środa, 15 czerwca 2011

Hans Zimmer - "King Arthur"

Przyznam się bez bicia, że lubię muzykę Zimmera. No tak. Lubię patos, chóry, dużo,  ale to dużo instrumentów i nie przeszkadza mi nawet wrażenie, że gdzieś to już słyszałam. Od muzyki filmowej nie wymagam oryginalności, a klimatu. A soundtrack do Króla Artura go ma. I to naprawdę sporo.

Wydaje mi się, że kompozycje przeszły trochę bez echa, pewnie dlatego, że film fatalny. I tak dzieło, lepsze nawet od Gladiatora, niepodparte jednak równie dobrym obrazem, utonęło w gąszczu innych propozycji. Zdobyło jednak swoich wiernych fanów, a ja z pewnością do nich należę.

Tytułem mięska

Zaczyna się tak średnio, bo piosenką wykonywaną przez Moyę Bernnan: Tell me now. Niby trudno się tu czegoś konkretnego przyczepić, ale jednak Zimmer dość wyraźnie drepcze po swoich śladach i w tym konkretnym przypadku zaczęło mi to przeszkadzać. Znów zaangażował niebanalny głos zaangażowany w tworzenie niszowej muzyki (choć i dla Lisy Gerrard znalazło się miejsce, o tym później), znów napisał coś odbiegającego od stereotypowej filmowej balladki, którą bez trudu mogłaby wykonać Rihanna albo inna Doda, i znów brzmi to tak samo. Poza tym nie lubię piosenek na początku. Nie i już, nie przekonam się. Fakt faktem, że refren - stanowiący kanwę dla pozostałych kompozycji - jest przepiękny, liryczny i łatwo zapadający w pamięć.

Wraz z Woad to riun zaczyna się jednak prawdziwa radocha. Ja wiem, to też brzmi prawie tak samo, jak. inne ścieżki Hansa. Ale brzmi cudownie. Zwłaszcza podoba mi się druga, "dzika" część utworu, gdzie ogromne pole do popisu otrzymują kotły i piszczałki, które wprost uwielbiam. Oraz bardzo Zimmerowskie zakończenie. I tak, jest on bardzo długi. Mnie to odpowiada. Wolę mieć na płycie pięć utworów po dziesięć minut niż dwadzieścia po trzy. Przy okazji Do you think I'm a saxon pozostajemy w tej dzikości. Klimatyczne to niesamowicie, choć momentami zbyt słyszalna elektronika. Tyle że ja mam fioła na tym punkcie. Nie lubię słyszeć komputera, który udaje, że nim nie jest (o czym wspominałam już przy okazji recenzji The Score). Hold the ice wprowadza spokój i liryczną atmosferę. Po szybkim tempie poprzednich utworów jest to bardzo miła odmiana, choć także tu nie brak przecież dramatyzmu. Another brick in the Hadrian's  Wall to właściwie kompilacja wszystkich poważniejszych motywów, pojawiających się na ścieżce. Acz przyjemne. Acz nie moje ulubione. Ulubione następuje po chwili w postaci Budget meeting. No to jest po prostu rzecz czochrająca, miażdżąca i wbijająca w fotel, z szalonymi partiami instrumentów dętych i cudownymi chórami. Dzikość i grozę początku równoważy bardzo liryczna, choć niepozbawiona tempa i dramaturgii druga część. Cudeńko. Na koniec dostajemy All of them - piękne podsumowanie całości. I jedyne, do czego można mieć żal to fakt, że choć utwory są długie, to sama płyta nie za bardzo. Kończy się za szybko. Dla spragnionych istnieją jeszcze na szczęście wersje alternatywne, między innymi utworu Budget meeting. Sama nie mogę zdecydować się, która lepsza, najchętniej zmiksowałabym obie.

Tytułem podsumowania

Gdybym miała w jakiś sposób tę płytę podsumować, prawdopodobnie bym poległa. Dlatego po prostu zachęcam do przesłuchania i pozwolenia sobie na podryfowanie w świat emocji, których w utworach nie brakuje. A dzięki temu, że film jest nijaki i nie zapada w pamięć, przyjemności z uruchamiania wyobraźni nie psują żadne narzucające się ujęcia.

Dodatkowe utwory (nie ma ich na standardowym albumie)

1. We will go home - krótka piosenka łącząca się z...
2. Sorrow - wspominałam, że znalazło się miejsce dla kontraltu Lisy i oto proszę, jak pięknie brzmi.
3. Budget meeting - wersja alternatywna.
4. Remember my face (część Budget meeting) - wersja alternatywna

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz