poniedziałek, 16 maja 2011

"A jak poszedł król na wojnę..."

I znowu recenzja. Ale tym razem nie będzie tak boleśnie. Będzie nawet przyjemnie, bo Kres sprawił mi swoją dwutomową Panią Dobrego Znaku sporo radości, zwłaszcza po Starszych bogach, bo czytałam powieści tuż po sobie.

Nie jest to arcydzieło i pozwolę zaznaczyć sobie to już na wstępie, ale bez wątpienia jedna z lepszych książek fantasy, jakie ostatnio czytałam. Mamy ciekawy świat (Szerń jest już pewnie czytelnikom Kresa znana), grono przesympatycznych bohaterów i zgrabnie podaną, przemyślaną politykę. Zaczynem dla intrygi staje się decyzja umierającego księcia tytułowego Dobrego Znaku - K.B.I. Lewina. Ku rozpaczy jego krewnych okazuje się, że niezwykle dochodową i bogatą puszczę, którą zarządzał, zapisał pewnej niewolnicy, którą wcześniej poślubił. Powstaje wielkie poruszenie, zaczynają się niesnaski i procesy. W obliczu zamieszania jeden z młodszych krewnych księcia K.B.I. Denett wpada na genialny pomysł i postanawia poślubić Ezenę - nową panią Dobrego Znaku.

To jednak nie wszystko, bo zarówno Ezena, jak i Denett są obywatelami Dartanu - niegdyś wspaniałego królestwa, dziś jedynie prowincji Armektu - imperium wyraźnie wzorowanego na Rzymskim (administracja, sposób organizacji wojsk). A Armetk nie będzie oczywiście bezczynnie patrzył na zamieszanie w swoich granicach.

"Niejednoznaczni" nie oznacza "niemoralni"
Bohaterowie to aspekt, który mnie w tej powieści szczególnie uwiódł. Utarło się bowiem przekonanie, że bohater niejednoznaczny to taki, którym nie kieruje żadna głębsza motywacja, który jest wredny, nieszczęśliwy, skrywa jakąś mhroczną tajemnicę i najlepiej kuleje. Kres udowadnia, że można inaczej. Prawdą jest, że każda ze stron konfliktu ma swoje racje. Trudno jest orzec, które posiadają większą wagę. A w dodatku jednych i drugich najzwyczajniej się... lubi. Pani Dobrego Znaku aż roi się od postaci świetnie nakreślonych, żywych, naprawdę z krwi i kości. Każdy ma swoje ideały, swoje namiętności i swój indywidualnie skrojony charakter. Zakochałam się tak w nieco histerycznej Ezenie, próżnej Anessie i rozsądnym Yokesie, jak i w stojących po drugiej stronie mężnej Terezie, chytrej Agatrze i parze cesarskiej. Świetnie napisany jest także Gotah - prawdziwy uczony, którego nie obchodzą gierki polityczne i któremu zależy po prostu na przyjrzeniu się interesującemu zjawisku. Trudno w to uwierzyć, ale niemal wszytskie postaci można by nazwać pozytywnymi. A mimo to jest ciekawie i realistycznie.

A jednak wojna kosztuje
Drugim ogromnym plusem jest nacisk, jaki został położony na odtworzenie realiów. Powieść stanowi właściwie opis wielkiej wojny, ale jest to wojna, która kosztuje, sprawia problemy logistyczne i odbywa się na niejednym froncie. Walczy się nie tylko mieczem, ale także pieniędzmi, plotkami, nastrojami społecznymi i ukształtowaniem terenu. Bardzo podobało mi się też zderzenie dwóch zupełnie odmiennych sposobów walki, dokładnie i szczegółowo opisanych. Kiedy naprzeciwko siebie stają dwie armie, otrzymuję opis szyków wraz z uzasadnieniem ich zastosowania, informacje o rozmieszczeniu innych jednostek itp. Tego się w fantasy często nie spotyka.

Dla uczciwości przyznać muszę, że niektóre rozwiązania zastosowane przez Kresa wydawały mi się lekko naciągane, ale mimo to było sympatycznie.

I jeszcze jedna kwestia - wątek wojenno-religijny. Armektańczycy czczą Aliorę - boginię wojny i w ciekawy sposób kult ten wpływa na ich mentalność oraz sposób walki. Szczegółów nie zdradzę ;)

I trochę narzekania
Narzekać też jest na co, choć moje zastrzeżenia dotyczą raczej sposobu pisania niż samej treści. Kres niestety ma tendencję do traktowania czytelnika jak idioty. Zdarza się, że wpada w jakiś paskudny słowotok i tłumaczy rzeczy oczywiste, pokazuje paluchem to, co i tak widać albo po raz dwudziesty tłumaczy to samo taktyczne posunięcie. Niezmiernie mnie to drażniło, zwłaszcza w drugim tomie, gdzie - odniosłam takie wrażenie - zdarzało się to częściej.

