wtorek, 22 marca 2011

Fantasy z rozczarowaniem - George R. R. Martin, "Starcie królów".

Okładka polska z...
 Nie będę ukrywała, że znaczna część tego posta do autocytat z Krajsa, ale uzupełniony i poprawiony, tak by z pobieżnej opinii wyszło coś bliższego recenzji. Oryginalny tekst posta TUTAJ.

 Sporo o tej książce słyszałam, bo trudno nie słyszeć w fantastycznym półświatku. Przeważnie były to opinie pozytywne, a nawet niezdrowo entuzjastyczne, więc kiedy wreszcie skończyła się sesja i zaczęły wakacje, podreptałam do biblioteki i wzięłam książkę Martina z półki. Swoim zwyczajem nie sprawdziłam wcześniej układu tomów w cyklu i strzeliłam. A dokładniej wzięłam jedyną część, jaka była aktualnie dostępna. Nie potrzebowałam wiele czasu, by zorientować się, że Starcie królów to nie pierwsza pozycja, za jaką powinnam złapać, ale postanowiłam przeczytać i tak. W końcu mam doświadczenie w zaczynaniu cyklów od środka ;)

Uczciwie zaznaczam, że pozostałych tomów nie miałam w ręce, więc będę pisała nie o całości, a tylko o tej konkretnej pozycji.

Zaczęło się nawet przyjemnie - od pierwszego akapitu da się wyczuć sprawnie i fachowo prowadzoną narrację i najzwyczajniej przyjemny we współżyciu język (podczas dalszych doświadczeń lekturowych to wyrażenie nabrało innego znaczenia).Od początku też miałam do czynienia z tym, co obiecywały mi recenzje i opis na okładce, czyli z polityką. To głównie dla niej sięgnęłam po ten cykl, więc się ucieszyłam, choć z tego, co pamiętam, kilka początkowych zdań wywołało mój niepokój. Przeczuwałam tani mistycyzm, co - jak się szybko okazało - było moim wielkim błędem. Wkrótce zaczęłam za mistycyzmem tęsknić.

Potem było już gorzej i jeśli to ma być najlepsze, co ma do zaoferowania fantasy, to - szczerze mówiąc - nie wiem, dlaczego się nią param. Możliwe, że mój osąd jest częściowo wykrzywiony, wszak czytałam tylko jedną część i to nie pierwszą, a możliwe, że wcale nie, bo pewną filozofię pisania widać jak na dłoni.

Bohaterowie

 U Martina panuje szarość tak ostentacyjna, że aż niewiarygodna i wylewająca się uszami. Punktu odniesienia brak. Nawet pojawiające się religie nie proponują żadnych etosów, a przecież to zawsze ciekawy punkt wyjścia. Postępowanie bohaterów warunkują dwa czynniki: przetrwanie i żądza władzy. Zwykła życzliwość obraca się przeciwko nim i to nie raz, a zatem wniosek jest taki, że zdrada nie wynika z konkretnego rysu psychologicznego postaci, a po prostu jest powszechna. Nawet dzieci nie są niewinne. Tak jak dorośli mordują, spiskują i kalkulują. Bohaterów lepszych można by policzyć na palcach, z czego jeden jest czteroletnim brzdącem, a drugi dość poważnie upośledzonym umysłowo. Nie wiem... Wydaje mi się, że to nie pogłębienie psychologii, a raczej jej spłycenie. Spacerek po brodziku. Zwłaszcza, że po jakimś czasie zaczyna się odnosić wrażenie, że wszyscy są ulepieni z jednej gliny. Rozumiem - uwarunkowania kulturowe, wychowanie, determinizm itp., ale bez przesady! Czy ja muszę się czuć wśród bohaterów jak szambo-nurek? Czy musi chcieć mi się wymiotować na ich metaforyczny widok?
Rozumiem, że pisarze boją się postaci jednoznacznych, bo rzeczywiście łatwo spaprać sprawę. Ale te nie są nawet niejednoznaczne, bo - jak wspomniałam wcześniej - nie ma żadnego wewnętrznego punktu odniesienia. One są po prostu zawieszone w etycznej próżni.

Polityka 

Opisy wszelakie kusiły intrygami politycznymi. I rzeczywiście - jest tego sporo, co bardzo Kruffę cieszy. O co chodzi dokładnie, napisać nie mogę, bo zdradzę potencjalnym czytelnikom zakończenie pierwszego tomu, ale generalnie wszyscy są przeciwko wszystkim, co skutkuje całą masą punktów widzenia, negocjacji i potyczek. Niemniej tu też trochę pokręcę nosem, bowiem polityka  opiera się głównie na tym, kto czyje ma dzieci oraz na dywagacjach na temat kochanków Cersei i sposobów wykorzystania tej wiedzy. Gospodarki prawie nie ma. A ja lubię, kiedy we wszystko wmieszane są pieniądze, zasoby, nie tylko argumenty typu "no bo on jest bękartem, a ja nie".

Może w pozostałych tomach sprawa jest dogłębniej przemyślana. Mam nadzieję. Bo jak na razie, to opis mechanizmów politycznych i społecznych jest ubożuchny. Nie objętościowo, ale z punktu widzenia analizy zjawiska.


Magia

Magii rzeczywiście jest niewiele i to się chwali, z tym, że jeśli się już ona pojawia, występuje często w funkcji deus ex machina, kiedy trzeba coś uzasadnić, uratować bohatera z pod ściany albo wprowadzić zwrot akcji. Nie ma teorii magii, a przynajmniej ja do niej jeszcze nie dotarłam. To jest po prostu coś, czym można mordować na odległość, wyjaśnić tę czy tamtą nielogiczność lub wprowadzić odrobinę grozy. Na pewno nie dla wymagających.

Smoki też są i rzeczywiście są na poziomie zwierząt - co samo w sobie jest miłe, ale wątek z nimi związany jest tak śmiertelnie nudny... Nie ratuje go nawet ciekawa mongolsko-chińsko-arabska oprawa. Po prostu bohaterowie idą, idą, idą, mają trochę problemów z magią, po czym znów idą. I nawet nie rozmawiają o niczym specjalnie interesującym, choć pozornie otrzymujemy kilka smaczków związanych z egzotyczną kulturą.

Kilka - tak, to dobre słowo.

Erotyka

Tu Martin lekko przesadza. Nie chodzi o to, że jest jej sporo, a o to, w jakiej funkcji występuje. O ile jeszcze była w stanie dostrzec jej wagę konstrukcyjną w wątku Tyriona i Shae, o tyle Theon naparzający się na wszystkie inne kobiety, z którymi w większości ląduje w łóżku, jest już męczący. Chciałam czytać fantastykę, a nie instrukcję uprawiania seksu oralnego (nie wnikam, skąd autor wie, jak smakuje sperma). To w sumie smutne, kiedy autor ceni się tak nisko, że sądzi, iż potrzebuje tak banalnych i tanich chwytów, by utrzymać czytelnika w zainteresowaniu. Mniemam, że zadziałał tu taki mechanizm, gdyż bohaterowie - podczas miłosnych igraszek - często rozmawiają lub rozmyślają na tematy polityczne. Zupełnie tak, jakby Martin chciał zrekompensować czytelnikowi nudne w jego mniemaniu kawałki.

W rzeczywistości zepsuł to, co było najlepsze.

Za jakiś czas pewnie przeczytam dalsze części, ale nie będę się o nie z nikim bić. Czytałam lepsze rzeczy i pewnie lepsze sobie jeszcze poczytam.Nie ciągnie mnie też, by oglądać wersję ekranową, bo chyba wiem, czego się spodziewać.

13 komentarzy:

  1. Ludzie się tym tak zachwycają, że cudów się nie spodziewam. Mam pierwszy tom w kolejce, Monika mówiła, ze jest niezłe i że szybko się czyta, to zerknę w najbliższym czasie. Nie wiem nawet czy zdzierżę, chociaż uwagom Moniki ufam, nie darmo jest moim alterego.

    Ale "Tristen" to to nie jest, co? :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdecydowanie nie jest ;) Choć rzeczywiście czyta się szybko i raczej bezboleśnie, jeśli się człowiek nie zastanawia, dlaczego Martin napisał tak, a nie inaczej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytam właśnie "Grę o tron". I uważam, że użycie słowa "polityka" w opisie to nadużycie. To się świetnie czyta i jest wciągające (mimo żenującego tłumaczenia i braku redakcji, korekta to tu była tylko interpunkcyjna; mimo bredni geograficzno-przyrodniczych i absurdu poganianego kiczem), ale to jest tak mierne fabularnie... żadnych punktów odniesienia, bohaterowie walczą o władzę dla samej władzy, nie ma jednej postaci, która żywiłaby jakiekolwiek uczucia względem ojczyzny, a wojnę domową wszyscy witają z radością a jak się o coś martwią, to, że ich ktoś zaciuka, nie jakie to miałoby mieć skutki dla gospodarki kraju... :? Jestem w jakichś 75% i niespecjalnie mam ochotę sięgać po następne tomy... Jak na razie wystawiam temu 3,5/6 (gdzie 6 - arcydzieło, 5 - rewelacja 4 - bardzo dobre 3 - da się czytać 2 nie da się czytać 1 postmoderna/komunizm/zmierzch ).

    OdpowiedzUsuń
  4. Jakbym czytał inną książkę... ale okładkę ma tę samą...
    Postaram zmierzyć się z kilkoma argumentami autorki, może dzięki temu ktoś sięgnie do tej serii, kto po przeczytaniu powyższej recenzji byłby zniechęcony.
    Po pierwsze Pieśń Lodu i Ognia to seria, i kolejne książki trzeba traktować jako jej integralną część. Której wątki "wolniejsze" służą do tego, by przygotować czytelnika do przyszłych wydarzeń. Nic tu nie jest podane na tacy- czytelnik towarzyszy bohaterom w ich dorastaniu i wzrastaniu w mądrość, ale także w upadku czy popadaniu w szaleństwo. A czasem po prostu w walce o przeżycie i własną godność (choćby była bardzo mierna).
    A bohaterowie osiągają te swoje "cele" raz szybko, w przeciągu chwil, innym razem powoli, na przestrzeni miesięcy i lat.

    Bohaterowie- właśnie u Martina są realistyczni- nawet najgorsza gnida ma swoje racje i swoje motywy postępowania. I nawet najfajniejszy bohater ma swoje słabości i odstępstwa od swych zasad postępowania, nieważne, jak mocno chce przy nich trwać. W literaturze naprawdę rzadko można znaleźć tak ciekawie i realistycznie opisane postacie. Nikt tu nie jest do końca dobry, nikt nie jest do końca zły. Ocena pozostaje tylko czytelnikowi. Ale ta też się zmienia, gdy jakiejś postaci, znanej tylko z "oddali" poznajemy w jakimś momencie z bliska, wchodząc w świat jej uczuć i myśli. Za wielki plus Martina uważam, że pokazuje, że bohaterowie nie są w stanie podejmować ciągle obiektywnie dobrych decyzji. Bo czy jest to możliwe życiu?

    Polityka- jeżeli tutaj jest jej za mało, to naprawdę, nie wiem. Może podręcznik do politologii zaspokoiłby potrzeby autorki. Polityki jest dużo, jest główną częścią książki. Ale na szczęście pozostawia też miejsce akcji, walce, tajemniczości, uczuciom.
    Polityka czasem dotyczy spraw wagi państwowej czy rodowej, czasem jest jedynie próbą upokorzenia tego, kogo się nie lubi, a kto musi żyć, bo jest nam do czegoś potrzebny. Polityką sterują zarówno emocje (czasem niezdrowe) jak i wyrachowane ruchy niemal szachowe, mające na celu pokonanie wroga bez względu na koszty. Zwłaszcza, że to inni muszą je ponosić.
    "Gospodarki prawie nie ma" a to ci śmieszne zdanie. Doprawdy, inna książka. Gospodarka jest bardzo ważna. Nie raz i nie dwa widać, jak wygrywa ten, kto jest bogatszy, mimo, że czytelnik BARDZO by chciał, by było inaczej. Konkretnych wątków jest naprawdę bardzo dużo, i są nieodłączną częścią knucia i politykowania postaci książkowych.

    Magia- chyba najcięższy wątek. Otóż magia zmienia się z tomu na tom, polecam lekturę całości by wiedzieć, dlaczego tak jest. Martin ma na nią koncepcją, wszystko jest całkiem logiczne i przejrzyste. ALE. Czytelnik (jak już pisałem) nie ma wszystkiego podanego na tacy- oprócz bardzo nielicznych momentów w serii, większość zdarzeń związanych z magią mogłaby się równie dobrze wydarzyć z uwagi na interwencję bóstw, los, szczęście lub pech. Jeden może to uważać za magię i obsypywać "maga" górami złota, a inny może stwierdzić, że to nie magia, bo nie było kul ognia z nieba. I tak jak czytelnik nie wie do końca, czy ma do czynienia z magią, tak bohaterowie też tego nie wiedzą. I się wahają, zastanawiają.
    Dla mnie ogromny plus- magia nie jest magią fajerwerkową. Jest czymś na pograniczy potęgi kreowania rzeczywistości, rytuałów, wiary w istnienie świata nadprzyrodzonego. Ale przed wszystkim niepewności i "wbudowania" w świat już istniejący. trudno to wszystko połączyć, i taka jest ta magia.

    Nie jest to seria idealna- jest w niej kilka błędów, jest też kilka zdarzeń zmieniających dużo, a jednak trochę naciąganych.
    Jednak mimo tych błędów uważam, że jest to jednak z najlepszych serii, z jakimi miałem do czynienia, na pewno najlepsza z tych bardziej politycznych, a mniej nastawionych na walkę czy magię.

    OdpowiedzUsuń
  5. Do hevsa:
    "żadnych punktów odniesienia"-o ile się nie mylę każde z wydarzeń ma punkt odniesienia. Jakiś przykład?
    "bohaterowie walczą o władzę dla samej władzy"- tylko bardzo nieliczni, a ci co tak robią są wrakami ludzi, dla których walka o więcej władzy jest jedynym celem życia. Myślę, że w rzeczywistości, jakbyś się wysilił, też byś znalazł takie osoby. W książce całej reszcie zdecydowanie o coś chodzi.
    "nie ma jednej postaci, która żywiłaby jakiekolwiek uczucia względem ojczyzny"-bo ta ojczyzna to zbiór potężnych rodów (panów feudalnych) którzy się nie lubią, nienawidzą. Lub po prostu nie mają nic wspólnego ze sobą. Westeros było jednym państwem, dopóki było komu nim rządzić, i dopóki rodom się opłacało dać się rządzić. W historii jest aż nazbyt wiele takich motywów (które po długich latach kończą się albo zapomnieniem o danym pastwie, albo jego odrodzeniem. I wszystko zmierza do tego, że jedna z tych opcji zdarzy się u Martina)
    "wojnę domową wszyscy witają z radością" jest 1 postać, która się z niej cieszy. Na jakieś kilkadziesiąt występujących w książce... Skąd to uogólnienie?!
    "a jak się o coś martwią, to, że ich ktoś zaciuka, nie jakie to miałoby mieć skutki dla gospodarki kraju" haha dobre. Polecam Żywoty Świętych. Ew jakieś dobre biografie znanych mężów stanu- ot choćby Piłsudskiego. U Martina też są mężowie stanu (Ned) ale tak jak w naszym świecie jest ich bardzo mało. A cała reszta zdecydowanie bardziej martwi się jednak o to, jak przeżyć, dobrze zarobić. Niektórzy też myślę, jak zrobić na złość sąsiadowi z naprzeciwka.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie wiem jakich książek oczekujesz. Ta jest znacznie realniejsza niż chociażby klasyka gatunku : Tolkien. Mówisz, że nie nie ma bohaterów jednoznacznych. Czyli co w normalnym świecie jest tylko dobro i zło? Nie ma czegoś pomiędzy? Piszesz, że rozchodzi się o to kto kogo jest dzieckiem. A dlaczego? Ano właśnie dlatego, że nie tknąłeś pierwszej części. Więc rozumiem, że trudno może Ci się ogarnąć w tym wszystkim i dlatego tak zazwięcie krytykujesz. Gospodarka jest przedstawiona zwięźle bo i po co się w to mieszać jak tu najważniejsze są intrygi i bitwy - czyli to co najważniejsze w fantasy osadzonym w średniowiecznych klimatach.
    Hevs: a kto miałby takie uczucia żywić? Zwykli prostaczkowie dla których najważniejsze jest przetrwać nieważne pod kogo rządami? Zresztą jest kilka osób, którym zależy na dobrze ojczyzny.
    Niestety państwo wolą chyba eposy gdzie występuje dobry bohater, który załatwia tego złego i potem wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Na szczęście istnieją realniejsze książki bo inaczej zanudziłbym się na śmierć :]

    OdpowiedzUsuń
  7. kruff --> mamy trochę podobne opinie na niektóre tematy dotyczące Martina (kicz! Kicz i czytadło), ale ostatecznie ja jestem bardziej na tak. Genialnie mi sie to czytało i ja to doceniam. Jestem fanem :-) W każdym razie sam powolutku przygotowuje notkę syntezującą moje wrażenia z wszystkich wydanych do tej pory 4 tomów. Będę też głównie narzekał, ale bardziej tak po fanowsku. :-)

    A co do tego:

    "(nie wnikam, skąd autor wie, jak smakuje sperma)"

    To uważam, że to już było niepotrzebne. Skąd wiedział? No pewnie stąd, skąd wiedział, jak wyglądają smoki, zachowują się rycerze w bitwach, czy jakie wyalienowanie może odczuwać karzeł.

    OdpowiedzUsuń
  8. Fani Martina to są faktycznie zabawni :D Jak im powiesz "Gra o tron" chała. To, kiedy już jakoś przebije się do ich fanowskich główek, że się zdania nie zmieni sięgają po argument ostateczny: dalsze tomy są lepsze i jest w nich wszystko to, co mówisz że w pierwszym nie ma, bo historia się powoli rozwija blablabla. A tu proszę! Jak się czyta dalsze tomy to że pewnych rzeczy w nich nie ma wynika z tego, ze były już wcześniej XD I w ten oto sposób nasz dyskusja osiągnęła poziom wodorostów ;]

    Jeśli w "Grze o tron" nie rozchodzi się o to, kto z kim ma dzieci to naprawdę gratuluję wyobraźni i wiary (ślepej) w domniemany geniusz Martina (któremu umiejętności sprawnego pisania nie odmawiam: czyta się to genialnie). Być może (haha) dalsze tomy rzucają na to inne światło, ale jakoś w "Grze o tron" trzon intrygi opiera się o to, że królowa ma dzieci z własnym bratem i kto się o tym dowie: musi zginąć. Poza tym różni bohaterowie z bliżej nieznanych przyczyn chcą władzy (o co kurwa chodzi Cersei to pojęcia nie mam) uwentualnie (jak Ned) chcą świętego spokoju. A, i są jeszcze tacy, co sa po prostu chujami. Jedyny wątek, który nie wynika z tego, z kim Cersei ma dzieci, to ten z Daenerys (bezsprzecznie najlepszy), niestety Martin zarżnął go wraz z Drogo, a właściwie z wykluciem się smoków (debilizm tego wątku jest tak potworny, że dalszych tomów nie tknę, jeszcze się tam elfy pojawi, albo jaka inna zaraza).

    Czy w życiu realnym istnieją dobro i zło? TAK ISTNIEJĄ. Jako wartości absolutne. To, ze trudno znaleźć osoby bezgranicznie dobre to jest inna sprawa, jednak równie trudno znaleźć osoby bezgranicznie złe. Nie chcę postaci jednoznacznie dobrych lub jednoznacznie złych, chce postaci, które są JAKIEŚ i które mają zarówno wady jak i zalety. Bohaterowie Martina (z których ciekawy, choć stereotypowy, jest tylko Tyrion), są umazani gównem, bo - tu dochodzimy do clue całej sprawy i miejsca, którym Martin poległ - pan Martin wyszedł z błędnego założenia (które niektórzy podzielają), że obrzucenie czegoś gównem równa się realizmowi. Nie równa się. Opowiadania Hłaski są równie realistyczne co socrealizm od którego się odżegnywał.

    Uogólnienie dot. wojny domowej -> otóż wszyscy na tę wojnę poszli. "Dyplomacja" to słowo w tym świecie nie znane :D

    Jeśli chodzi o to, czego oczekujemy (sądzę, że mogę się w tym momencie i w pewnym stopniu wypowiedzieć za Kruff): cykl "Fortece" C.J.Cherryh jest dobrym przykładem. Albo serial "Kingdom of the Winds" (Koreański historyczny, z tego co czytałam wierny historii, a więc realistyczny :P ).

    OdpowiedzUsuń
  9. widzę hevs nieźle trollujesz :P

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie zgadzam się z wieloma argumentami dotyczącymi oceny książki. Wielu przeciwników powyższej recenzji pisało, że postacie wykreowane przez Martina są realistyczne, bardzo złożone psychicznie. Nie ma tutaj idealnego głownego bohatera, który próbuje walczyć ze złem ani mrocznego czarnoksiężnika próbującego zawładnąć światem. W prawdziwym życiu nie ma podziału na ludzi dobrych i złych. Każdy z nas posiada różne możliwości wyboru i czasem nawet ci, którzy dążą do słusznej racji wybierają obiektywnie niewłaściwie. Czytając Pieśń Lodu i Ognia zzasami współczujemy "tym złym", a innym razem złościmy się na ulubioną postać. Takie jest życie.

    Uważam, że wątki erotyczne są nieco przesadzone w niektórch momentach, ale zauważmy, że w życiu codziennym nie jest wcale inaczej. Kwestie damsko - męskie nie uciekają od nas ani na krok, że tak powiem...

    Magii w książce nie jest specjalnie wiele, lecz jeśli ktoś potrzebuje nierealistycznej dziecinnej historii o czarodziejach, polecam Harrego Pottera. Tutaj magia odgrywa inną rolę, nie jest lekarstwem na wszelkie rany ani sposobem podróżowania. Magia to odwieczne wierzenia, rytuały...

    Późno już jest, a chcę dziś jeszcze skończyć Ucztę dla Wron. Pozdrawiam czytelników fantastyki!

    OdpowiedzUsuń
  11. stare jak świat, ale wlasnie skonczylam czytac to napiszę:
    ktos na gorze pisal "o co chodzi Cersei?" - powiem: matczyna miłość, chęć utrzymania swojego syna (który jest straszny i ona o tym wie, ale ogromnie go kocha) na tronie i chęć zabłyśnięcia w oczach swojego ojca, który zawsze wolał jej brata :P

    jeśli chodzi o gospodarkę, to jest tutaj ładnie wplątana w całą historię - zaopatrzenie w żywność, broń itd.. często wygrywają bogatsi albo ci, którzy po prostu mają więcej jedzenia (cebula!!), babra się w tym głównie Tyrion, dzięki którego Przystań miała jakiekolwiek jedzenie!

    kolejne.. "wolna podróż Denearys" - nie nie! za szybka! to jest mój ulubiony wątek w tej książce i trzeba czytając go pamiętać co Dany przeżyła i ile ma lat (tylko 14!!). Dla niej taka podróż jest niczym wyprawa do Mordoru dla Froda (oboje nie wiedzieli praktycznie nic o świecie poza swoim domem).

    co tam dalej.. nierealistyczne postaci "wszystkie szare" - nie wszystkie są szare.. są postaci skrajnie złe i dobre - do skrajnie dobrych zaliczyłabym kochanego maestra Luwina (kiedy on niby zrobił coś złego? doradzał dobrze nawet złym i nigdy nikogo żle nie ocenił), a do złych Górę czy Joffa (może i jest młody, ale zabić się go chce od razu..). Potem jest cała zgraja ciemniejszych czy jaśniejszych szarości, wcale nie przesadzona i dobrze poprowadzona. Wiele z nich broni swoich dzieci (Cersei, Catelyn, Lysa Arryn (aż za bardzo), a nawet lord Frey, który chce dobrej przyszłości dla swoich wnuków, synów, prawnuków, bla bla..), miasta czy po prostu tyłka, ale kto z nas by się nie bronił!?

    erotyka.. jeśli ktoś jej nie lubi, to niech nie czyta, tu owszem się zgodzę temat nie dla wszystkich.. z drugiej strony jednak w końcu zobaczyłam genialne, silne kobiety, który zyskują tak wiele tylko za pomocą swojego ciała i wykorzystują żądzę naiwnych, zboczonych facetów (Osha, Tysha, Asha). Są też postaci skrajnie oderwane od tego świata, "niepasujące", jak np. Catelyn, która aż razi swoją "czystością i świętością", czy Stannis, któremu ta "czystosć" już chyba poprzewracała w głowie
    Martin wplata erotykę w akcję całej ksiażki bardzo sprawnie i dodaje do puli intryg kontrowersyjne sprawy jak kazirodztwo czy "lojalnosć" dziwek. Nie widzę w tym nic złego, sprawy te towarzysza nam codziennie, dlaczego miałyby nie towarzyszyć bohaterom książek?

    OdpowiedzUsuń
  12. "(nie wnikam, skąd autor wie, jak smakuje sperma)"
    a właśnie jeszcze to.. przecież w dobie internetu każdy może sprawdzić ja smakuje sperma, jak wygląda człowiek z dwiema głowami czy pies bez nosa.. cokolwiek :P
    z drugiej strony co za problem zapytać się o to żony/dziewczyny/siostry/znajomej.. aż tak prywatne pytanie to to nie jest X...X

    OdpowiedzUsuń
  13. W końcu ktoś napisał prawdę o tym czym jest cykl Martina. W morzu głupiej czołobitności przed tym czymś, głos rozsądku i literackiego gustu jest bardzo podnoszącym na duchu. Są jeszcze ludzie, którzy oczekują literatury na wysokim poziomie. Do całej reszty czołobitientów: literaturą piękną to książki Martina nie są, zwykłe czytadło dla Was - ludzi bez wyrobionego smaku literackiego.
    Tylko z jedną oceną autorki bloga muszę się nie zgodzić. Książka nie jest dobrze napisana, język pana Martina jest na średnim, bardzo średnim poziomie, momentami zaś nawet tragicznym.

    Nie będę się rozpisywał czemu książka Martina jest słaba, słaba po trzykroć SŁABA!.
    Odniosę się tylko do jednego aspektu. Otóż niektórzy piszą o wątkach erotycznych w książce. Tylko, że wątków takowych tu nie ma. Są scenki klikuzdaniowe, opisane jak przez nastolatka, który nie ma pojęcia o erotyce. Rzygać mi się chciało czytając to.

    Szkoda czasu na taki, no niestety, CHŁAM:] Stuprocentowy chłam.

    Najbardziej mnie boli, że właśnie entuzjastyczne opinie o takim badziewiu powodują, że nadal fantastyka jest postrzegana jako podły gatunek (pod-gatunek) literatury.

    OdpowiedzUsuń