czwartek, 26 maja 2011

"Piraci z Karaibów - Na nieznanych wodach", czyli o tym, że jaskółki nie tak znowu nisko latają

Konkurencyjna recenzja, a co! A nawet nie recenzja, jedynie kilka luźnych uwag pisanych na świeżo, tuż po seansie.

Po pierwsze, myślałam, że będzie gorzej. Pamiętam przecież, co się stało z Indianą. A było... fajnie. Tak, fajnie to dobre słowo. I nie wetknięto we wszystko kosmitów, co wobec mojej traumy jest ogromnym plusem ;)

Niemniej fabularnie wszystko składało się do kupy znacznie lepiej niż w części trzeciej, uniknięto także nadmiernego zaplątania intrygi, co zdarzało się wcześniej i skutkowało tym, że wszyscy walili się po głowach i nie do końca było wiadomo dlaczego. Nie było tak zabawnie, jak w Skrzyni Umarlaka (sceny z wyspą ludożerców są głupie, a mimo to bezbłędne), ale to wcale nie szkodzi, bo Piraci... podryfowali jakby bardziej w stronę kina przygodowego, jednak bliższego wątkom pirackim. Nie trzeba się zarykiwać ze śmiechu, żeby dobrze się bawić.

Szkoda natomiast, że film wyświetlany jest tylko w technologii 3D, bo to zupełnie niepotrzebne. Tak jak niepotrzebne były tak rozbudowane sekwencje walk i pościgów. Zresztą durne do potęgi. I nie za bardzo odkrywcze. Zestaw starych gagów znanych nie tylko z Piratów..., ale też z innych filmów komediowo-przygodowych. Średnio podobały mi się też zombiaki. Miały dodać chyba upiorności postaci Czarnobrodego, ale jakoś tak marnie wyszło.

W ogóle Ian MacShane trochę mnie zawiódł w tej roli. Niby wszystko było, jak należny, a jednak zabrakło jakiegoś błysku, czegoś takiego, ja wiem... czegoś, co miał w sobie Barbossa. Inaczej tego nie nazwę. A może miałam po prostu za duże oczekiwania. A może dano tej postaci za mało pola do popisu. Z drugiej strony koniec wątku był świetny, konsekwentny. I jednak czuło się magnetyzm.

Natomiast Penelopka bardzo mi się podobała z tym swoim akcentem i atakami furii, podczas których nawijała po hiszpańsku. W ogóle postać została napisana dość wiarygodnie. Na pewno bardziej kobieco, niż panna Swann. Zwykle nie przywiązuję się do bohaterek kobiecych w filmie, ale tym razem szczerze kibicowałam Angelice, choć miałam ogromne obawy w związku z wątkiem.
Nie było ani Elżbietki, ani Legolasa i to ogromny plus. Funkcję postaci, które są po to, żeby sobie popatrzeć przejęli: syrena i... duchowny. No przecież on nie przez przypadek robił striptiz w tej dżungli ;) Na wątek  misjonarza jednak nie narzekam, momentami zabawny, zapewniał też dostawę emocji innej natury, wypełniając pakiet, jakim powinien dysponować film rozrywkowy. Raczej nie dostrzegłam tam wielkich tendencji moralizatorskich.

No co ja jeszcze mogę mądrego napisać?... Fraa napisała, ja się ograniczę do tych wrażeń ;) Bo co do samego Sparrowa się z nią zgadzam, co do Barbossy takoż. Może tylko dodam jeszcze, że syrenki mi się bardzo podobały - te w wersji wrednej. I Judi Dench w swojej epizodycznej rólce.

Froowa recenzja, bo zapomniałam^^  KLIK

poniedziałek, 16 maja 2011

"A jak poszedł król na wojnę..."

I znowu recenzja. Ale tym razem nie będzie tak boleśnie. Będzie nawet przyjemnie, bo Kres sprawił mi swoją dwutomową Panią Dobrego Znaku sporo radości, zwłaszcza po Starszych bogach, bo czytałam powieści tuż po sobie.

Nie jest to arcydzieło i pozwolę zaznaczyć sobie to już na wstępie, ale bez wątpienia jedna z lepszych książek fantasy, jakie ostatnio czytałam. Mamy ciekawy świat (Szerń jest już pewnie czytelnikom Kresa znana), grono przesympatycznych bohaterów i zgrabnie podaną, przemyślaną politykę. Zaczynem dla intrygi staje się decyzja umierającego księcia tytułowego Dobrego Znaku - K.B.I. Lewina. Ku rozpaczy jego krewnych okazuje się, że niezwykle dochodową i bogatą puszczę, którą zarządzał, zapisał pewnej niewolnicy, którą wcześniej poślubił. Powstaje wielkie poruszenie, zaczynają się niesnaski i procesy. W obliczu zamieszania jeden z młodszych krewnych księcia K.B.I. Denett wpada na genialny pomysł i postanawia poślubić Ezenę - nową panią Dobrego Znaku.

