sobota, 18 czerwca 2011

Polonistyczności, cz. 5 - szkoła dysfunkcyjna

Ukradzione z...
Na samym początku wypada ustalić jedną bardzo ważną rzecz - dysleksja istnieje. Nie jest, jak chcieliby niektórzy, wyłącznie wymysłem nadopiekuńczych rodziców i chcących na nich zarobić terapeutów. To schorzenie, które ma często źródło w mikrouszkodzeniach odpowiednich obszarów mózgu, a skoro zostało rozpoznane, dlaczego udawać, że go nie ma i nie leczyć? Wiem, że wokół tego problemu narosło wiele niezdrowych emocji, ale wynikają one głównie z tego, co stało się później i może watro przyjrzeć się tej kwestii bez nich.

Kłopot pojawia się bowiem już w samym podejściu do dysleksji. Wszytskie jej odmiany można zaleczyć. Trzeba tylko chcieć, a w późniejszym życiu uważnie się obserwować i śledzić wszelkie oznaki remisji. Wiem, co mówię, gdyż mam "papiery". Z tym, że nikomu - poza polonistką, która x lat temu wysłała mnie do poradni - ich nie pokazywałam. Zawzięłam się, zainteresowałam zagadnieniem i dziś jestem na studiach, na których takie schorzenia powinny mnie z miejsca dyskwalifikować. Jasne - nie jest różowo. Bywają bardzo złe okresy, kiedy problem stanowi dla mnie nie tylko pisownia tzw. słów z trudnościami ortograficznymi, ale nawet odróżnienie od siebie "p" i "b" czy skończenie wyrazu bez połknięcia sylaby ze środka. Ludzie, którzy nie wiedzą o niczym rechoczą dziko na widok "żadko" lub "spłóczki", a ja się czerwienię i palę ze wstydu. Bo wcale nie uważam, by jakiekolwiek papiery zwalniały mnie z poprawnego pisania. To mój problem i to ja mam za zadanie pracować nad sobą.

Niestety, to wymaga cierpliwości i regularnych ćwiczeń, nie tylko w pisaniu "trudnych słówek" albo czytaniu na głos, bo dysleksja siedzi znacznie głębiej, jest upośledzeniem funkcji wchodzących w skład skomplikowanych procesów, jakimi są pisanie, czytanie i liczenie, a nie tylko tym, co widać. W moim przypadku np. chodzi o lateralizację skrzyżowaną, czyli naprzemienną dominację poszczególnych stron ciała, co powoduje, hm... nietypowe włączanie się półkul mózgowych. W trudnościach z pisaniem często udział biorą mikrouszkodzenia nerwów odpowiedzialnych za ruchy gałek ocznych itp. Trzeba rozpoznać problem i odpowiednio się do niego zabrać, uwzględniając predyspozycje osobnicze, tzw. typy inteligencji, sposoby zapamiętywania i inne czynniki.

Problem polega na tym, że dysleksja jest także wygodną wymówką, zwłaszcza w czasach, kiedy dużo się o niej mówi. Powoduje to falę fałszywych oświadczeń, opłaconych w poradniach przez rodziców, którzy chcą oszczędzić swoim dzieciom jedynek, a w rzeczywistości fundują im popisową lekcję chodzenia na skróty po życiowych ścieżkach. Wynika z tego przerażająca, choć zafałszowana statystyka - zdarzają się klasy i z pięćdziesięcioprocentową skutecznością, jeśli tak to można nazwać. 

Także nauczycielom nie chce się niczego z tym robić. W jednej z klas podstawówkowych miałam kilka osób z papierami. Ciekawa, jak ocenia się je w tej konkretnej szkole, zapytałam polonistki, a ta machnęła ręką i powiedziała: "E, po prostu postaw ocenę wyżej, niż wychodzi." Nie miała zatem żadnego znaczenia zawartość merytoryczna pracy, ani to, że jak na osoby z dysortografią, uczniowie ci popełnili relatywnie mało błędów i na tle reszty wypadli wprost rewelacyjnie. Oczywiście, chciałabym wierzyć, że był to efekt wytężonej pracy, a nie kupionego oświadczenia, które stało się po prostu przepustką do lepszych ocen.

Są także dobre przykłady. Osób z dysleksja nie można oceniać tak, jak innych, bo jest to dla nich najzwyczajniej krzywdzące (treść na 6, błędy obniżają wartość pracy, 3-) i niewiele mówi samym zainteresowanym, ale to nie oznacza, że można od nich mniej wymagać, zwłaszcza, że są to często dzieciaki o ponadprzeciętnej bystrości. Trzeba po prostu wyznaczyć inne kryteria, a pracę nad sprawiającą trudność umiejętnością kontrolować i ewaluować osobno.

Tylko trzeba chcieć. I chcieć musi rodzic, nauczyciel i - przede wszystkim - dziecko. Z tym, że dziecko nie dostrzeże wartości powolnej pracy nad sobą, jeżeli zabraknie mu wsparcia.

Dopisek:

...bo jednej istotnej kwestii terminologicznej nie wyjaśniłam. Pewnie to wiadome wszystkim, ale dodam dla porządku. Termin "dysleksja" używany jest w dwóch znaczeniach:
1. problemy z czytaniem,
2. ogół specyficznych problemów z uczeniem, a więc dysleksję w znaczeniu szczegółowym, dysortografię, dyskalkulię i wszelkie inne dys-.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz