środa, 14 marca 2012

John Carter - Cerwona Planeta, czerwoni ludzie i zielone ufoki

Konkluzja będzie na początku, a to dlatego, że później chcę sobie pisać swobodnie: tak, watro. Jeśli ktoś lubi nieco starsze książki i filmy fantastyczno-przygodowe, będzie wniebowzięty. Są momenty lepsze i gorsze, ale ocena ogólna jak na bajkę dla dzieci w każdym wieku wypada wysoka.

A teraz konkrety

Okładka jednego z wydań Księżniczki Marsa
Na początku muszę się przyznać, że książki (Księżniczka Marsa) nie czytałam. Jeśli jakimś cudem dorwę wydanie papierowe, nadrobię zaległość. Jeśli nie - nadrobię zaległość trochę później, bo najpierw muszę się zaopatrzyć w czytnik. Niemniej już gołym okiem widać, że są miejsca, w których producenci postanowili stuletnią już przecież opowieść "odświeżyć". I tak Dejah, która początkowo jawi się nam jako księżniczka z zacięciem naukowym, nagle dobywa miecza i kosi wrogów, jakby sami nadziewali się na ostrze. Tytułowy Carter ma epizody pacyfistyczne (zresztą jego kłótnie z Powellem to chyba najsłabszy moment filmu i jedyna dłużyzna). Zadbano też o poprawność polityczną i tak oryginalnie ciemnoskórzy Wielcy Źli są... niebieskookimi białymi. Uderza też oczywiście dość swobodne traktowanie praw fizyki i tak wytłumaczona zresztą zgrabnie zmianą grawitacji możliwość wysokiego skakania, równa się także lądowaniu na nogi po upadku z naprawdę sporych wysokości. Nie wspominając już oczywiście, że - jak zwykle w tego typu filmach - nie istnieje coś takiego jak fala uderzeniowa. Ach - zapomniałabym, główny bohater uczy się języka ufoków... pijąc magiczny napój. Zmilczę.

Ale to są szczegóły. Serio. Bo tak naprawdę otrzymujemy film w starym, dobrym stylu, zbliżonym - powiedzmy - do Gwiezdnych Wojen (oczywiście 4-6) i tylko czasami przypomina się widzowi brutalnie, że mamy XXI wiek.

Plusy zdecydowanie dodatnie

Właściwie prócz wymienionych wyżej uchybień, niewiele jest rzeczy, których można się przyczepić. Przecież to opowieść sprzed wieku! O wtórności nie ma zatem mowy, a jasny podział na dobro i zło wychodzi zupełnie naturalnie.

Kadr z filmu: Carter i Dejah
Urzekła mnie natomiast absolutnie i do końca figura aktorki odtwarzającej główną rolę kobiecą (Lynn Collins). I nie, nie jest to żadne intymne wyznanie - ona jest po prostu... normalna! Owszem, kształtna i z talią, ale tam widać ciało! Strasznie spodobał mi się też Daryl Sabara jako Edgar Rice Burroughs (autor Księżniczki Marsa). Niby nic wielkiego, a jednak był fajny.

Sola - jeden z czterorękich Tharków
Nie najgorzej przedstawiono też kulturę niejakich Tharków, czyli ufoków w klasycznym tego słowa znaczeniu. Nie wiem, jak to się ma do oryginału, pewnie wiele rzeczy pominięto lub uproszczono, ale nie na tyle, by czasami nie czuć ukłucia niepokoju wynikającego z pewnych różnic kulturowych i początkowa konsternacja Cartera wydaje się w pełni uzasadniona. Inna sprawa, że w dwóch czy trzech momentach przewróciłam oczyma i zmyślą: aleś ty durny, chłopie. Jasne, sygnałów kulturowych było i tak niewiele, i osobiście wycięłabym pewnie trochę walk, a zamiast tego dała więcej scen z Tharkami, ale cieszę się tym, co mam. Bo na przykład różnice kulturowe między Carterem a Dejah uwidoczniły się tylko raz. I to raczej niegroźnie.

Do źródeł

Oglądając nawet tę wersję opowieści, ma się rzeczywiście wrażenie sięgania do źródeł nie tylko science fiction, ale fantastyki w ogólności. Przypuszczam, że nawet widz mniej obeznany z tą gałęzią kultury, bez trudu stworzy w swojej głowie listę lektur, obrazów i komiksów, które nigdy nie powstałyby, gdyby pewien żołnierz nie przeniósł się z dziewiętnastowiecznej Ameryki na Marsa. Dziś to już niemożliwe, znamy tę planetę za dobrze, więc taka sentymentalna podróż jest tym bardziej cenna.

Naprawdę miło, że powstało coś podobnego.

piątek, 9 marca 2012

Czas ruszyć cztery litery (NaNo2)

Koniec przerwy na NaNo, choć NaNoEdMo nadal trwa. I może - na rozgrzewkę - parę słów o tym godnym uwagi, a jednak zmagającym się z pechową serią przedsięwzięciu.

Odbywający się w listopadzie Miesiąc Pisania Powieści cieszy się ogromną popularnością, coraz większą również w Polsce, która w tym roku uzyskała pewne prawa (między innymi do swojego forum i oficjalnych spotkań). Z jakiegoś jednak powodu kuzyn wyżej wymienionego, marcowy Miesiąc Edytowania, nie wydaje się tak atrakcyjny.

Problem tkwi zapewne w kilku aspektach, a podstawowym wydaje się brak przejrzystości reguł zabawy. Niby wszystko jest jasne - mamy miesiąc na poświęcenie korekcie pięćdziesięciu godzin. Ale, po pierwsze, dokopać się do tej informacji wcale nie jest tak łatwo, a po drugie, rodzi się pytanie, czy to na pewno optymalne wyjście. W tym roku biorę udział w NaNoEdMo po raz pierwszy, ale już widzę, że nie. Znacznie lepsze byłoby także w tym przypadku przeliczanie na słowa lub ewentualnie strony. Idea przyświecająca regulaminowi zakładała zapewne, że są różne teksty i różni ludzie, ale to samo dotyczy przecież NaNoWriMo i na tym polega lwia część uroku tej zabawy.

Kolejna kwestia, to brak statystyk. Mamy do dyspozycji jedynie okienko, w którym wpisuje się liczbę godzin i minut oraz coś na kształt paska postępu. Żadnych mobilizujących wykresów. Nie ma nawet możliwości podglądania innych. Owszem, istnieje arkusz stworzony na bazie Exela, ale to trochę mało. Brakuje atmosfery, presji i zwykłej radości z rozmaitych bajerów.

Całości nie sprzyja też wygląd strony. W przypadku NaNoWriMo jest ona jasna i dość przejrzysta. Nawet jeśli połowa gadżetów nadal nie działa, a forum doprowadza do szewskiej pasji, łatwo się po niej poruszać. NaNoEdMo ma stronę pozornie zbudowaną na podobnej zasadzie. Pozornie, bo kolejne okienka porozmieszczane są bez przemyślenia sprawy. No i jest ponuro. Granatowo. Jakoś tak grobowo, zwyczajnie bez jaj. Ostatnio zresztą strona nanoedmo.net padła. W wyniku ataku. Zobaczymy.

A szkoda, ogromna szkoda, bo cel na pewno jest szczytny, a pomysł ciekawy i posiadający swój potencjał. Może więc warto mimo wszystko brać w tym udział i rozkręcić akcję?