadną tajemnicą już wówczas nie jest. Natomiast znów jest szlachetnie, honorowo, poruszająco i pięknie. Epicko.

Na koniec jeszcze jedno małe ostrzeżenie - to jedna z tych powieści (mowa o Powrocie dokładnie), które powinny zostać opatrzone czerwonym napisem: NIE ZAGLĄDAĆ NA OSTATNIĄ STRONĘ PRZED SKOŃCZENIEM.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Królowa Śniegu w kosmosie, czyli czysty zachwyt

Źródło
Nadrabiania czytelniczych zaległości ciąg dalszy. Tym razem padło na Królową Zimy Joan D. Vinge, którą nabyłam ostatnio za grosze i za radą hevi, która chyba wiedziała, czego mi trzeba. Bo to był strzał w dziesiątkę. Powrót do czasów, kiedy wsiąkałam w książki bez pamięci, tracąc poczucie czasu i rzeczywistości. A myślałam, że już mi się to nie zdarzy.

Tym razem nie jest to nowość wydawnicza. Powieść napisana została w latach osiemdziesiątych, a wydana w Polsce w roku 2008 przez SOLARIS (tak, niestety). O wcześniejszych wydaniach nie wiem, nie sprawdzałam. W każdym razie nowością nie pachnie. To się czasem czuje, zwłaszcza w opisach, i ma nawet pewien urok. Cóż jeszcze z takich informacji... A tak, Królowa Zimy to laureatka Hugo.

Gdzieś między baśnią a space operą

Znów można pokręcić nosem na tłumaczenie, ale zanim wrócę do tego szerzej, wskażę tylko na tytuł. Oryginalny to Snow Queen i doprawdy nie wiem, dlaczego nie został tak przełożony. Przez to zupełnie zatarło się bardzo jawne i podkreślone nawet w dedykacji nawiązanie do Andersenowskiej Królowej Śniegu - właściwie konstruujące całą powieść i nadające jej baśniowego, bardzo literackiego ducha. Bo Królowa Zimy - w przeciwieństwie do opisywanego poprzednio Kościotrzepa - jest niezwykle literacka, koncentrująca się właśnie na tym, czego nie można przekazać obrazem czy sekwencją zdarzeń. Narracja nie stanowi tu relacji, a niemal nieustanne wyciągnie myśli z głów bohaterów. Początkowo trochę drażnił mnie sposób, w jaki zostało to rozegrane, ale kiedy się przyzwyczaiłam, doceniłam wartość zabiegu. Literackości dodaje też to nawiązanie, sprawiające, że czytelnik - jakkolwiek wciągnięty w tę wizję za uszy - zachowuje jednocześnie świadomość uczestnictwa w baśniowej uczcie, poruszania się wśród archetypów i zbiorowych wyobrażeń, zakotwiczenia w pewnej tradycji. Bo przecież nie byłoby fantastyki bez baśni, a space opery już na pewno.

No dobrze, ale o czym to właściwie jest?

Jest o planecie. W pewnym sensie. A bardziej o ludziach (i nie tylko), których losy zostały z nią związane. Ale po kolei. Tiamat ma tylko dwie pory roku: lato i zimę. Obie trwają po 150 lat i różnią się nie tylko temperaturą powietrza, bo cała planeta zmienia wówczas swój charakter. Podczas lata, jest ona pozostawiana sama sobie i stojącym za zerowym poziomie technicznym Letniakom - ludowi rybaków czczących boginię morza, chodzących w skórach morskich zwierząt i żyjących w zgodzie z naturalnym rytmem planety. Wraz z nastaniem zimy, gdy Tiamat zbliża się do czarnej dziury i stają się możliwe podróże kosmiczne, na ziemię tę przybywają przedstawiciele wyżej rozwiniętych członków Hegemonii - związku planet rządzonego przez technokrację z Kharemough. Współpracują z Zimakami i pozyskują najcenniejszy surowiec galaktyki - dającą nieśmiertelność krew merów, morskich stworzeń czczonych przez Letniaków. Wraz ze zmianą pór roku i ich odlotem, niszczone są wszystkie ślady techniki, gdyż Hegemonia jest zachłanna i zależy jej na tym, by utrzymać status Tiamat jako planety dzikusów. Dzięki temu bowiem jest ona uzależniona od dostarczanej techniki, a co za tym idzie, pozwala na połów merów.

Królowa Zimy wybiera sobie spośród pozaziemców tak zwanego Starbucka - doradcę i kochanka, którego tożsamość jest skrzętnie skrywana, a który dba o jej kontakty z Techami i innymi dostawcami technologii.

W momencie, gdy rozpoczyna się powieść, nastają ostatnie lata panowania Arienrhod - obecnej Królowej Zimy. Nie chcąc dopuścić do tego, by wraz z nastaniem lata Tiamat znów straciła całą technikę, kobieta decyduje się zawiązać spisek i przedłużyć swoje panowanie. Wie, że będzie musiała poddać się rytualnej śmierci, ale podejmuje próbę sklonowania się, gdyż wierzy, że ktoś, kto będzie nią samą, zdoła zatrzymać to, co wydaje się nieuchronne i nie dopuści Letniaków do władzy. Z dziewięciu klonów udaje się jeden - niejaka Moon, wychowana właśnie wśród rybaków.

Kaj i Gerda

To właśnie taka nasza Gerda. Kajem natomiast jest jej kuzyn i kochanek - Sparks. Nie jest on do końca Letniakiem. Jego ojcem był jakiś pozaziemiec, czyli ktoś z innej niż Tiamat planety, ktoś znający technikę. Dziedzictwo to ma zresztą na chłopaka niemały wpływ. Choć jest to zakazane, zabiera od od kupców różne urządzenia, interesuje się nimi, próbuje zrozumieć ich działanie. Od początku książki czuje się, że jest w nim coś niepokojącego i choć nie lubię tej postaci (mimo że ma rude warkocze ^^), muszę to docenić.

Sielanka dwojga młodych kończy się, gdy Moon zostaje wezwana przez boginię i ma zostać sybillą - jej wyrocznią. Sparks z kolei zostaje odrzucony, a stara prawda mówi, że za kochanie syblilli grozi śmierć. Rozgoryczony chłopak wyrusza do Krwawnika - przedziwnego miasta, w którym urzęduje królowa oraz pozaziemscy wysłannicy, kwitnie technologia i nowoczesność. Sparsk ma nadzieję, że dziedzictwo ojca pomoże mu odnaleźć się w nowym świecie, ale to okazuje się trudniejsze, niż myślał. W dodatku Arienrhod, chcąca zwabić do Krwawnika swój klon, oplata go siecią intryg. Jak Królowa Śniegu w sercu Kaja, zaszczepia w jego sercu kiełkujące zło. Mami i kłamie, ale z czasem sama też zaczyna gubić się we własnej matni.

Moon oczywiście wyrusza ukochanemu na ratunek, wyobrażając sobie, że leży on gdzieś w rynsztoku, ograbiony i zbity. Prawda może jednak okazać się znacznie bardziej bolesna, a okruchy lodu trudniejsze do usunięcia niż w baśni.

Słów kilka o Kharemough

Poświęcę też trochę miejsca władcom Hegemonii, bo strasznie mi się ten wątek podobał. Może dlatego, że lubię wątki arabizujące, a tam są one bardzo mocno widoczne. Ludzie zawiadujący całym "technicznym" światem i wyzyskujący Tiamat pochodzą z silnie kastowego społeczeństwa, podzielonego do tego stopnia, że najniżsi - Bezklasowi i najwyżsi - Techowi, nie mogą porozumiewać się ze sobą inaczej, jak tylko za pośrednictwem tłumacza. Jeśli Tech odzywa się do Bezklasowego z pominięciem procedury, dochodzi o nobilitacji tego drugiego. Dla Techa stanowi to z kolei hańbę, a Tech nie zniesie hańby, woli samobójczą śmierć.

Pozaziemcy uznają też wielożeństwo, a kobieta jest najpierw zupełnie podległa woli ojca, a potem woli męża (co jest ładnie opisane w wątku Elsie), zobowiązana do zakrywania swego ciała. Mężczyźni z kolei podlegają surowemu kodeksowi honorowemu, zwłaszcza w najwyższych warstwach, od którego odstępstwa każe się wykluczeniem. Chyba że - o czym wspomniałam przed chwilą - wybierze się samobójstwo, jedyną drogę rehabilitacji.

To niezwykle ciekawe, że Vinge zderzyła tak wysoki rozwój techniczny (Techowie od dziecka uczą się konstruować i naprawiać skomplikowane urządzenia, mają to we krwi) z takim modelem społecznym. Daje to interesującą i skłaniającą do myślenia mieszankę. Także mocno pobudzającą wyobraźnię.

Kruffowa słabość do mundurowych

Tak, Królowa Zimy udowodniła mi ostatecznie, że ją mam. Mój absolutnie ulubiony wątek wiąże się bowiem z policją Hegemonii stacjonującą na Tiamat. Do jej zadań należy raczej ściganie drobnych złodziei, podstawionych przez prawdziwe "grube ryby", w tym królową, dbanie o to, by Zimacy opuszczający rodzimą planetę już nigdy na nią nie wracali (to konieczne do utrzymania pewnych sekretów) i walka z niesfornymi tubylcami oraz przemytnikami technologii. O taki - niezbyt wesoły - stan rzeczy dba komendant, nie o nim będzie jednak mowa.

Inspektor Geida Jerusha PalaThion jest wyraźnie zmęczona całym tym przedstawieniem. Chętnie wzięłaby za łeb, kogo trzeba, ale ma związane ręce, co tylko pogłębia jej frustrację. Sytuacja pogarsza się jeszcze bardziej, gdy przez przypadek niweczy ona część planów Królowej Zimy i Arienrhod poprzysięga jej zemstę. To nie będzie po prostu morderstwo. Raczej zaciskająca się powoli wokół szyi pętla intryg, mających zniszczyć panią inspektor i doprowadzić ją nad skraj szaleństwa. Coraz bardziej samotna i przygnieciona Jerusha nie tylko budzi współczucie. To w gruncie rzeczy twarda, choć nieszczęśliwa babka, której najzwyczajniej się kibicuje.

No i mój trólof, sierżant BZ Gundhalinu, lojalny podkomendny Jerushy, syn Techa z Kharemough. O ile ona zmaga się z intrygami królowej, o tyle on - obrywając niejako rykoszetem - będzie musiał zmierzyć się z samym sobą i swoją żelazną kulturą. Vinge kreśli tu bardzo ładny (i poruszający) obraz konieczności zmierzenia się z systemem wartości, w którym się wyrosło i podejmowania decyzji, w wyniku których można stracić wszystko - honor, szacunek pobratymców, szacunek dla siebie, miłość, a nawet odznakę. Historia BZ nie jest jednak beznadziejna - opowiada także o odradzaniu poczucia własnej wartości i konstruowaniu się na nowo. O sile optymizmu i szlachetności.

Bohaterowie w ogóle

Właśnie - szlachetność. Zdaje się, że to główna cecha postaci Królowej Zimy i może to właśnie tak bardzo mnie w niej uwiodło. Mogłabym pisać o wielu jeszcze bohaterach - o Elsie, o zadziwiającym Jedwabnym, o zbuntowanym pozaziemcu Miroe czy Tor. Nie ma jednak na to miejsca, więc spróbuję ogólnie i właśnie to mnie w nich wszystkich najbardziej uderza - w każdym tkwi choćby ziarno dobra. Podstawieni pod ścianą, dokonują często zaskakujących, szlachetnych wyborów. Nawet zimna i okrutna Arienrhod nie pragnie przecież przedłużyć panowania ze względu na rządzę władzy, a raczej swoiście pojęte dobro Tiamat. Jej Starbuck - Herne, który wydaje się mężczyzną na wskroś zepsutym, też może nieco zaskoczyć, choć nie napiszę jak, bo byłby spoiler. Może jedyną od początku do końca złą postacią jest Źródło - szef przestępczego podziemia. Sprawia to, że choć powieść jest raczej smutna, nostalgiczna i wzruszająca, pozostawia wiele nadziei, nawet jeśli lekko zaprawionej goryczą.

Bo świat Vinge jest trochę przewrotny - to świat, gdzie mimo wszystko robot może okazać się bardziej ludzki od człowieka.

Na koniec trochę narzekania

Nie byłabym sobą, gdybym nie pokręciła nosem ;) Choć tym razem też kwestie techniczne. Po pierwsze - tłumacz. Tym razem już nie pan Szmidt, a pan Pultyn. Błędy językowe (fleksyjne!), niezręczności, wyraźne problemy z niektórymi sztucznie brzmiącymi kwestiami. Oraz niekonsekwencja. Dlaczego Jedwabny to raz Jedwabny, a raz Silky? I tytuł, o którym wspominałam. Po drugie - redakcja. Było kilka drobiazgów, na przykład Jerusha PalaThion została gdzieś pod koniec PałąThion. Uderzający jest jednak sposób złożenia dialogów, jakby ktoś nad nimi nie zapanował. Nie wiem, jak układ wyglądał w oryginale, ale w polskim tłumaczeniu czasem trudno zorientować się, czy mamy do czynienia z nową wypowiedzią, czy kontynuacją poprzedniej. I jeszcze jedna rzecz, co do której mam wątpliwości - sygnalizowanie zmiany miejsca jedynie wcięciem akapitowym, bez gwiazdki czy choćby paragrafu. Tu też nie mam pewności, czy to oszczędność miejsca, czy oryginał.

W każdym razie za dwa kolejne tomy biorę się, gdy tylko wpadną w moje łapki. Podobno nie dorównują Królowej Zimy, ale moje psychofaństwo osiągnęło taki poziom, że po prostu mam ochotę tam wrócić, nawet, gdybym miała się rozczarować. Zresztą powieść tę można czytać zupełnie osobno, zakończenie jest na tyle zamknięte, by nie wyrywać sobie paznokci z powodu niemożności zdobycia ciągu dalszego.

Gorąco polecam, zachęcam do poszukania w bibliotekach i antykwariatach. Ja się zakochałam i myślę, że mogę nie być jedyna. Zresztą dowodem tak długa jak na mnie notka, która i tak powinna być trzy razy obszerniejsza.

Pozostałe tomy - recenzje:

World's End
Królowa Lata