To jednak nie wszystko, bo zarówno Ezena, jak i Denett są obywatelami Dartanu - niegdyś wspaniałego królestwa, dziś jedynie prowincji Armektu - imperium wyraźnie wzorowanego na Rzymskim (administracja, sposób organizacji wojsk). A Armetk nie będzie oczywiście bezczynnie patrzył na zamieszanie w swoich granicach.

"Niejednoznaczni" nie oznacza "niemoralni"
Bohaterowie to aspekt, który mnie w tej powieści szczególnie uwiódł. Utarło się bowiem przekonanie, że bohater niejednoznaczny to taki, którym nie kieruje żadna głębsza motywacja, który jest wredny, nieszczęśliwy, skrywa jakąś mhroczną tajemnicę i najlepiej kuleje. Kres udowadnia, że można inaczej. Prawdą jest, że każda ze stron konfliktu ma swoje racje. Trudno jest orzec, które posiadają większą wagę. A w dodatku jednych i drugich najzwyczajniej się... lubi. Pani Dobrego Znaku aż roi się od postaci świetnie nakreślonych, żywych, naprawdę z krwi i kości. Każdy ma swoje ideały, swoje namiętności i swój indywidualnie skrojony charakter. Zakochałam się tak w nieco histerycznej Ezenie, próżnej Anessie i rozsądnym Yokesie, jak i w stojących po drugiej stronie mężnej Terezie, chytrej Agatrze i parze cesarskiej. Świetnie napisany jest także Gotah - prawdziwy uczony, którego nie obchodzą gierki polityczne i któremu zależy po prostu na przyjrzeniu się interesującemu zjawisku. Trudno w to uwierzyć, ale niemal wszytskie postaci można by nazwać pozytywnymi. A mimo to jest ciekawie i realistycznie.

A jednak wojna kosztuje
Drugim ogromnym plusem jest nacisk, jaki został położony na odtworzenie realiów. Powieść stanowi właściwie opis wielkiej wojny, ale jest to wojna, która kosztuje, sprawia problemy logistyczne i odbywa się na niejednym froncie. Walczy się nie tylko mieczem, ale także pieniędzmi, plotkami, nastrojami społecznymi i ukształtowaniem terenu. Bardzo podobało mi się też zderzenie dwóch zupełnie odmiennych sposobów walki, dokładnie i szczegółowo opisanych. Kiedy naprzeciwko siebie stają dwie armie, otrzymuję opis szyków wraz z uzasadnieniem ich zastosowania, informacje o rozmieszczeniu innych jednostek itp. Tego się w fantasy często nie spotyka.

Dla uczciwości przyznać muszę, że niektóre rozwiązania zastosowane przez Kresa wydawały mi się lekko naciągane, ale mimo to było sympatycznie.

I jeszcze jedna kwestia - wątek wojenno-religijny. Armektańczycy czczą Aliorę - boginię wojny i w ciekawy sposób kult ten wpływa na ich mentalność oraz sposób walki. Szczegółów nie zdradzę ;)

I trochę narzekania
Narzekać też jest na co, choć moje zastrzeżenia dotyczą raczej sposobu pisania niż samej treści. Kres niestety ma tendencję do traktowania czytelnika jak idioty. Zdarza się, że wpada w jakiś paskudny słowotok i tłumaczy rzeczy oczywiste, pokazuje paluchem to, co i tak widać albo po raz dwudziesty tłumaczy to samo taktyczne posunięcie. Niezmiernie mnie to drażniło, zwłaszcza w drugim tomie, gdzie - odniosłam takie wrażenie - zdarzało się to częściej.

Druga kwestia dotyczy niektórych kwestii dialogowych. Nie pamiętam, czy kogoś prócz cesarza, ale i tak rzuciło mi się w oczy. W długich, monologowych niemal kwestiach pojawiały się wtrącenia. Nie opisy przy dialogach - wtrącenia. Najczęściej w nawiasach. Upodabniało to wypowiedzi do narracji i czyniło je nienaturalnymi, choć w sumie dialogi były niezłe, a niektóre wręcz wspaniałe (tu prym wiodą Ezena i Anessa).

I jeszcze wątek magiczny, co do którego mam mieszane uczucia. Niby wszystko ładnie tkwiło w świecie i stanowiło jedynie pretekst do podjęcia pewnych działań, ale z drugiej strony... jakieś takie tanie było.

Ogólnie
Ogólnie polecam. Czyta się szybko i przyjemnie. Człowiek przywiązuje się do bohaterów, daje się wciągnąć w świat, a czasami nawet zostaje zachęcony do zatrzymania się i podumania nad jakąś kwestią. I pod koniec znajdują się sceny, przy których Kruffa - nieskora do wzruszeń - nieomal uroniła łezkę. To tylko dowód na to, jak bardzo dała się uwieść.

sobota, 14 maja 2011

Różowożerna naga bogini, lateks i defekacja

Nie ulega wątpliwości, że trafiłam na Starszych bogów państwa Eddginsów kilkanaście lat za późno. Jestem na tę książkę stanowczo za stara i już. Ale zamiast od razu rzucić ją w kąt, podjęłam wysiłek podróży w czasie i próbowałam przeczytać tę pozycję tak, jakbym była jeszcze dzieckiem, ewentualnie raczkującą nastolatką. Problem w tym, że wyniki i tak były marne. Tak marne, że w pewnym momencie i tak do głosu doszła dzisiejsza Kruffa, kiedy uznała, że eksperyment nie ma sensu.

Z ręką na sercu przyznam się, że nie czytałam niczego, co David napisał sam, a akurat w tej powieści czuć wyraźne wpływy kobiecej wyobraźni, więc może będę trochę niesprawiedliwa. Ale jednak ktoś to wydał. Ktoś trzepie na tym kasę, więc litości mieć nie będę.

Złe złego początki
Zaczyna się wszystko Prologiem, który - jak to prologi - potrafi nieźle zmęczyć, choć liczy sobie zaledwie kila stron. Dwie i pół, jeśli mnie pamięć nie myli. Ale to dwie i pół strony męki. Autorzy zarzucają czytelnika masą niepotrzebnych - jak się okazało później - informacji, w gąszczu których te potrzebne zupełnie giną. Starsi bogowie rozpoczynają wielotomowy cykl, więc może miała być to zaliczka na poczet kolejnych części, ale kto przyswoiłby to na tyle, by pamiętać wszystko podczas lektury piątej książki z serii? Może będę brutalna, ale to błąd, który popełniają początkujący grafomani (do których się zaliczam), a który nie powinien przytrafić się autorowi światowych bestsellerów.

Ale trudno. Prolog się nareszcie skończył, wzięłam głęboki oddech i przeszłam do pierwszego rozdziału. Po początkowych zdaniach japa mi się uśmiechnęła, bo były one... dowcipne. "A więc to nie jest na serio!" - ucieszyłam się. Tylko że jeszcze na tej samej stronie zaatakowały mnie - uwaga, Panie i Panowie - różowe delfiny. Mało tego - były to delfiny gadające, wesolutkie, ociekające wprost słodyczą i obdarowujące wszystkich bezinteresowną miłością. No przepraszam, ale rzygać mi się zachciało. To by mnie przerosło nawet kilkanaście lat temu.

Rzeczonym zwierzątkom towarzyszyła zresztą bogini, która - a jakże! - chodziła nago i żywiła się światłem, z czego najbardziej lubiła różowe. Dałam jej szansę, bo wydawała mi się mimo to sympatyczna, taka niefrasobliwa, trochę narcystyczna. Zawiodłam się niestety, bo później bohaterka traci cały urok i zamienia się w histeryczkę, której zachowania naprawdę trudno uzasadnić. W dodatku opinia narratora zupełnie rozjeżdża się z obserwacjami czytelnika.

Świat o stopniu skomplikowania cepa
Nasza bogini ma zresztą rodzeństwo. Trójkę. Czyli - o, Kapitanie Oczywistość! - jest ich czworo, dwie siostry i dwóch braci. Ktoś zgadnie, jak zatem został podzielony między nich świat? Ależ jasne! - według kierunków. Na środku wyspy czai się z kolei Wielkie Zuo o jakiejś niewymawialnej nazwie zawierającej oczywiście "v" i "sh". Nikt nie wie skąd się wzięło i jak wygląda. Wiadomo jedynie, że wyrabia (tak, wyrabia) sobie wielką, straszną armię i chce zniszczyć świat, ot tak. Nie spoiluję, to jest w prologu.

Toż Kruffa, nie chwaląc się wcale, w wieku lat jedenastu stworzyła bardziej skomplikowaną krainę, w jakiej dodatku zło było złe, bo bało się jeszcze większego zła, które zresztą nie chciało nikogo niszczyć, tylko sobie było. Szczególnie odkrywcze to nie jest, ale jednak bardziej złożone. Może dlatego eksperyment się nie udał. Może powinnam cofnąć się jeszcze dalej.

A, i jeszcze jedno. Wiecie, jak autorzy rozwiązują kwestię tego, że bohaterowie mówią różnymi językami (chwała, że to w ogóle zauważyli)? Jeden z bogów załatwia to swoją boską mocą. Dar Języków normalnie.


O konsekwencjach wpuszczania kota na klawiaturę
Trudno jest mi przypomnieć sobie jakiekolwiek imię występujące w tej powieści. Wiem jedynie, że były wyjątkowo nieudane i kiedy wysilam jednak mózgownicę, przychodzą mi do głowy dwie nazwy, tyle że przekręcone. Lateks (zdaje się, że od wioski Lattash, czy jakoś podobnie) oraz Nasram (Nasaram?). Konsekwencje wpuszczania kota na klawiaturę zawsze były przykre. Nie jestem straszną przeciwniczką wymyślania nazw, ale to tego trzeba mieć wyczucie, którego w tym przypadku zabrakło.


A może jednak coś dobrego?...
Niestety nie. Wymieniłam zarzuty, jakie mam wobec Starszych bogów jako fantastyki, ale jako po prostu literatura także się nie bronią. To jest źle napisane i niektórych rzeczy nie można zrzucić nawet na tłumacza (właściwie mogłam sobie zanotować, kto tłumaczył...).

Po pierwsze - działania bohaterów rozjeżdżają się z tym, co twierdzi narrator. O tym, że jedna z bohaterek zachowuje się inaczej niż zwykle nie świadczą bynajmniej ani jej słowa, ani czyny, tylko kilka niby-dramatycznych zdań. Tak jak o tym, że ktoś jest chciwy, a ktoś inny mądry.

Po drugie - coś, czego szczególnie nie lubię, czyli dialogi, w których bohaterowie wyjaśniają sobie rzeczy dla nich oczywiste. W dodatku dialogi drętwe i tak nienaturalne, że aż skóra na karku cierpnie. Mogłabym to zwalić na tłumacza, gdyby nie fakt, że ta sztuczność wynika między innymi z długości zdań i odzywek w stylu "ale nie traćmy czasu na nieważne sprawy" itp. Oni naprawdę brzmią jak dziewiętnastowieczny narrator (nie, żebym miała coś do dziewiętnastowiecznych narratorów. O ile, rzecz jasna, są narratorami).

Po trzecie - skrótowość.

Po czwarte - mentalność ula. Ten lud jest mężny, a tamten chciwy. Koniec kropka.

Po piąte - zupełny bark pojęcia o tym, o czym się pisze. Przedstawienie działań wojennych było tak porażające, że naprawdę odechciało mi się nawet śmiać. Ja rozumiem - książka jest skierowana do młodego czytelnika (choć czasem odnosi się wrażenie, że miało być zgoła inaczej, tylko nie wyszło) - ale pewna przyzwoitość pisarska obowiązywać powinna. Że rewelacje natury geologiczno-meteorologiczne pominę.

Zdecydowanie nie polecam, nawet bardzo młodym czytelnikom. Strata czasu. No, chyba że czytać o jako doskonały podręcznik o tym, jak nie pisać.

środa, 11 maja 2011

Katol na tropie - muzyka sakralna i... no, taka trochę mniej sakralna

Wreszcie ruszam z tematami orbitującymi wokół katolicyzmu, choć może nie zaczynam szczególnie efektownie. Z góry też zaznaczam, że imprimatur mi nie przysługuje ;) W związku z tym pod spodem wyrażam tylko i wyłącznie swoje zdanie.

