niedziela, 28 października 2012

Vatran Auraio - nadal nie wiem, co napisać

(źródło)
 Powieść Marka S. Huberatha (a właściwie nie powieść, ale o tym zaraz) przeczytałam już dawno temu. Ale długo walczyłam z recenzją. Miałam jej już dość sporo, potem zarzuciłam sprawę, teraz postanowiłam wrócić - zupełnie na chłodno. Myślałam, że będzie mi łatwiej, ale nie jest. Nadal nie wiem, co sądzić.

Na początek przyznam się szczerze, że nie doczytałam. Ale to nie jest aż takim problemem, jak mogłoby się wydawać, ponieważ Vatran Auraio to nie powieść, a zbiór opowiadań, z czego największe i pierwsze jest właściwe to tytułowe. I to o nim mogę pisać. Umówmy się więc, że to nie tyle post o książce, co o tym konkretnym tekście. Ale też o przedstawionym uniwersum.Wbrew nowej świeckiej tradycji nie będzie też cytatów, bo egzemplarz, z którego korzystałam, już niemal rok temu wrócił na biblioteczną półkę. Zamiast tego będą ilustracje umieszczone wewnątrz - bardzo ciekawe.

Więc do dzieła

I nie wiem - naprawdę nie wiem - co powinnam napisać o tej książce. Problem polega na tym, że autorowi żadną miarą nie można odmówić ambicji czy poważnego podchodzenia do fantastyki - wręcz przeciwnie. Huberath snuje wizję świata tak obcego i jednocześnie wewnętrznie spójnego, że można sobie jedynie wyobrażać ile wysiłku i czasu kosztowało go sprawienie, by czytelnik mógł się cieszyć takim jego dopracowaniem. Zresztą pewne pojęcie o tej kwestii dają daty umieszczone na początku i końcu tekstu. Z drugiej jednak strony z każdym kolejnym akapitem coraz wyraźniej widać, jak go ta wizja przytłacza i pożera - niczym kolejne pasożyty mieszkańców Matcinej Dolany. Obserwowanie tego jest dla czytelnika bardzo trudne i przykre. Aż człowiekowi wstyd, że przez kolejne karty tekstu brnie z tak wielkim i wciąż rosnącym oporem. Świat przedstawiony zaczyna go bowiem odpychać nie tylko w ramach literackiej kreacji - wszak jest brutalny, wyzuty z nadziei i dosłownie morderczy - ale też zwyczajnie i po ludzku, bo kolejne wydarzenia coraz mniej go obchodzą.

A o co tu chodzi?

Pomysł wyjściowy jest wręcz genialny w swej prostocie i otwierający przed twórcą olbrzymie możliwości - oto mamy porzuconą kolonię na obcej człowiekowi planecie. Od lat zapomniana, ulega stopniowej degeneracji, by wreszcie zamienić się w maleńką wioskę, której mieszkańcy nie wiedzą nawet, jak się tu znaleźli. W tym ekosystemie są niejako ciałem obcym, powoli przez niego wchłanianym. Odbywa się to - rzecz jasna - ze szkodą dla samego człowieka. Jego ciało nękają kolejne pasożyty i choroby, przed którymi nie potrafi się bronić. Zmiany anatomiczne powodują, że kobiety nie są w stanie normalnie rodzić i spłodzenie kolejnego pokolenia mieszkańców doliny wymaga ofiary obu rodziców. Szerzy się pijaństwo, a czas wyznaczają rytuały związane z życiem i śmiercią. Zresztą świat poza wioską jest jeszcze mniej przyjazny i zabija szybciej, choć trzeba tam wyruszać, choćby po to, by wypasać wielkie, dające mleko zwierzęta. Czytelnik obserwuje upadek tej zamkniętej, małej społeczności - powrót do zabobonów, niewiedzę, strach i niezrozumienie świata wokół. Pokolenia zmieniają się szybko, brakuje kogoś, kto mógłby przekazywać kumulowane doświadczenia, co skutkuje zupełnym rozpadem.

W czym problem?

ilustracje M. Blachury (źródło)
Analiza wręcz genialna, bezkompromisowa. Odwaga zadawania sobie pytań, które wielu pisarzy zwyczajnie ignoruje. Pewna zadziorność, pozwalająca na igranie z uczuciami czytelnika. To wszystko są niewątpliwe zalety tej prozy, nawet jeśli nie obyło się bez pewnych potknięć (językoznawcy będą podczas lektury zgrzytali zębami). I wydawałoby się, że powinnam achać i ochać, rozpuszczać się na truskawkowo, kąpać w szampanie i co tam jeszcze. Ale jakoś nie mogę.

Bo tu chyba - moi Szanowni Państwo - zabrakło literatury w literaturze. To jakby podporządkować się wizji i szczegółom tak bardzo, by po drodze zatracić wszystko, co nie ma z nią bezpośredniego związku. Stracić z oczu czytelnika. I to nie tylko tego przyzwyczajonego do wygody - byłabym hipokrytką, gdybym miała to za złe - ale w ogóle jakiegokolwiek. Widać, że Huberath ma wiele do powiedzenia - zadaje w końcu niezwykle istotne pytania o granice i kształt człowieczeństwa - ale mówi jakby do siebie. Gdyby Vatran Auraio był krótszy, zagrałoby to znakomicie, bo ta kompletna nieatrakcyjność wywodu jest ze wszech miar uzasadniona - miałkość bohaterów, prostota języka, właściwie brak fabuły. Problem w tym, że opowiadanie jest bardzo obszerne, zajmuje około 3/4 całej książki. Za dużo. Po prostu za dużo.

Na zakończenie

Cóż, bardzo się cieszę, że nie mam w zwyczaju wystawiania ocen liczbowych. Bo w tym przypadku - tak mocno, jak chyba nigdy wcześniej - mam wrażenie, że na cokolwiek by się nie zdecydować, stanowiłoby to w jakiejś mierze uproszczenie i krzywdę.

I tak, wiem, że choć pisałam tę notkę rok, nie należy ona do najbardziej błyskotliwych.

piątek, 26 października 2012

Październikowy karnawał blogowy (2012)

J. Malczewski, Zatruta studnia
To już czas, prawda? ;) Tym razem będzie bardziej bogato niż ostatnio, co nie znaczy, że mniej smakowicie. W karcie dań komiksy i szczypta bitewnego kurzu, a wszystko podlane krwawym, za to bardzo klimatycznym sosem. A to nie wszystkie atrakcje. Zatem - do dzieła!

Albowiem uwielbiam ten film, a niepozorny jest. Dodatkowo skrzywdzony przez tłumacza i często pomijany. Bardzo się więc cieszę, że pojawiła się ta recenzja. Po prostu pozachwycajmy się razem ;)

Ha! Tym razem nie pomyliłam się w pisowni, ale co to za powód do dumy... Post nieco starszy, wrzucony tutaj także ze względu na gorącą agitację ze strony hevi, której sprawił wiele radości. Ale mnie też. Więc oto jest. Zresztą to kolejny przykład świetnego blogowania.

Krimifantanamia - Ann Patchett "Fluss der Wunder" (Stan zdumienia) - czyli o cenie nieskończonej płodności
Bo poczułam się mocno, ale to mocno zachęcona. Zresztą lubię tego typu recenzje.

zwierz popkulturalny - Kościoły na Meczety! czyli rzecz o wilkach stróżujących, dłoniach uzdrawiających i bojach ciężkich
Nie widziałam Bitwy pod Wiedniem. I oglądać raczej nie zamierzam. Może też ktoś mieć mi za złe, że podsyłam kolejną negatywną recenzję filmu, który ma same negatywne recenzje, ale uśmiałam się po pachy :) Poza tym, brawa za pomysł.

Ichigol - Blogerze książkowy - nigdy nie będziesz popularny
Warto przeczytać i przemyśleć. Zwłaszcza w tym półświatku ;)

hevs - Małgorzata Tkacz "Baśnie zbyt prawdziwe"
Ta pani i ta książka pojawiły się już w karnawałowej akcji (pierwsza recenzja TUTAJ). Między innymi z tego względu podsyłam kolejny głos w sprawie. Jest też niezłe miejsce do dyskusji nad poszczególnymi problemami dotyczącymi tak fantastyki jak i metodologii prowadzenia badań w ogóle. No i pozdrowienia dla Kruffachi ;)

Miłego czytania.

czwartek, 25 października 2012

Filkowanie oborowe (III)

deviantowa Ninevrise by kfoll (źródło)
Wróciłam wcześniej, w domciu pusto, więc wykorzystałam okazję. I wrzucam, chociaż nie wiem, czy jest zainteresowanie. Jakoś nie widać (słychać?), żeby ktoś chciał się przyłączyć.

Tym razem Cherryh i jej cykl Fortec. To chyba pierwszy filkowy utworek, jaki udało mi się ułożyć, choć dotąd nie było okazji, żeby jakoś porządniej nagrać. Odgrzebałam flet ^^ Oczywiście, że są błędy i fałsze - jak zawsze.

słowa: Kruffachi,
muzyka: Kruffachi





Wysoko na wieży, kędy wzrok nie sięga
Wydała swe tchnienie Mauryla potęga.
Ciało jakby męża, ale myśli chłopca.

Leć, sowo, leć! Przez knieję mnie wiedź!

Zaklęcie przeszłości tajemnicę skradło.
W jednej ręce książka, a w drugiej zwierciadło.
Nie odchodź, Maurylu, to jeszcze nie pora!

Leć...

Wieje wiatr nad Zeide, on przynosi trwogę,
Hufce Hasufina ruszają na wojnę.
Wierzę, że mnie biała gwiazda poprowadzi.

Leć...

wtorek, 23 października 2012

Filkowanie oborowe (II)

Rozwiązałam swój epicki i niewiarygodnie skomplikowany problem ze sprzętem, w związku z czym zaczynam sukcesywnie nagrywać to, co mam. Czasu ostatnio jakby mniej, więc nie będę wrzucała hurtowo - jak początkowo planowałam - a małymi partiami lub pojedynczo. No to do dzieła :)

Nie będę powtarzać wstępu z poprzedniego posta filkowego. Zresztą kto odsłuchał, ten wie. Tym razem wrzucam kawałek opracowany odrobinę lepiej, choć z błędami. Miałam dogrywać wokal jeszcze raz, ale z różnych powodów tego nie zrobiłam i został ten - nie najlepszy, w dodatku z fatalną dykcją. Ale z samej kompozycji jestem w sumie zadowolona, że tak nieskromnie przyznam :)

Oberwało się Vinge, a jakże ;) W przygotowaniu gotowe już, ale jeszcze nienagrane porządnie kawałki do cyklu Fortec Cherryh i Ruchomego Zamku Hauru. Wszelkie propozycje tematów oczywiście mile widziane - i piszę to całkiem serio. Tak jak uwagi, w końcu się uczę.

Kharemough (czyli po prostu piosenka o Techach)

słowa: J. D. Vinge*/Kruffachi
muzyka: Kruffachi

KLIK 

 Jest tylko jedno miejsce, w którym warto żyć,
Źródło własne**
Jest tylko jedno życie, którego warto pragnąć.
O, Kharemough!                                                  

Słyszę jej głos, ojczyzna wzywa mnie,
lecz nie mogę odpowiedzieć jej.
O, Kharemough!

Spójrz ponad niebo, gwiazdy są wszędzie,
Świat nie kończy się na firmamencie.
O, Kharemough!

Jesteś panem losu, panem przeznaczenia,
człowiekiem wśród zwierząt plugawego
cienia.
O, Kharemough!

Z ziemi naszych przodków, spośród równych pierwsi,
Uniesione głowy, wyprężone piersi,
Honor naszą tarcza, a intelekt bronią
Jesteśmy tu by rządzić Hegemonią.

Bhai, sadhanu! Wypijmy za to!

O, Kharemough!

-                             -

* Zwrotki 1, 2 i 3 są właściwie cytatami.

** Żeby nie było tak smutno, chciałam dać jakąś ilustrację, ale nie znalazłam żadnej fajnej, więc z barku laku daję swoją rysowankę, choć raczej stanowiła żart. Nie opisuję, żeby nie sadzić spoilerów, ale pewien związek z tekstem jest ;) Kto wie, ten wie.

poniedziałek, 15 października 2012

Nadchodzi NaNo!

(źródło)
A więc zbliża się listopad :) A wraz z listopadem grafomańska gorączka. Gorączka, którą szczerze polecam.

Nie wiem, czy nie zabrzmię teraz jak hipokryta (dobra, nie zabrzmię, bo piszę), skoro tyle ostatnio było tu mowy o dobrej literaturze, o tym, że nie należy wysyłać do wydawców byle czego i traktować czytelników poważnie, że czytelnicy czekają i tak dalej, i tak dalej. NaNoWriMo, czyli National Novel Writing Month wydaje się zaprzeczeniem wszystkich tych szczytnych idei. Cała zabawa polega bowiem na tym, by napisać powieść w miesiąc. A dokładniej pięćdziesiąt tysięcy słów.

Gdzie tu sens? Gdzie logika? Ano nigdzie ;) Przynajmniej pozornie. Chodzi głównie o dobrą zabawę, choć po wejściu na międzynarodowe forum można naleźć zaskakujące świadectwa na to, że są ludzie podchodzący do tego śmiertelnie poważnie... W Polsce na szczęście nie.

Ale wspominałam o tym, że pozory mylą. Bo mylą. Większość osób wybiera na NaNo pomysły zupełnie dojechane i na luzie, inni - jak ja w zeszłym roku - biorą się za tematy, na które nigdy nie starczało im odwagi. Jedni i drudzy za to mówią często o tym samym - że NaNo po prostu coś w sobie ma, że człowiek się odblokowuje i pisze rzeczy, o które nigdy by się nie podejrzewał. Jasne, nie ma co się łudzić, większość tej szalonej produkcji nie nadaje się do niczego, ale czasem można się miło zaskoczyć. Choćby przekonać siebie, że jeśli ma się motywację, można napisać i dziesięć tysięcy słów dziennie ;) Albo wpaść niespodziewanie na genialny pomysł. Obudzić się o trzeciej w nocy z rozwiązaniem intrygi, a po pracy/zajęciach gnać do domu, żeby opisać jeszcze jedną absolutnie wspaniałą postać. A za ukończenie zabawy są rozmaite nagrody, w tym możliwość darmowego wydrukowania pięciu egzemplarzy swojego dzieła. Widziałam już dwa takie i bardzo, bardzo fajnie to wygląda.

Okładka tegorocznej Kuffowej NaNoPowieści
A poza tym? Poza tym mamy w tym roku w Polsce aż czterech koordynatorów (Gdańsk, Kraków, Poznań, Warszawa), więc listopad upłynie pod znakiem okołonanowych imprez, głównie tak zwanych W.I.P.-ów, czyli wspólnych spotkań, podczas których pogaduchy i dobrą zabawę przerywa się pisaniem na czas. Ekipa przesympatyczna, a przynajmniej ta część, którą miałam okazję poznać w zeszłym roku w dwóch miastach, do których mnie w listopadzie zagnało.

Cóż jeszcze? Może wyznanie osobiste ;) Kiedy usłyszałam o NaNo po raz pierwszy, postukałam się w głowę i stwierdziłam, że to kompletna bzdura. Przypuszczam, że większość z tych, którzy przeczytają tego posta też tak stwierdzi. Ale ja spróbowałam i nie wyobrażam sobie, żeby odpuścić w tym roku. NaNo ma swoją magię i warto jej spróbować.

Linkaski:


Polskie forum (tylko dla zarejestrowanych, tych, którzy określili swój region jako Poland)


czwartek, 4 października 2012

Filkowanie oborowe (I)

(źródło)
Pisząc taki ogólny, wstępny post o filku zapowiadałam, że postaram się w najbliższym czasie wrzucić kilka naszych własnych produkcji. Oto są :) Wraz z tą notką rusza też jeszcze jedna etykieta, która na stronie z opisami widnieje już od dawna, ale dotąd pozostawała nieużywana. Na początek jednak kilka słów wyjaśnień i ostrzeżenie. 

Nie należy spodziewać się wiele, głównie dlatego, że nagrania są w moim wykonaniu. Jestem gitarzystą samoukiem, o innych instrumentach czy komponowaniu w ogóle już nie wspominając. Nie mam nawet pojęcia o nutach. Dodatkowo Bozia nie dała głosu. Teksty też nie powalają na kolana, ale co tam, może wobec nędzy materiału ktoś jednak też odważy się filkiem pobawić.

W ilustracji - jak zwykle, gdy nie wiem, co wstawić - prerafaelita. Padło na Waterhouse'a i jego Pandorę, tak trochę z przymrużeniem oka ;)

Miało być tego więcej (stąd jedynka w tytule) - bo pomysłów, tekstów i melodii jest więcej - ale ostatnio mocno nie dogaduję się ze sprzętem, więc wrzucam tylko to, co zostało nagrane już kiedyś i to w dodatku w pierwotnych "aranżacjach", bo na razie nie mam możliwości nagrać tego lepiej.

Izolda o Białych Dłoniach

Rzecz o pewnej nieszczęśliwej damie, która miała pecha przegrać serce Tristana z bardziej znaną i żywą w zbiorowej świadomości Izoldą o Złotych Włosach. Plus trochę wycieczek w stronę średniowiecza i średniowiecznej sztuki w ogóle. Z tekstu jestem w sumie zadowolona. Na pewno bardziej niż z wykonania. Nagranie jest dość stare, a w tle słychać jeszcze moją pierwszą gitarę, powyginanego Delfina (tak, tak!) z wgniecionym pudłem, zwanego pieszczotliwie Srebrnym Szerszeniem. Nie stroi, żeby nie było, że nie ostrzegałam. Ale to chyba i tak nie jest największy problem produkcji ^^

słowa: Kruffachi
muzyka: Kruffachi

KLIK

Od białych dłoni rycerz mój stroni
Zapomniał cóż jest cnota
Gorączką trawion, prawie wykrwawion
O włosach śni ze złota

Śmierć w nie wpleciona, zdradą skruszona
Przeciw wierności wiecznej
Żagiel w oddali bielą się chwali
Dumnie łopocąc na wietrze

Tyś jest ze smutku zrodzon!
Produkcja własna :P
Miły! - tyś łzom zaprzedan!
Myśli twe w ciemności brodzą
Podłej grzesznicy cię nie dam!

O, w mych ramionach krwawisz i konasz -
Opuszcza ciało twe życie
Ja twoja żona klęczę wzgardzona
I nienawidzę cię skrycie

Tyś jest ze smutku zrodzon!
I w smutku śmierć cię zastanie
Pragnienia twe w me serce godzą
Nie wzrusza cię me płakanie

Madonny patrzą na mnie złotowłose
Nigdy już modłów do nich nie podniosę
Już diabli czerni moją biorą duszę
Za życia cierpię piekielne katusze

Tyś jest ze smutku zrodzon!
I w smutku śmierć cię zastanie
Myśli twe w ciemności brodzą
Nie wzrusza cię me płakanie

Me białe dłonie składam skrwawione
Krew na nich obłudników
Głóg na ich grobie ciągnie ku sobie
Zbielałe kości grzeszników

Któż zdjąć się waży szreń z mojej twarzy
Z piekła mnie zabrać do świtu...