Druga kwestia dotyczy niektórych kwestii dialogowych. Nie pamiętam, czy kogoś prócz cesarza, ale i tak rzuciło mi się w oczy. W długich, monologowych niemal kwestiach pojawiały się wtrącenia. Nie opisy przy dialogach - wtrącenia. Najczęściej w nawiasach. Upodabniało to wypowiedzi do narracji i czyniło je nienaturalnymi, choć w sumie dialogi były niezłe, a niektóre wręcz wspaniałe (tu prym wiodą Ezena i Anessa).

I jeszcze wątek magiczny, co do którego mam mieszane uczucia. Niby wszystko ładnie tkwiło w świecie i stanowiło jedynie pretekst do podjęcia pewnych działań, ale z drugiej strony... jakieś takie tanie było.

Ogólnie
Ogólnie polecam. Czyta się szybko i przyjemnie. Człowiek przywiązuje się do bohaterów, daje się wciągnąć w świat, a czasami nawet zostaje zachęcony do zatrzymania się i podumania nad jakąś kwestią. I pod koniec znajdują się sceny, przy których Kruffa - nieskora do wzruszeń - nieomal uroniła łezkę. To tylko dowód na to, jak bardzo dała się uwieść.

2 komentarze:

  1. To chyba jeden z tomów (w moim wydaniu zdaje się był jeden o.O) wpisujących się w cykl o Szerni(Sherni, Shererni? jak to cholerstwo się zapisuje?), acz magii to ja tam za dużo nie pamiętam. Czy to nie było za pomocą tych przedmiotów wszystko? Odnośnie opisów wojskowości, taktyki itp. Gdzieś wyczytałem, że Kres to militarysta(znaczy zna się na tym ponoć, a nie tylko przegląda Wiki) w związku z czym najbardziej autentyczne są u niego własnie te opisy manewrów, wojsk, ceny tego syćkiego też są ponoć sensowne a nie wyssane z palca i na oko, może facet ma jakiś zamysł w tym ciągłym powtarzaniu? To co mnie odrzucało od całego cyklu i do tej pory jakoś nie mogę do niego wrócić, to niechęć do pozytywnych zakończeń:) Wszystko się pieprzy, flaki an wierzchu, a kikuty, to chyba jakiś fetysz. Strasznie ponury ten cykl mi się wydawał. Acz fakt czytałem to dość dawno temu(kiedy byłem w waszym wieku..khe khe). Jeszcze jedna rzecz na minus. Cycki. Na bogów, co ilustracja, to widzę albo cycki, albo wargi sromowe mniejsze, większe i zaznaczoną łechtaczkę o.O. Czy tylko ja trafiłem takie porno wydanie czy to w innych też tak jest. W domu nie przeszkadza, ale głupio mi było czytać to w pociągu czy tramwaju, bo zbierałem stłumione parsknięcia i posądzenia o czytanie sprośnych opowiadanek:) A ulubiona postać z całego cyklu. Zdecydowanie: Raladan

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam drugie wydanie, najwyraźniej wydawca rozciął, ale dość logicznie, więc w sumie nie boli. Tak, tam jest coś z przedmiotami, ale nie wyczaiłam jeszcze do końca, o co chodzi. Z tą naiwnością nie miałam na myśli - broń mnie Boże - opisów działań militarnych, tu chylę czoła. Ale tam jest np. taka scena, kiedy jeden oddział zrzeka się broni i oddaje innemu oddziałowi. Ten pierwszy - dodajmy - jest elitarną gwardią cesarską. Wydało mi się to dość naciągane. A to powtarzanie dotyczyło jednego konkretnego chwytu, dla którego zresztą wymyślił nazwę. Używał jej na tyle często, by czytelnik szybko się z nią oswoił i kolejne podawanie definicji było co najwyżej irytujące.

    A "Pani..." wydała mi się raczej taka baśniowa, może melancholijna. Raczej nie ponura, choć pod koniec, kiedy wszystko zaczęło się walić, faktycznie zrobiło się dość przygnębiająco.

    No i ja nie miałam żadnych ilustracji ;) Zresztą cycków i wagin nawet w tekście było niewiele.

    OdpowiedzUsuń