czwartek, 8 września 2011

Katol na tropie Nergala

Generalnie Behemoth jest zabawny. Zabawni są ludzie, którzy dają się dymać przez taką komercyjną machinę, identyfikują się z wizerunkiem scenicznym, który jest, cóż... wizerunkiem scenicznym właśnie. Ale póki jest to nisza, póki dotyczy to tylko pewnych osób świadomie dających robić z siebie baranów albo naprawdę znajdujących w tym wszystkim jakąś przyjemność, mogę jedynie pokręcić głową i machnąć ręką. Ich życie. Gorzej, kiedy osoba taka jak Adam Darski vel Nergal wkracza do życia publicznego w roli autorytetu.

Konstrukcja polskiego abonamentu jest o tyle sprytna, że uniemożliwia zrezygnowanie z płacenia go i nieoglądanie telewizji publicznej. Chcesz mieć jakikolwiek kanał - trudno. Niezależnie więc od tego, jak często włączam "jedynkę", "dwójkę" i stacje regionalne, i tak jestem zobowiązana do uiszczania opłaty za nie. Inną kwestią - kwestią, której nie zamierzam poruszać - jest jej tak zwana ściągalność. W efekcie współfinansuję przedsięwzięcia tychże stacji, a zatem także kreowanie pana Darskiego na idola, mentora i autorytet muzyczny. Oczywiście większość "gwiazd" straszliwie się kompromituje, zasiadając w jury tego typu show, ale nie sądzę, by ktoś prowadził z Nergalem aż tak wyrafinowaną grę. Zwłaszcza, że udowodnił on już, że potrafi korzystać z nadarzających się okazji do zaistnienia w szerszym gronie.

Gdyby to się działo w stacji komercyjnej - jej sprawa. Zarząd ma pieniądze z reklam i niech sobie nimi dysponuje, nawet pozwalając pogrążać się Korze czy Kozyrze. Nie podoba mi się to dla samej zasady. W momencie jednak, kiedy ktoś zmusza społeczeństwo - wciąż jeszcze w większości składające się z zadeklarowanych katolików - do finansowania występów człowieka drącego publicznie Biblię i obrażającego chrześcijan, to mam wrażenie, że ktoś potężnie sobie ze mnie kpi.

Piszę o tym przy okazji dwóch inicjatyw protestacyjnych, jakie pojawiły się ostatnio. Pierwszą napędza Facebook, a wydarzenie nazywa się Nie dla Nergala w telewizji publicznej w programie The Voice of Poland. Jej autorem jest członek PiS-u, ale naprawdę mam to w nosie. Ważna jest sama idea i adresy, na które można słać listy wyrażające zdanie na ten temat. Drugą inicjatywę podjęło Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi. TUTAJ znajduje się treść listu protestacyjnego, który można  podpisać.

Zachęcam. To nie jest chyba tylko sprawa katolików. To sprawa robienia ludzi w balony.

niedziela, 4 września 2011

Dlaczego boję się postmodernistów

Wakacje powoli mijają. Tym szybciej, że rok akademicki zaczyna się w tym roku wcześniej. Najwyższy czas zatem, by zdjąć pajęczyny, zetrzeć kurz i skończyć tę słodką labę.

Przyznam, że trochę się przestraszyłam, kiedy zobaczyłam, jaki temat zostawiłam sobie na rozruch. Bo przecież postmodernizm, a może raczej dyskusja z nim, wymagałaby pewnej umysłowej gimnastyki, na którą - po kilku tygodniach szarokomórkowego bezruchu - nie mam specjalnej ochoty. Ale spróbuję ugryźć to jakoś inaczej. Bardziej osobiście.

A osobiście się go boję. Co prawda moda na tę metodologię podobno mija i nie jest prawdą, że "teraz mamy postmodernizm" - jak stwierdziła jedna ze słuchaczek filologii polskiej, wywołując niemałą konsternację, ale pokłosie tego myślenia nadal jest żywe. I chyba tak szybko nie umrze, gdyż czego, jak czego, ale atrakcyjności i łatwości uzyskiwania pseudointelektualnego efektu stosunkowo niewielkim kosztem, odmówić mu nie można.

Tak naprawdę przestraszyłam się podczas pewnej rozmowy z panią - nazwijmy ją - X, zadeklarowaną wyznawczynią postmodernizmu. Sama dyskusja dotyczyła tekstu, który już tu wrzucałam: KLIK, a raczej pewnych zawartych w nim tez. I tak sobie gadamy, gadamy, aż tu nagle pada stwierdzenie: "Pani daleko zajdzie". Spoglądam zdziwiona, bo choć za głąba się nie uważam, to jednak takie wyznania wprawiają mnie w niejakie zakłopotanie. Pada odpowiedź: "Bo pani wierzy w prawdę".

W tym momencie opadła mi metaforyczna szczęka. Zrozumiałam coś, co dotąd do mnie nie docierało: postmoderniści wiedzą, że ich metodologia donikąd nie prowadzi. Wiedzą, że uprawiają jałowe intelektualne gry. A mimo to się nie wycofują. Przeszli jak burza, zrobili krzywdę nauce podważając sens sądów obiektywnych, zrobili krzywdę sztuce defraudując oryginalność i to wszystko wiedząc, że działają bez celu? No, może poza burzeniem i "demaskowaniem".

Jeśli to nie jest upadek, to ja nie wiem, jak będzie on wyglądał.

piątek, 8 lipca 2011

Karnawał blogowy - czerwiec (^^)

No dobra, nie wyrobiłam się, jest już lipiec, ale inicjatywa zacna, więc się dopisuję ;)

Na rozgrzewkę skromnie, wywlekę to, co trzymam od jakiegoś czasu w "Polecanych":


Ze starczej części Kawiarczego bloga - perełka łącząca w sobie merytoryczne przygotowanie, profesjonalizm i osobiste spojrzenie na znaną niby postać. Polecam zresztą cały cykl. Mnie na przykład wyleczył z ogromnej niechęci do mitologii greckiej i rzymskiej wyniesionej ze szkół. Za to jestem wdzięczna i nakłaniam innych do łyknięcia tej odtrutki.


Zwięźle i na temat o liberaturze. Mogłabym się podpisać wszystkimi czterema kopytami.


Książki tu (nie)recenzowanej nie czytałam. Ale i tak lubię ten wpis. Za rozsądną diagnozę, odwagę wzięcia na warsztat pozycji "naukowej" i dyskusję, jaka się później wywiązała. Słowa uznania.

Rzecz lżejsza jeszcze, spoza "polecanych" (chociaż chyba ją dołączę):


Rzeczy niby oczywiste, ale z jaką swadą opisane ;)

I opowiadanie/powieść - tak. Bo dlaczego nie miałoby się znaleźć w tym skromnym spisie?


Horror jak się patrzy, zgrabnie wykorzystujący, to, co znane i sprawdzone oraz garść świeżych pomysłów. Kapitalna narracja, poczucie humoru i przekonujący bohater, którego nie da się nie lubić. Gorąco, gorąco polecam.

sobota, 18 czerwca 2011

Polonistyczności, cz. 5 - szkoła dysfunkcyjna

Ukradzione z...
Na samym początku wypada ustalić jedną bardzo ważną rzecz - dysleksja istnieje. Nie jest, jak chcieliby niektórzy, wyłącznie wymysłem nadopiekuńczych rodziców i chcących na nich zarobić terapeutów. To schorzenie, które ma często źródło w mikrouszkodzeniach odpowiednich obszarów mózgu, a skoro zostało rozpoznane, dlaczego udawać, że go nie ma i nie leczyć? Wiem, że wokół tego problemu narosło wiele niezdrowych emocji, ale wynikają one głównie z tego, co stało się później i może watro przyjrzeć się tej kwestii bez nich.

Kłopot pojawia się bowiem już w samym podejściu do dysleksji. Wszytskie jej odmiany można zaleczyć. Trzeba tylko chcieć, a w późniejszym życiu uważnie się obserwować i śledzić wszelkie oznaki remisji. Wiem, co mówię, gdyż mam "papiery". Z tym, że nikomu - poza polonistką, która x lat temu wysłała mnie do poradni - ich nie pokazywałam. Zawzięłam się, zainteresowałam zagadnieniem i dziś jestem na studiach, na których takie schorzenia powinny mnie z miejsca dyskwalifikować. Jasne - nie jest różowo. Bywają bardzo złe okresy, kiedy problem stanowi dla mnie nie tylko pisownia tzw. słów z trudnościami ortograficznymi, ale nawet odróżnienie od siebie "p" i "b" czy skończenie wyrazu bez połknięcia sylaby ze środka. Ludzie, którzy nie wiedzą o niczym rechoczą dziko na widok "żadko" lub "spłóczki", a ja się czerwienię i palę ze wstydu. Bo wcale nie uważam, by jakiekolwiek papiery zwalniały mnie z poprawnego pisania. To mój problem i to ja mam za zadanie pracować nad sobą.

Niestety, to wymaga cierpliwości i regularnych ćwiczeń, nie tylko w pisaniu "trudnych słówek" albo czytaniu na głos, bo dysleksja siedzi znacznie głębiej, jest upośledzeniem funkcji wchodzących w skład skomplikowanych procesów, jakimi są pisanie, czytanie i liczenie, a nie tylko tym, co widać. W moim przypadku np. chodzi o lateralizację skrzyżowaną, czyli naprzemienną dominację poszczególnych stron ciała, co powoduje, hm... nietypowe włączanie się półkul mózgowych. W trudnościach z pisaniem często udział biorą mikrouszkodzenia nerwów odpowiedzialnych za ruchy gałek ocznych itp. Trzeba rozpoznać problem i odpowiednio się do niego zabrać, uwzględniając predyspozycje osobnicze, tzw. typy inteligencji, sposoby zapamiętywania i inne czynniki.

Problem polega na tym, że dysleksja jest także wygodną wymówką, zwłaszcza w czasach, kiedy dużo się o niej mówi. Powoduje to falę fałszywych oświadczeń, opłaconych w poradniach przez rodziców, którzy chcą oszczędzić swoim dzieciom jedynek, a w rzeczywistości fundują im popisową lekcję chodzenia na skróty po życiowych ścieżkach. Wynika z tego przerażająca, choć zafałszowana statystyka - zdarzają się klasy i z pięćdziesięcioprocentową skutecznością, jeśli tak to można nazwać. 

Także nauczycielom nie chce się niczego z tym robić. W jednej z klas podstawówkowych miałam kilka osób z papierami. Ciekawa, jak ocenia się je w tej konkretnej szkole, zapytałam polonistki, a ta machnęła ręką i powiedziała: "E, po prostu postaw ocenę wyżej, niż wychodzi." Nie miała zatem żadnego znaczenia zawartość merytoryczna pracy, ani to, że jak na osoby z dysortografią, uczniowie ci popełnili relatywnie mało błędów i na tle reszty wypadli wprost rewelacyjnie. Oczywiście, chciałabym wierzyć, że był to efekt wytężonej pracy, a nie kupionego oświadczenia, które stało się po prostu przepustką do lepszych ocen.

Są także dobre przykłady. Osób z dysleksja nie można oceniać tak, jak innych, bo jest to dla nich najzwyczajniej krzywdzące (treść na 6, błędy obniżają wartość pracy, 3-) i niewiele mówi samym zainteresowanym, ale to nie oznacza, że można od nich mniej wymagać, zwłaszcza, że są to często dzieciaki o ponadprzeciętnej bystrości. Trzeba po prostu wyznaczyć inne kryteria, a pracę nad sprawiającą trudność umiejętnością kontrolować i ewaluować osobno.

Tylko trzeba chcieć. I chcieć musi rodzic, nauczyciel i - przede wszystkim - dziecko. Z tym, że dziecko nie dostrzeże wartości powolnej pracy nad sobą, jeżeli zabraknie mu wsparcia.

Dopisek:

...bo jednej istotnej kwestii terminologicznej nie wyjaśniłam. Pewnie to wiadome wszystkim, ale dodam dla porządku. Termin "dysleksja" używany jest w dwóch znaczeniach:
1. problemy z czytaniem,
2. ogół specyficznych problemów z uczeniem, a więc dysleksję w znaczeniu szczegółowym, dysortografię, dyskalkulię i wszelkie inne dys-.

piątek, 17 czerwca 2011

O miłości do dam

Pewien jestem, że wszelkie dobra w tym życiu dane są od Boga po to, by spełniać twą wolę, o pani, i wolę innych dam. Jest sprawą oczywistą i dla mnie najzupełniej jasną, że mężczyźni, niewiele warci, niezdolni są pić ze źródła dobroci, o ile nie nakłonią ich do tego damy. 
(Andrzej  Le Chapelain, Traktat o miłości [za:] Régine Pernoud, Kobieta w czasach katedr, Katowice 2009, s. 104.)

Mężczyzna, który dopuścił się takiego zuchwalstwa [tj. zabiegał o względy innej damy – przyp. ja], zasłużył siebie na to, by obie damy pozbawiły go swych uczuć, w przyszłości zaś nie powinien cieszyć się już względami żadnej uczciwej niewiasty, gdyż kieruje się on nieokiełznaną żądzą, ta zaś jest bezwzględnym wrogiem miłości. 
(Andrzej  Le Chapelain, Traktat o miłości [za:] Régine Pernoud, Kobieta w czasach katedr, Katowice 2009, s. 111.)

Ładne, prawda? :) 



 

czwartek, 16 czerwca 2011

Krucjata znów atakuje, czyli polityka pałowania

Temat zasugerowany przez hevs. W postanowieniu napisania tej notatki umocniły mnie różne rzeczy, w tym fragmenty rozmów i ostatnich lektur. Znów fantasy vs. historia, choć będzie krócej niż ostatnio.

Zwykle jest tak, że w światach fantasy panuje niepisana zasada wywoływania wojen dla samych wojen. Jedynymi ich przyczynami są zadawnione spory, nieślubne dzieci, popełnione w afekcie morderstwa i tym podobne sprawy. Próby wprowadzenia do tego podłoża gospodarczego kończą się szyderczym śmiechem i stwierdzeniem, że to już renesansowe. Nic bardziej mylnego.

Cały ambaras zaczyna się bowiem już w IX wieku, podczas gdy większość quasi-średniowiecznych światów celuje swymi elementami raczej w przełom wieków XIV i XV, ewentualnie w wiek XIII. Nagle na rynku pojawiają się nowe narzędzia i techniki rolniczo-hodowlane, które swój boom przeżyją w wieku X. O tym zresztą - zdaje się - wspomina się na historii. Nie rozpatruje się tylko efektów tego wydarzenia. A była nim głównie nadprodukcja. Do czego ta prowadzi - chyba łatwo zgadnąć. Tam gdzie nie było osadnictwa, zaczyna się ono pojawiać, tam, gdzie nie było poważniejszych struktur politycznych, zaczynają się one zawiązywać. Stają się opłacalne wraz ze specjalizacją wytwórczą osad. Rodzi się eksport i handel z prawdziwego zdarzenia i ktoś musi tym wszystkim sterować.

No dobra - mógłby ktoś powiedzieć - ale co to ma do rzeczy? Przecież wszystko odbywało się jeszcze na niewielką skalę.

Otóż skala powiększała się praktycznie z roku na rok, a skutkiem tych przemian było - według miej własnej opinii wyciągniętej na podstawie analizy wielu źródeł - także powstanie Polski. Nie jakieś Niemcy, papież czy uczucia narodowe, które nagle obudziły się w przyszłych Polakach, a zwłaszcza w Mieszku I, a właśnie gospodarka. Nie będę zanudzać szczegółami, ale to naprawdę tak wygląda. Zresztą po przyjrzeniu się wcześniejszym dziejom Słowian, a zwłaszcza ich kontaktom z Awarami, a potem z Frankami, dochodzi się do wniosku, że mamy smykałkę do interesów ;)

Żeby zilustrować, w jakim tempie potoczył się rozwój handlowych wici oplatających świat, podam przykład z trzynastowiecznych relacji polsko-węgierskich, kiedy to właściciele żup solnych sprzedawali towar po cenach dumpingowych, by wykończyć konkurencję. Naprawdę na to wpadli.

Wypada też wspomnieć o lombardach, z którymi poważne kłopoty mieli już Kapetyngowie. Potężni bankierzy trzymali w kieszeniach niekiedy zaskakująco ubogich możnych tego świata. A to prosta droga do szantaży i przekupstwa, prawda?

Wojny niestety kosztują. Zwłaszcza kosztowały krucjaty, gospodarka po prostu musiała się wtedy rozwijać i po prostu musiała stanowić ważną składową polityki.

Piszę krótko i może rozczarowując - w wakacje postaram się do tematu wrócić, na razie mam rozdwojenie jaźni, o którym pisałam wcześniej. Na razie jedynie sygnalizuję. Spróbuję ugryźć każdy temat z osobna.

środa, 15 czerwca 2011

Hans Zimmer - "King Arthur"

Przyznam się bez bicia, że lubię muzykę Zimmera. No tak. Lubię patos, chóry, dużo,  ale to dużo instrumentów i nie przeszkadza mi nawet wrażenie, że gdzieś to już słyszałam. Od muzyki filmowej nie wymagam oryginalności, a klimatu. A soundtrack do Króla Artura go ma. I to naprawdę sporo.

Wydaje mi się, że kompozycje przeszły trochę bez echa, pewnie dlatego, że film fatalny. I tak dzieło, lepsze nawet od Gladiatora, niepodparte jednak równie dobrym obrazem, utonęło w gąszczu innych propozycji. Zdobyło jednak swoich wiernych fanów, a ja z pewnością do nich należę.

Tytułem mięska

Zaczyna się tak średnio, bo piosenką wykonywaną przez Moyę Bernnan: Tell me now. Niby trudno się tu czegoś konkretnego przyczepić, ale jednak Zimmer dość wyraźnie drepcze po swoich śladach i w tym konkretnym przypadku zaczęło mi to przeszkadzać. Znów zaangażował niebanalny głos zaangażowany w tworzenie niszowej muzyki (choć i dla Lisy Gerrard znalazło się miejsce, o tym później), znów napisał coś odbiegającego od stereotypowej filmowej balladki, którą bez trudu mogłaby wykonać Rihanna albo inna Doda, i znów brzmi to tak samo. Poza tym nie lubię piosenek na początku. Nie i już, nie przekonam się. Fakt faktem, że refren - stanowiący kanwę dla pozostałych kompozycji - jest przepiękny, liryczny i łatwo zapadający w pamięć.

Wraz z Woad to riun zaczyna się jednak prawdziwa radocha. Ja wiem, to też brzmi prawie tak samo, jak. inne ścieżki Hansa. Ale brzmi cudownie. Zwłaszcza podoba mi się druga, "dzika" część utworu, gdzie ogromne pole do popisu otrzymują kotły i piszczałki, które wprost uwielbiam. Oraz bardzo Zimmerowskie zakończenie. I tak, jest on bardzo długi. Mnie to odpowiada. Wolę mieć na płycie pięć utworów po dziesięć minut niż dwadzieścia po trzy. Przy okazji Do you think I'm a saxon pozostajemy w tej dzikości. Klimatyczne to niesamowicie, choć momentami zbyt słyszalna elektronika. Tyle że ja mam fioła na tym punkcie. Nie lubię słyszeć komputera, który udaje, że nim nie jest (o czym wspominałam już przy okazji recenzji The Score). Hold the ice wprowadza spokój i liryczną atmosferę. Po szybkim tempie poprzednich utworów jest to bardzo miła odmiana, choć także tu nie brak przecież dramatyzmu. Another brick in the Hadrian's  Wall to właściwie kompilacja wszystkich poważniejszych motywów, pojawiających się na ścieżce. Acz przyjemne. Acz nie moje ulubione. Ulubione następuje po chwili w postaci Budget meeting. No to jest po prostu rzecz czochrająca, miażdżąca i wbijająca w fotel, z szalonymi partiami instrumentów dętych i cudownymi chórami. Dzikość i grozę początku równoważy bardzo liryczna, choć niepozbawiona tempa i dramaturgii druga część. Cudeńko. Na koniec dostajemy All of them - piękne podsumowanie całości. I jedyne, do czego można mieć żal to fakt, że choć utwory są długie, to sama płyta nie za bardzo. Kończy się za szybko. Dla spragnionych istnieją jeszcze na szczęście wersje alternatywne, między innymi utworu Budget meeting. Sama nie mogę zdecydować się, która lepsza, najchętniej zmiksowałabym obie.

Tytułem podsumowania

Gdybym miała w jakiś sposób tę płytę podsumować, prawdopodobnie bym poległa. Dlatego po prostu zachęcam do przesłuchania i pozwolenia sobie na podryfowanie w świat emocji, których w utworach nie brakuje. A dzięki temu, że film jest nijaki i nie zapada w pamięć, przyjemności z uruchamiania wyobraźni nie psują żadne narzucające się ujęcia.

Dodatkowe utwory (nie ma ich na standardowym albumie)

1. We will go home - krótka piosenka łącząca się z...
2. Sorrow - wspominałam, że znalazło się miejsce dla kontraltu Lisy i oto proszę, jak pięknie brzmi.
3. Budget meeting - wersja alternatywna.
4. Remember my face (część Budget meeting) - wersja alternatywna

czwartek, 9 czerwca 2011

Antoni Libera - "Madame"

Z różnych przyczyn nie za dobrze pisze mi się notatkę o średniowiecznej polityce (to jeden z głównych wątków mojej pracy dyplomowej, więc mam małe rozdwojenie jaźni). W związku z tym - żeby "Potwory..." nie zarosły pajęczyną - pozwolę sobie na recenzję. Na razie jedną, może będzie druga.

Kolejna książka, po którą sięgnęłam z ciekawości. O Madame bowiem krążyły opinie tak różne, że żal było samemu nie spróbować i nie wyrobić sobie zdania. Jedni rozpływali się nad głębią filozoficzną i utrzymywali, że to majstersztyk, inni twierdzili, że absolutnie - Libera napisał po prostu tanie romansidło. Moim skromnym zdaniem jedni i drudzy się mylili. Madame nie jest ani tak zła, ani tak dobra. Nie jest ani metafizycznym traktatem, ani harlequinem. Jest... porażką. W dodatku wyjątkowo estetyczną.

Plan był ambitny - wrócić do czasów licealnych, poddać je wiwisekcji i przekonać się, co miało wpływ na ukształtowanie się dorosłej już psychiki. Nietrudno zgadnąć, że chodzi o romans z nauczycielką. Ale nie tylko. Także o serię innych zdarzeń, obijanie się młodej, nad wiek dojrzałej i artystycznie wrażliwej duszy o szarą rzeczywistość lat 60-tych. Chodzi o wysublimowane gry intelektualne, zastawianie na siebie literackich sideł.

I tu zaczynają się schody. Libera bowiem unieważnia swój własny eksperyment. W głowę licealisty wtłacza całą elokwencję dorosłego pisarza, całą jego samoświadomość i nastawienie obserwatora rzeczywistości. Fałszuje obraz stosując zakrojoną na szeroką skalę autokreację. Z tego nie dało się wyciągnąć już sensownych wniosków. Czytelnik nie patrzy bowiem na rozwijającą się w trudnych warunkach psychikę a na swego rodzaju teatr cieni - teatr od początku do końca wyreżyserowany przez narratora.

Jakby tego było mało, Libera funduje jeszcze czytelnikowi niewybaczalne wprost zakończenie, które stanowi w istocie interpretację całej powieści. Nie ma już miejsca na własne przemyślenia - wszystko jest wyłożone niemalże łopatologicznie.

Niemniej Madame jest po prostu... ładna. Bardzo estetyczna językowo, czasami przeciążona intelektualnie, ale i tak sprawia przyjemność. Jako romans prezentuje się z kolei niebanalnie i w miarę ciekawie. I najlepiej chyba na tym etapie właśnie się zatrzymać. Nie chcę odmawiać powieści jakichkolwiek ambicji, ale po prostu Liberze nie udało się to, co sobie zamierzył i może lepiej o tym nie pamiętać.

czwartek, 26 maja 2011

"Piraci z Karaibów - Na nieznanych wodach", czyli o tym, że jaskółki nie tak znowu nisko latają

Konkurencyjna recenzja, a co! A nawet nie recenzja, jedynie kilka luźnych uwag pisanych na świeżo, tuż po seansie.

Po pierwsze, myślałam, że będzie gorzej. Pamiętam przecież, co się stało z Indianą. A było... fajnie. Tak, fajnie to dobre słowo. I nie wetknięto we wszystko kosmitów, co wobec mojej traumy jest ogromnym plusem ;)

Niemniej fabularnie wszystko składało się do kupy znacznie lepiej niż w części trzeciej, uniknięto także nadmiernego zaplątania intrygi, co zdarzało się wcześniej i skutkowało tym, że wszyscy walili się po głowach i nie do końca było wiadomo dlaczego. Nie było tak zabawnie, jak w Skrzyni Umarlaka (sceny z wyspą ludożerców są głupie, a mimo to bezbłędne), ale to wcale nie szkodzi, bo Piraci... podryfowali jakby bardziej w stronę kina przygodowego, jednak bliższego wątkom pirackim. Nie trzeba się zarykiwać ze śmiechu, żeby dobrze się bawić.

Szkoda natomiast, że film wyświetlany jest tylko w technologii 3D, bo to zupełnie niepotrzebne. Tak jak niepotrzebne były tak rozbudowane sekwencje walk i pościgów. Zresztą durne do potęgi. I nie za bardzo odkrywcze. Zestaw starych gagów znanych nie tylko z Piratów..., ale też z innych filmów komediowo-przygodowych. Średnio podobały mi się też zombiaki. Miały dodać chyba upiorności postaci Czarnobrodego, ale jakoś tak marnie wyszło.

W ogóle Ian MacShane trochę mnie zawiódł w tej roli. Niby wszystko było, jak należny, a jednak zabrakło jakiegoś błysku, czegoś takiego, ja wiem... czegoś, co miał w sobie Barbossa. Inaczej tego nie nazwę. A może miałam po prostu za duże oczekiwania. A może dano tej postaci za mało pola do popisu. Z drugiej strony koniec wątku był świetny, konsekwentny. I jednak czuło się magnetyzm.

Natomiast Penelopka bardzo mi się podobała z tym swoim akcentem i atakami furii, podczas których nawijała po hiszpańsku. W ogóle postać została napisana dość wiarygodnie. Na pewno bardziej kobieco, niż panna Swann. Zwykle nie przywiązuję się do bohaterek kobiecych w filmie, ale tym razem szczerze kibicowałam Angelice, choć miałam ogromne obawy w związku z wątkiem.
Nie było ani Elżbietki, ani Legolasa i to ogromny plus. Funkcję postaci, które są po to, żeby sobie popatrzeć przejęli: syrena i... duchowny. No przecież on nie przez przypadek robił striptiz w tej dżungli ;) Na wątek  misjonarza jednak nie narzekam, momentami zabawny, zapewniał też dostawę emocji innej natury, wypełniając pakiet, jakim powinien dysponować film rozrywkowy. Raczej nie dostrzegłam tam wielkich tendencji moralizatorskich.

No co ja jeszcze mogę mądrego napisać?... Fraa napisała, ja się ograniczę do tych wrażeń ;) Bo co do samego Sparrowa się z nią zgadzam, co do Barbossy takoż. Może tylko dodam jeszcze, że syrenki mi się bardzo podobały - te w wersji wrednej. I Judi Dench w swojej epizodycznej rólce.

Froowa recenzja, bo zapomniałam^^  KLIK

poniedziałek, 16 maja 2011

"A jak poszedł król na wojnę..."

I znowu recenzja. Ale tym razem nie będzie tak boleśnie. Będzie nawet przyjemnie, bo Kres sprawił mi swoją dwutomową Panią Dobrego Znaku sporo radości, zwłaszcza po Starszych bogach, bo czytałam powieści tuż po sobie.

Nie jest to arcydzieło i pozwolę zaznaczyć sobie to już na wstępie, ale bez wątpienia jedna z lepszych książek fantasy, jakie ostatnio czytałam. Mamy ciekawy świat (Szerń jest już pewnie czytelnikom Kresa znana), grono przesympatycznych bohaterów i zgrabnie podaną, przemyślaną politykę. Zaczynem dla intrygi staje się decyzja umierającego księcia tytułowego Dobrego Znaku - K.B.I. Lewina. Ku rozpaczy jego krewnych okazuje się, że niezwykle dochodową i bogatą puszczę, którą zarządzał, zapisał pewnej niewolnicy, którą wcześniej poślubił. Powstaje wielkie poruszenie, zaczynają się niesnaski i procesy. W obliczu zamieszania jeden z młodszych krewnych księcia K.B.I. Denett wpada na genialny pomysł i postanawia poślubić Ezenę - nową panią Dobrego Znaku.

To jednak nie wszystko, bo zarówno Ezena, jak i Denett są obywatelami Dartanu - niegdyś wspaniałego królestwa, dziś jedynie prowincji Armektu - imperium wyraźnie wzorowanego na Rzymskim (administracja, sposób organizacji wojsk). A Armetk nie będzie oczywiście bezczynnie patrzył na zamieszanie w swoich granicach.

"Niejednoznaczni" nie oznacza "niemoralni"
Bohaterowie to aspekt, który mnie w tej powieści szczególnie uwiódł. Utarło się bowiem przekonanie, że bohater niejednoznaczny to taki, którym nie kieruje żadna głębsza motywacja, który jest wredny, nieszczęśliwy, skrywa jakąś mhroczną tajemnicę i najlepiej kuleje. Kres udowadnia, że można inaczej. Prawdą jest, że każda ze stron konfliktu ma swoje racje. Trudno jest orzec, które posiadają większą wagę. A w dodatku jednych i drugich najzwyczajniej się... lubi. Pani Dobrego Znaku aż roi się od postaci świetnie nakreślonych, żywych, naprawdę z krwi i kości. Każdy ma swoje ideały, swoje namiętności i swój indywidualnie skrojony charakter. Zakochałam się tak w nieco histerycznej Ezenie, próżnej Anessie i rozsądnym Yokesie, jak i w stojących po drugiej stronie mężnej Terezie, chytrej Agatrze i parze cesarskiej. Świetnie napisany jest także Gotah - prawdziwy uczony, którego nie obchodzą gierki polityczne i któremu zależy po prostu na przyjrzeniu się interesującemu zjawisku. Trudno w to uwierzyć, ale niemal wszytskie postaci można by nazwać pozytywnymi. A mimo to jest ciekawie i realistycznie.

A jednak wojna kosztuje
Drugim ogromnym plusem jest nacisk, jaki został położony na odtworzenie realiów. Powieść stanowi właściwie opis wielkiej wojny, ale jest to wojna, która kosztuje, sprawia problemy logistyczne i odbywa się na niejednym froncie. Walczy się nie tylko mieczem, ale także pieniędzmi, plotkami, nastrojami społecznymi i ukształtowaniem terenu. Bardzo podobało mi się też zderzenie dwóch zupełnie odmiennych sposobów walki, dokładnie i szczegółowo opisanych. Kiedy naprzeciwko siebie stają dwie armie, otrzymuję opis szyków wraz z uzasadnieniem ich zastosowania, informacje o rozmieszczeniu innych jednostek itp. Tego się w fantasy często nie spotyka.

Dla uczciwości przyznać muszę, że niektóre rozwiązania zastosowane przez Kresa wydawały mi się lekko naciągane, ale mimo to było sympatycznie.

I jeszcze jedna kwestia - wątek wojenno-religijny. Armektańczycy czczą Aliorę - boginię wojny i w ciekawy sposób kult ten wpływa na ich mentalność oraz sposób walki. Szczegółów nie zdradzę ;)

I trochę narzekania
Narzekać też jest na co, choć moje zastrzeżenia dotyczą raczej sposobu pisania niż samej treści. Kres niestety ma tendencję do traktowania czytelnika jak idioty. Zdarza się, że wpada w jakiś paskudny słowotok i tłumaczy rzeczy oczywiste, pokazuje paluchem to, co i tak widać albo po raz dwudziesty tłumaczy to samo taktyczne posunięcie. Niezmiernie mnie to drażniło, zwłaszcza w drugim tomie, gdzie - odniosłam takie wrażenie - zdarzało się to częściej.

Druga kwestia dotyczy niektórych kwestii dialogowych. Nie pamiętam, czy kogoś prócz cesarza, ale i tak rzuciło mi się w oczy. W długich, monologowych niemal kwestiach pojawiały się wtrącenia. Nie opisy przy dialogach - wtrącenia. Najczęściej w nawiasach. Upodabniało to wypowiedzi do narracji i czyniło je nienaturalnymi, choć w sumie dialogi były niezłe, a niektóre wręcz wspaniałe (tu prym wiodą Ezena i Anessa).

I jeszcze wątek magiczny, co do którego mam mieszane uczucia. Niby wszystko ładnie tkwiło w świecie i stanowiło jedynie pretekst do podjęcia pewnych działań, ale z drugiej strony... jakieś takie tanie było.

Ogólnie
Ogólnie polecam. Czyta się szybko i przyjemnie. Człowiek przywiązuje się do bohaterów, daje się wciągnąć w świat, a czasami nawet zostaje zachęcony do zatrzymania się i podumania nad jakąś kwestią. I pod koniec znajdują się sceny, przy których Kruffa - nieskora do wzruszeń - nieomal uroniła łezkę. To tylko dowód na to, jak bardzo dała się uwieść.

sobota, 14 maja 2011

Różowożerna naga bogini, lateks i defekacja

Nie ulega wątpliwości, że trafiłam na Starszych bogów państwa Eddginsów kilkanaście lat za późno. Jestem na tę książkę stanowczo za stara i już. Ale zamiast od razu rzucić ją w kąt, podjęłam wysiłek podróży w czasie i próbowałam przeczytać tę pozycję tak, jakbym była jeszcze dzieckiem, ewentualnie raczkującą nastolatką. Problem w tym, że wyniki i tak były marne. Tak marne, że w pewnym momencie i tak do głosu doszła dzisiejsza Kruffa, kiedy uznała, że eksperyment nie ma sensu.

Z ręką na sercu przyznam się, że nie czytałam niczego, co David napisał sam, a akurat w tej powieści czuć wyraźne wpływy kobiecej wyobraźni, więc może będę trochę niesprawiedliwa. Ale jednak ktoś to wydał. Ktoś trzepie na tym kasę, więc litości mieć nie będę.

Złe złego początki
Zaczyna się wszystko Prologiem, który - jak to prologi - potrafi nieźle zmęczyć, choć liczy sobie zaledwie kila stron. Dwie i pół, jeśli mnie pamięć nie myli. Ale to dwie i pół strony męki. Autorzy zarzucają czytelnika masą niepotrzebnych - jak się okazało później - informacji, w gąszczu których te potrzebne zupełnie giną. Starsi bogowie rozpoczynają wielotomowy cykl, więc może miała być to zaliczka na poczet kolejnych części, ale kto przyswoiłby to na tyle, by pamiętać wszystko podczas lektury piątej książki z serii? Może będę brutalna, ale to błąd, który popełniają początkujący grafomani (do których się zaliczam), a który nie powinien przytrafić się autorowi światowych bestsellerów.

Ale trudno. Prolog się nareszcie skończył, wzięłam głęboki oddech i przeszłam do pierwszego rozdziału. Po początkowych zdaniach japa mi się uśmiechnęła, bo były one... dowcipne. "A więc to nie jest na serio!" - ucieszyłam się. Tylko że jeszcze na tej samej stronie zaatakowały mnie - uwaga, Panie i Panowie - różowe delfiny. Mało tego - były to delfiny gadające, wesolutkie, ociekające wprost słodyczą i obdarowujące wszystkich bezinteresowną miłością. No przepraszam, ale rzygać mi się zachciało. To by mnie przerosło nawet kilkanaście lat temu.

Rzeczonym zwierzątkom towarzyszyła zresztą bogini, która - a jakże! - chodziła nago i żywiła się światłem, z czego najbardziej lubiła różowe. Dałam jej szansę, bo wydawała mi się mimo to sympatyczna, taka niefrasobliwa, trochę narcystyczna. Zawiodłam się niestety, bo później bohaterka traci cały urok i zamienia się w histeryczkę, której zachowania naprawdę trudno uzasadnić. W dodatku opinia narratora zupełnie rozjeżdża się z obserwacjami czytelnika.

Świat o stopniu skomplikowania cepa
Nasza bogini ma zresztą rodzeństwo. Trójkę. Czyli - o, Kapitanie Oczywistość! - jest ich czworo, dwie siostry i dwóch braci. Ktoś zgadnie, jak zatem został podzielony między nich świat? Ależ jasne! - według kierunków. Na środku wyspy czai się z kolei Wielkie Zuo o jakiejś niewymawialnej nazwie zawierającej oczywiście "v" i "sh". Nikt nie wie skąd się wzięło i jak wygląda. Wiadomo jedynie, że wyrabia (tak, wyrabia) sobie wielką, straszną armię i chce zniszczyć świat, ot tak. Nie spoiluję, to jest w prologu.

Toż Kruffa, nie chwaląc się wcale, w wieku lat jedenastu stworzyła bardziej skomplikowaną krainę, w jakiej dodatku zło było złe, bo bało się jeszcze większego zła, które zresztą nie chciało nikogo niszczyć, tylko sobie było. Szczególnie odkrywcze to nie jest, ale jednak bardziej złożone. Może dlatego eksperyment się nie udał. Może powinnam cofnąć się jeszcze dalej.

A, i jeszcze jedno. Wiecie, jak autorzy rozwiązują kwestię tego, że bohaterowie mówią różnymi językami (chwała, że to w ogóle zauważyli)? Jeden z bogów załatwia to swoją boską mocą. Dar Języków normalnie.


O konsekwencjach wpuszczania kota na klawiaturę
Trudno jest mi przypomnieć sobie jakiekolwiek imię występujące w tej powieści. Wiem jedynie, że były wyjątkowo nieudane i kiedy wysilam jednak mózgownicę, przychodzą mi do głowy dwie nazwy, tyle że przekręcone. Lateks (zdaje się, że od wioski Lattash, czy jakoś podobnie) oraz Nasram (Nasaram?). Konsekwencje wpuszczania kota na klawiaturę zawsze były przykre. Nie jestem straszną przeciwniczką wymyślania nazw, ale to tego trzeba mieć wyczucie, którego w tym przypadku zabrakło.


A może jednak coś dobrego?...
Niestety nie. Wymieniłam zarzuty, jakie mam wobec Starszych bogów jako fantastyki, ale jako po prostu literatura także się nie bronią. To jest źle napisane i niektórych rzeczy nie można zrzucić nawet na tłumacza (właściwie mogłam sobie zanotować, kto tłumaczył...).

Po pierwsze - działania bohaterów rozjeżdżają się z tym, co twierdzi narrator. O tym, że jedna z bohaterek zachowuje się inaczej niż zwykle nie świadczą bynajmniej ani jej słowa, ani czyny, tylko kilka niby-dramatycznych zdań. Tak jak o tym, że ktoś jest chciwy, a ktoś inny mądry.

Po drugie - coś, czego szczególnie nie lubię, czyli dialogi, w których bohaterowie wyjaśniają sobie rzeczy dla nich oczywiste. W dodatku dialogi drętwe i tak nienaturalne, że aż skóra na karku cierpnie. Mogłabym to zwalić na tłumacza, gdyby nie fakt, że ta sztuczność wynika między innymi z długości zdań i odzywek w stylu "ale nie traćmy czasu na nieważne sprawy" itp. Oni naprawdę brzmią jak dziewiętnastowieczny narrator (nie, żebym miała coś do dziewiętnastowiecznych narratorów. O ile, rzecz jasna, są narratorami).

Po trzecie - skrótowość.

Po czwarte - mentalność ula. Ten lud jest mężny, a tamten chciwy. Koniec kropka.

Po piąte - zupełny bark pojęcia o tym, o czym się pisze. Przedstawienie działań wojennych było tak porażające, że naprawdę odechciało mi się nawet śmiać. Ja rozumiem - książka jest skierowana do młodego czytelnika (choć czasem odnosi się wrażenie, że miało być zgoła inaczej, tylko nie wyszło) - ale pewna przyzwoitość pisarska obowiązywać powinna. Że rewelacje natury geologiczno-meteorologiczne pominę.

Zdecydowanie nie polecam, nawet bardzo młodym czytelnikom. Strata czasu. No, chyba że czytać o jako doskonały podręcznik o tym, jak nie pisać.

środa, 11 maja 2011

Katol na tropie - muzyka sakralna i... no, taka trochę mniej sakralna

Wreszcie ruszam z tematami orbitującymi wokół katolicyzmu, choć może nie zaczynam szczególnie efektownie. Z góry też zaznaczam, że imprimatur mi nie przysługuje ;) W związku z tym pod spodem wyrażam tylko i wyłącznie swoje zdanie.

Może zacznę od tego, że zacytuję fragment posta, od którego zaczęło się rozmyślanie o rozpoczęciu pisania takich postów. To wprowadzi temat i uporządkuje mi tekst:

Kawiarce czasem trudno uwierzyć, że Umberto Eco nie pisał Imienia Róży wspomagając się obserwacją polskich katolików. Przecież to właśnie tutaj, w kraju nad Wisłą, pokutuje najwyraźniej opinia, że śmiech upodabnia człowieka do małpy. A idąc dalej – że w ogóle jakakolwiek radość w życiu religijnym jest wielce niewskazana. Wystarczy spojrzeć na pieśni religijne: począwszy od kolęd, a na śpiewach za zmarłych kończąc. Ksiądz jęczy, wierni mruczą. Całość brzmi tak depresyjnie, że człowiek po powrocie z kościoła ma ochotę się pochlastać. Swoją drogą, jest tu pewna ciekawa niekonsekwencja – bo oczywiście teksty pieśni są bardzo zróżnicowane, ale śpiewa się je zawsze tak samo. A więc Cicha noc jest utworem przygnębiającym bardziej niż Szomorú vasárnap, a Jużeś opuścił tę łez dolinę sprawia wrażenie, jakby żywi mieli za złe zmarłemu, że jego dusza ma czelność być szczęśliwa.
Fraa nie zamierza wskazywać nikomu, w co i jak powinien wierzyć, ale dla kawiarki dużo bardziej logiczny jest gospel od tego rodzimego pojękiwania. W końcu Chrystus zbawił ludzkość, tak? Ewangelia to Dobra Nowina, tak? Dlaczego więc tak się umęczać wymrukiwaniem tych wszystkich smętów? Tego Fraa nigdy nie pojmie.
Od razu też zdradzę inne źródło tego konkretnego posta, a była nim rozmowa ze znajomym protestantem i pewną katoliczką na temat właśnie muzyki religijnej. Po tym jak wyraziłam swoje zdanie, zapytał mnie, czy to, że ludzie są ze sobą razem i dobrze się bawią nie jest dla mnie modlitwą. Odpowiedzi łatwo się domyślić.

Hopajmy na cześć Pana!
Żeby było jasne - oczywiście katolik powinien żyć tak, by wszystko, co robi stanowiło modlitwę, czyli "podobało się Bogu". Muzyka sakralna stanowi jednak bezpośrednie zwrócenie się do Niego (lub któregoś ze świętych), tak samo jak owe sławne "formułki". To wymaga z kolei pewnej powagi i stosowności wynikającej po prostu z szacunku. Poziom tej powagi jest oczywiście dostosowany do możliwości modlącego się i dlatego piosenki dziecięce różnią się od pieśni, choć te pierwsze są przecież nowym i może nie najlepszym wynalazkiem. Wynika to bezpośrednio ze zmian w samej duchowości, która przechodzi od czysto emocjonalnej, do bardziej "rozumowej". Tak przynajmniej dziać się powinno, a nieprzystawalność teorii do praktyki to inna kwestia. Może w innym modelu duchowości - modelu właśnie protestanckim - wystarczą same emocje, ale zawsze miałam nieodparte, być może krzywdzące wrażenie, że oni jednak zatrzymują się na pewnym etapie. To wnioski z moich własnych obserwacji i rozmów z duchownymi Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, wyznawcami baptyzmu i innymi, których szczegółowej przynależności niestety nie znam. Nie wiem, jak ma się do tego literatura fachowa, że tak to ujmę, ale mnie wydaje się, że pogoń za odcięciem się od katolicyzmu doprowadziła do tego, że protestantom pozostało jedynie puste naczynie. Może kiedyś rozwinę wątek - jeśli doczytam, bo nie chcę pleść bzdur.

Oj, dana-dana, Maryjo kochana!
Zupełnie innym problemem jest jakość pieśni. Wspomniana "Cicha noc" to przecież koszmarek, który - jak głosi legenda - powstał w jedną noc. Większość z tego, co śpiewa się w kościołach, to twory ludowe, nie najlepszej próby i zawierające w dodatku błędy teologiczne ("daremny Twej męki trud"). Jakby tego było mało, wykonuje je chór głosów niemłodych, którym lata podarowały już naturalne wibrato. Bo nie oszukujmy się - średnia wieku wiernych na mszach (nie wspominając już o nabożeństwach nadobowiązkowych) waha się w okolicach siedemdziesiątki. Trudno wtedy zaśpiewać przysłowiowe niemal "Wesoły nam dzień dziś nastał", które ma piekielnie wymagającą melodię tak, by nie zabrzmiało jak marsz pogrzebowy. Sytuacji nie poprawia też fakt, że ludzie często nie rozumieją tego, co śpiewają. Słynne są już wersy "bracia, patrzcie - jenot!" czy moje ulubione "Maryja śliczna ino po kolanach". A istnieje alternatywa, naprawdę. Zamiast po raz setny klepać prześladujące chyba każdego, kto uczestniczył w uroczystości Pierwszej Komunii Św. "Pan Jezus już się zbliża", można wykonać hymn św. Augustyna ("Zbliżam się w pokorze...") i już jest lepiej, ładniej artystycznie i mocniej teologicznie.

Hej-ho! Przyjmę Twoją Łaskę!
Powyższy nagłówek to cytat. Serio. Tak głęboki tekst towarzyszy wielu tak zwanym "pieśniom młodzieżowym", w tym także tym, które - za pośrednictwem muzyki gospel - weszły do repertuaru katolickiego. Bo nie ukrywajmy - teksty utworów gospel są ubożuchne, że aż hula wiatr.

