czwartek, 26 maja 2011

"Piraci z Karaibów - Na nieznanych wodach", czyli o tym, że jaskółki nie tak znowu nisko latają

Konkurencyjna recenzja, a co! A nawet nie recenzja, jedynie kilka luźnych uwag pisanych na świeżo, tuż po seansie.

Po pierwsze, myślałam, że będzie gorzej. Pamiętam przecież, co się stało z Indianą. A było... fajnie. Tak, fajnie to dobre słowo. I nie wetknięto we wszystko kosmitów, co wobec mojej traumy jest ogromnym plusem ;)

Niemniej fabularnie wszystko składało się do kupy znacznie lepiej niż w części trzeciej, uniknięto także nadmiernego zaplątania intrygi, co zdarzało się wcześniej i skutkowało tym, że wszyscy walili się po głowach i nie do końca było wiadomo dlaczego. Nie było tak zabawnie, jak w Skrzyni Umarlaka (sceny z wyspą ludożerców są głupie, a mimo to bezbłędne), ale to wcale nie szkodzi, bo Piraci... podryfowali jakby bardziej w stronę kina przygodowego, jednak bliższego wątkom pirackim. Nie trzeba się zarykiwać ze śmiechu, żeby dobrze się bawić.

Szkoda natomiast, że film wyświetlany jest tylko w technologii 3D, bo to zupełnie niepotrzebne. Tak jak niepotrzebne były tak rozbudowane sekwencje walk i pościgów. Zresztą durne do potęgi. I nie za bardzo odkrywcze. Zestaw starych gagów znanych nie tylko z Piratów..., ale też z innych filmów komediowo-przygodowych. Średnio podobały mi się też zombiaki. Miały dodać chyba upiorności postaci Czarnobrodego, ale jakoś tak marnie wyszło.

W ogóle Ian MacShane trochę mnie zawiódł w tej roli. Niby wszystko było, jak należny, a jednak zabrakło jakiegoś błysku, czegoś takiego, ja wiem... czegoś, co miał w sobie Barbossa. Inaczej tego nie nazwę. A może miałam po prostu za duże oczekiwania. A może dano tej postaci za mało pola do popisu. Z drugiej strony koniec wątku był świetny, konsekwentny. I jednak czuło się magnetyzm.

Natomiast Penelopka bardzo mi się podobała z tym swoim akcentem i atakami furii, podczas których nawijała po hiszpańsku. W ogóle postać została napisana dość wiarygodnie. Na pewno bardziej kobieco, niż panna Swann. Zwykle nie przywiązuję się do bohaterek kobiecych w filmie, ale tym razem szczerze kibicowałam Angelice, choć miałam ogromne obawy w związku z wątkiem.
Nie było ani Elżbietki, ani Legolasa i to ogromny plus. Funkcję postaci, które są po to, żeby sobie popatrzeć przejęli: syrena i... duchowny. No przecież on nie przez przypadek robił striptiz w tej dżungli ;) Na wątek  misjonarza jednak nie narzekam, momentami zabawny, zapewniał też dostawę emocji innej natury, wypełniając pakiet, jakim powinien dysponować film rozrywkowy. Raczej nie dostrzegłam tam wielkich tendencji moralizatorskich.

No co ja jeszcze mogę mądrego napisać?... Fraa napisała, ja się ograniczę do tych wrażeń ;) Bo co do samego Sparrowa się z nią zgadzam, co do Barbossy takoż. Może tylko dodam jeszcze, że syrenki mi się bardzo podobały - te w wersji wrednej. I Judi Dench w swojej epizodycznej rólce.

Froowa recenzja, bo zapomniałam^^  KLIK

4 komentarze:

  1. W ogóle ta cała scena z syrenkami, wabienie ich i próba złapania - moim zdaniem naprawdę miodna. Klimatem zbliżone do niektórych momentów "Klątwy Czarnej Perły". Syrenki były spoko. :)

    No fakt, fakt - Czarnobrody mógłby pograć więcej. Tutaj nie miał jak się wykazać, bo w sumie nie był postacią pierwszoplanową. A szkoda. I Ulv zwrócił uwagę na jedną rzecz: McShane w "Deadwood" chyba wcale nie grał - on po prostu taki jest. :D W sumie... Tutaj też był parszywą, budzącą grozę mendą. ^^

    Angelica była dokładnie taka, jaka być powinna. :) To mi się podobało - nie wiem, czy rola była pisana specjalnie dla Cruz, czy nie, ale efekt wyszedł bardzo satysfakcjonujący, choć fanką tej pani nie jestem.

    A najlepsza rzecz - ja oglądałam w 2d! :D W "naszym" kinie są seanse zarówno w czyde, jak i normalne. W przeciwieństwie do "Księdza", na którego w końcu pójdziemy na 3D, bo inaczej się nie da. :(
    A "Piraci..." naprawdę nie potrzebują trzydowatości do bycia fajnym filmem. Szybko, ładnie, kolorowo jest i bez tego. (zapraszamy do nas! :D )

    Ach, zombiaki... Zombiaki mogłyby być fajne, ale no... w sumie przemknęły dość niezauważenie. Człowiek wiedział tyle, że one są. I że są kooooszmarnie wolne (scena jak ksiundz robi szparę w akwarium syrenki, a zombiak... patrzy? Litości...). Z drugiej strony, jakby chcieć jakoś podkreślać jeszcze Czarnobrodego i zombiaki, to pewnie główny wątek by uciekł i by się zrobił burdel na kółkach jak w trójce. :)

    I powiedz mi: czy Londyńczycy nie są trochę apatyczni? Sparrow skacze im na głowy, a oni nic.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj taaak, scena ataku syrenek... Piękna plastycznie, dynamiczna i po prostu fajna, choć Jack na tle wybuchającej latarni był mocno przegięty.

    I pewnie masz rację, że gdyby więcej uwagi poświęcić Czarnobrodemu i zombiakom, to by się wszystko rozjechało. No i wolne były - fakt. Nie tylko w scenie z syrenką. Podczas buntu na Zemście Królowej Anny też się niespecjalnie sprawdziły. Chociaż tekst, że Czarnobrody w wolnych chwilach zajmuje się ożywianiem trupów był bardzo sympatyczny w kontekście, w którym padł :)

    Też nie wiem, czy rola była dla Penelopki, ale tak to wyglądało. Nikt inny nie mógłby tego zagrać i już ;)

    Londyńczycy są apatyczni i gamoniowaci (dwóch żołnierzy wpadających na siebie... no, sorry, ale jak dotąd to się zdarzało chyba tylko francuskim policjantom w Taxi).

    OdpowiedzUsuń
  3. A, zapomniałam - Barbossa jako korsarz XD Wymiótł i wykosił XD

    OdpowiedzUsuń
  4. Barbossa jako nowobogacki mnie pokonał XD

    Ja chcę filmu o Czarnobrodym!!!

    OdpowiedzUsuń