Może zacznę od tego, że zacytuję fragment posta, od którego zaczęło się rozmyślanie o rozpoczęciu pisania takich postów. To wprowadzi temat i uporządkuje mi tekst:

Kawiarce czasem trudno uwierzyć, że Umberto Eco nie pisał Imienia Róży wspomagając się obserwacją polskich katolików. Przecież to właśnie tutaj, w kraju nad Wisłą, pokutuje najwyraźniej opinia, że śmiech upodabnia człowieka do małpy. A idąc dalej – że w ogóle jakakolwiek radość w życiu religijnym jest wielce niewskazana. Wystarczy spojrzeć na pieśni religijne: począwszy od kolęd, a na śpiewach za zmarłych kończąc. Ksiądz jęczy, wierni mruczą. Całość brzmi tak depresyjnie, że człowiek po powrocie z kościoła ma ochotę się pochlastać. Swoją drogą, jest tu pewna ciekawa niekonsekwencja – bo oczywiście teksty pieśni są bardzo zróżnicowane, ale śpiewa się je zawsze tak samo. A więc Cicha noc jest utworem przygnębiającym bardziej niż Szomorú vasárnap, a Jużeś opuścił tę łez dolinę sprawia wrażenie, jakby żywi mieli za złe zmarłemu, że jego dusza ma czelność być szczęśliwa.
Fraa nie zamierza wskazywać nikomu, w co i jak powinien wierzyć, ale dla kawiarki dużo bardziej logiczny jest gospel od tego rodzimego pojękiwania. W końcu Chrystus zbawił ludzkość, tak? Ewangelia to Dobra Nowina, tak? Dlaczego więc tak się umęczać wymrukiwaniem tych wszystkich smętów? Tego Fraa nigdy nie pojmie.
Od razu też zdradzę inne źródło tego konkretnego posta, a była nim rozmowa ze znajomym protestantem i pewną katoliczką na temat właśnie muzyki religijnej. Po tym jak wyraziłam swoje zdanie, zapytał mnie, czy to, że ludzie są ze sobą razem i dobrze się bawią nie jest dla mnie modlitwą. Odpowiedzi łatwo się domyślić.

Hopajmy na cześć Pana!
Żeby było jasne - oczywiście katolik powinien żyć tak, by wszystko, co robi stanowiło modlitwę, czyli "podobało się Bogu". Muzyka sakralna stanowi jednak bezpośrednie zwrócenie się do Niego (lub któregoś ze świętych), tak samo jak owe sławne "formułki". To wymaga z kolei pewnej powagi i stosowności wynikającej po prostu z szacunku. Poziom tej powagi jest oczywiście dostosowany do możliwości modlącego się i dlatego piosenki dziecięce różnią się od pieśni, choć te pierwsze są przecież nowym i może nie najlepszym wynalazkiem. Wynika to bezpośrednio ze zmian w samej duchowości, która przechodzi od czysto emocjonalnej, do bardziej "rozumowej". Tak przynajmniej dziać się powinno, a nieprzystawalność teorii do praktyki to inna kwestia. Może w innym modelu duchowości - modelu właśnie protestanckim - wystarczą same emocje, ale zawsze miałam nieodparte, być może krzywdzące wrażenie, że oni jednak zatrzymują się na pewnym etapie. To wnioski z moich własnych obserwacji i rozmów z duchownymi Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, wyznawcami baptyzmu i innymi, których szczegółowej przynależności niestety nie znam. Nie wiem, jak ma się do tego literatura fachowa, że tak to ujmę, ale mnie wydaje się, że pogoń za odcięciem się od katolicyzmu doprowadziła do tego, że protestantom pozostało jedynie puste naczynie. Może kiedyś rozwinę wątek - jeśli doczytam, bo nie chcę pleść bzdur.

Oj, dana-dana, Maryjo kochana!
Zupełnie innym problemem jest jakość pieśni. Wspomniana "Cicha noc" to przecież koszmarek, który - jak głosi legenda - powstał w jedną noc. Większość z tego, co śpiewa się w kościołach, to twory ludowe, nie najlepszej próby i zawierające w dodatku błędy teologiczne ("daremny Twej męki trud"). Jakby tego było mało, wykonuje je chór głosów niemłodych, którym lata podarowały już naturalne wibrato. Bo nie oszukujmy się - średnia wieku wiernych na mszach (nie wspominając już o nabożeństwach nadobowiązkowych) waha się w okolicach siedemdziesiątki. Trudno wtedy zaśpiewać przysłowiowe niemal "Wesoły nam dzień dziś nastał", które ma piekielnie wymagającą melodię tak, by nie zabrzmiało jak marsz pogrzebowy. Sytuacji nie poprawia też fakt, że ludzie często nie rozumieją tego, co śpiewają. Słynne są już wersy "bracia, patrzcie - jenot!" czy moje ulubione "Maryja śliczna ino po kolanach". A istnieje alternatywa, naprawdę. Zamiast po raz setny klepać prześladujące chyba każdego, kto uczestniczył w uroczystości Pierwszej Komunii Św. "Pan Jezus już się zbliża", można wykonać hymn św. Augustyna ("Zbliżam się w pokorze...") i już jest lepiej, ładniej artystycznie i mocniej teologicznie.