Rafnar (Fiord)

Ot - impresja na temat pewnego Kassandrowego bohatera w klimatach nordyckich. Nieśmiało inspirowana brzmieniem kantele. Tu już nie ma Srebrnego Szerszenia - jest Czarna Mamba i chyba słychać różnicę.

słowa: brak ;)
muzyka: Kruffachi


wtorek, 2 października 2012

Słowianie Zachodni, początki Polski - mały przegląd

Kiedyś już zrobiłam coś podobnego z literaturą dotyczącą tak zwanej mitologii słowiańskiej i kultury ludowej. Tym razem padło na inny bliski mi temat, ostatnio rozdrapany na nowo przez pewną uroczą choć niefrasobliwą osóbkę, która błysnęła równie uroczą złotą myślą. Wybaczcie, że nie wchodzę w szczegóły. Zestaw subiektywny i dość osobisty, więc mam świadomość, że osoby również siedzące trochę w tym temacie mogą się lekko zszokować albo wręcz oburzyć. Bo są pozycje kontrowersyjne, a zabrakło kilku klasyków (ot, choćby Łowmiańskiego). Stało się tak głównie ze względu na aktualność pozycji, zmianę paradygmatu i takie tam... Poza tym nie chciałam, żeby był to spis podręczników akademickich, a coś jemu przeciwnego, czepiącego raczej z nowych nurtów badań. Jeśli jakieś klasyki się tu znalazły - a znalazły się - to bynajmniej nie dlatego, że są klasykami albo że należało by popisać się znajomością kanonu.

(źródło)
D. A. Sikorski - Kościół w Polsce za Mieszka I i Bolesława Chrobrego

Niech Was nie zmyli tytuł. To książka o czymś więcej, niż tylko strukturach kościelnych rodzącego się państwa. Właściwie problem ten stanowi przyczółek do wypraw w różne rejony, w tym meta-naukowe (a to Kruffy lubią jak mało co). Pierwsze sto stron czyta się zresztą jak thriller. Serio. Sikorski bezlitośnie rozprawia się z kolejnymi mitami dotyczącymi polskiej państwowości ze skutecznością karabinu maszynowego. I nie są to tylko mity utrwalone w powszechnej świadomości i podręcznikach szkolnych, ale też w nauce. Dotyka problemu pogaństwa, kształtu pierwszych biskupstw, rozkładu ośrodków władzy świeckiej i kościelnej. Potem tempo nieco zwalnia, pojawia się więcej trudnych fragmentów, ale to nadal czysta, intelektualna jazda. Cała książka ma zresztą taki rozpruwająco-rozliczający charakter. Zapowiedziana jest podobno druga część, w której Sikorski ma na gruzach, które po sobie zostawił, zbudować własną koncepcję. Czekam z niecierpliwością i ostrzę sobie ząbki.

(źródło)
P. Urbańczyk - Trudne początki Polski

Najbardziej kontrowersyjna pozycja w stawce i to już na drugim miejscu, ale nie mogłam się powstrzymać przed wetknięciem kija w mrowisko. Także umieszczając książkę Urbańczyka w bezpośrednim sąsiedztwie Sikorskiego. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że nie słyszałam dyskusji obu panów, do jakiej doszło na jednej z poznańskich imprez naukowych. I pewnie będę sobie to wyrzucać jeszcze długo.
Z Urbańczykiem jest pewien problem - kto się interesuje tematem, ten wie - a polega on na tym, że to archeolog wchodzący w kompetencje historyków, czego ci drudzy wyraźnie wybaczyć mu nie mogą. W dodatku to postać bardzo barwna, zaangażowana w niejeden ostry spór. Mnie jednak metodologicznym wykładem zamieszczonym we wstępie Trudnych początków... zupełnie przekonał. Tak jak samą treścią książki, choć oczywiście trudno pewne jej fragmenty przyjąć bezkrytycznie. To zresztą kolejna pozycja rozliczająca się z tym, w co do tej pory w polskiej nauce wierzono. Mocne, rewolucyjne tezy do głębokiego przemyślenia.

(źródło)
L. Leciejewicz - Słowianie Zachodni. Z dziejów tworzenia się średniowiecznej Europy

Oddalam się nieco od problemów samego momentu powstania Polski i jednocześnie proponuję pierwszą rzecz, którą można by z czystym sumieniem nazwać klasyczną. Ale pod wieloma względami nadal aktualną. Dużo, dużo szczegółów zwłaszcza gospodarczych, dlatego polecam nie tylko zainteresowanym tematem samych Słowian, ale także w ogóle chcących nieco zreformować swoje mniemanie o średniowieczu i "polityce pałowania" (pisałam kiedyś), a zwłaszcza piszącym i czytającym fantastykę ;) Gorąco polecam nawet, jeśli fragmenty dotyczące samej etnogenezy nie są, cóż... pierwszej świeżości. Ale tak naprawdę trudno znaleźć w literaturze coś pierwszej świeżości, jeśli o ten konkretny temat chodzi. Musiałabym odsyłać do tekstów jeszcze niewydanych, czekających dopiero na debiut (choć, z tego, co wiem, prace są zaawansowane).

(źródło)
G. Labuda - Pierwsze państwo słowiańskie. Państwo Samona
Kolejny klasyk, choć pewnie można było spodziewać się tu innej pozycji Labudy. Niech pikanterii doda fakt, że między tym wybitnym, zmarłym niestety nie tak dawno mediewistą, a wspominanym wcześniej Urbańczykiem doszło do ostrej polemiki dotyczącej książki tego drugiego. Sama książka ma zdecydowanie najcięższy kaliber ze wszystkich wymienionych. Mocno akademicki język i obszerne fragmenty nietłumaczonych, łacińskich dokumentów nie ułatwiają lektury. Ale to nadal jedyna tak pełna monografia pierwszego słowiańskiego państwa, mocno pogłębiająca refleksję nad miejscem tego ludu (? - znam pewną damę, która skarciłaby mnie za to słowo...) w dziejach średniowiecznej Europy.

B. Kürbis - Na progach historii II
(źródło)

Kolejna pozycja klasyczna, a nawet bardzo, bardzo klasyczna. I doskonała nie tylko ze względu na merytoryczną, olbrzymią wartość, ale też ze względu na sylwetkę samej autorki - badaczki o rzadko spotykanej w nauce pokorze i rzetelności. Zresztą chodzi mi tutaj o konkretny artykuł, dotyczący dokumentu zwanego Dagome Iudex. To nie tylko staranne i drobiazgowe zebranie dotychczasowej wiedzy na temat tego tajemniczego zabytku, ale też zbiór celnych, naukowo niezwykle mocnych komentarzy, przy czytaniu których człowiek nie tylko ma radochę z samej treści, ale też z obcowania z nauką w starym, dobrym stylu, z szacunku do spuścizny i przedmiotu badań.

M. Kuźmicki - O zdmuchnięciu nagłosowego s-, a nawet sch-, czyli jak odczytać dwa zapisy z Dagome iudex

A tym razem nie będzie obrazka :) Będzie link bezpośrednio do artykułu z "Kwartalnika Językoznawczego". Podaję go jako swego rodzaju uzupełnienie poprzedniej pozycji, bo rzecz jest błyskotliwa i przewrotna. I czyta się również ze szczerą radością. Na łamach pisma ukazała się także polemika T. Jurka - kto chce, może ją odnaleźć, nie będzie z tym problemu, ale - zupełnie szczerze - nie polecam. Jakkolwiek bowiem Jurek jest wybitnym historykiem, to w tym konkretnym przypadku nie popisał się naukową uczciwością.

Tyle ode mnie. Może ktoś coś zaadoptuje ;) Zastanawiam się, czy nie robić takich przeglądów częściej. Sama jestem na przykład zaskoczona tym, że nie popełniłam jeszcze listy średniowiecznej ^^

poniedziałek, 1 października 2012

Wrześniowy karnawał blogowy (2012)

 No i jest. Z jednodniowym opóźnieniem, ale zawsze. Tym razem niewiele, ale za to naprawdę mocnych rzeczy. Zachęcam do zaglądania, czytania i przetrawiania. Warto.

(źródło)


Absolutnie pierwsze miejsce w stawce. Nie tylko dlatego, że bardzo lubię mitologiczny cykl na Kawiarce i żałuję, że tak rzadko coś się w jego ramach pojawia (choć tłumaczy to kaliber notek), ale także dlatego, że w ogóle lubię podobne wpisy. Lubię, kiedy ludzie, którzy czymś się zajmują, przekazują to dalej, a ja mam z tego powodu czystą, intelektualną radochę.

W ogóle przypomniało mi się, że miałam skomentować...

This is Madness - Misiael

W pewnym sensie o ekranizowaniu literatury. I to o takim ekranizowaniu, jakie frapowało mnie samą jakiś czas temu - o rozdarciu między duchem a literą.

Czym jest podłoga - Gackolandia

Pozycja tylko pozornie najlżejsza w stawce ;)

sobota, 15 września 2012

Rozczarowanie roku - o szlachetnym odruchu wspierania debiutantów i co z tego wynikło

(źródło)
Ha, tak rzadko recenzuję tu nowości, że aż czuję tremę! Ale oto jest - świeżutkie, pachnące jeszcze drukarską farbą. No dobrze... To od początku. Kiedy usłyszałam, że Rebis po raz pierwszy wydaje debiutanta fantasy, a potem przeczytałam, że to fan średniowiecza, antyfan renesansu i historyk, oczki mi się zapaliły z entuzjazmu i już wiedziałam, że jego książkę przeczytam, a nawet zakupię (do czego doszło). A potem trafiła w moje łapki. No i skończyło się rumakowanie, jak rzekł klasyk. Ta recenzja miała wyglądać inaczej - obiecałam, że będzie w craiisowym stylu. Ale potem uświadomiłam sobie, że nie do końca wiem, jak miałoby to wyglądać. Ograniczę się więc do zwracania uwagi także na to, na co zwróciłabym, komentując książkę niepublikowaną, gdyby była jeszcze szansa na poprawę. Mam nadzieję, że to zaspokoi nieposkromione apetyty Loży Szyderców ;)

Właściwie powinno mnie zaniepokoić to, że obok informacji o uwielbieniu Dominika Sokołowskiego dla średniowiecza znalazła się także ta o jego pasjach RPG-owych i tym, że universum Kwiatu paproci z tej pasji właśnie wyrasta. Ale kiedy swego czasu wyraziłam opinię o tym, że myślenie RPG-owe fantastyce szkodzi, zostałam uświadomiona, że to nie tak, że to wina ludzi, a nie samych gier. Stwierdziłam zatem, że wyzbędę się uprzedzeń i zobaczę.

Cóż, znowu miałam rację. Ale o tym później, bo jak zwykle zaczynam od końca.

Prolog, czyli nowa nadzieja 

Razem podeszli do łóżka cesarza. Bazyleus oddychał miarowo i lekko uśmiechał się przez sen. Kobieta delikatnie potrząsnęła jego ramieniem.
- Panie, zbudź się - szepnęła mu do ucha. - Matka cię wzywa.

Chociaż nie... To właściwie nie jest od końca. Wychodzi już w prologu, który mimo wszystko zrobił na mnie nie najgorsze wrażenie. Owszem - napisany był koszmarnie, pełen brzydkich, banalnych zdań i szkolnych błędów w budowaniu napięcia (problem chyba widać po cytatach, a będzie jeszcze gorzej), ale jednocześnie oferujący sugestię fajnego świata w klimacie bizantyjskim i politykę. A polityka - jak wiadomo - to najskuteczniejszy lep na Kruffy. Szkoda, że tak szybko zniknęła z pola widzenia, a zastąpiło ją kanonicznie bieganie po lesie.

Zaczynało się fajnie - oto zwycięski wódz wraca z wyprawy i zamierza wykorzystać poparcie armii do dokonania przewrotu w państwie i objęcia władzy. Czyli dość klasyczne i częste wydarzenie, a dodatkowo dostałam - znowu tylko sugestię - niezłego bohatera, któremu zależy nie tylko na koronie cesarskiej, ale też pomszczeniu zamordowanego poprzednika, któremu wiernie służył. Czyli w sumie zapowiadała się postać z potencjałem niejednoznaczności, zwłaszcza że prolog obserwujemy z perspektywy zamieszanej w morderstwo cesarzowej, która najwyraźniej miała być tu "tą dobrą". Widząc, co się święci, każe ona wynieść z pałacu i ukryć swego syna.

Potem oglądamy jeszcze dwójkę innych dzieci, którym przydarzają się analogiczne rzeczy. Jeden z nich ma wyraźnie jakiś problem z Mhrocznymi Mocami Zua (a jakże!), a drugim jest piękne, głodujące dziewczę, kradnące - jakież to oryginalne - jabłka ze straganu i wybawione z opresji przez swego przyszłego nauczyciela. Nietrudno się domyślić, że zbiera nam się ekipa.

Jakby jednak drużyna

Rozgorzała zacięta walka. Koczownicy byli nie więcej niż średniego wzrostu, smagli, o oczach w kształcie migdała. Vindlandczycy, górujący nad nimi siłą i liczbą, spadli na nich z furią.

Po chwili - gdy dzięki mocy pióra na przestrzeni kilku stron mijają lata i brzdące z Prologu podrastają - dołącza do czeredy bohaterów rycerz Ilias, który - tu znów powalająca na kolana oryginalność - zastaje swój zamek spalony przez barbarzyńców z północy, a ciężarną żonę zamordowaną. Zabiera więc giermka i wyrusza się mścić. 

Cóż, to nie jest tak, że teraz nasi bohaterowie stworzą drużynę i pójdą zdobywać magiczny miecz, ale jednak zestaw, jaki tworzą jest dość, no... Sami oceńcie: zaginiony dziedzic tronu i jego wierny przydupas, rycerz-mściciel, piękna a niebezpieczna agentka, do tego dochodzi mag miotający ognistymi kulami (do systemu magii jeszcze wrócę) i młody giermek rozkochujący w sobie panny. Mnie się czerwona lampka zapaliła. Jeśli losy tych bohaterów się splotą - pomyślałam sobie - a splotą się przecież na pewno, będę miała dość klasyczną drużynę z jasnym podziałem ról.

Nieoryginalność czy nawiązania?

Rozległy się dzwonki i do osady wjechały duże sanie zaprzężone w renifery. Siedziała w nich urodziwa kobieta w futrze z gronostajów i białych lisów, a obok niej mężczyzna okutany grubym futrem z polarnego niedźwiedzia, w rogatym hełmie z żelaznych obręczy obciągniętych utwardzoną skórą.

Serio momentami się zastanawiałam. Owszem, nawiązania intertekstualne są. Tylko że dość łopatologiczne, jak choćby do Piekła Dantego czy do Andersenowskiej Królowej śniegu. Przyznam zresztą, że przy tej drugiej - z wiadomych względów - zatrzymałam się nieco dłużej, spoglądając podejrzliwie. Zaraz, zaraz - powiedziałam sobie - czy ja czegoś nie pamiętam? Czy w baśni naprawdę było coś o rogatym hełmie? Sprawdziłam - nie, nie było. Mamy więc do czynienia ze Starbuckiem, tak? No na to wygląda, skoro tutaj Kaj też ma wyraźnie służyć do odwalania mokrej roboty. Albo Sokołowski ma pecha i jest niewinny, a mnie się tylko skojarzyło - naprawdę nie wiem.

Takich momentów zawahania miałam zresztą więcej. Ot, choćby przy systemie religijnym. Jest dość czytelny, skoro mamy Theosa i jego awatara Sotera, którego zdradził jeden z uczniów i tak dalej, i tak dalej... Mało tego, siłami zła dowodzi Satan. No bardziej subtelnie się nie dało. Ale umówmy się, że subtelność cechą pisarstwa Sokołowskiego nie jest. Niemniej natychmiast otworzyła mi się szufladka z tytułami, gdzie problem rozwiązany został niemal identycznie.

W ogóle te wszystkie nawiązania - a nawiązania lubię, czemu chyba dość dobitnie dawałam ostatnio wyraz - zaczęły mnie mocno irytować. Po pierwsze - bo brak wyczucia. Po drugie - bo zwalone ze wszelkich możliwych stron i wymieszane razem. O ile w pastiszu czy książce pisanej z humorem miałoby to szansę zagrać i to nawet ładnie, tak w powieści teoretycznie serio wyprowadza z równowagi. To już nie jest intelektualna zabawa, a slalom między spadającymi na głowę głazami. Bardzo męczące i dla głowy niebezpieczne.

No i wątek dreuga... Przepraszam, ale wysiadłam i nawet mi się pisać na ten temat nie chce. Poza tym nawiązanie w samej nazwie cesarstwa. Jakieś takie... mało wyszukane. Aż doszło do tego, że zaczęłam zastanawiać się, czy nie mam przypadkiem do czynienia z pastiszem, jeno tak drętwo napisanym, że mi to umknęło.

Styyyl!...

Puk! puk! stukały palce Magnusa. Chlast, chlast, mlaskała pałka w dłoniach krążącego dookoła Physkona.

A raczej brak stylu. Przykro mi to stwierdzać, ale Sokołowski popełnia wszelkie możliwe błędy nowicjusza i wpasowuje się niestety w najgorszy stereotyp fantasty-pisarza. Rusty Angel pisała w jednym ze swych komentarzy o tym problemie i o braku wyczucia kadencji. Kwiat paproci do doskonałe pole do badań tej kwestii. Serio - dobre akapity mogłabym policzyć na palcach jednej ręki.

Na czym polega problem dokładnie? Oj, złożony jest. Po pierwsze Sokołowski ma chyba nie najlepszy słuch albo ktoś mu bardzo dawno temu powiedział, że pisząc krótsze zdania uzyska dynamizm i jeszcze wystrzyże się błędów, a on nadal nie zauważył, jak bardzo mija to się z prawdą. W każdym razie długością wypowiedzeń i interpunkcją operować nie potrafi. Nie zaprzęgł do swych celów ani przecinków, ani półpauz, ani nawet kropek czy akapitów. Wszystkie one służą jedynie wypełnieniu zasad słownikowych paragraf po paragrafie. Szczytem interpunkcyjnych szaleństw jest potrojenie pytajnika.

O operowaniu szykiem czy instrumentacją głoskową nie ma w ogóle co marzyć. Jak skończyła się próba wykorzystania dźwiękonaśladownictwa widać w cytacie powyżej.

Dialogi - potworki

- Hojnie cię wynagrodzę za takie informacje.
- Nie będę dla ciebie szpiegował. Honor mi na to nie pozwala - odparł zdecydowanie Basarab.
- Zdrajco! Wypierasz się ojczyzny? Co z ciebie za Arkadyjczyk?
- Ostatni Arkadyjczyk, jakiego spotkałem, chciał mnie sprzedać w niewolę.
- To twoje ostatnie słowo?
- Tak.
- Pożałujesz tego jeszcze. Nie wiesz, z kim zadarłeś, chłopcze.

Jeden z większych problemów Sokołowskiego to dialogi. Ten powyżej nie jest jeszcze najgorszy, ale z jakiegoś powodu (nie pamiętam jakiego) właśnie to sobie podczas lektury zaznaczyłam. W każdym razie mam żal do Sokołowskiego nie tylko o drętwość wypowiedzi i miałkość rozwinięć dialogowych. Pojawia się tu inny, poważniejszy problem, tak powszechny u początkujących twórców: aż roi się od scen spod znaku "aha, to teraz porozmawiamy o rzeczach całkowicie dla nas oczywistych, ale nieoczywistych dla tej ślicznej pani, która próbuje nas podsłuchać" i podobnych.

Co więcej - mogę powtórzyć tu ten sam zarzut, którym często posługuję się wobec autorów jeszcze przed debiutem: za mało miejsca dano narratorowi. To, że nie ma on w ogóle jaj, nie jest ani auktorialny, ani spersonalizowany to jedna sprawa. Inna jest taka, że do jego zadań należy często jedynie relacjonowanie tego, co akurat robią bohaterowie. Uwagi ogólne na temat świata pojawiły się może ze trzy, cztery razy.  Czytelnik dostaje tylko to, co jest mu akurat niezbędnie potrzebne.

Tak, tak, ci, którzy mnie znają i znają moje komcie, wiedzą już do czego zmierzam - ZA MAŁO PRZESTRZENI!!! Nie mam żadnej frajdy z poznawania świata, jego struktur, polityki, kultury, niczego. A przecież zagłębianie się w alternatywną rzeczywistość to jedna z rozrywek, jakich czytanie fantastyki powinno mi dostarczać, prawda? Dziwiłam się, że powieść fantasy jest tak krótka i szybko uzyskałam odpowiedź na pytanie dlaczego? Bo jest naga. Po prostu.

To znaczy, ja nie wątpię, że świat jest dopracowany. Gdzieś tam na dziesiątym planie pojawiają się sugestie mogące o tym świadczyć, ale wolałabym mocniej tego doświadczyć, zamiast walczyć ze smokami i biegać po lesie.

Ale miało być o dialogach w tej części...

Wspominałam o tym, że są drętwe. Bohaterowie mówią pełnymi zdaniami, tak grzecznie i poprawnie, że nawet najlżejszy wulgaryzm w ich ustach - zamiast dodawać krwistości - zwyczajnie bawi. Lepiej byłoby już, gdyby Sokołowski zupełnie z nich zrezygnował.

No to może postaci?...

Silnoręki zastanowił się. Jego dawny dowódca, mówiąc "dyskretnie", miał z pewnością na myśli: bez wiedzy władz i unikając straży. Jeśli zaś władze zdecydowały się naruszyć nietykalność bądź co bądź posłów, to musi być grubsza afera, sprawa gardłowa. Z drugiej strony byli towarzyszami broni i nieraz ratowali się nawzajem z opresji. Nie mógł zawieść starego przyjaciela.

Niestety - postaci też nie. Była aż jedna, która wzbudziła we mnie jakieś tam emocje, ale - jak się okazało - epizodyczna, więc zmilczę. A cała reszta? Typy dość klasyczne dla fantasy, o czym wspominałam już wcześniej, w dodatku niemal całkowicie pozbawione psychologicznych portretów. Rozważania o głębokości przeciętnej sadzawki, życiowe decyzje podejmowane na przestrzeni jednego akapitu, rozterki (o ile się takie pojawiają) streszczane w kilku zdaniach. Wszystko to sprawiło, że nie przywiązałam się do nikogo. Początkowo sądziłam, że zwiążę się z Iliasem, bo wydawało się, że jakoś tam wpasowuje się w mój typ trólofa, ale dość szybko mnie zawiódł. Potem dałam szansę Basarabowi, ale nadal nie za wiele o nim wiem. Generalnie ich losy spływają po mnie jak po kaczce. Przejęłam się tylko jednym (wspominałam na początku akapitu) i miałam nawet nadzieję, że Sokołowski mnie tu zaskoczy, pozwalając mu włączyć się do akcji, bo tak intensywnie od początku sugerował, że go zabije... No i zabił.

A ja nie mam niczego do dodania.

...albo konstrukcja świata?

Jak już mówiłem, pochodzę z Ariany i param się magią ognistą. Jak wiecie, są czary czterech żywiołów: wody, powietrza, ziemi i właśnie ognia, który jest szczególnie popularny wśród moich krajan. Istnieje jeszcze piąty żywioł, psyche, ale jest on bardzo tajemniczy, a praktykowanie magii psychicznej często prowadzi na manowce.

Cóż, konstrukcja świata jest prosta jak budowa cepa. Zresztą wystarczy spojrzeć na mapkę, stanowiącą właściwie przerysowaną Europę. I tak mniej więcej wygląda rozkład kultur i nazewnictwa. Czy dlatego Sokołowski zrezygnował z głębszego wchodzenia w szczegóły? Uznał, że wszystko jest jasne?...

I nie, to nie wypada dobrze. Lepiej byłoby, gdyby został przy tym Bizancjum, bo to temat słabo przez fantasy eksploatowany. Miałby szansę stworzyć coś oryginalnego i barwnego, a tak jest kapusta z grochem.

No i magia. Za wiele o niej nie wiadomo - znowu - ale myślę, że powyższy cytat daje pewne wyobrażenie o problemie. Jasne, to też można było fajnie rozwinąć, chociaż oklepane. Twórcom Avatara się w końcu udało. Tu na razie wygląda to bardzo marnie.

Uwagi końcowe

- Moja historia jest krótka i smutna - odrzekł mag, przełykając kolejny kęs.

Czy coś mi ta lektura dała? Tak, dała. Pewność, że praca Matki Peżetkarki ma sens, bo już teraz większość powieści, jakie objęła swymi puchatymi kopytkami jest lepsza, niż to, co można nabyć w księgarniach, a będzie przecież - gorąco w to wierzę - jeszcze lepiej. Pozostaje mi tylko trzymać kciuki i jeszcze silniej optować za tym, by rzeczone powieści kiedyś się ukazały.

Czy można zatem znaleźć w przypadku tej pozycji jakieś pozytywy? Tak - sposób wydania. Tu nie mam większych zastrzeżeń, choć okładka jest... no raczej standardowa i zupełnie nie rzuca się w oczy na księgarskich półkach. Poza tym jednak całość sprawia estetyczne wrażenie, zrobiono to zwyczajnie starannie. Dostrzegłam bodaj jeden błąd edytorski i kilka powtórzeń. Poza tym jest ładnie i jeśli coś sprawiło, że czytałam Kawiat paproci tyle czasu to bynajmniej nie skład.

I coś jeszcze?... Może wiedza szczegółowa? Bo tego akurat Sokołowskiemu odmówić nie można - w końcu jest wykształcony w tym kierunku. Co z tego jednak, skoro ten fakt ginie pośród ogólnego niesmaku?

A to dopiero początek trylogii... I teraz się zastanawiam - dać jeszcze szansę? Kupić już nie kupię, ale czy w ogóle sięgać?...

wtorek, 11 września 2012

Czego właściwie oczekiwać od fantastyki?

Wyjątkowo - Alan Lee (źródło)
Ostatnie doświadczenia lekturowe, ostatnie i mniej ostatnie rozmowy, przeczytane recenzje - wszystko to złożyło się na pomysł zapisania kilku luźnych myśli na temat przyzwyczajeń czytelniczych i oczekiwań wobec fantastyki. Mam przy tym świadomość, że niczego nowego nie odkryję, ale jednak mnie to nurtuje...

Sprawa nie jest taka jasna i rozwarstwia się tym bardziej, im bliżej się jej przyjrzeć. Wiadomo przecież, że potrzeby częściowo są kreowane, częściowo sterowane, a częściowo w ogóle niezauważalne, bo niemające swojej materialnej realizacji. I może jest to dzielenie włosa na czworo, kolejne Kruffowe marudzenie, ale powstrzymać się nie mogę.

Ciągle nurtuje mnie myśl, że większość czytelników fantastyki to tacy "zjadacze fabuł", jak ich ostatnio określam. Ot, śledzą historię i całą swoją ocenę opierają na odpowiedzi na pytania o zaskoczenia, stopień "fajności", oryginalności. Oczywiście nikt im tego nie zabroni. Mnie samej włącza się czasem taki tryb, zwłaszcza gdy zorientuję się, że mam do czynienia z produkcją czysto rozrywkową. Ale przykładanie jednej miarki do wszystkiego jest nie tylko niesprawiedliwe, ale też szkodliwe dla samego czytającego. Swego czasu na Craiisie starałam się wywołać dyskusję o zmuszaniu czytelnika do myślenia, ale szybko podryfowała ona w kierunku hintów, a nie do końca o to mi chodziło. Jako myślenie przy czytaniu rozumiem bowiem właśnie próbę wniknięcia w tekst głębiej, poza samą fabułę (a hinty należą jednak do spraw fabuły). Ot, choćby dostrzeganie konwencji, nawiązań, szukanie myśli przewodnich, osadzanie danej pozycji wśród innych. Takie czytanie jednocześnie "wewnątrz" (śledzenie losów bohaterów, ich psychologii, poznawanie świata) i "z zewnątrz" (szukanie tradycji, konstrukcji, szeroko pojętych bebechów).

A wszystko to dlatego, że mam w zwyczaju szukać kontr-opinii dotyczących książek, których recenzje umieszczam na Potworach. Robię to z różnych powodów, choć zwykle nie wpływa na kształt moich tekstów. Ot, sprawdzam na ile oczywiste są moje własne wnioski, na ile podryfowałam za daleko. I widzę, jak rozjeżdżam się z innymi odbiorcami danej pozycji. Żeby nie było - nader często czytam teksty, przy których jest mi wstyd za własne, ale jednak raczej spotykam się z bardzo powierzchownymi opiniami. Jakby wygłaszający je ludzie odruchowo zakładali, że od fantastyki nie należy wymagać niczego więcej ponad ciekawą fabułę i świat. Dziwi mnie to szczególnie, zważywszy na bogatą historię, z której ta konwencja (i kilka pokrewnych) wyrasta. Zdarzyło mi się pisać o powieści gotyckiej, ale przecież to nie wszystko. Zaledwie wierzchołek góry lodowej. A baśnie? A mitologie, legendy, romans rycerski, opowieści wschodu?

Wojciech Siudmak - ilustracja do Dzieci Diuny  (źródło)
Oczywiście wiem, że wina leży nie tylko po stronie czytelników. Wielu wydawanych autorów nie pamięta o wadze dziedzictwa, którego piórem dotyka. Utarło się bowiem, że fantastyka jest łatwa - tak w tworzeniu, jak i w odbiorze - a koło się zamyka. Bo przyzwyczajeni do prostych, jednowymiarowych przekazów odbiorcy nie szukają niczego w pozycjach bardziej ambitnych, z kolei autorzy bardziej ambitni - rozbijając się o mur ignorancji odbiorców - nierzadko obniżają loty lub są zastępowani przez innych. W akcję włączają się jeszcze wydawcy. Jak - chyba nie trzeba tłumaczyć. Wystarczy wejść do losowo wybranej księgarni i zbliżyć się do odpowiedniej półki. Choć tu akurat światełko w tunelu widać i zdarza się niekiedy, że wydawcy podchodzą do tego typu literatury poważnie. Sama mam na półce rebisowe Diuny i Dicki z ilustracjami Siudmaka czy Peanathemę Sephensona z MAG-a (choć ta akurat była absurdalnie droga i pewnie bym jej nie kupiła, gdyby nie specjalna okazja). Podobało mi się też to, co zrobiło Wydawnictwo Literackie z Pannami z Grace Adieu Clarke. Nieliczne pozytywne przykłady nie zmieniają jednak konkluzji - na pierwszy rzut oka widać, za jakiego rodzaju odbiorcę mają wydawcy czytelników fantastyki.

Bardzo się boję zabrzmieć apodyktycznie, bo gdzieś tam mam świadomość, że jestem czytelnikiem zmanierowanym. Studia, zainteresowania, częściowo też praca*, wszystko to uruchamia się, kiedy tylko zaczynam przewracać kartki. Ba! - kiedy wchodzę do księgarni lub biblioteki. Nie ukrywam też, że jako przyszła autorka bestsellerów i kamieni milowych w rozwoju fantastyki**, jestem osobiście zainteresowana poziomem czytania tej konwencji nie tylko ilościowo, ale też jakościowo. Wiem wreszcie, że większości produkcji nie da się czytać na wielu poziomach, choćby się człowiek dwoił i troił, ale jakoś tak żal...

Nurtująca jest też pozycja takiej hipotetycznej książki, czerpiącej z konwencji fantastycznej, ale jednocześnie sięgającej po jakąś inną. Chyba z góry przegrana przy takim powierzchownym czytaniu. Bo często nie daje przecież tego rodzaju rozrywki, do jakiej odbiorca jest przyzwyczajony i jakiej oczekuje od fantasy, sf czy wszelkich punków, a z drugiej pozostaje dyskryminowana przez target drugiej konwencji - bo przecież to fantastyka, niepoważna i kiczowata.

Tak źle i tak niedobrze.

-----------------------------------------------

* Kruffa próbuje sił jako korektor, co oznacza - wedle definicji jej wujka - że biega w tę i z powrotem, zostawiając za sobą białe ślady ;)
** A co! Jak mieć marzenia, to z pompą! ;)

piątek, 7 września 2012

Z dziennika szaleńca, czyli Inspektor Gundhalinu znów na tropie

(źródło)
Jak już wspominałam w Doniesieniach z frontu, podczas szperania w Internecie w poszukiwaniu innych pozycji Joan D. Vinge, okazało się nie doceniłam inwencji twórczej naszych rodzimych wydawców. Królowa Lata, którą brałam za drugi tom, jest w istocie trzecim. "Prawdziwy" drugi, wydany całe siedem lat wcześniej, a cztery po pierwszym, nie doczekał się polskiego tłumaczenia. I może w jakimś sensie lepiej, bo boję się myśleć, co tłumacz mógłby z nim zrobić... Jakkolwiek bowiem język World's End nie jest szczególnie trudny, to trochę się w nim dzieje, trochę dzieje się w narracji.

Recenzje pozostałych tomów:


Zwykle tego nie robię, ale tym razem pokuszę się o dość obszerne cytaty - myślę, że ma to pewien sens i że chyba będę się nimi posiłkować także w przyszłości. Postanowiłam też nie przejmować się za bardzo spoilerami, zwłaszcza względem pierwszego tomu. Po prostu za wiele mam do napisania na temat tej książki - najdziwniejszej, najmroczniejszej i formalnie najlepszej z całego cyklu. Choć niewielkiej, mającej właściwie rozmiar długaśnego opowiadania.

Ogólne wrażenia po kontakcie z oryginałem

"Enough!" He pushed away from the mantel, rigid with anger. "You've said enough! It's not in my hands. You will not mention it again."
You. Not thou. It stung like a slap.
 Patience, that's all I need. Perseverance. Logic.

Ogólne wrażenia są takie, że... obawiam się, iż nie doceniłam Pultyna. Pisałam o tym, jak skrzywdził poprzednie tomy, ale nie miałam świadomości, że zrobił to aż tak bardzo. Teraz już nie ma mocnych - wygląda na to, że prędzej czy później w mojej biblioteczce pojawią się oryginały. Potwierdziła się większość moich przypuszczeń dotyczących zagubionych słów-kluczy, zatartych dowcipów i sztucznie złagodzonych przekleństw. Do tego doszły spostrzeżenia dotyczące języka, jakim Techowie rozmawiają między sobą. Pultyn zachował co prawda niuanse dotyczące zwracania się do siebie per "wy" i "ty" (thou, you), ale też dodał od siebie niekoniecznie pasujące do języka arystokracji partykuły, w odczuciu polskiego czytelnika takie raczej... wieśniacze. W oryginale wygląda to nieco inaczej. Nie znam angielskiego na tyle, by dokonywać tu jakichś głębszych analiz, ale wygląda na to, że Techowie Vinge nie używają niczego, co mogłoby zostać tak przełożone. Może są jakieś anachronizmy, których nie dostrzegłam.

I jeszcze odnośnie do humoru... Nie wiem na ile jest to kwestia specyfiki tej części i przyjętej narracji, a na ile nieporozumień na linii autor-tłumacz; będę wiedziała, gdy zapoznam się z pozostałymi oryginałami. Odniosłam jednak wrażenie, że proza Vinge jest w oryginale bardziej ironiczna i uszczypliwa. Wywołująca uśmiech czasami nawet w tej partii World's End, gdzie naprawdę nie jest już wesoło. Zresztą sceny humorystyczne - jakkolwiek było ich niewiele i głównie na początku - położyły mnie na łopatkach :) Ot, choćby zderzenie z biurokracją i dyskusja o łapówce czy rozważania nad pewnym alkoholem.

Dla porządku będę podawała nazwy własne za Pultynem, żeby ci, którzy znają jego tłumaczenie (jedyne dostępne po polsku) nie poczuli się zdezorientowani.

Cóż tym razem? - tym razem nie Tiamat

 I stopped again as I reached a gateway at the edge of town.
WELCOME TO WORLD'S END
someone had scrawled on the blistered wall, complete with the official seals.
THE ASSHOLE OF THE HEGEMONY.

World's End opowiada o wydarzeniach, które mają miejsce w czasie trwania pierwszej ćwierci Królowej Lata. Tam jednak poznajemy je jedynie w formie aluzji, wspomnień, opowieści ich uczestników, one same z kolei nie są opisane. Choć ilość tropów pozwala na ich dość dokładną rekonstrukcję i domyślenie się kilku szczegółów. Jest parę scen, które pojawiają się w obu tych powieściach - czytelnikowi czytającemu części w stosownej kolejności sygnalizowały zapewne synchroniczność zdarzeń.

Kiedy czytałam Królową Lata trochę mnie ta dziura zdenerwowała. Pomyślałam, że ktoś tu sobie jaja robi, najpierw poświęcając setki zdań reumatyzmowi Danaquilla Lu, a potem wycinając taki wątek. Po krótkiej refleksji przełknęłam to jednak i uznałam, że najwyraźniej Vinge stwierdziła, że opisywanie wyprawy na Koniec Świata stanowiłoby czysty fanservis i dlatego zrezygnowała z jej przybliżenia. Jak wspomniałam we wstępie - pomyliłam się. To nie strach przed oddaniem historii w ręce jednego bohatera powodował pisarką, skoro zrobiła to na cały tom.

Bo też World's End to teatr jednego aktora. I to jakiego aktora! Swoje uwielbienie dla BZ Gundhalinu sygnalizowałam już wcześniej, a po reakcji osoby, która za moim poleceniem po Królową Zimy sięgnęła, wnioskuję, że nie tylko mnie zachwycił. Bo ta postać to po prostu temat-rzeka. World's End pokazuje ostatni etap drogi, jaką rozpoczął w pierwszym tomie; przechodząc od przekonanego o wyższości swojej kultury, zaczytanego w powieściach historycznych i absolutnie pewnego swojej wartości sierżanta do twardo stąpającego po ziemi, trochę cynicznego, pozbawionego złudzeń komendanta. Komendanta odznaczającego się dodatkowo sporym wyczuleniem na ironię, bardzo krytycznego - a niekiedy wręcz krytykanckiego - względem siebie i własnych motywów, jakim jest w tomie trzecim, by wreszcie stać się... No dobra, nie będę psuć zabawy ;)

World's End sygnalizuje w ten sposób fakt, który dla mnie - jako nieznającej wcześniej tej części - był trochę zaskakujący: ciężar opowieści ostatecznie spoczywa na barkach tego bohatera. Bohatera, którego początkowo wzięłam za postać epizodyczną, istniejącą tylko po to, by Jerusha mogła mocniej oberwać od Ariernhod. Oczywiście już druga połowa Królowej Zimy wyprowadziła mnie z błędu, ale aż takiego awansu się mimo wszystko nie spodziewałam. Mogło skończyć się to katastrofą i zniszczeniem mojego ulubieńca, ale było wręcz przeciwnie.

Znów bardzo baśniowo, bardzo literacko

 He had been an old man when I was born, but now for the first time in my life I saw that he was old.
"Thou are all I have that makes me proud," he said, and he hugged me, for the first time since my childhood. I was so surprised that I almost pulled away. "I would give up my life for thee, gladly ... but I cannot go against the laws."
"Song," I say, pulling at her elbow, trying to get her to her feet, "we're not out of this yet. But we can leave here, now."
"Leave?" Her face fills with terror. "No! I can't leave-"
I w tym tomie, podobnie jak w Królowej Zimy, Vinge sięga po swoją najskuteczniejszą broń - baśniowość i literackość. Napięcie między realizmem a konwencją. Nie jest to już retelling, ale z drugiej strony nawiązania są znacznie silniej zaakcentowane, niż w Królowej Lata. Opierają się głównie na dwóch baśniowych nawiązaniach i jednym ogólnoliterackim. Po pierwsze, mamy klasycznych trzech braci, z czego najstarszy jest głupi i leniwy, średni wredny i zły, a najmłodszy ma to, czego starszym zabrakło, ale za to nie posiada żadnych praw do dziedziczenia. Wyrusza więc z domu w poszukiwaniu swego losu i - rzecz jasna - go znajduje, ale o tym była już częściowo Królowa Zimy. Drugi taki motyw to - powiedzmy - królewna uwięziona w wieży. Dosłownie uwięziona (choć nie przez maga, smoka, a przez coś znacznie mniej uchwytnego) i dosłownie w wieży. Jest też jej matka, która prosi napotkanego przypadkowo (?) trzeciego syna o ratunek dla córki, a ten ostatecznie - i tak mając do załatwienia w okolicy pewne sprawy - zgadza się sprowadzić dziewczynę z powrotem. Bo przecież wszyscy wiedzą, że królewny się uwalnia, bez względu na to, czy one same mają na to ochotę.

Wreszcie trzeci motyw, może najpoważniejszy, wielokrotnie już w literaturze realizowany, a mimo to nadal dający wielkie możliwości - motyw podróży, pielgrzymki, która jest jednocześnie wyprawą do własnego wnętrza. W wykonaniu BZ jest to podróż ekstremalna, daleko poza krawędź szaleństwa - prowadząca do czynów, jakich trudno by spodziewać się po tym spokojnym i łagodnym w gruncie rzeczy mężczyźnie.

Zresztą tak jak w Królowej Zimy wszystko to zaczyna w pewnym momencie wyglądać bardziej na fantasy, by potem - wraz z kolejnymi konstatacjami - z powrotem dryfować ku science fiction.

Narracyjne szaleństwa

Hope flutters frantically inside me. I look down at the trefoil. Hope has broken wings. ... I am insane.I am not insane. I am not-!
"Who are you!" I shout thickly. My words echo across the canyon and inside my head. The choirs of chaos echo echo echo.
BZ Gundhalinu. Police Inspector. Technician of the second rank. I am not a lunatic. There is a pattern to all of this, if I can only find it-
"Fuck you!" I shout into the air. "What do you know? You're infected!" I scramble to my feet and run back through town, and the ghosts howl inside me.

Przyznam szczerze, że w pierwszej chwili, w której zorientowałam się do czego to wszystko zmierza, zdjął mnie strach. No pięknie - pomyślałam - pani Vinge strzeliła sobie w stopę, a BZ co najmniej w jaja. Narracja wygląda bowiem dość szybko zamienia się ze spersonalizowanej trzecioosobowej w pierwszoosobową, w dodatku momentami prowadzoną w czasie teraźniejszym. Literacko bardzo fajne, ale - tak sobie pomyślałam - czy kobieta jest w stanie zapisać myśli popadającego w szaleństwo mężczyzny? Jak się okazało - jest. Vinge nie uniknęła kilku pułapek. Parę razy jej dość kwiecisty jednak styl wziął górę nad stylizacją i BZ raz czy drugi szarpnął się na zadziwiająco upoetyzowany opis; zadziwiająco nawet wobec jego wychowania (kultura Kharemough obfituje wszakże w przypowieści, medytacje i szeroko pojęty kunszt), pozycji i pewnej maniery mówienia. Im jednak bliżej krawędzi szaleństwa się znajdujemy, tym Vinge lepiej to kreśli. Może poza jednym, małym wyjątkiem, ale o tym napomknę później.

Na oddaniu wszystkiego w ręce BZ cierpią może nieco inni bohaterowie - oglądani wszakże jego oczami. A zatem dość szybko i celnie diagnozowani. Wtłaczani w pewne ramy. Jest to maniera ledwie u Gundhalinu widoczna w Królowej Zimy, ale z czasem rozwijająca się coraz mocniej i odgrywająca niemałą rolę w trzecim tomie, wykorzystywana do manipulacji otoczeniem, rozstawiania pionków według własnych reguł. I tak Ang jest po prostu chciwym idiotą, Spadrin klasycznym psychopatą, HK tchórzliwym i niezbyt lotnym leniem, SB (nomen omen) bezwzględną kanalią, a sierżant Ossigne flegmatycznym służbistą z syndromem uwielbienia dla swego szefa.

Wyjątkiem wśród tych postaci - zarysowanych dość ostro, ale jednak bez szczególnego zainteresowania narratora, o ile nie zagrażają bezpośrednio jego życiu - jest może Song, szalona sybilla, owa "królewna do uwolnienia". Jej portret nie jest tak prosty, mieni się wieloma odcieniami. Jest jednocześnie przerażająca i zagubiona. Budzi niechęć i współczucie. A najciekawsze jest to, że choć od początku wiadomo, że technowirus pomieszał jej zmysły, w pewnym momencie wydaje się myśleć trzeźwiej niż BZ.

Kompozycja

Meaningless - the ceremony tonight, all the rest of it; only the ornaments of vanity disguising the naked body of the truth: An overeducated madman with a death wish [...]

Miodek. Sam miodek i maliny. Mam hopla na punkcie kompozycji, więc byłam w siódmym niebie obcując ze szkatułką i retrospekcjami w retrospekcjach, ramą kompozycyjną, słowami-kluczami, echem motywów, symbolami i całą czeredą. Ale po kolei.

Po pierwsze kompozycja szkatułkowa. To niby prosty zabieg, ale jednak zawsze efektowny, a tu dodatkowo wykonany po mistrzowsku, z bardzo ładną ramą, której druga część obfituje w komentarze, stawiające wszystko w jeszcze nieco innym świetle, swoje własne symbole (naprawdę świetny, wieloznaczny motyw zegarka) i swoje własne pointy. Sam dziennik BZ, stanowiący główną i środkową część powieści, też nie jest jednolity. Zmienia się wraz z bohaterem, narracja podąża za nim, wtłaczając w potok myśli retrospekcje, autocenzurę, momenty utraty kontroli nad sobą, urywki snów, intymne wyznania, narastający strach i zmęczenie. Zmieniają się czasy, zmienia się długość zdań, pojawiają się bardzo efektowne i sugestywne zwielokrotnienia, konwulsyjne powtarzane frazy, obrazy obsesji.

Sam dziennik jest z kolei tak naładowany retrospekcjami, że właściwie stanowią one szkatułkę w szkatułce. Miłe dla oka, wciągające w grę przeszłości i teraźniejszości.

Trudno byłoby też nie wspomnieć w tym miejscu o tytule, choć spostrzeżenie dotyczące jego wieloznaczności jest raczej oczywiste. Koniec Świata to rzecz jasna miejsce, ale też punkt zwrotny dla bohatera i - co czytelne dla tych, którzy wcześniej mieli w łapkach Królową Lata - całej Hegemonii.

Obsesje, obsesje i jeszcze raz obsesje

I realize finally that it wasn't World's End that drove her mad, but her madness that drove her into World's End.
Did mine?
"I hate my brothers," I say thickly. "I don't know why I came... except that maybe I hated myself more."

Można by je podzielić na trzy grupy, choć silnie ze sobą związane. Pierwsza z nich to oczywiście Moon. Wraca we wspomnieniach, snach i napadach szaleństwa (to ostatnie okazuje się może najgorsze w skutkach), prześladuje. Niemal tak samo, jak obsesja śmierci, wywołana nieudaną próbą samobójczą. A do tego dochodzi jeszcze kwestia utraty honoru i ściągniętej na rodzinę o nieskalanej dotąd reputacji hańby. BZ, chcąc się od tego wszystkiego uwolnić, wybiera jako kolejne miejsce pracy Czwórkę - zapyziałą dziurę, tonącą w biurokracji, łapówkach i przekrętach. Miejsce tak kosmopolityczne, że aż nieznośne. Liczy bowiem na to, że jeśli rzuci się w wir pracy, nie będzie miał czasu na myślenie. Ale to nie jest takie proste i w końcu świetnie zapowiadający się oficer zaczyna popełniać fatalne błędy, a spotkanie ze starszymi braćmi pieczętuje sprawę. Od przeszłości nie da się uciec - trzeba się z nią zmierzyć, nawet jeśli BZ początkowo nie zdaje sobie sprawy, że wyprawa na Koniec Świata w poszukiwaniu zaginionego rodzeństwa, do tego właśnie doprowadzi.

I tu kolejna rzecz, której się bałam i w przypadku której wynik wynosi 1:0 dla Vinge. Przestraszyłam się bowiem, że World's End poszybuje nieubłaganie w kierunku psychoanalizy. Otóż nie. Jeśli BZ wspomina ojca, to nie dlatego, że ten zabronił mu kiedyś jeść czerwone cukierki i w związku z tym inspektor składa teraz ubrania na trzy. Nic z tych rzeczy. Wszystkie odwołania, retrospekcje i refleksje odnoszą się w gruncie rzeczy do dalszego pozbywania się złudzeń, służą zdejmowaniu warstw hipokryzji, patrzeniu na własne decyzje z dystansu i dochodzeniu do różnych - w większości niewesołych - wniosków.

Czepy i czepki

 Only death is perfect.

Oczywiście, że jest się czego przyczepić. Wydaje się, że główny błąd, jaki popełniła Vinge tkwi już w samym założeniu. Jakkolwiek mi się spodobało, to trudno uwierzyć, że w niektórych momentach BZ chciał - czy wręcz był w stanie - kontynuować tworzenie dziennika.Co prawda na samym jego początku znajduje się sugestia, że rejestrowanych słów nie trzeba wypowiadać, że urządzenie przetwarza jakoś myśli na nagranie dźwiękowe, ale i tak czasem budziło to moje wątpliwości. Pewną wskazówkę daje może narracja - gdy dziennik jest jeszcze w miarę "normalny", uporządkowany, jest prowadzona w czasie przeszłym; gdy nastaje chaos, pojawia się czas teraźniejszy. To może sugerować sposób nagrywania, ale nie przekonuje mnie do końca. Choć przyznać też należy, że kiedy jest naprawdę źle, narracja wraca na moment do trzecioosobowej.

Nie obyło się też bez paru potknięć w sferze wczuwania się w postać męską, postać Techa w dodatku. Pisałam o kilku kwiecistych wejściach. Ale nie tylko o nie mi chodzi. Wydaje mi się bowiem, że ktoś taki powinien w swoich dziennikach więcej miejsca poświęcić szczegółom technicznym sprzętu, zwłaszcza, że zaciąga się do ekspedycji jako mechanik. I owszem - poszukiwanie części zajmuje dość sporo czasu antenowego, tak jak łażenie po rafinerii i opisy napraw, ale wydaje się przynosić za mało specyfikacji, może nieistotnych fabularnie, choć mogących korzystnie wpłynąć na ogólną stylizację. Podobne zastrzeżenia mam do momentu, w którym BZ orientuje się, że ma do czynienia z efektem Dopplera. Zajmuje mu to całe dwa akapity rozmyślań, podczas gdy ja - teoretycznie mniej obcykana w tych kwestiach - wpadłam na rzecz od razu. I cóż, może to kwestia zmęczenia i szaleństwa (to już ten etap), w końcu Gundhalinu zalicza kilka poważnych zaćmień (ostatnia zapisana w dzienniku rozmowa z braćmi), ale jednak mnie uderzyło.

Jedno natomiast nie ulega wątpliwości - Vinge nie powinna bawić się w sceny łóżkowe. Po raz kolejny udało się jej zamordować niezwykle ważny epizod erotyczny. Tym razem nie morświnami, ale utartymi zwrotami i rozwlekłością. Owszem, wiem, że dałoby się to wytłumaczyć marnymi zdolnościami literackimi BZ w tej kwestii, ale po co, skoro z innych tomów (a zwłaszcza z ostatniego) wiadomo już, że akurat ten element nie jest najmocniejszą stroną tej autorki? No szkoda, że to popsuła, bo to jedna z dwóch kluczowych dla pewnego wątku scen. W dodatku mogła być bardzo mocna.

Nie jest też tak, że akcja jakoś niesamowicie wciąga, zwłaszcza mnie - znałam przecież zakończenie. Nie zawsze jest dynamiczna i jeśli ktoś oczekuje przygodowej sf, może się rozczarować. Tutaj większość dzieje się w głowie narratora.

World's End a pozostałe części

And then it ends. It always ends. Because it was never real, goddamn it! It was always a dream - even while it was happening. It could never have lasted. Her life was becoming a part of history, and I was nothing but a footnote. I knew it then, in my mind if not my heart. That's why I left her [...] Their love had been an aberration, born out of need. If he had stayed on Tiamat it would have melted away like the snow beneath the rising sun of summer. Their worlds, and their minds, had been too many light-years apart.
He would have been as wrong to stay as he had been wrong to leave...
He had put off the meaningless honors, the public displays of adoration, for as long as possible, using his wound and his weakness as excuses. But he had spent the hard-won privacy of his convalescence working obsessively, trying to put what was left of his personal life in order before he became public property forever.
He knew what he would see if he faced himself in a mirror; he had not gone near one since his release from the hospital. But he had endured far worse things than his own reflection too recently to let it bother him, or stop him. There had been no time for weakness, or pain, or doubt... there never would be again.

Czy trzeba czytać? Nie, nie trzeba. Sama połapałam się w Królowej Lata bez znajomości drugiego tomu dość łatwo, choć pewne szczegóły zajścia wychodzą późno, pod koniec Zmiany. Natomiast na pewno warto. Nawet, jeśli wcześniej nie czytało się książek po angielsku. Sama nie mam w tej kwestii szerokiego doświadczenia, a jednak lektura zajęła mi dwa dni. Rzecz nie jest ani przeraźliwie długa (jak pozostałe tomy, a zwłaszcza Królowa Lata), ani bardzo trudna - co zapewne widać na przykładzie zamieszczonych cytatów.

Powody do lektury są co najmniej dwa. Pierwszy taki, że to zwyczajnie kapitalna powieść, fundująca kaca, skłaniająca do myślenia, bardzo niepokojąca. Drugi dotyczy odbioru Królowej Lata - a częściowo także Królowej Zimy. Nie tylko obraz samego świata i BZ jest pełniejszy. Pełniejszy jest także wgląd w warstwę znaczeń i symboli, myśli przewodnich. Inaczej - z czysto psychologicznego czy fabularnego punktu widzenia - patrzy się na niektóre późniejsze wydarzenia. Jasne stają się pewne zachowania Gundhalinu, dziwne dla tych, którzy pamiętają go jedynie z pierwszego tomu. Jasna staje się surowość, z jaką ocenia sam siebie. Rumieńców nabiera wątek odzyskiwania posiadłości, i tak dosadna scena w kaplicy zyskuje więcej mocy, a miłość BZ do Moon okazuje się... trochę inna niż można by przypuszczać.

Oczywiście Gundhalinu nadal pozostaje postacią bardzo pozytywną, choć podszyty osobistymi demonami zyskuje głębi. Po lekturze World's End patrzy się na niego trochę inaczej. Widać potem, ile wysiłku kosztuje go niekiedy utrzymanie moralnego pionu, jak bardzo boi się wykonać krok za daleko, by znów nie wpaść w łapy swojej ciemnej strony, jak bardzo pilnuje, by impulsywność i zmysłowość - cechy potępiane przez Kharemougi - nie przejęły nad nim kontroli. Wciąż powracają te same pytania, w tym jedno dręczące go szczególnie: czy robi to, co robi dla "większego dobra", czy po prostu z namiętności do Moon?

Kilka uwag na koniec

"She wants you," Goldbeard says, almost resignedly.
Of course she wants me.

Cóż na koniec? Może tyle, że jeśli raz jeszcze ktoś w moim towarzystwie stwierdzi, że fantastyka jest głupia, obiecuję gromko się roześmiać, a nie ograniczać się - jak do tej pory - jedynie do kosych wejrzeń. Książka jest po prostu kapitalna sama w sobie i polecałabym ją do lektury nawet poza cyklem, gdybym wiedziała, czy będzie wówczas zrozumiała. Chyba jednak niekoniecznie i nie całkiem, choć retrospekcji znalazło się tu sporo. Recenzując Królową Lata pisałam też, że jeśli komuś nie podobała się Królowa Zimy albo zwyczajnie nie znosi wątków romansowych, nie ma się nawet zastanawiać, tylko skreślić z listy. W przypadku World's End jest inaczej. To część zupełnie inna niż tamte, mająca - może poza retrospekcjami z Moon - niewiele wspólnego z romansem. To po prostu porządna powieść psychologiczna, choć w fantastyczno-przygodowym kamuflażu.

Zastanawiałam się też, skąd tak skrajne opinie na temat cyklu - przetaczające się od rozczarowania, przez obojętność aż do uwielbienia - i chyba mam odpowiedź. Ale o tym może kiedy indziej, w jakiejś notatce o oczekiwaniach wobec fantastyki i czytelniczych przyzwyczajeniach w ogóle.

I tak - I want him ;)