niedziela, 30 stycznia 2011

Polonistyczności cz. 3, czyli mea culpa

Czas wreszcie ruszyć cztery litery i zamiast obiecywać, że się coś napisze, rzeczywiście coś napisać. Miało być o czymś innym, ale na ponowny rozruch potrzebuję niezobowiązującego tematu.

Przeglądając sobie dotychczasowy blogowy dorobek doszłam do wniosku, że z moich poprzednich "Polonistyczności" wynika, jakobym była jakimś oświeconym geniuszem, który szedł na te studia z gotową wizją swojej przyszłości. No, nie do końca tak było.
Przede wszystkim, ja naprawdę chciałam być nauczycielką. Odmieniło mi się dopiero po tym, co zobaczyłam "w naturze", że tak to ujmę. I do dziś nie wiem, czy to był głos zdrowego rozsądku mówiący kobito, przecież ty się nie nadajesz czy zwykła przekora wobec tłumu innych studentek masowo zapisujących się na tę specjalizację. Fakt faktem, że zaczęłam dążyć do czegoś trochę innego. Co nie oznacza, że na praktykach mi się nie podobało, bo mimo chwilowych załamań - zupełnie normalnych w każdej pracy, jak mi się wydaje - bawiłam się nawet nieźle. Dzieciaki też chyba nie miały ze mną jakiejś ciężkiej przeprawy, skoro nadal (po niemal dwóch miesiącach wspólnego przebywania, spowodowanego pewnymi okolicznościami zewnętrznymi) wołają za mną na ulicy: Dzień dobry! Nadal tylko nie lubię przedmiotów specjalizacyjnych, bo odnoszę wrażenie, że wciąż kręcę się w kółko i od kilku semestrów nie usłyszałam niczego nowego. Ale może to wina moja i moich wewnętrznych oporów.
Po drugie, idąc na te studia miałam głęboko zaszczepiony wstręt do gramatyki (choć lekcje o jerach już wtedy mi się podobały i coś mi mówiło, że to może być to) i chciałam - naprawdę chciałam - być literaturoznawcą. Tylko że nastąpiła kolejna konfrontacja z rzeczywistością i okazało się, że przedmioty oscylujące wokół tego, co mnie pierwotnie interesowało, to czyste wodolejstwo i egzamin można zdać idąc na niego praktycznie nieprzygotowanym. Wystarczy tylko umiejętność tworzenia teorii na poczekaniu i podejrzenie odnośnie tego, co egzaminator chciałby usłyszeć. A ja jednak lubię konkrety. Znaczy - żeby było jasne - językoznawstwo nie jest ani nauką ścisłą, ani nawet przyrodniczą, też posługuje się dywagacjami, niejednokrotnie dość wydumanymi, ale w takim czy innym stopniu dotyka się rzeczywistości lub chociaż danych o niej.
Sprawa miała się trochę inaczej z historią literatury - tam trzeba coś wiedzieć. Niestety, im dalej w las, tym mniej było faktów, a więcej dywagacji na temat tego, co autor miał na myśli. A ja czułam coraz większy wstręt do poruszania się w świecie, który - w moim skromnym mniemaniu - najzwyczajniej nie istnieje. 
Jest to o tyle męczące, że czuje się wyraźną dominację przedmiotów literaturoznawczych i historycznoliterackich, przemieniających się z czasem w literaturoznawcze nad językowymi. Żeby zmniejszyć liczbę tych ostatnich, połączono kilka kursów w jeden i powstał straszliwy molos na pewno skutecznie zniechęcający studentów. Zdaje się, że wchodzące w jego skład przedmioty nigdy nie cieszyły się szczególną popularnością, a scs-em straszono młodsze roczniki, teraz jednak wbito historii języka, gramatyce historycznej i wszelkim naukom pokrewnym nóż w plecy.

wtorek, 4 stycznia 2011

Postanowienia noworoczne

Ukradzione z...
Hm... No tak, miało być regularnie, a tym czasem milczę i milczę...

Ale zaczął się nowy rok, a to dobra okazja, żeby wrócić do stosunkowo częstego blogowania. Przerwa wynikła z kilku spraw, głównie z tego powodu, że nagle uświadomiłam sobie, jak wiele tematów jest jeszcze do poruszenia i trochę mnie to przytłoczyło. Zaczęło się od urwanej dyskusji z Ulvem na Froowym blogu, podczas której wypłynęło nagle takie mrowie wątków, że kopytka mi opadły i - choć wiem, że zrobiłam nieładnie - postanowiłam uniknąć pisania wielostronicowego wypracowania i wymknęłam się tylnymi drzwiami. To z kolei sprawiło, że kilka postów, jakie planowałam, rozbiło się na kilka mniejszych i tak mam roboty pewnie do końca świata, zwłaszcza, jeśli ten rzeczywiście nastąpi w przyszłym roku ;)

Tylko muszę się skupić...