Hej-ho! Przyjmę Twoją Łaskę!
Powyższy nagłówek to cytat. Serio. Tak głęboki tekst towarzyszy wielu tak zwanym "pieśniom młodzieżowym", w tym także tym, które - za pośrednictwem muzyki gospel - weszły do repertuaru katolickiego. Bo nie ukrywajmy - teksty utworów gospel są ubożuchne, że aż hula wiatr.

I tu pojawia się problem gimnazjalnych przeważnie schol. Czasem odnosi się wrażenie, że posiadanie w rozpisce mszy młodzieżowej to punkt honoru dla każdego proboszcza. Wystarczy więc, że pojawi się ktoś potrafiący złapać na gryfie trzy chwyty oraz dziewczątka z zacięciem piosenkarskim i już zakłada się zespół. O który zresztą nikt nie dba, nikt nie przygląda się próbom (o ile się odbywają), repertuarowi czy postawie uczestników względem tego, co robią.

Jeśli chodzi o ten wątek mam w pamięci świeże i traumatyczne przeżycie. Dotyczy ono psalmu, który został zaśpiewany (duże słowo) przez gimnazjalną gwiazdę tak, że włosy stanęły mi dęba i przez chwilę myślałam, że będę musiała wyjść z kościoła, żeby nie zacząć krzyczeć. Połączenie wrzasków, jęków, melorecytacji i uwielbienia dla własnych nieistniejących możliwości wywróciło mi żołądek. A potem zaczęłam się zastanawiać, kto tak niedojrzałą osobę dopuścił do tak ważnej funkcji? Nikt jej nie sprawdził? Nikt nie prosił, żeby się najpierw zaprezentowała w zaciszu jakiejś salki? A jeśli to przeszło - to za czyją wiedzą?

Gimnazjum to trudny wiek, w którym paniątka chcą się podobać, czy to przez makijaż, czy przez efektowne popisy wokalne (które - co tu kryć - dla postronnych są zwykle żenujące) i niech tak będzie. Młodość ma swoje prawa. Wiem też, że tworzenie takiego zespołu może być fajnym życiowym doświadczeniem, pomocą w okresie buntu i czynnikiem układającym światopogląd (neologizm Hitlera brzmi w tym kontekście co najmniej dziwnie, wiem :P ). Do dziś zresztą kontynuuję zadzierzgnięte wówczas przyjaźnie, mimo pozakładanych rodzin, przeprowadzek i różnych perturbacji w sferze duchowej. Jest tylko jedno "ale": ktoś musi nad tym czuwać. Gwiazdki pozostawione same sobie nie tylko niczego się nie nauczą, ale też stworzą kabaretowo-musicalowego potwora.

Sacrum zobowiązuje
Nie mam niczego wobec muzyki chrześcijańskiej sięgającej po wszelkie możliwe gatunki, serdecznie myślę o zespołach koncertujących czasami tu czy tam. Wtedy jest czas i na popisy wokalne, i na podskoki, i na riffy, i na saksofony oraz na wszystko, co tam ludziom do głowy przyjdzie. Na koncertach nie przeszkadza mi nawet gospel, choć to zupełnie nie mój klimat. Ale to nie jest żadną miarą muzyka sakralna. Ona bowiem rządzi się swoimi, surowymi prawami i posiada bogatą, choć niewykorzystywaną tradycję. Liturgia to liturgia. Rozpisana - o czym wielu organistów wydaje się nie pamiętać - co do nuty. Tu nie ma miejsca na ulepszenia i aranżacje, tak samo jak na uproszczenia trudnych zawijasów, bo to modlitwa tak samo skonwencjonalizowana jak owe  darzone  niechęcią "formułki".

wtorek, 10 maja 2011

Czego autorzy fantastyki nie wiedzą o średniowieczu, czyli Kruffowa krucjata nie ustaje

Oj, wielu rzeczy nie wiedzą. Części też wiedzieć wcale nie muszą, żeby ich dzieła były udatne, ale zawsze milej myśleć, że pisarz zrezygnował z jakiegoś elementu z premedytacją. I zwykle jest to bardziej owocne niż niewiedza.

