środa, 25 lipca 2012

Niuch, czyli... no właśnie

No to mam problem – pierwsza notka po długaśnym zastoju i od razu kłopotliwa. Bo mocno się zastanawiam, jak tę recenzję w ogóle ugryźć, a to ze względu na fakt, że chcę pisać o człowieku, który przecież zmaga się z poważną chorobą i skutki tej choroby coraz wyraźniej widać w jego twórczości. Postaram się zachować taktownie i pewne sprawy po prostu przemilczę, ale z drugiej strony nie chciałabym, żeby moja ocena była sztucznie wygładzona.

Źródło
Cóż, dość tego wstępu, trzeba się brać do dzieła.

Szczerze powiedziawszy, liczyłam na to, że Terry Pratchett wróci jeszcze do pisania o straży, więc „Niuch” bardzo mnie ucieszył. Co prawda trochę rozczarowałam się faktem, że znów będzie to opowieść jedynie z Vimesem, bo jakkolwiek go lubię i uważam za świetną postać, wolę jednak, kiedy pomyka w towarzystwie kompanii, a moim trólofem nieodmiennie pozostaje Marchewa (no dobra, miał epizodyczną rólkę). Ale! – pierwsza scena i od razu Vetinari, więc przymknęłam oko na tę niedogodność.

Postaram się nie streszczać fabuły za bardzo, ale kilka spraw muszę nakreślić, żeby moje stanowisko było jasne: otóż „Niuch” opowiada o tym, jak Samuel Vimes udaje się na zasłużone wakacje do wiejskiej posiadłości Ramkinów wraz z żoną i kilkuletnim już Młodym Samem (piszę tak za Cholewą). Krajobraz wydaje się sielski i anielski, ale przecież Vetinari nie wysyłałby komendanta straży na wakacje bez powodu, prawda? Szybko okazuje się, że okolica ma swoje tajemnice, a są nimi gobliny, za którymi – najogólniej mówiąc – nikt nie przepada. Bo śmierdzą. Oczywiście, jak to w doskonałym skądinąd cyklu o straży (muszę sobie odświeżyć cały, tak mnie naszło), są trupy, tajemnice, typy spod ciemnej gwiazdy i pościgi.
Ale nie jest tak różowo.

Po pierwsze – humor. Nie jest już, jak kiedyś, gdy niemal w każdym akapicie można było znaleźć zdanie-perełkę do wyrycia sobie nad łóżkiem. Narracja przez większość czasu jest niby lekka, ale już nie dowcipna i błyskotliwa. Podobnie z przypisami, znacznie poniżej poziomu, jaki Pratchett prezentował. Z czego to wynika – wiadomo, więc nie będę się zagłębiać w szczegóły. Bardziej raziły mnie tematy żartów. Żaliłam się już niektórym przy herbacie, że zdarzały się momenty, gdy zaczynałam się czuć nie, jakbym pojechała z Vimesem na wieś, a do jakiegoś sanatorium pełnego ludzi, w jakich „chęci wciąż sporo, ale siły nie te, co dawniej” (skąd to cytat, bo nie pamiętam?...). gdyby taki niewybredny dowcip zdarzył się raz – przymknęłabym oko. Można przeoczyć, czasem pozwolić na to, by na papier dostało się coś, dla czego lepiej byłoby zostać w głowie. Zdarza się i już. Ale Pratchettowi nie zdarzyło się raz. Nie zdarzyło się też dwa razy.

Drugim dyżurnym tematem żartów są… fekalia. Nie, niestety to nie ja żartuję. Młody Sam – pod przemożnym wpływem pewnej pisarki – przeżywa szczerą fascynację kupą. I fascynacja ta objawia się niemal na każdej karcie książki. Jestem przyzwyczajona do niesmacznych tekstów – pochodzę z rodziny medycznej i sama też nie odznaczam się szczególnym wyrafinowaniem, ale czym innym są rozmowy przy piwie, a czym innym literatura. I tak, wiem, że trzeba łamać tabu i w ogóle, ale no, panie Pratchett… Szczególnie źle wygląda to w całym kontekście, bo intryga zostaje osnuta między innymi wokół urn, w których gobliny – ze względów religijnych – składują wydzieliny swego ciała.

Najpoważniejszy jednak zarzut dotyczyć będzie sposobu ujęcia tematu. Znów mamy rasizm (gatunkizm ;) ), z tym że opisany naiwnie i płasko – zupełnie nie w stylu innych części cyklu, gdzie podejmowano problem różnic nie do przeskoczenia, wzajemnych wyrzeczeń i trudów. Tutaj jedyną wadą goblinów wydaje się fakt, że śmierdzą i kradną kury, a poza tym są przedstawiani jako niewinne ofiary uprzedzeń. Tu też nie chcę się wdawać w szczegóły, zbyt wiele musiałabym zdradzić, ale nie spodziewałam się aż takiej poprawności politycznej. Z Pratchettem nie zgadzam się bowiem w bardzo wielu poważnych kwestiach, ale dotąd miałam go raczej za autora takiego trochę czupurnego, przemycającego celne, choć nie zawsze mile widziane spostrzeżenia. A tu przykra niespodzianka.

I jeszcze jedna rzecz – zakończenie. Rozwlekłe i naiwne. Z oczywistych względów też nie mogę napisać na ten temat zbyt wiele, ale kto przeczyta, raczej przyzna mi rację. Taki trochę banał, gdzie sztuka ma moc przemiany ludzkich (i nie tylko, gdzieś tam mignęła Lady Margolotta) serc…

Szkoda. Wielka szkoda. Nie polecam, bo niestety, ale Vimes dawno już nie był tak nieciekawy.

2 komentarze:

  1. Miałam bardzo podobne odczucia...

    OdpowiedzUsuń
  2. A już się bałam, że skrzywdziłam tę książkę ;)

    OdpowiedzUsuń