wtorek, 8 marca 2011

Polonistyczności cz. 4 - Zakład Produkcji Guzków

Od jakiegoś czasu w programie widnieje przymusowy kurs emisji głosu dla przyszłych nauczycieli. Myślenie jest proste - nauczyciel został przeszkolony. Jeśli coś mu się stało, jest to jedynie wina jego zaniedbań lub złej woli.

Guzik prawda. Emisja głosu dla nauczycieli to jeden z większych absurdów, z jakimi się spotkałam. Pomijam wymiar godzinowy przedmiotu i zaangażowanie prowadzących, bo to pewnie różnie wygląda na różnych uczelniach (u nas 15+15, wykład i ćwiczenia). Problem tkwi w czymś innym i wcale nie jest zabawny. Okazuje się bowiem, że prezentowane techniki, to najkrótsza droga do powikłań i wyhodowania sobie ładnego guzka na strunach głosowych. Nauczycieli szkoli się zatem nie tak, by głos służył im długo, a tak, by wysiedli po trzech latach pracy. I nie ma się nawet jak ratować, bo według Karty Nauczyciela, urlop dla podratowania zdrowia przysługuje dopiero po siedmiu latach przepracowanych w pełnym wymiarze godzin. Jeśli ktoś siądzie wcześniej - jego problem. Jasne, po dwóch latach można się starać o stwierdzenie choroby zawodowej, ale to nie rozwiązuje problemu.

Nie jest tajemnicą, że nasza edukacja została lata świetlne w tyle (czasem wychodzi nam to zresztą na dobre). Nie jest tajemnicą też, że wielu absolwentów wyższych szkół muzycznych, parających się śpiewaniem, rozpoczyna swoją karierę od wizyty u foniatry, nierzadko zabiegu i długiej rehabilitacji. Sama znam co najmniej trzech, z różnych ośrodków. Wynika to stąd, że emisji głosu uczą osoby niemające pojęcia o anatomii i mechanizmach wytwarzania dźwięku. Żeby było zabawniej, prowadzący kursy dla nauczycieli logopedzi - choć tę wiedzę posiadają - powtarzają bzdury o pracy przepony, rozszerzaniu żeber, obniżaniu głosu i popijaniu wodą. Zresztą ci, którzy trafili na śpiewaków mają jeszcze gorzej. Pewna pani kazała na przykład swoim podopiecznym wykonywać piosenki na siedząco (!), bez rozgrzewki, bez części teoretycznej i jakiegokolwiek innego przygotowania, i dziwiła się, że im nie wychodzi. Jeśli chodzi o moje doświadczenia, to prowadząca poleciła nam na przykład - w ramach uzyskiwania rezonansu głowowego i piersiowego (sic!)  - wydobyć z siebie najwyższy i najniższy dźwięk, jaki jesteśmy w stanie. Oczywiście bez rozgrzania strun głosowych. Byłam jeszcze młoda i głupia, więc ćwiczenie wykonałam. O ile osoby o przeciętnych skalach głosu (1,5 - 2 oktaw) niczego specjalnego nie poczuły i pewnie większej krzywdy sobie nie zrobiły, o tyle ktoś, kto wyciąga zwykle parę dźwięków więcej odczuł bardzo wyraźnie, że to nie był najlepszy pomysł. Żeby było jasne - nie mam się czym chwalić, bo prócz rozpiętości mój głos ma obrzydliwą barwę, której szczerze nienawidzę, ale to naprawdę nie było przyjemne. Zwłaszcza że się przyłożyłam. Zwłaszcza że wiedziałam już, jak odczuwa się oba rezonansy i chciałam bardziej, mocniej, dokładniej. Bo wierzyłam jeszcze, że czegoś mnie te zajęcia nauczą.

Może to dobrze, że trwały tylko piętnaście godzin. Powinny w ogóle zniknąć. No, chyba że ktoś wreszcie pójdzie po rozum do głowy i sięgnie po wiedzę, która od kilkudziesięciu lat jest już na szeroko pojętym zachodzie oczywistością, którą wiele muzykalnych ludów miało od wieków, a która nam wydaje się wielkim odkryciem. Trzeba schować do szafy przeponę, oddychanie z workiem ziemniaków na brzuchu i "dobre rady", bo to szkoła wysiłkowa, zmierzająca do forsowania strun głosowych. Nowe (u nas) teorie postulują naturalność w wydobywaniu dźwięków, pracę niższych partii ciała i poznanie własnego organizmu (ślinianki na przykład, jako bardzo unerwione, reagują na najlżejsze bodźce i dlatego - zamiast popijać i je rozleniwiać - należy je raczej skłaniać do pracy). Wypróbowałam na sobie, bo miałam szczęście spotkać kogoś, kto się tym zajmuje. Naprawdę nie trzeba się spinać, by uzyskać ostry, jasny i czysty dźwięk. Wystarczą drobiazgi, jak ułożenie języka czy praca mięśni twarzy. Nic po takich ćwiczeniach nie boli, człowiek nagle odkrywa, że można wyć dwie godziny i nie mieć chrypy, śpiewać/mówić latami i nie dorobić się guzków.

(Pominęłam oczywiście watek warunków środowiskowych.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz