piątek, 4 marca 2011

Mademe Bovary na celowniku

Mucha, w rzeczy samej. Ukradziony z...
Na początek może kilka cytatów (coś się pokręciło z ich wyglądem, ale sza - udaję, że tak miało być):


Blah, strata czasu :P Sama forma bez treści (z założenia). Acz czyta się szybko i przyjemnie.

Przecież to jest durne romansidło o problemach jakiejś rozhisteryzowanej baby :P A czyta się bardzo gładko, właśnie z założenia.
 hevi
Do "Pani Bovary" wrócę potem... Tak, to chyba dość dobrze świadczy co myślę o tej książce :P
 Regi

Przepraszam, że wyrwane z kontekstu, ale przywoływanie całości nie miałoby przecież żadnego sensu, bo craiisowa dyskusja wcale nie dotyczyła Flauberta, a tego, co kto aktualnie czyta i czy warto. Z tego też powodu odpowiadam tutaj. A także z powodu obszerności tematu, który i tak postaram się skrócić do znośnej długości, tak, by byli w stanie przebrnąć przez to także ci, którzy literaturą tego okresu nie interesują się ani trochę.

Nie wiem, jakie tłumaczenia mieli w łapkach Regi i hevi. Jeśli było to dzieło Magdaleny Tulli, to nic dziwnego, że Pani Bovary została "durnym romansidłem". Nasza bohaterka popełniła bowiem jeden bardzo poważny błąd - próbowała opowiedzieć historię. A historia przedstawiona przez Flauberta to rzeczywiście nic ciekawego. Może jakieś osiedlowe czytelniczki, przerobiwszy już całą półkę z Harlequinami, sięgając po Panią Bovary potrafią pasjonować się jej miłosnymi podbojami i niepowodzeniami. Nie sądzę jednak, by podniecały one kogoś na co dzień obcującego z nieco inną literaturą. Nie w akcji tkwi wartość tej książki (tak, nadal upieram się, że to arcydzieło). Ze swojej strony polecam przekład Jerzego Engelkinga. To matematyk, nie - jak Tulli - literat, w związku z czym jego tłumaczenie jest surowe, drobiazgowe i skupione na szczegółach, a zatem najbliższe temu, co stanowi ducha Pani Bovary.

Największa zasługa Flauberta to wzniesienie naturalizmu na wyższy poziom, wykroczenie - już na poziomie myślenia o powieści - poza panujący nurt. Kiedy bowiem porównamy jego powieści z dziełami Zoli, Maupassanta czy Huysmansa (z okresu Wieczorów medańskich, późniejszy Huysmans to osobna historia), zauważymy że jego dążenie do obiektywnego przedstawienia sytuacji wychodzi poza relacjonowanie faktów. Flaubert sięga "do wnętrza" swoich bohaterów i próbuje za pomocą narracji przedstawić ich takimi, jakimi są, ograniczając do minimum rolę narratora. W tym kontekście jest wynalazcą uwielbianej powszechnie narracji spersonalizowanej i choćby z tego względu należy mu się olbrzymi szacunek.

Doskonali też Flaubert synestezję, traktując ją już nie tylko jako środek literacki, ale jako kategorię porządkującą myślenie o powieści. Nie bez przyczyny bowiem określa on Panią Bovary jako szarą, a Salambo mianem karminowej. Dominanta kolorystyczna jest dla niego bardzo ważna i przejawia się nie tylko w sposobie opisywania świata (choć trzeba przyznać, że pierwszy jest z założenia nieciekawy i brudny, a drugi brutalny i krwawy), ale także w brzmieniu (!) słów. Tu głównie (choć nie tylko) znalazłam z Flaubertem wspólny język, bo także jestem synestetykiem i wiem, co miał na myśli. Nie mam pojęcia, jak tego typu zabiegi odbierają czytelnicy, którym zmysły się nie mieszają, nie znam też francuskiego, więc nie wiem, jak w oryginale brzmi Flaubert, ale mnie się to myślenie podoba. Bardzo mi się podoba.

I jeszcze jedna kwestia - również bardzo mi bliska, a mianowicie sposób traktowania szczegółów. To chyba ten moment, w którym rozbija się większość czytelników Pani Bovary, no bo ile można czytać o fryzurze bohaterki, meblach w jej domu czy kurzu na ulicy? Tylko że to wszystko - cholera, jak ja za to po ludzku i zwyczajnie nienawidzę Flauberta - ma sens. Pomijam związane z formą kwestie... jak by tu... nazwijmy je "teoretyczno-literackimi". Tam szczegóły mają związek z akcją (o ile w ogóle można mówić o akcji), wyrażają wnętrze bohaterów, służą odpowiedniemu brzmieniu tekstu i mają z premedytacją utrudniać lekturę, by ją spowolnić. Przykład: jeden z elementów garderoby Emmy zmienia się kilkakrotnie, odzwierciedlając przemianę, jaka w niej zachodzi. W detale nie wchodzę, bo to nie moje odkrycie, a nie chciałabym żerować na cudzej błyskotliwości. Inna - bardziej znana i szerzej opisana - kwestia, to rozbudowane opisy samej bohaterki, które (bez mówienia wprost, czemu służą), obrazują, jak ewoluuje jej relacja z Leonem. Liczy się w nich niemal każde słowo. To nic nowego - mógłby ktoś powiedzieć, ale wtedy odeślę go do notatki encyklopedycznej, by sprawdził, kiedy Flaubert pisał i jak pisali wtedy inni. Takie przeniesienie ciężaru z narratora na świat przedstawiony było po prostu nie do pomyślenia.

Mogłabym pisać jeszcze o symetrycznej kompozycji, o postaci Karola, o scenie śmierci Emmy, ale chyba mi się nie chce. Przecież i tak nikogo nie przekonam, by Panią Bovary polubił. I dobrze. Ja nie lubię Odysei i już. Po prostu - nie sprawia mi ona przyjemności, choć wiem, jak jest ważna. Niemniej domagam się pewnej uczciwości i o ile nielubienie czegoś i mówienie o tym głośno wydaje mi się więcej niż w porządku, o tyle nazywanie Pani Bovary "durnym romansidłem" jest po prostu nieuczciwe.

Podsumowując:
  • strata czasu - dla jednych na pewno. Dla innych radość czytania powieści, która nie jest NAPISANA, a SKONSTRUOWANA,
  • forma bez treści - przerost formy nad treścią, tu się mogę zgodzić. Ale nie z tym, że treści nie ma,
  • czyta się szybko i przyjemnie - bzdura. Chyba że w tłumaczenie Magdaleny Tulli. Ale wtedy to rzeczywiście romans
  • i wreszcie kwestia romansu - to nie romans, tylko analiza pewnego środowiska i to ona, a nie wątki miłosne, stanowi treść Pani Bovary,
  • a myśleć, to sobie można, co się chce, byle być w tym uczciwym :P

    Jest chaotycznie i zupełnie nie tak, jak miało być, ale jest ;)

      Brak komentarzy:

      Prześlij komentarz