Niniejszy post ma charakter, hm... projektowy, że tam modnym słowem to ujmę. Chodzi o to, że sama wiem o średniowieczu tak naprawdę niewiele, a im więcej czytam, tym bardziej obraz się zaciemnia. Poetyka blogowej notatki wymusiła też wybór niektórych wątków nawet z tego skromnego zasobu, który dysponuję, ale wdzięczna będę za uzupełnianie listy nawet oczywistymi oczywistościami.

Higiena
Poruszałam już wątek średniowiecznych realiów, a najmocniej tutaj:
I niech to będzie pierwsza pozycja na liście. Oczywiście ten post nie przedstawił wszystkiego, co ma związek ze średniowieczną higieną, a jedynie kilka przykładów mających zachwiać przekonaniem o stereotypie brudasów z wrośniętym w warstwę potu i kurzu ubraniem. Faktem jest natomiast, że świat nie pachniał wówczas lawendą. Śmierdziały miasta, śmierdzieli ci, którzy nie mieli możliwości się umyć (i nie chodzi tylko o nędzarzy, ha! te stęsknione królewny rzucające się na szyję powracającym z wojny rycerzom!) i wszystko to, co dziś chemicznie się tuszuje. Poza tym to czas bez szczepionek i lizolu. Ludzie jednak piękni nie byli.

Nie bez przyczyny skóra średniowiecznej piękności miała być biała jak mleko, a w dotyku gładka jak jedwab. Zawsze w cenie jest to, czego brakuje. Nie chodzi teraz o to, by wszyscy w światach quasi-średniowiecznych mieli problemy ze skórą, włosami i nieświeży oddech, bo fantasy zawsze bliżej było do baśni niż powieści historycznej, a poza tym - jak pisałam - byłoby to krzywdzące dla faktów, ale wieśniaczka o długich, lśniących w słońcu włosach, delikatnym dotyku i jasnym, gładkim licu to już jednak spora przesada.

Piśmiennictwo
Wójt (o ile tak nieromantyczne słowo pojawi się w fantasy) siada nad stolikiem, wyciąga pióro, oczywiście ogromne, kolorowe i podskakujące przy każdym ruchu, pergamin (!), inkaust (!) i zaczyna pisać list do drugiego wójta... Zdarza się nierzadko, prawda?

Nie będę przeliczać wartości pergaminu na dzisiejszą walutę, bo to niewykonalne i bez sensu. Fakt, że był drogi. A papier - zanim ktoś wpadł na pomysł, by wyrabiać go ze szmat i sznurów - jeszcze droższy, gdyż jedwabny. Stosowano jeszcze papirus, ale w średniowieczu już tylko w kancelarii papieskiej, bo ta sympatyczna roślinka - delikatnie mówiąc - przeżywała kryzys egzystencjalny. Żakowie, a czasem nawet wielcy panowie, jeśli środków nie stało, korzystali częściej z innego materiału, który był wówczas w powszechnym użyciu, a o którym niewielu dziś pamięta - z tabliczek woskowych. Dwie (najczęściej), trzy lub więcej (poliptyki) deseczek z wydrążonym miejscem na barwiony (najczęściej na czarno) wosk, związane rzemieniem. Nic pięknego, ale jakie tanie i praktyczne! Wyryte rylcem litery można było mazać do woli, jeśli tylko rozgrzało się szeroki koniec narzędzia. Tekst był nietrwały, ale zdarzało się, że zapisywano w ten sposób nawet listy do dostojników, choć materiał uchodził powszechnie za mało elegancki.

Nieco problematyczne jest również owo malownicze pióro, powiewające podczas pisania. A tymczasem wyglądało ono mniej więcej w ten sposób:

Wyrób własny ;)

Jak widać na załączonym obrazku, wszystko, co mogłoby powiewać, zostało starannie usunięte. Dla wygody. Bo naprawdę paskudnie się pisze, kiedy chorągiewka majta się między paluchami. Wyczytane, zasłyszane i sprawdzone empirycznie. Widać też, że pióro jest skrócone, a to dlatego, by nie wykłóć sobie oka. Znów wygoda.

Biblioteki
W fantasy pewnie co piąty wieśniak ma w piwnicy tajemną bibliotekę, w której znajdują się przynajmniej trzy zaginione woluminy. No cóż, truizmem byłoby stwierdzenie, że książki sporo kosztowały. Niewiele wniosłaby też uwaga, że wioski często palono - tak na złość sąsiadowi - i podobna kolekcja pewnie by się nie ostała. Nadmienię jedynie, że nawet skrybowie, całe życie spędzający przecież wśród tekstów pisanych, niejednokrotnie musieli cytować z pamięci (co skutkuje serią przezabawnych pomyłek, ale to inna historia). Nie mieli możliwości zdjęcia z półki tego, co było im akurat potrzebne, sprawdzenia autora, strony i dokładnego brzmienia przywoływanego stwierdzenia. Musieli mieć to wszystko w głowach, co samo w sobie jest już niesamowite, jeśli weźmie się po uwagę, że twórczość średniowieczna to głównie kompilacje.


Czytanie
Jeśli już przy takich tematach jesteśmy, pozwolę sobie jeszcze na uwagę dotyczącą średniowiecznego sposobu czytania. Jego podstawę stanowiła wokalizacja. I to nie taka w dzisiejszym rozumieniu, polegająca na odtwarzaniu dźwięków w myślach. Oni czytali na głos. Inaczej nie potrafili i już. O nie, przepraszam, potrafili - zdarzali się wielcy mędrcy i uczeni, którzy opanowali sztukę cichego czytania (co potwierdzają źródła, niestety wypadło mi z głowy jakie - tak dobrej pamięci jak średniowieczni niestety nie mam). Budzili oni jednak zdziwienie i niejaką konsternację.

Historycy
Często zdarza się też w fantasy trafić na mędrców-historyków, badających mroki przeszłości w poszukiwaniu jakiegoś istotnego szczegółu, który pomoże pokonać Rycerzowi Światła i jego Elfiej Dziewicy Wielkie Zło. I tu po raz kolejny pisarz rozmija się ze średniowieczem. Ówcześni uczeni mieli specyficzne podejście do wielu nauk, w tym do historii. Nikomu nie zależało na odtwarzaniu zamierzchłych czasów, badaniu źródeł i dociekaniu historycznej prawdy. Wystarczyła tradycja, bo w przeszłość się wierzyło, a nie próbowało ją zgłębiać. Jeśli zatem ktoś zajmował się tą dziedziną, był raczej zbieraczem i interpretatorem legend, starożytnych przesłanek i utworów, a nie naukowcem biegającym od archiwum do archiwum i może jeszcze przeprowadzającym krytykę źródeł.


Między baśnią a powieścią historyczną
Zauważyłam gdzieś na wstępie, że fantasy bliżej jednak do baśni, ale to nie usprawiedliwia ignorancji, na jaką można się natknąć. Świadczy ona bowiem o krzywdzącym podejściu do tego typu literatury, polegającym na stwierdzeniu, że to chłam dla niewymagającego nastolatka szukającego łatwych podniet. Oraz dla kiepskiego pisarza, który ma problemy z logicznym rozumowaniem i dlatego wybiera najprostszy w swoim mniemaniu gatunek. Tymczasem - jakby wbrew temu - coraz silniej widoczna jest tendencja do przesuwania fantasy  ku drugiemu biegunowi, co przejawia się umieszczaniem bohaterów w konkretnych realiach., w tym - najczęściej - w realiach quasi-średniowiecznych. To wymaga już dużej wiedzy i zacięcia w ciągłym jej zgłębianiu, a część autorów niestety tego nie zauważa. Czym innym jest wybór pewnych elementów, a przemilczenie innych, a czym innym jednak pójście na łatwiznę.

P.S. To tło nie przewiduje tak długich postów ^^ Będę musiała jednak bardziej się wysilić.

wtorek, 3 maja 2011

Wiosenne porządki (znowu)

Prace nad własnym szablonem trwają i jeszcze potrwają, więc na razie zostaje ta przeurocza, czerwona kanapa (tak właśnie mi się to kojarzy - z kanapą). Ale troszkę się zmieniało ostatnimi czasy - staram się jak mogę ułatwić korzystanie z bloga. Jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował: dodałam listę czytelniczą, gdzie odnotowuję kolejne przeczytane pozycje. Strona ma aktywną opcję komentowania, co - mam nadzieję - posłuży poczcie pantoflowej ;) Dodałam też listę z tytułami powstających postów ("Pisze się..."), wydzieliłam osobne kategorie dla "Polonistyczności" (trochę ich już jest) i postów językowych (no, tu nie ma się czym chwalić - napisałam aż jeden). Postanowiłam też podzielić linki na kategorie, bo do tej pory wisiały w nieładzie. Uaktywniam też kolejną stronę - "Polecanki". Nazwa głupia, ale jeśli bywacie na ciekawej stronie/blogu lub sami taką prowadzicie, można tu zostawić link. Rozejrzę się i może zostanę na dłużej.

Wszelkie uwagi i sugestie mile widziane ;)