środa, 11 maja 2011

Katol na tropie - muzyka sakralna i... no, taka trochę mniej sakralna

Wreszcie ruszam z tematami orbitującymi wokół katolicyzmu, choć może nie zaczynam szczególnie efektownie. Z góry też zaznaczam, że imprimatur mi nie przysługuje ;) W związku z tym pod spodem wyrażam tylko i wyłącznie swoje zdanie.

Może zacznę od tego, że zacytuję fragment posta, od którego zaczęło się rozmyślanie o rozpoczęciu pisania takich postów. To wprowadzi temat i uporządkuje mi tekst:

Kawiarce czasem trudno uwierzyć, że Umberto Eco nie pisał Imienia Róży wspomagając się obserwacją polskich katolików. Przecież to właśnie tutaj, w kraju nad Wisłą, pokutuje najwyraźniej opinia, że śmiech upodabnia człowieka do małpy. A idąc dalej – że w ogóle jakakolwiek radość w życiu religijnym jest wielce niewskazana. Wystarczy spojrzeć na pieśni religijne: począwszy od kolęd, a na śpiewach za zmarłych kończąc. Ksiądz jęczy, wierni mruczą. Całość brzmi tak depresyjnie, że człowiek po powrocie z kościoła ma ochotę się pochlastać. Swoją drogą, jest tu pewna ciekawa niekonsekwencja – bo oczywiście teksty pieśni są bardzo zróżnicowane, ale śpiewa się je zawsze tak samo. A więc Cicha noc jest utworem przygnębiającym bardziej niż Szomorú vasárnap, a Jużeś opuścił tę łez dolinę sprawia wrażenie, jakby żywi mieli za złe zmarłemu, że jego dusza ma czelność być szczęśliwa.
Fraa nie zamierza wskazywać nikomu, w co i jak powinien wierzyć, ale dla kawiarki dużo bardziej logiczny jest gospel od tego rodzimego pojękiwania. W końcu Chrystus zbawił ludzkość, tak? Ewangelia to Dobra Nowina, tak? Dlaczego więc tak się umęczać wymrukiwaniem tych wszystkich smętów? Tego Fraa nigdy nie pojmie.
Od razu też zdradzę inne źródło tego konkretnego posta, a była nim rozmowa ze znajomym protestantem i pewną katoliczką na temat właśnie muzyki religijnej. Po tym jak wyraziłam swoje zdanie, zapytał mnie, czy to, że ludzie są ze sobą razem i dobrze się bawią nie jest dla mnie modlitwą. Odpowiedzi łatwo się domyślić.

Hopajmy na cześć Pana!
Żeby było jasne - oczywiście katolik powinien żyć tak, by wszystko, co robi stanowiło modlitwę, czyli "podobało się Bogu". Muzyka sakralna stanowi jednak bezpośrednie zwrócenie się do Niego (lub któregoś ze świętych), tak samo jak owe sławne "formułki". To wymaga z kolei pewnej powagi i stosowności wynikającej po prostu z szacunku. Poziom tej powagi jest oczywiście dostosowany do możliwości modlącego się i dlatego piosenki dziecięce różnią się od pieśni, choć te pierwsze są przecież nowym i może nie najlepszym wynalazkiem. Wynika to bezpośrednio ze zmian w samej duchowości, która przechodzi od czysto emocjonalnej, do bardziej "rozumowej". Tak przynajmniej dziać się powinno, a nieprzystawalność teorii do praktyki to inna kwestia. Może w innym modelu duchowości - modelu właśnie protestanckim - wystarczą same emocje, ale zawsze miałam nieodparte, być może krzywdzące wrażenie, że oni jednak zatrzymują się na pewnym etapie. To wnioski z moich własnych obserwacji i rozmów z duchownymi Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, wyznawcami baptyzmu i innymi, których szczegółowej przynależności niestety nie znam. Nie wiem, jak ma się do tego literatura fachowa, że tak to ujmę, ale mnie wydaje się, że pogoń za odcięciem się od katolicyzmu doprowadziła do tego, że protestantom pozostało jedynie puste naczynie. Może kiedyś rozwinę wątek - jeśli doczytam, bo nie chcę pleść bzdur.

Oj, dana-dana, Maryjo kochana!
Zupełnie innym problemem jest jakość pieśni. Wspomniana "Cicha noc" to przecież koszmarek, który - jak głosi legenda - powstał w jedną noc. Większość z tego, co śpiewa się w kościołach, to twory ludowe, nie najlepszej próby i zawierające w dodatku błędy teologiczne ("daremny Twej męki trud"). Jakby tego było mało, wykonuje je chór głosów niemłodych, którym lata podarowały już naturalne wibrato. Bo nie oszukujmy się - średnia wieku wiernych na mszach (nie wspominając już o nabożeństwach nadobowiązkowych) waha się w okolicach siedemdziesiątki. Trudno wtedy zaśpiewać przysłowiowe niemal "Wesoły nam dzień dziś nastał", które ma piekielnie wymagającą melodię tak, by nie zabrzmiało jak marsz pogrzebowy. Sytuacji nie poprawia też fakt, że ludzie często nie rozumieją tego, co śpiewają. Słynne są już wersy "bracia, patrzcie - jenot!" czy moje ulubione "Maryja śliczna ino po kolanach". A istnieje alternatywa, naprawdę. Zamiast po raz setny klepać prześladujące chyba każdego, kto uczestniczył w uroczystości Pierwszej Komunii Św. "Pan Jezus już się zbliża", można wykonać hymn św. Augustyna ("Zbliżam się w pokorze...") i już jest lepiej, ładniej artystycznie i mocniej teologicznie.

Hej-ho! Przyjmę Twoją Łaskę!
Powyższy nagłówek to cytat. Serio. Tak głęboki tekst towarzyszy wielu tak zwanym "pieśniom młodzieżowym", w tym także tym, które - za pośrednictwem muzyki gospel - weszły do repertuaru katolickiego. Bo nie ukrywajmy - teksty utworów gospel są ubożuchne, że aż hula wiatr.

I tu pojawia się problem gimnazjalnych przeważnie schol. Czasem odnosi się wrażenie, że posiadanie w rozpisce mszy młodzieżowej to punkt honoru dla każdego proboszcza. Wystarczy więc, że pojawi się ktoś potrafiący złapać na gryfie trzy chwyty oraz dziewczątka z zacięciem piosenkarskim i już zakłada się zespół. O który zresztą nikt nie dba, nikt nie przygląda się próbom (o ile się odbywają), repertuarowi czy postawie uczestników względem tego, co robią.

Jeśli chodzi o ten wątek mam w pamięci świeże i traumatyczne przeżycie. Dotyczy ono psalmu, który został zaśpiewany (duże słowo) przez gimnazjalną gwiazdę tak, że włosy stanęły mi dęba i przez chwilę myślałam, że będę musiała wyjść z kościoła, żeby nie zacząć krzyczeć. Połączenie wrzasków, jęków, melorecytacji i uwielbienia dla własnych nieistniejących możliwości wywróciło mi żołądek. A potem zaczęłam się zastanawiać, kto tak niedojrzałą osobę dopuścił do tak ważnej funkcji? Nikt jej nie sprawdził? Nikt nie prosił, żeby się najpierw zaprezentowała w zaciszu jakiejś salki? A jeśli to przeszło - to za czyją wiedzą?

Gimnazjum to trudny wiek, w którym paniątka chcą się podobać, czy to przez makijaż, czy przez efektowne popisy wokalne (które - co tu kryć - dla postronnych są zwykle żenujące) i niech tak będzie. Młodość ma swoje prawa. Wiem też, że tworzenie takiego zespołu może być fajnym życiowym doświadczeniem, pomocą w okresie buntu i czynnikiem układającym światopogląd (neologizm Hitlera brzmi w tym kontekście co najmniej dziwnie, wiem :P ). Do dziś zresztą kontynuuję zadzierzgnięte wówczas przyjaźnie, mimo pozakładanych rodzin, przeprowadzek i różnych perturbacji w sferze duchowej. Jest tylko jedno "ale": ktoś musi nad tym czuwać. Gwiazdki pozostawione same sobie nie tylko niczego się nie nauczą, ale też stworzą kabaretowo-musicalowego potwora.

Sacrum zobowiązuje
Nie mam niczego wobec muzyki chrześcijańskiej sięgającej po wszelkie możliwe gatunki, serdecznie myślę o zespołach koncertujących czasami tu czy tam. Wtedy jest czas i na popisy wokalne, i na podskoki, i na riffy, i na saksofony oraz na wszystko, co tam ludziom do głowy przyjdzie. Na koncertach nie przeszkadza mi nawet gospel, choć to zupełnie nie mój klimat. Ale to nie jest żadną miarą muzyka sakralna. Ona bowiem rządzi się swoimi, surowymi prawami i posiada bogatą, choć niewykorzystywaną tradycję. Liturgia to liturgia. Rozpisana - o czym wielu organistów wydaje się nie pamiętać - co do nuty. Tu nie ma miejsca na ulepszenia i aranżacje, tak samo jak na uproszczenia trudnych zawijasów, bo to modlitwa tak samo skonwencjonalizowana jak owe  darzone  niechęcią "formułki".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz