poniedziałek, 30 lipca 2012

Tego nie robi się książkom...

Źródło
...czyli rzecz o tłumaczu-sadyście. Oraz o paru innych sprawach, które z pozycji bardzo ciekawej, miłej dla wyobraźni, uczyniło mordęgę dla każdego wrażliwego na język literacki, szczegóły oraz klimat. Dodam jeszcze dla porządku, że zbrodni tej dokonała Książnica, po której akurat spodziewałam się bardziej profesjonalnego podejścia do sprawy.

A mimo to będę się upierać, że nie żałuję zakupu, choć cena książki do najniższych nie należy. Będę się upierać, bo po odsianiu wszystkiego, co zepsuł polski wydawca, zostaje nadzieja, że kolejne części cyklu zostaną potraktowane trochę lepiej, może przetłumaczone przez kogoś innego, przez kogoś innego objęte redakcją i przez kogoś innego zaadaptowane graficznie. Bo jestem - przepraszam za wyrażenie - cholernie ciekawa, co będzie dalej, przywiązałam się do bohaterów i ogólnie wciągnęłam w cykl autorstwa Cherie Priest, który w naszym przekładzie niezbyt szczęśliwie nazwano Stuleciem machin.

Pierwszy problem widać już na okładce w doborze fontu, jakim złożono tytuł. Uwagę zwrócić należy na "ś". Dla niepoznaki dodano jeszcze "p" i "r", ale i tak widać, co jest grane, prawda? Ktoś tu dobrał krój bez polskich znaków i ratował się, jak mógł. Dokonał zresztą kiepskiego wyboru także pod względem plastycznym, miksując oryginalną okładkę (jest gdzieś poniżej) z własną, dość toporną wizją, zupełnie zatracając jej pierwotny, zdecydowanie bardziej steampunkowy charakter. O ile jeszcze samo przesunięcie palety barwnej ku sepii mi się podoba (bo lubię sepię), to pozostałe rozwiązania są mocno nietrafione, a błyszczące, tłoczone elementy (gogle i napis) w połączeniu z efektowną może, ale niepraktyczną folią aksamitną dopełniają obrazu nędzy i rozpaczy. Przyczepię się także nieporęcznego formatu, który wcale nie był potrzebny, bo książka ma niecałe czterysta stron, a złożona jest mało oszczędnie i (o zgrozo) z pauzami, których w polskim składzie się nie stosuje i najwyraźniej zostały po prostu bezmyślnie wrzucone z oryginalnego tekstu.

Innym problemem jest sposób przetłumaczenia samego tytułu. W oryginale brzmi on Bonesheaker, a bonesheaker to coś takiego:

Źródło
Jak można nazwać rower "kościotrzepem"? Albo ktoś (no dobra, nie ktoś - pan Robert J. Szmidt) tu się popisał ignorancją albo zupełnym brakiem wyczucia. Rozumiem, że tytuł jest nieprzekładalny, bo brak w polskim ekwiwalentu, ale można się było przecież bardziej wysilić, a nie tworzyć pozornie analogiczną słowną hybrydę. "Kościotrzep" jest bowiem całkowicie niemedialny i naprawdę nie wiem, kogo miał przyciągnąć.

Ale to dopiero okładka, a dalej wcale nie jest lepiej. Naprawdę nie wiem, czy to widziało jakąkolwiek redakcję językową. Powtórzenia, źle dobrane wyrażenia i brzydka budowa zdań są na porządku dziennym. Pomijając już fakt, że oryginał jest podobno (dopiero będę czytać) stylizowany na prozę XIX-wieczną, czego w polskim tłumaczeniu w ogóle nie widać. Nie ma po tym śladu poza nieco sztucznie wyglądającymi dialogami, gdzie bohaterowie mówią dość długimi i skomplikowanymi zdaniami. Po nałożeniu odpowiedniej kliszy ich wypowiedzi zaczynają jakoś brzmieć, ale - panie Szmidt! - dlaczego to ja muszę sobie nakładać tę kliszę? Dlaczego muszę wyobrażać sobie, że czytam inną książkę niż rzeczywiście czytam?

Źródło
Zdarzyło mi się w życiu robić korektę i redakcję, więc wiem, że cudów nie ma i zawsze się coś prześlizgnie. Nabawiłam się większej tolerancji w tym względzie. Ale to, co dzieje się miejscami w "Kościotrzepie" przechodzi ludzkie pojęcie.Takie kwiatki jak:

Jej obute w skórę buty [...] (s. 124)

nie są niestety wyjątkami, zresztą to już przeoczenia naprawdę sporego kalibru. Nie jakieś tam przecinki.

Wszystko to sprawia, że trzeba trochę dobrej woli, żeby czerpać z lektury prawdziwą przyjemność. Ale da się. Może więc teraz trochę na temat samej powieści, żeby nie było, że narzekam tylko na kwestie techniczne (choć przecież nie nieważne).

Żeby nie było nieporozumień - to nie jest arcydzieło literatury światowej tylko steampunkowe czytadło na bardzo dobrym poziomie i tego się będę trzymać podczas oceny. Opis okładkowy zdradza już, że będziemy śledzić losy Briar - kobiety, która zmaga się z podwójnym dziedzictwem. Z jednej strony jest żoną szalonego naukowca, który sprowadził zagładę na Seattle, uwalniając pewien śmiercionośny gaz, a z drugiej - córką człowieka, który w chwili próby, gdy walił się świat, okazał się człowiekiem sprawiedliwym i ludzkim, stając się dla części mieszkańców przeklętego miasta bohaterem. Jej szesnastoletni syn - mając dość szykan i życia na marginesie - postanawia zrehabilitować imię swego ojca, doktora Blue, wynalazcy tytułowej machiny, która miała pomóc Rosjanom w wydobywaniu złota, a sprowadziła spod ziemi toksyczną substancję. Wyrusza do skażonej części miasta, by dostać się do dawnego domu rodziców i tam poszukać dowodów jego niewinności. Briar podąża mu oczywiście na ratunek i tak oboje lądują w straszliwym, odmienionym Seattle, pełnym potworów i walczących o przetrwanie ludzi.

Już ten krótki opis powinien o książce sporo mówić. Nie jest skomplikowana. Ani w konstrukcji (takiej właściwie scenariuszowej), ani w myśli. Postaci to też nie szczyt psychologicznej analizy, są właściwie komiksowe, a mimo to można je polubić, zacząć im kibicować. Sama Briar budzi sympatię, co w przypadku głównej bohaterki jest niezmiernie ważne. To taka twarda babka, zmagająca się z niechęcią ludzi, wyrwana z wygodnego życia i zmuszona najpierw do walki o utrzymanie siebie i dziecka, a potem do walki z efektami działania gazu - Zguby. Zeke - jej syn - przypadł mi do gustu nieco mniej, choć jakoś szczególnie też nie drażnił. Do tego mamy kilka niezłych postaci na drugim planie - jednoręką barmankę Lucy, kapitana pirackiego sterowca Cly'a czy mojego faworyta, Swakhammera, uzbrojonego w... Stokrotkę. Zresztą okazuje się, że wymarła część miasta wcale nie jest taka wymarła jak mogłoby się wydawać i też ma swoje problemy. A obecność rodziny doktora Blue może sporo namieszać.

Oczywiście, że można by się czepiać. Tej konstrukcji choćby, bo jest wybitnie filmowa - widzimy to, co główni bohaterowie, nie zagłębiamy się w świat przedstawiony nawet o krok dalej. To mnie trochę drażniło, bo lubię przestrzeń (^^), lubię wiedzieć, co czai się za rogiem i to nie na podstawie "wyjaśniających" dialogów. Poczytałabym sobie na przykład więcej o Chińczykach (są tu naprawdę tajemniczy) albo działalności piratów, o których nie wiadomo wiele więcej, jak tylko to, że siedzą w narkotykowym biznesie (chodzi o tak zwany "sok cytrynowy" wytwarzany ze Zguby). Sądzę też, że ofiary zguby byłyby znacznie bardziej przerażające, gdyby autorka powstrzymała się od nazywania ich "zombie". No bo kto się dzisiaj boi zombie? Raczej śmieszą, a tymczasem w książce budują jednak nastrój grozy i zagrożenia, i naprawdę lepiej by im zrobiło, gdyby zostały po prostu "zgnilasami" czy jakoś tak (nie wiem, jak brzmiało to w oryginale).

No i to chyba tyle. Czekam na następne części. Mam nadzieję, że w innym tłumaczeniu - w tłumaczeniu kogoś, kto będzie miał szacunek tak dla autora i jego tekstu, jak i dla czytelnika.

środa, 25 lipca 2012

Niuch, czyli... no właśnie

No to mam problem – pierwsza notka po długaśnym zastoju i od razu kłopotliwa. Bo mocno się zastanawiam, jak tę recenzję w ogóle ugryźć, a to ze względu na fakt, że chcę pisać o człowieku, który przecież zmaga się z poważną chorobą i skutki tej choroby coraz wyraźniej widać w jego twórczości. Postaram się zachować taktownie i pewne sprawy po prostu przemilczę, ale z drugiej strony nie chciałabym, żeby moja ocena była sztucznie wygładzona.

Źródło
Cóż, dość tego wstępu, trzeba się brać do dzieła.

Szczerze powiedziawszy, liczyłam na to, że Terry Pratchett wróci jeszcze do pisania o straży, więc „Niuch” bardzo mnie ucieszył. Co prawda trochę rozczarowałam się faktem, że znów będzie to opowieść jedynie z Vimesem, bo jakkolwiek go lubię i uważam za świetną postać, wolę jednak, kiedy pomyka w towarzystwie kompanii, a moim trólofem nieodmiennie pozostaje Marchewa (no dobra, miał epizodyczną rólkę). Ale! – pierwsza scena i od razu Vetinari, więc przymknęłam oko na tę niedogodność.

Postaram się nie streszczać fabuły za bardzo, ale kilka spraw muszę nakreślić, żeby moje stanowisko było jasne: otóż „Niuch” opowiada o tym, jak Samuel Vimes udaje się na zasłużone wakacje do wiejskiej posiadłości Ramkinów wraz z żoną i kilkuletnim już Młodym Samem (piszę tak za Cholewą). Krajobraz wydaje się sielski i anielski, ale przecież Vetinari nie wysyłałby komendanta straży na wakacje bez powodu, prawda? Szybko okazuje się, że okolica ma swoje tajemnice, a są nimi gobliny, za którymi – najogólniej mówiąc – nikt nie przepada. Bo śmierdzą. Oczywiście, jak to w doskonałym skądinąd cyklu o straży (muszę sobie odświeżyć cały, tak mnie naszło), są trupy, tajemnice, typy spod ciemnej gwiazdy i pościgi.
Ale nie jest tak różowo.

Po pierwsze – humor. Nie jest już, jak kiedyś, gdy niemal w każdym akapicie można było znaleźć zdanie-perełkę do wyrycia sobie nad łóżkiem. Narracja przez większość czasu jest niby lekka, ale już nie dowcipna i błyskotliwa. Podobnie z przypisami, znacznie poniżej poziomu, jaki Pratchett prezentował. Z czego to wynika – wiadomo, więc nie będę się zagłębiać w szczegóły. Bardziej raziły mnie tematy żartów. Żaliłam się już niektórym przy herbacie, że zdarzały się momenty, gdy zaczynałam się czuć nie, jakbym pojechała z Vimesem na wieś, a do jakiegoś sanatorium pełnego ludzi, w jakich „chęci wciąż sporo, ale siły nie te, co dawniej” (skąd to cytat, bo nie pamiętam?...). gdyby taki niewybredny dowcip zdarzył się raz – przymknęłabym oko. Można przeoczyć, czasem pozwolić na to, by na papier dostało się coś, dla czego lepiej byłoby zostać w głowie. Zdarza się i już. Ale Pratchettowi nie zdarzyło się raz. Nie zdarzyło się też dwa razy.

Drugim dyżurnym tematem żartów są… fekalia. Nie, niestety to nie ja żartuję. Młody Sam – pod przemożnym wpływem pewnej pisarki – przeżywa szczerą fascynację kupą. I fascynacja ta objawia się niemal na każdej karcie książki. Jestem przyzwyczajona do niesmacznych tekstów – pochodzę z rodziny medycznej i sama też nie odznaczam się szczególnym wyrafinowaniem, ale czym innym są rozmowy przy piwie, a czym innym literatura. I tak, wiem, że trzeba łamać tabu i w ogóle, ale no, panie Pratchett… Szczególnie źle wygląda to w całym kontekście, bo intryga zostaje osnuta między innymi wokół urn, w których gobliny – ze względów religijnych – składują wydzieliny swego ciała.

Najpoważniejszy jednak zarzut dotyczyć będzie sposobu ujęcia tematu. Znów mamy rasizm (gatunkizm ;) ), z tym że opisany naiwnie i płasko – zupełnie nie w stylu innych części cyklu, gdzie podejmowano problem różnic nie do przeskoczenia, wzajemnych wyrzeczeń i trudów. Tutaj jedyną wadą goblinów wydaje się fakt, że śmierdzą i kradną kury, a poza tym są przedstawiani jako niewinne ofiary uprzedzeń. Tu też nie chcę się wdawać w szczegóły, zbyt wiele musiałabym zdradzić, ale nie spodziewałam się aż takiej poprawności politycznej. Z Pratchettem nie zgadzam się bowiem w bardzo wielu poważnych kwestiach, ale dotąd miałam go raczej za autora takiego trochę czupurnego, przemycającego celne, choć nie zawsze mile widziane spostrzeżenia. A tu przykra niespodzianka.

I jeszcze jedna rzecz – zakończenie. Rozwlekłe i naiwne. Z oczywistych względów też nie mogę napisać na ten temat zbyt wiele, ale kto przeczyta, raczej przyzna mi rację. Taki trochę banał, gdzie sztuka ma moc przemiany ludzkich (i nie tylko, gdzieś tam mignęła Lady Margolotta) serc…

Szkoda. Wielka szkoda. Nie polecam, bo niestety, ale Vimes dawno już nie był tak nieciekawy.