sobota, 14 maja 2011

Różowożerna naga bogini, lateks i defekacja

Nie ulega wątpliwości, że trafiłam na Starszych bogów państwa Eddginsów kilkanaście lat za późno. Jestem na tę książkę stanowczo za stara i już. Ale zamiast od razu rzucić ją w kąt, podjęłam wysiłek podróży w czasie i próbowałam przeczytać tę pozycję tak, jakbym była jeszcze dzieckiem, ewentualnie raczkującą nastolatką. Problem w tym, że wyniki i tak były marne. Tak marne, że w pewnym momencie i tak do głosu doszła dzisiejsza Kruffa, kiedy uznała, że eksperyment nie ma sensu.

Z ręką na sercu przyznam się, że nie czytałam niczego, co David napisał sam, a akurat w tej powieści czuć wyraźne wpływy kobiecej wyobraźni, więc może będę trochę niesprawiedliwa. Ale jednak ktoś to wydał. Ktoś trzepie na tym kasę, więc litości mieć nie będę.

Złe złego początki
Zaczyna się wszystko Prologiem, który - jak to prologi - potrafi nieźle zmęczyć, choć liczy sobie zaledwie kila stron. Dwie i pół, jeśli mnie pamięć nie myli. Ale to dwie i pół strony męki. Autorzy zarzucają czytelnika masą niepotrzebnych - jak się okazało później - informacji, w gąszczu których te potrzebne zupełnie giną. Starsi bogowie rozpoczynają wielotomowy cykl, więc może miała być to zaliczka na poczet kolejnych części, ale kto przyswoiłby to na tyle, by pamiętać wszystko podczas lektury piątej książki z serii? Może będę brutalna, ale to błąd, który popełniają początkujący grafomani (do których się zaliczam), a który nie powinien przytrafić się autorowi światowych bestsellerów.

Ale trudno. Prolog się nareszcie skończył, wzięłam głęboki oddech i przeszłam do pierwszego rozdziału. Po początkowych zdaniach japa mi się uśmiechnęła, bo były one... dowcipne. "A więc to nie jest na serio!" - ucieszyłam się. Tylko że jeszcze na tej samej stronie zaatakowały mnie - uwaga, Panie i Panowie - różowe delfiny. Mało tego - były to delfiny gadające, wesolutkie, ociekające wprost słodyczą i obdarowujące wszystkich bezinteresowną miłością. No przepraszam, ale rzygać mi się zachciało. To by mnie przerosło nawet kilkanaście lat temu.

Rzeczonym zwierzątkom towarzyszyła zresztą bogini, która - a jakże! - chodziła nago i żywiła się światłem, z czego najbardziej lubiła różowe. Dałam jej szansę, bo wydawała mi się mimo to sympatyczna, taka niefrasobliwa, trochę narcystyczna. Zawiodłam się niestety, bo później bohaterka traci cały urok i zamienia się w histeryczkę, której zachowania naprawdę trudno uzasadnić. W dodatku opinia narratora zupełnie rozjeżdża się z obserwacjami czytelnika.

Świat o stopniu skomplikowania cepa
Nasza bogini ma zresztą rodzeństwo. Trójkę. Czyli - o, Kapitanie Oczywistość! - jest ich czworo, dwie siostry i dwóch braci. Ktoś zgadnie, jak zatem został podzielony między nich świat? Ależ jasne! - według kierunków. Na środku wyspy czai się z kolei Wielkie Zuo o jakiejś niewymawialnej nazwie zawierającej oczywiście "v" i "sh". Nikt nie wie skąd się wzięło i jak wygląda. Wiadomo jedynie, że wyrabia (tak, wyrabia) sobie wielką, straszną armię i chce zniszczyć świat, ot tak. Nie spoiluję, to jest w prologu.

Toż Kruffa, nie chwaląc się wcale, w wieku lat jedenastu stworzyła bardziej skomplikowaną krainę, w jakiej dodatku zło było złe, bo bało się jeszcze większego zła, które zresztą nie chciało nikogo niszczyć, tylko sobie było. Szczególnie odkrywcze to nie jest, ale jednak bardziej złożone. Może dlatego eksperyment się nie udał. Może powinnam cofnąć się jeszcze dalej.

A, i jeszcze jedno. Wiecie, jak autorzy rozwiązują kwestię tego, że bohaterowie mówią różnymi językami (chwała, że to w ogóle zauważyli)? Jeden z bogów załatwia to swoją boską mocą. Dar Języków normalnie.


O konsekwencjach wpuszczania kota na klawiaturę
Trudno jest mi przypomnieć sobie jakiekolwiek imię występujące w tej powieści. Wiem jedynie, że były wyjątkowo nieudane i kiedy wysilam jednak mózgownicę, przychodzą mi do głowy dwie nazwy, tyle że przekręcone. Lateks (zdaje się, że od wioski Lattash, czy jakoś podobnie) oraz Nasram (Nasaram?). Konsekwencje wpuszczania kota na klawiaturę zawsze były przykre. Nie jestem straszną przeciwniczką wymyślania nazw, ale to tego trzeba mieć wyczucie, którego w tym przypadku zabrakło.


A może jednak coś dobrego?...
Niestety nie. Wymieniłam zarzuty, jakie mam wobec Starszych bogów jako fantastyki, ale jako po prostu literatura także się nie bronią. To jest źle napisane i niektórych rzeczy nie można zrzucić nawet na tłumacza (właściwie mogłam sobie zanotować, kto tłumaczył...).

Po pierwsze - działania bohaterów rozjeżdżają się z tym, co twierdzi narrator. O tym, że jedna z bohaterek zachowuje się inaczej niż zwykle nie świadczą bynajmniej ani jej słowa, ani czyny, tylko kilka niby-dramatycznych zdań. Tak jak o tym, że ktoś jest chciwy, a ktoś inny mądry.

Po drugie - coś, czego szczególnie nie lubię, czyli dialogi, w których bohaterowie wyjaśniają sobie rzeczy dla nich oczywiste. W dodatku dialogi drętwe i tak nienaturalne, że aż skóra na karku cierpnie. Mogłabym to zwalić na tłumacza, gdyby nie fakt, że ta sztuczność wynika między innymi z długości zdań i odzywek w stylu "ale nie traćmy czasu na nieważne sprawy" itp. Oni naprawdę brzmią jak dziewiętnastowieczny narrator (nie, żebym miała coś do dziewiętnastowiecznych narratorów. O ile, rzecz jasna, są narratorami).

Po trzecie - skrótowość.

Po czwarte - mentalność ula. Ten lud jest mężny, a tamten chciwy. Koniec kropka.

Po piąte - zupełny bark pojęcia o tym, o czym się pisze. Przedstawienie działań wojennych było tak porażające, że naprawdę odechciało mi się nawet śmiać. Ja rozumiem - książka jest skierowana do młodego czytelnika (choć czasem odnosi się wrażenie, że miało być zgoła inaczej, tylko nie wyszło) - ale pewna przyzwoitość pisarska obowiązywać powinna. Że rewelacje natury geologiczno-meteorologiczne pominę.

Zdecydowanie nie polecam, nawet bardzo młodym czytelnikom. Strata czasu. No, chyba że czytać o jako doskonały podręcznik o tym, jak nie pisać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz