czwartek, 31 marca 2011

Quo vadis, nauko?

Tytuł posta banalny i się tego nie wstydzę. Bo temat też będzie banalny. Ale zbiera się we mnie od jakiegoś czasu i powstrzymać się nie mogę.

Jakoś tak jest w życiu studenta, że najpierw przychodzi na wymarzoną uczelnię przerażony, potem jest zachwycony i oniemiały, potem zaczyna kręcić nosem, aż w końcu na jego durnym łbie ląduje wiadro zimnej wody, a po plecach zaczynają biegać ciarki. Jasne - są różni ludzie, niektórzy cudowni, mądrzy i inteligentni, ale kiedyś, w swej bezdennej naiwności, wierzyłam, że świat nauki składa się niemal wyłącznie z takich umysłów. Nie chcę nikogo krzywdzić i zaznaczam, że przywoływane przeze mnie wypadki należą być może (oby) do mniejszości, ale moim skromnym zdaniem coś jest nie tak, skoro pojawiają się w ogóle. No i wynika z nich jednak niemiła refleksja na temat naszej kondycji umysłowej.

Nie do wybaczenia jest bowiem, kiedy na konferencji naukowej referenci popełniają błędy, za które oblaliby pewnie maturę. Wewnętrznie jakoś ich usprawiedliwiam, że młodzi (choć w większości starsi ode mnie lub w moim wieku, a zatem nie tacy znowu pierwszoroczni), że przecież pod czyjąś kuratelą i że się dopiero rozkręcą. Z drugiej strony badanie kampanii reklamowej i nie sprawdzenie, do kogo była skierowana lub tłumaczenie, że "to moja subiektywna interpretacja i mam do niej prawo" mogłaby ściągnąć ciężkie gromy przynajmniej w niektórych liceach. Tak jak badanie postaci fikcyjnej i nie wzięcie pod uwagę, że jest to właśnie postać fikcyjna, tylko traktowanie jej jako typowego reprezentanta pewnego środowiska. To samo zdarzyło się zresztą niedawno, kiedy na zajęciach przez jakiś czas przysłuchiwałam się dyskusji na temat bohaterki i tego, że nie mogę mówić, że jest irytująca, bo ma traumę itp. Mnie tymczasem irytowała nie jako osoba, bo przecież taka nigdy nie istniała, a jako skonstruowana tak a nie inaczej postać literacka. Naprawdę zaskoczyło mnie, że to wymaga wyjaśnień.

Ale to studenci! - mógłby ktoś powiedzieć. Dobrze, ale tych studentów ktoś uczy. Zresztą ostatnio słyszałam z ust osoby posiadającej już wysoki stopień naukowy wywód na temat świadomości narodowej chłopów w X w. Popełnienie dwóch (o ile nie trzech) błędów merytorycznych w jednym zdaniu to już jednak niepokojący wyczyn.

I tak  tych przykładów wyłania się ponury obraz nauki oderwanej od dążenia do obiektywizmu i puszczonej w swobodny lot ślizgowy ku subiektywnym odczytaniom. Jasne - sądy są subiektywne i nie unikniemy patrzenia przez soczewkę, ale tak otwarte godzenie się z tym i porzucanie celów poznawczych, donikąd nie prowadzi. Ja wiem - postmodernizm. Tylko że to smutne niezmiernie. Przypomina mi się bowiem rozmowa z doktorantką, zwolenniczką tej metodologii, która powiedziała dokładnie: "pani wierzy w prawdę, pani daleko zajdzie". A zatem oni wiedzą, że dążą nad przepaść.

Wiedzą, a mimo to idą i ciągną za sobą kolejnych. A mnie się płakać chce.

wtorek, 22 marca 2011

Fantasy z rozczarowaniem - George R. R. Martin, "Starcie królów".

Okładka polska z...
 Nie będę ukrywała, że znaczna część tego posta do autocytat z Krajsa, ale uzupełniony i poprawiony, tak by z pobieżnej opinii wyszło coś bliższego recenzji. Oryginalny tekst posta TUTAJ.

 Sporo o tej książce słyszałam, bo trudno nie słyszeć w fantastycznym półświatku. Przeważnie były to opinie pozytywne, a nawet niezdrowo entuzjastyczne, więc kiedy wreszcie skończyła się sesja i zaczęły wakacje, podreptałam do biblioteki i wzięłam książkę Martina z półki. Swoim zwyczajem nie sprawdziłam wcześniej układu tomów w cyklu i strzeliłam. A dokładniej wzięłam jedyną część, jaka była aktualnie dostępna. Nie potrzebowałam wiele czasu, by zorientować się, że Starcie królów to nie pierwsza pozycja, za jaką powinnam złapać, ale postanowiłam przeczytać i tak. W końcu mam doświadczenie w zaczynaniu cyklów od środka ;)

Uczciwie zaznaczam, że pozostałych tomów nie miałam w ręce, więc będę pisała nie o całości, a tylko o tej konkretnej pozycji.

Zaczęło się nawet przyjemnie - od pierwszego akapitu da się wyczuć sprawnie i fachowo prowadzoną narrację i najzwyczajniej przyjemny we współżyciu język (podczas dalszych doświadczeń lekturowych to wyrażenie nabrało innego znaczenia).Od początku też miałam do czynienia z tym, co obiecywały mi recenzje i opis na okładce, czyli z polityką. To głównie dla niej sięgnęłam po ten cykl, więc się ucieszyłam, choć z tego, co pamiętam, kilka początkowych zdań wywołało mój niepokój. Przeczuwałam tani mistycyzm, co - jak się szybko okazało - było moim wielkim błędem. Wkrótce zaczęłam za mistycyzmem tęsknić.

Potem było już gorzej i jeśli to ma być najlepsze, co ma do zaoferowania fantasy, to - szczerze mówiąc - nie wiem, dlaczego się nią param. Możliwe, że mój osąd jest częściowo wykrzywiony, wszak czytałam tylko jedną część i to nie pierwszą, a możliwe, że wcale nie, bo pewną filozofię pisania widać jak na dłoni.

Bohaterowie

 U Martina panuje szarość tak ostentacyjna, że aż niewiarygodna i wylewająca się uszami. Punktu odniesienia brak. Nawet pojawiające się religie nie proponują żadnych etosów, a przecież to zawsze ciekawy punkt wyjścia. Postępowanie bohaterów warunkują dwa czynniki: przetrwanie i żądza władzy. Zwykła życzliwość obraca się przeciwko nim i to nie raz, a zatem wniosek jest taki, że zdrada nie wynika z konkretnego rysu psychologicznego postaci, a po prostu jest powszechna. Nawet dzieci nie są niewinne. Tak jak dorośli mordują, spiskują i kalkulują. Bohaterów lepszych można by policzyć na palcach, z czego jeden jest czteroletnim brzdącem, a drugi dość poważnie upośledzonym umysłowo. Nie wiem... Wydaje mi się, że to nie pogłębienie psychologii, a raczej jej spłycenie. Spacerek po brodziku. Zwłaszcza, że po jakimś czasie zaczyna się odnosić wrażenie, że wszyscy są ulepieni z jednej gliny. Rozumiem - uwarunkowania kulturowe, wychowanie, determinizm itp., ale bez przesady! Czy ja muszę się czuć wśród bohaterów jak szambo-nurek? Czy musi chcieć mi się wymiotować na ich metaforyczny widok?
Rozumiem, że pisarze boją się postaci jednoznacznych, bo rzeczywiście łatwo spaprać sprawę. Ale te nie są nawet niejednoznaczne, bo - jak wspomniałam wcześniej - nie ma żadnego wewnętrznego punktu odniesienia. One są po prostu zawieszone w etycznej próżni.

Polityka 

Opisy wszelakie kusiły intrygami politycznymi. I rzeczywiście - jest tego sporo, co bardzo Kruffę cieszy. O co chodzi dokładnie, napisać nie mogę, bo zdradzę potencjalnym czytelnikom zakończenie pierwszego tomu, ale generalnie wszyscy są przeciwko wszystkim, co skutkuje całą masą punktów widzenia, negocjacji i potyczek. Niemniej tu też trochę pokręcę nosem, bowiem polityka  opiera się głównie na tym, kto czyje ma dzieci oraz na dywagacjach na temat kochanków Cersei i sposobów wykorzystania tej wiedzy. Gospodarki prawie nie ma. A ja lubię, kiedy we wszystko wmieszane są pieniądze, zasoby, nie tylko argumenty typu "no bo on jest bękartem, a ja nie".

Może w pozostałych tomach sprawa jest dogłębniej przemyślana. Mam nadzieję. Bo jak na razie, to opis mechanizmów politycznych i społecznych jest ubożuchny. Nie objętościowo, ale z punktu widzenia analizy zjawiska.


Magia

Magii rzeczywiście jest niewiele i to się chwali, z tym, że jeśli się już ona pojawia, występuje często w funkcji deus ex machina, kiedy trzeba coś uzasadnić, uratować bohatera z pod ściany albo wprowadzić zwrot akcji. Nie ma teorii magii, a przynajmniej ja do niej jeszcze nie dotarłam. To jest po prostu coś, czym można mordować na odległość, wyjaśnić tę czy tamtą nielogiczność lub wprowadzić odrobinę grozy. Na pewno nie dla wymagających.

Smoki też są i rzeczywiście są na poziomie zwierząt - co samo w sobie jest miłe, ale wątek z nimi związany jest tak śmiertelnie nudny... Nie ratuje go nawet ciekawa mongolsko-chińsko-arabska oprawa. Po prostu bohaterowie idą, idą, idą, mają trochę problemów z magią, po czym znów idą. I nawet nie rozmawiają o niczym specjalnie interesującym, choć pozornie otrzymujemy kilka smaczków związanych z egzotyczną kulturą.

Kilka - tak, to dobre słowo.

Erotyka

Tu Martin lekko przesadza. Nie chodzi o to, że jest jej sporo, a o to, w jakiej funkcji występuje. O ile jeszcze była w stanie dostrzec jej wagę konstrukcyjną w wątku Tyriona i Shae, o tyle Theon naparzający się na wszystkie inne kobiety, z którymi w większości ląduje w łóżku, jest już męczący. Chciałam czytać fantastykę, a nie instrukcję uprawiania seksu oralnego (nie wnikam, skąd autor wie, jak smakuje sperma). To w sumie smutne, kiedy autor ceni się tak nisko, że sądzi, iż potrzebuje tak banalnych i tanich chwytów, by utrzymać czytelnika w zainteresowaniu. Mniemam, że zadziałał tu taki mechanizm, gdyż bohaterowie - podczas miłosnych igraszek - często rozmawiają lub rozmyślają na tematy polityczne. Zupełnie tak, jakby Martin chciał zrekompensować czytelnikowi nudne w jego mniemaniu kawałki.

W rzeczywistości zepsuł to, co było najlepsze.

Za jakiś czas pewnie przeczytam dalsze części, ale nie będę się o nie z nikim bić. Czytałam lepsze rzeczy i pewnie lepsze sobie jeszcze poczytam.Nie ciągnie mnie też, by oglądać wersję ekranową, bo chyba wiem, czego się spodziewać.

wtorek, 8 marca 2011

Polonistyczności cz. 4 - Zakład Produkcji Guzków

Od jakiegoś czasu w programie widnieje przymusowy kurs emisji głosu dla przyszłych nauczycieli. Myślenie jest proste - nauczyciel został przeszkolony. Jeśli coś mu się stało, jest to jedynie wina jego zaniedbań lub złej woli.

Guzik prawda. Emisja głosu dla nauczycieli to jeden z większych absurdów, z jakimi się spotkałam. Pomijam wymiar godzinowy przedmiotu i zaangażowanie prowadzących, bo to pewnie różnie wygląda na różnych uczelniach (u nas 15+15, wykład i ćwiczenia). Problem tkwi w czymś innym i wcale nie jest zabawny. Okazuje się bowiem, że prezentowane techniki, to najkrótsza droga do powikłań i wyhodowania sobie ładnego guzka na strunach głosowych. Nauczycieli szkoli się zatem nie tak, by głos służył im długo, a tak, by wysiedli po trzech latach pracy. I nie ma się nawet jak ratować, bo według Karty Nauczyciela, urlop dla podratowania zdrowia przysługuje dopiero po siedmiu latach przepracowanych w pełnym wymiarze godzin. Jeśli ktoś siądzie wcześniej - jego problem. Jasne, po dwóch latach można się starać o stwierdzenie choroby zawodowej, ale to nie rozwiązuje problemu.

Nie jest tajemnicą, że nasza edukacja została lata świetlne w tyle (czasem wychodzi nam to zresztą na dobre). Nie jest tajemnicą też, że wielu absolwentów wyższych szkół muzycznych, parających się śpiewaniem, rozpoczyna swoją karierę od wizyty u foniatry, nierzadko zabiegu i długiej rehabilitacji. Sama znam co najmniej trzech, z różnych ośrodków. Wynika to stąd, że emisji głosu uczą osoby niemające pojęcia o anatomii i mechanizmach wytwarzania dźwięku. Żeby było zabawniej, prowadzący kursy dla nauczycieli logopedzi - choć tę wiedzę posiadają - powtarzają bzdury o pracy przepony, rozszerzaniu żeber, obniżaniu głosu i popijaniu wodą. Zresztą ci, którzy trafili na śpiewaków mają jeszcze gorzej. Pewna pani kazała na przykład swoim podopiecznym wykonywać piosenki na siedząco (!), bez rozgrzewki, bez części teoretycznej i jakiegokolwiek innego przygotowania, i dziwiła się, że im nie wychodzi. Jeśli chodzi o moje doświadczenia, to prowadząca poleciła nam na przykład - w ramach uzyskiwania rezonansu głowowego i piersiowego (sic!)  - wydobyć z siebie najwyższy i najniższy dźwięk, jaki jesteśmy w stanie. Oczywiście bez rozgrzania strun głosowych. Byłam jeszcze młoda i głupia, więc ćwiczenie wykonałam. O ile osoby o przeciętnych skalach głosu (1,5 - 2 oktaw) niczego specjalnego nie poczuły i pewnie większej krzywdy sobie nie zrobiły, o tyle ktoś, kto wyciąga zwykle parę dźwięków więcej odczuł bardzo wyraźnie, że to nie był najlepszy pomysł. Żeby było jasne - nie mam się czym chwalić, bo prócz rozpiętości mój głos ma obrzydliwą barwę, której szczerze nienawidzę, ale to naprawdę nie było przyjemne. Zwłaszcza że się przyłożyłam. Zwłaszcza że wiedziałam już, jak odczuwa się oba rezonansy i chciałam bardziej, mocniej, dokładniej. Bo wierzyłam jeszcze, że czegoś mnie te zajęcia nauczą.

Może to dobrze, że trwały tylko piętnaście godzin. Powinny w ogóle zniknąć. No, chyba że ktoś wreszcie pójdzie po rozum do głowy i sięgnie po wiedzę, która od kilkudziesięciu lat jest już na szeroko pojętym zachodzie oczywistością, którą wiele muzykalnych ludów miało od wieków, a która nam wydaje się wielkim odkryciem. Trzeba schować do szafy przeponę, oddychanie z workiem ziemniaków na brzuchu i "dobre rady", bo to szkoła wysiłkowa, zmierzająca do forsowania strun głosowych. Nowe (u nas) teorie postulują naturalność w wydobywaniu dźwięków, pracę niższych partii ciała i poznanie własnego organizmu (ślinianki na przykład, jako bardzo unerwione, reagują na najlżejsze bodźce i dlatego - zamiast popijać i je rozleniwiać - należy je raczej skłaniać do pracy). Wypróbowałam na sobie, bo miałam szczęście spotkać kogoś, kto się tym zajmuje. Naprawdę nie trzeba się spinać, by uzyskać ostry, jasny i czysty dźwięk. Wystarczą drobiazgi, jak ułożenie języka czy praca mięśni twarzy. Nic po takich ćwiczeniach nie boli, człowiek nagle odkrywa, że można wyć dwie godziny i nie mieć chrypy, śpiewać/mówić latami i nie dorobić się guzków.

(Pominęłam oczywiście watek warunków środowiskowych.)

piątek, 4 marca 2011

Mademe Bovary na celowniku

Mucha, w rzeczy samej. Ukradziony z...
Na początek może kilka cytatów (coś się pokręciło z ich wyglądem, ale sza - udaję, że tak miało być):


Blah, strata czasu :P Sama forma bez treści (z założenia). Acz czyta się szybko i przyjemnie.

Przecież to jest durne romansidło o problemach jakiejś rozhisteryzowanej baby :P A czyta się bardzo gładko, właśnie z założenia.
 hevi
Do "Pani Bovary" wrócę potem... Tak, to chyba dość dobrze świadczy co myślę o tej książce :P
 Regi

Przepraszam, że wyrwane z kontekstu, ale przywoływanie całości nie miałoby przecież żadnego sensu, bo craiisowa dyskusja wcale nie dotyczyła Flauberta, a tego, co kto aktualnie czyta i czy warto. Z tego też powodu odpowiadam tutaj. A także z powodu obszerności tematu, który i tak postaram się skrócić do znośnej długości, tak, by byli w stanie przebrnąć przez to także ci, którzy literaturą tego okresu nie interesują się ani trochę.

Nie wiem, jakie tłumaczenia mieli w łapkach Regi i hevi. Jeśli było to dzieło Magdaleny Tulli, to nic dziwnego, że Pani Bovary została "durnym romansidłem". Nasza bohaterka popełniła bowiem jeden bardzo poważny błąd - próbowała opowiedzieć historię. A historia przedstawiona przez Flauberta to rzeczywiście nic ciekawego. Może jakieś osiedlowe czytelniczki, przerobiwszy już całą półkę z Harlequinami, sięgając po Panią Bovary potrafią pasjonować się jej miłosnymi podbojami i niepowodzeniami. Nie sądzę jednak, by podniecały one kogoś na co dzień obcującego z nieco inną literaturą. Nie w akcji tkwi wartość tej książki (tak, nadal upieram się, że to arcydzieło). Ze swojej strony polecam przekład Jerzego Engelkinga. To matematyk, nie - jak Tulli - literat, w związku z czym jego tłumaczenie jest surowe, drobiazgowe i skupione na szczegółach, a zatem najbliższe temu, co stanowi ducha Pani Bovary.

Największa zasługa Flauberta to wzniesienie naturalizmu na wyższy poziom, wykroczenie - już na poziomie myślenia o powieści - poza panujący nurt. Kiedy bowiem porównamy jego powieści z dziełami Zoli, Maupassanta czy Huysmansa (z okresu Wieczorów medańskich, późniejszy Huysmans to osobna historia), zauważymy że jego dążenie do obiektywnego przedstawienia sytuacji wychodzi poza relacjonowanie faktów. Flaubert sięga "do wnętrza" swoich bohaterów i próbuje za pomocą narracji przedstawić ich takimi, jakimi są, ograniczając do minimum rolę narratora. W tym kontekście jest wynalazcą uwielbianej powszechnie narracji spersonalizowanej i choćby z tego względu należy mu się olbrzymi szacunek.

Doskonali też Flaubert synestezję, traktując ją już nie tylko jako środek literacki, ale jako kategorię porządkującą myślenie o powieści. Nie bez przyczyny bowiem określa on Panią Bovary jako szarą, a Salambo mianem karminowej. Dominanta kolorystyczna jest dla niego bardzo ważna i przejawia się nie tylko w sposobie opisywania świata (choć trzeba przyznać, że pierwszy jest z założenia nieciekawy i brudny, a drugi brutalny i krwawy), ale także w brzmieniu (!) słów. Tu głównie (choć nie tylko) znalazłam z Flaubertem wspólny język, bo także jestem synestetykiem i wiem, co miał na myśli. Nie mam pojęcia, jak tego typu zabiegi odbierają czytelnicy, którym zmysły się nie mieszają, nie znam też francuskiego, więc nie wiem, jak w oryginale brzmi Flaubert, ale mnie się to myślenie podoba. Bardzo mi się podoba.

I jeszcze jedna kwestia - również bardzo mi bliska, a mianowicie sposób traktowania szczegółów. To chyba ten moment, w którym rozbija się większość czytelników Pani Bovary, no bo ile można czytać o fryzurze bohaterki, meblach w jej domu czy kurzu na ulicy? Tylko że to wszystko - cholera, jak ja za to po ludzku i zwyczajnie nienawidzę Flauberta - ma sens. Pomijam związane z formą kwestie... jak by tu... nazwijmy je "teoretyczno-literackimi". Tam szczegóły mają związek z akcją (o ile w ogóle można mówić o akcji), wyrażają wnętrze bohaterów, służą odpowiedniemu brzmieniu tekstu i mają z premedytacją utrudniać lekturę, by ją spowolnić. Przykład: jeden z elementów garderoby Emmy zmienia się kilkakrotnie, odzwierciedlając przemianę, jaka w niej zachodzi. W detale nie wchodzę, bo to nie moje odkrycie, a nie chciałabym żerować na cudzej błyskotliwości. Inna - bardziej znana i szerzej opisana - kwestia, to rozbudowane opisy samej bohaterki, które (bez mówienia wprost, czemu służą), obrazują, jak ewoluuje jej relacja z Leonem. Liczy się w nich niemal każde słowo. To nic nowego - mógłby ktoś powiedzieć, ale wtedy odeślę go do notatki encyklopedycznej, by sprawdził, kiedy Flaubert pisał i jak pisali wtedy inni. Takie przeniesienie ciężaru z narratora na świat przedstawiony było po prostu nie do pomyślenia.

Mogłabym pisać jeszcze o symetrycznej kompozycji, o postaci Karola, o scenie śmierci Emmy, ale chyba mi się nie chce. Przecież i tak nikogo nie przekonam, by Panią Bovary polubił. I dobrze. Ja nie lubię Odysei i już. Po prostu - nie sprawia mi ona przyjemności, choć wiem, jak jest ważna. Niemniej domagam się pewnej uczciwości i o ile nielubienie czegoś i mówienie o tym głośno wydaje mi się więcej niż w porządku, o tyle nazywanie Pani Bovary "durnym romansidłem" jest po prostu nieuczciwe.

Podsumowując:
  • strata czasu - dla jednych na pewno. Dla innych radość czytania powieści, która nie jest NAPISANA, a SKONSTRUOWANA,
  • forma bez treści - przerost formy nad treścią, tu się mogę zgodzić. Ale nie z tym, że treści nie ma,
  • czyta się szybko i przyjemnie - bzdura. Chyba że w tłumaczenie Magdaleny Tulli. Ale wtedy to rzeczywiście romans
  • i wreszcie kwestia romansu - to nie romans, tylko analiza pewnego środowiska i to ona, a nie wątki miłosne, stanowi treść Pani Bovary,
  • a myśleć, to sobie można, co się chce, byle być w tym uczciwym :P

    Jest chaotycznie i zupełnie nie tak, jak miało być, ale jest ;)