I tu pojawia się problem gimnazjalnych przeważnie schol. Czasem odnosi się wrażenie, że posiadanie w rozpisce mszy młodzieżowej to punkt honoru dla każdego proboszcza. Wystarczy więc, że pojawi się ktoś potrafiący złapać na gryfie trzy chwyty oraz dziewczątka z zacięciem piosenkarskim i już zakłada się zespół. O który zresztą nikt nie dba, nikt nie przygląda się próbom (o ile się odbywają), repertuarowi czy postawie uczestników względem tego, co robią.

Jeśli chodzi o ten wątek mam w pamięci świeże i traumatyczne przeżycie. Dotyczy ono psalmu, który został zaśpiewany (duże słowo) przez gimnazjalną gwiazdę tak, że włosy stanęły mi dęba i przez chwilę myślałam, że będę musiała wyjść z kościoła, żeby nie zacząć krzyczeć. Połączenie wrzasków, jęków, melorecytacji i uwielbienia dla własnych nieistniejących możliwości wywróciło mi żołądek. A potem zaczęłam się zastanawiać, kto tak niedojrzałą osobę dopuścił do tak ważnej funkcji? Nikt jej nie sprawdził? Nikt nie prosił, żeby się najpierw zaprezentowała w zaciszu jakiejś salki? A jeśli to przeszło - to za czyją wiedzą?

Gimnazjum to trudny wiek, w którym paniątka chcą się podobać, czy to przez makijaż, czy przez efektowne popisy wokalne (które - co tu kryć - dla postronnych są zwykle żenujące) i niech tak będzie. Młodość ma swoje prawa. Wiem też, że tworzenie takiego zespołu może być fajnym życiowym doświadczeniem, pomocą w okresie buntu i czynnikiem układającym światopogląd (neologizm Hitlera brzmi w tym kontekście co najmniej dziwnie, wiem :P ). Do dziś zresztą kontynuuję zadzierzgnięte wówczas przyjaźnie, mimo pozakładanych rodzin, przeprowadzek i różnych perturbacji w sferze duchowej. Jest tylko jedno "ale": ktoś musi nad tym czuwać. Gwiazdki pozostawione same sobie nie tylko niczego się nie nauczą, ale też stworzą kabaretowo-musicalowego potwora.

Sacrum zobowiązuje
Nie mam niczego wobec muzyki chrześcijańskiej sięgającej po wszelkie możliwe gatunki, serdecznie myślę o zespołach koncertujących czasami tu czy tam. Wtedy jest czas i na popisy wokalne, i na podskoki, i na riffy, i na saksofony oraz na wszystko, co tam ludziom do głowy przyjdzie. Na koncertach nie przeszkadza mi nawet gospel, choć to zupełnie nie mój klimat. Ale to nie jest żadną miarą muzyka sakralna. Ona bowiem rządzi się swoimi, surowymi prawami i posiada bogatą, choć niewykorzystywaną tradycję. Liturgia to liturgia. Rozpisana - o czym wielu organistów wydaje się nie pamiętać - co do nuty. Tu nie ma miejsca na ulepszenia i aranżacje, tak samo jak na uproszczenia trudnych zawijasów, bo to modlitwa tak samo skonwencjonalizowana jak owe  darzone  niechęcią "formułki".

wtorek, 10 maja 2011

Czego autorzy fantastyki nie wiedzą o średniowieczu, czyli Kruffowa krucjata nie ustaje

Oj, wielu rzeczy nie wiedzą. Części też wiedzieć wcale nie muszą, żeby ich dzieła były udatne, ale zawsze milej myśleć, że pisarz zrezygnował z jakiegoś elementu z premedytacją. I zwykle jest to bardziej owocne niż niewiedza.

Niniejszy post ma charakter, hm... projektowy, że tam modnym słowem to ujmę. Chodzi o to, że sama wiem o średniowieczu tak naprawdę niewiele, a im więcej czytam, tym bardziej obraz się zaciemnia. Poetyka blogowej notatki wymusiła też wybór niektórych wątków nawet z tego skromnego zasobu, który dysponuję, ale wdzięczna będę za uzupełnianie listy nawet oczywistymi oczywistościami.

Higiena
Poruszałam już wątek średniowiecznych realiów, a najmocniej tutaj:
I niech to będzie pierwsza pozycja na liście. Oczywiście ten post nie przedstawił wszystkiego, co ma związek ze średniowieczną higieną, a jedynie kilka przykładów mających zachwiać przekonaniem o stereotypie brudasów z wrośniętym w warstwę potu i kurzu ubraniem. Faktem jest natomiast, że świat nie pachniał wówczas lawendą. Śmierdziały miasta, śmierdzieli ci, którzy nie mieli możliwości się umyć (i nie chodzi tylko o nędzarzy, ha! te stęsknione królewny rzucające się na szyję powracającym z wojny rycerzom!) i wszystko to, co dziś chemicznie się tuszuje. Poza tym to czas bez szczepionek i lizolu. Ludzie jednak piękni nie byli.

Nie bez przyczyny skóra średniowiecznej piękności miała być biała jak mleko, a w dotyku gładka jak jedwab. Zawsze w cenie jest to, czego brakuje. Nie chodzi teraz o to, by wszyscy w światach quasi-średniowiecznych mieli problemy ze skórą, włosami i nieświeży oddech, bo fantasy zawsze bliżej było do baśni niż powieści historycznej, a poza tym - jak pisałam - byłoby to krzywdzące dla faktów, ale wieśniaczka o długich, lśniących w słońcu włosach, delikatnym dotyku i jasnym, gładkim licu to już jednak spora przesada.

Piśmiennictwo
Wójt (o ile tak nieromantyczne słowo pojawi się w fantasy) siada nad stolikiem, wyciąga pióro, oczywiście ogromne, kolorowe i podskakujące przy każdym ruchu, pergamin (!), inkaust (!) i zaczyna pisać list do drugiego wójta... Zdarza się nierzadko, prawda?

Nie będę przeliczać wartości pergaminu na dzisiejszą walutę, bo to niewykonalne i bez sensu. Fakt, że był drogi. A papier - zanim ktoś wpadł na pomysł, by wyrabiać go ze szmat i sznurów - jeszcze droższy, gdyż jedwabny. Stosowano jeszcze papirus, ale w średniowieczu już tylko w kancelarii papieskiej, bo ta sympatyczna roślinka - delikatnie mówiąc - przeżywała kryzys egzystencjalny. Żakowie, a czasem nawet wielcy panowie, jeśli środków nie stało, korzystali częściej z innego materiału, który był wówczas w powszechnym użyciu, a o którym niewielu dziś pamięta - z tabliczek woskowych. Dwie (najczęściej), trzy lub więcej (poliptyki) deseczek z wydrążonym miejscem na barwiony (najczęściej na czarno) wosk, związane rzemieniem. Nic pięknego, ale jakie tanie i praktyczne! Wyryte rylcem litery można było mazać do woli, jeśli tylko rozgrzało się szeroki koniec narzędzia. Tekst był nietrwały, ale zdarzało się, że zapisywano w ten sposób nawet listy do dostojników, choć materiał uchodził powszechnie za mało elegancki.

Nieco problematyczne jest również owo malownicze pióro, powiewające podczas pisania. A tymczasem wyglądało ono mniej więcej w ten sposób:

Wyrób własny ;)

Jak widać na załączonym obrazku, wszystko, co mogłoby powiewać, zostało starannie usunięte. Dla wygody. Bo naprawdę paskudnie się pisze, kiedy chorągiewka majta się między paluchami. Wyczytane, zasłyszane i sprawdzone empirycznie. Widać też, że pióro jest skrócone, a to dlatego, by nie wykłóć sobie oka. Znów wygoda.

Biblioteki
W fantasy pewnie co piąty wieśniak ma w piwnicy tajemną bibliotekę, w której znajdują się przynajmniej trzy zaginione woluminy. No cóż, truizmem byłoby stwierdzenie, że książki sporo kosztowały. Niewiele wniosłaby też uwaga, że wioski często palono - tak na złość sąsiadowi - i podobna kolekcja pewnie by się nie ostała. Nadmienię jedynie, że nawet skrybowie, całe życie spędzający przecież wśród tekstów pisanych, niejednokrotnie musieli cytować z pamięci (co skutkuje serią przezabawnych pomyłek, ale to inna historia). Nie mieli możliwości zdjęcia z półki tego, co było im akurat potrzebne, sprawdzenia autora, strony i dokładnego brzmienia przywoływanego stwierdzenia. Musieli mieć to wszystko w głowach, co samo w sobie jest już niesamowite, jeśli weźmie się po uwagę, że twórczość średniowieczna to głównie kompilacje.


Czytanie
Jeśli już przy takich tematach jesteśmy, pozwolę sobie jeszcze na uwagę dotyczącą średniowiecznego sposobu czytania. Jego podstawę stanowiła wokalizacja. I to nie taka w dzisiejszym rozumieniu, polegająca na odtwarzaniu dźwięków w myślach. Oni czytali na głos. Inaczej nie potrafili i już. O nie, przepraszam, potrafili - zdarzali się wielcy mędrcy i uczeni, którzy opanowali sztukę cichego czytania (co potwierdzają źródła, niestety wypadło mi z głowy jakie - tak dobrej pamięci jak średniowieczni niestety nie mam). Budzili oni jednak zdziwienie i niejaką konsternację.

Historycy
Często zdarza się też w fantasy trafić na mędrców-historyków, badających mroki przeszłości w poszukiwaniu jakiegoś istotnego szczegółu, który pomoże pokonać Rycerzowi Światła i jego Elfiej Dziewicy Wielkie Zło. I tu po raz kolejny pisarz rozmija się ze średniowieczem. Ówcześni uczeni mieli specyficzne podejście do wielu nauk, w tym do historii. Nikomu nie zależało na odtwarzaniu zamierzchłych czasów, badaniu źródeł i dociekaniu historycznej prawdy. Wystarczyła tradycja, bo w przeszłość się wierzyło, a nie próbowało ją zgłębiać. Jeśli zatem ktoś zajmował się tą dziedziną, był raczej zbieraczem i interpretatorem legend, starożytnych przesłanek i utworów, a nie naukowcem biegającym od archiwum do archiwum i może jeszcze przeprowadzającym krytykę źródeł.


Między baśnią a powieścią historyczną
Zauważyłam gdzieś na wstępie, że fantasy bliżej jednak do baśni, ale to nie usprawiedliwia ignorancji, na jaką można się natknąć. Świadczy ona bowiem o krzywdzącym podejściu do tego typu literatury, polegającym na stwierdzeniu, że to chłam dla niewymagającego nastolatka szukającego łatwych podniet. Oraz dla kiepskiego pisarza, który ma problemy z logicznym rozumowaniem i dlatego wybiera najprostszy w swoim mniemaniu gatunek. Tymczasem - jakby wbrew temu - coraz silniej widoczna jest tendencja do przesuwania fantasy  ku drugiemu biegunowi, co przejawia się umieszczaniem bohaterów w konkretnych realiach., w tym - najczęściej - w realiach quasi-średniowiecznych. To wymaga już dużej wiedzy i zacięcia w ciągłym jej zgłębianiu, a część autorów niestety tego nie zauważa. Czym innym jest wybór pewnych elementów, a przemilczenie innych, a czym innym jednak pójście na łatwiznę.

P.S. To tło nie przewiduje tak długich postów ^^ Będę musiała jednak bardziej się wysilić.

wtorek, 3 maja 2011

Wiosenne porządki (znowu)

Prace nad własnym szablonem trwają i jeszcze potrwają, więc na razie zostaje ta przeurocza, czerwona kanapa (tak właśnie mi się to kojarzy - z kanapą). Ale troszkę się zmieniało ostatnimi czasy - staram się jak mogę ułatwić korzystanie z bloga. Jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował: dodałam listę czytelniczą, gdzie odnotowuję kolejne przeczytane pozycje. Strona ma aktywną opcję komentowania, co - mam nadzieję - posłuży poczcie pantoflowej ;) Dodałam też listę z tytułami powstających postów ("Pisze się..."), wydzieliłam osobne kategorie dla "Polonistyczności" (trochę ich już jest) i postów językowych (no, tu nie ma się czym chwalić - napisałam aż jeden). Postanowiłam też podzielić linki na kategorie, bo do tej pory wisiały w nieładzie. Uaktywniam też kolejną stronę - "Polecanki". Nazwa głupia, ale jeśli bywacie na ciekawej stronie/blogu lub sami taką prowadzicie, można tu zostawić link. Rozejrzę się i może zostanę na dłużej.

Wszelkie uwagi i sugestie mile widziane ;)

piątek, 15 kwietnia 2011

O prababci fantastyki słów kilka, czyli powieść gotycka w skrócie

Żeby nie było, że się obijam, serwuję trochę historii i refleksji ogólnych nad fantastyką. Oczywiście nie do przyjęcia byłoby stwierdzenie, że wywodzi się ona tylko z romansu grozy, ale twórcy tego gatunku ujawnili całe spektrum "szkół" pisania, widocznych także dzisiaj w podejściu do fantastyki i choćby z tego względu stanowił on krok milowy w rozwoju tego typu literatury.

 Postaram się nie znudzić. Pozwólcie też, że za ilustracje posłużą mi dzieła prerafaelitów. Wspominałam już, że ich uwielbiam, prawda?

Romans czy powieść?

J. W. Waterhouse, Lamia
Na początek kwestia nazewnictwa. Nie jest ona bowiem wcale taka oczywista.

Gatunek narodził się w Anglii i, gdyby chcieć zostać wiernym tamtejszej nomenklaturze, należałoby używać terminu "romans" bowiem "powieścią" (the novel) - jak zauważa Zofia Sinko - nazywano twórczość zrywającą z dorobkiem sentymentalizmu, czego o gotycyzmie na pewno powiedzieć nie można. Wręcz przeciwnie - stanowi on niejako stadium przejściowe między sentymentalizmem a romantyzmem, przechodząc z czasem we frenezję. Z drugiej jednak strony pojawia się problem przekładu na język polski, dla którego słowo to ma nieco inne konotacje i zdecydowanie mniej kojarzy się z utworem fabularnym jako takim, a przywodzi raczej na myśl wątki miłosne, a one - jakkolwiek w powieściach grozy ich nie brak - nie stanowią sedna nurtu. Czyli tak źle i tak niedobrze. Ja używam obu nazw ze względu na wygodę pisania.

Gotyckie czy grozy?

O ile w tym kontekście "romans" i "powieść" to jednak to samo, o tyle dołączany do tych słów epitet niesie już pewne rozróżnienie. Jego wybór powinien zależeć od twórcy, którego dzieło opisujemy, bowiem groza nie jest tu wcale konieczna i tak naprawdę charakteryzuje tylko jeden z trzech odłamów.

Epitet "gotycki" w odniesieniu do utworu literackiego pojawił się po raz pierwszy w roku 1764 w podtytule Castle of Otranto Horace'a Walpole'a (do tego pana jeszcze wrócimy). Takim samym dopiskiem (A Gothic Story) opatrzyła swoje The Champion of Virtue Clara Reeve trzynascie lat później. I przyjęło się. Między innymi dlatego, że "gotycki" miał wówczas znacznie szersze zastosowanie niż dzisiaj i nie odnosił się jedynie do jednego ze stylów sredniowiecznych. "Gotyckim" określano wszystko, co stare, mroczne, barbarzyńskie, nieokrzesane, tajemnicze i groźne. Groza pojawia się tak naprawdę dopiero z czasem. Początkowo w gotycyzmie chodziło o to, by stanowił alternatywę dla dydaktycznej, bliskiej życiu i na wskroś realistycznej literatury mieszczańskiej, a zatem by sięgał do tego, co niezwykłe i nieprawdopodobne. By zadziwiał. Z sensem czy też bez niego.

Historical, sentimental i terror gothic

D. G. Rossetti, Prozerpina
Taka literatura szybko znalazła swoich fanów - tak czytających, jak i piszących. A im więcej piszących, tym więcej sposobów realizacji gatunku. I tak, za sprawą trzech największych osobowości romansu gotyckiego, powstały trzy jego odmiany: historical, sentimental i terror gothic. To oczywiście podział sztuczny, wprowadzony przez Summersa w The Gothic Quest.

Przedstawicielem pierwszego z odłamów jest wspomniany już twórca nurtu - Horace Walpole. Był barwną postacią i dziwakiem. Historykiem i archiwistą z głową pełną najdziwniejszych pomysłów, z których - bardziej lub mniej świadomie - nadal czerpiemy garściami. To na kartach jego powieści przodkowie bohaterów wychodzili z ram obrazów, pojawiały się nagle lewitujące części rycerskiego ekwipunku czy krwawiące posągi. On także niejako ustalił kanon bohaterów takich opowieści, do których należał często dziedzic jakiegoś podupadającego majątku, potomek sławnego rodu obciążonego klątwą lub po prostu zbyt ciekawski pechowiec. Często zresztą w roli pierwszoplanowej występowały kobiety, gdyż ich delikatność doskonale kontrastowała z dziwnością świata przedstawionego.

Trudno oczekiwać, by prymitywne - bądź co bądź - chwyty wykorzystywane przez Walpole'a i jego naśladowców kogokolwiek straszyły. Miały raczej zadziwiać irracjonalnością i taki był najwyraźniej cel twórcy, bo - przepraszam bardzo - ale latający po dziedzińcu hełm nie wywoła gęsiej skórki nawet u kogoś, kto z grozą ma na co dzień niewiele wspólnego. Dziś bawi naiwnością - dawniej zaskakiwał na równi niemal, co sceneria, w jakiej się pojawiał.
Sentimental gothic - prócz ściślejszych związków z romansem sentymentalnym - w warstwie ideologicznej niewiele różnił się od historycznego. Oba nurty tkwiły jeszcze dość mocno w oświeceniu i choć autorzy wplatali w swe opowieści elementy niezwykłe, nie zrywali jednak z racjonalnością i dydaktyzmem. Nastąpiło jednak spore pęknięcie, jeśli chodzi o samą realizację tematu.
Gotyk sentymentalny stanowił domenę kobiet a zwłaszcza najbardziej chyba znanej autorki z tego kręgu - Ann Radcliffe. Nie pozostało to bez znaczenia dla kształtu powieści, bowiem w porównaniu z topornymi i naiwnymi chwytami prezentowanymi przez Walpole'a i jego naśladowców, odznaczał się on wielką subtelnością i kunsztem, bowiem atmosferę tajemniczości i niepokoju uzyskiwano nie poprzez opisywanie latających po zamku hełmów, a przez sugestię i niedomówienia. Z tak skonstruowanej niezwykłości łatwiej też było wybrnąć i wciśniecie zakończenia w oświeceniowe racjonalistyczne ramy nie wymagało karkołomnych akrobacji.

O mistrzostwie, jakie osiągnęła pani Radcliffe świadczyć może choćby lista twórców, którzy przyznawali się do inspiracji jej prozą, a byli to między innymi Walter Scott, Alexandre Dumas, Wiktor Hugo czy Charles Baudelaire. Do sentymentalizmu zbliżają jej dzieła głównie bohaterki - jeszcze delikatniejsze i bardziej czułe niż zdarzało się twórcom historical gothic. Z drugiej jednak strony pojawia się w tych utworach już umiejętnie budowany nastrój grozy, który w pełnej krasie rozkwitnie w odłamie terror gothic.
J. W. Waterhouse, Borea
Najwybitniejszym twórcą tej ostatniej odmiany był niejaki Matthew Gregory Lewis. No, tutaj krew leje się już strumieniami. Mamy kazirodztwa, żywcem zamurowane piękne niewiasty, morderstwa, klątwy, brutalne gwałty i upadłych mnichów. Mamy też - czego nie było wcześniej - ponurą analizę psychologii bohaterów, zainteresowanie ciemną stroną człowieka i zerwanie z racjonalizmem. Zbliżamy się coraz bardziej do romantyzmu, a zwłaszcza do Byrona i Goethego.

Kruffowe wnioski

Nie będzie chyba nadużyciem, jeśli stwierdzę, że trzy odmiany gotycyzmu nie są jedynie historią. Choć podział jest oczywiście sztuczny i wtórny względem zastanego dorobku, trudno oprzeć się wrażeniu, że dzisiejszych pisarzy fantasy można by przyporządkować do podobnych kategorii. Jasne - im więcej piszących, tym więcej manifestacji gatunku i tym więcej potencjalnych grup, ale filozofia pisania takiego, powiedzmy, Piekary czy Martina przywodzi mi na myśl Lewisa. A Le Guin - Radcliffe. A Nix - Walpole'a. Oczywiście bez sensu byłoby tworzenie teraz tabel z konkretnymi przyporządkowaniami i argumentami przemawiającymi za taką decyzją, bo do niczego by to nie prowadziło. Nie o to mi zresztą chodzi.

Ważniejszy jest fakt ogromu możliwości, jakie daje jeden tylko typ literatury. Już od początku, od zarania dziejów fantastyki (bo powieść gotycka to przecież fantastyka pełną gębą) pojawiają się różne sposoby rozwiązania problemu. Jedne ciążą ku racjonalizmowi, inne ku irracjonalności. Jedne chcą portretować świat i uczyć czytelnika prawd ogólnych, inne skupiają się na analizie rzeczywistości. Narzędzia stosują niby podobne, a jednak każdemu z jego kawałka drewna wychodzi coś zupełnie innego, co dowodzi tyle tego, że problem fantastyki nie leży w samym gatunku, a w twórcach. Ciekawe jest także to, że fantastyka była na początku obciążona racjonalizmem, co mnie się bardzo, ale to bardzo podoba.

Bądź, co bądź, konkluzja ze spojrzenia w przeszłość jest pocieszająca.

Literatura:

Bogusław Dopart, Romantyzm polski: pluralizm poglądów i synkretyzm dzieła, Kraków: Księgarnia Akademicka Wydawnictwo Naukowe 1999.

Maria Jasińska, Narrator w powieści przedromantycznej (1776-1831), Warszawa: Państwowy Instysut Wydawniczy 1965.

Zofia Sinko, Powieść angielska osiemnastego wieku a powieść polska lat 1764-1830, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy 1961.

czwartek, 31 marca 2011

Quo vadis, nauko?

Tytuł posta banalny i się tego nie wstydzę. Bo temat też będzie banalny. Ale zbiera się we mnie od jakiegoś czasu i powstrzymać się nie mogę.

Jakoś tak jest w życiu studenta, że najpierw przychodzi na wymarzoną uczelnię przerażony, potem jest zachwycony i oniemiały, potem zaczyna kręcić nosem, aż w końcu na jego durnym łbie ląduje wiadro zimnej wody, a po plecach zaczynają biegać ciarki. Jasne - są różni ludzie, niektórzy cudowni, mądrzy i inteligentni, ale kiedyś, w swej bezdennej naiwności, wierzyłam, że świat nauki składa się niemal wyłącznie z takich umysłów. Nie chcę nikogo krzywdzić i zaznaczam, że przywoływane przeze mnie wypadki należą być może (oby) do mniejszości, ale moim skromnym zdaniem coś jest nie tak, skoro pojawiają się w ogóle. No i wynika z nich jednak niemiła refleksja na temat naszej kondycji umysłowej.

Nie do wybaczenia jest bowiem, kiedy na konferencji naukowej referenci popełniają błędy, za które oblaliby pewnie maturę. Wewnętrznie jakoś ich usprawiedliwiam, że młodzi (choć w większości starsi ode mnie lub w moim wieku, a zatem nie tacy znowu pierwszoroczni), że przecież pod czyjąś kuratelą i że się dopiero rozkręcą. Z drugiej strony badanie kampanii reklamowej i nie sprawdzenie, do kogo była skierowana lub tłumaczenie, że "to moja subiektywna interpretacja i mam do niej prawo" mogłaby ściągnąć ciężkie gromy przynajmniej w niektórych liceach. Tak jak badanie postaci fikcyjnej i nie wzięcie pod uwagę, że jest to właśnie postać fikcyjna, tylko traktowanie jej jako typowego reprezentanta pewnego środowiska. To samo zdarzyło się zresztą niedawno, kiedy na zajęciach przez jakiś czas przysłuchiwałam się dyskusji na temat bohaterki i tego, że nie mogę mówić, że jest irytująca, bo ma traumę itp. Mnie tymczasem irytowała nie jako osoba, bo przecież taka nigdy nie istniała, a jako skonstruowana tak a nie inaczej postać literacka. Naprawdę zaskoczyło mnie, że to wymaga wyjaśnień.

Ale to studenci! - mógłby ktoś powiedzieć. Dobrze, ale tych studentów ktoś uczy. Zresztą ostatnio słyszałam z ust osoby posiadającej już wysoki stopień naukowy wywód na temat świadomości narodowej chłopów w X w. Popełnienie dwóch (o ile nie trzech) błędów merytorycznych w jednym zdaniu to już jednak niepokojący wyczyn.

I tak  tych przykładów wyłania się ponury obraz nauki oderwanej od dążenia do obiektywizmu i puszczonej w swobodny lot ślizgowy ku subiektywnym odczytaniom. Jasne - sądy są subiektywne i nie unikniemy patrzenia przez soczewkę, ale tak otwarte godzenie się z tym i porzucanie celów poznawczych, donikąd nie prowadzi. Ja wiem - postmodernizm. Tylko że to smutne niezmiernie. Przypomina mi się bowiem rozmowa z doktorantką, zwolenniczką tej metodologii, która powiedziała dokładnie: "pani wierzy w prawdę, pani daleko zajdzie". A zatem oni wiedzą, że dążą nad przepaść.

Wiedzą, a mimo to idą i ciągną za sobą kolejnych. A mnie się płakać chce.

wtorek, 22 marca 2011

Fantasy z rozczarowaniem - George R. R. Martin, "Starcie królów".

Okładka polska z...
 Nie będę ukrywała, że znaczna część tego posta do autocytat z Krajsa, ale uzupełniony i poprawiony, tak by z pobieżnej opinii wyszło coś bliższego recenzji. Oryginalny tekst posta TUTAJ.

 Sporo o tej książce słyszałam, bo trudno nie słyszeć w fantastycznym półświatku. Przeważnie były to opinie pozytywne, a nawet niezdrowo entuzjastyczne, więc kiedy wreszcie skończyła się sesja i zaczęły wakacje, podreptałam do biblioteki i wzięłam książkę Martina z półki. Swoim zwyczajem nie sprawdziłam wcześniej układu tomów w cyklu i strzeliłam. A dokładniej wzięłam jedyną część, jaka była aktualnie dostępna. Nie potrzebowałam wiele czasu, by zorientować się, że Starcie królów to nie pierwsza pozycja, za jaką powinnam złapać, ale postanowiłam przeczytać i tak. W końcu mam doświadczenie w zaczynaniu cyklów od środka ;)

Uczciwie zaznaczam, że pozostałych tomów nie miałam w ręce, więc będę pisała nie o całości, a tylko o tej konkretnej pozycji.

Zaczęło się nawet przyjemnie - od pierwszego akapitu da się wyczuć sprawnie i fachowo prowadzoną narrację i najzwyczajniej przyjemny we współżyciu język (podczas dalszych doświadczeń lekturowych to wyrażenie nabrało innego znaczenia).Od początku też miałam do czynienia z tym, co obiecywały mi recenzje i opis na okładce, czyli z polityką. To głównie dla niej sięgnęłam po ten cykl, więc się ucieszyłam, choć z tego, co pamiętam, kilka początkowych zdań wywołało mój niepokój. Przeczuwałam tani mistycyzm, co - jak się szybko okazało - było moim wielkim błędem. Wkrótce zaczęłam za mistycyzmem tęsknić.

Potem było już gorzej i jeśli to ma być najlepsze, co ma do zaoferowania fantasy, to - szczerze mówiąc - nie wiem, dlaczego się nią param. Możliwe, że mój osąd jest częściowo wykrzywiony, wszak czytałam tylko jedną część i to nie pierwszą, a możliwe, że wcale nie, bo pewną filozofię pisania widać jak na dłoni.

Bohaterowie

 U Martina panuje szarość tak ostentacyjna, że aż niewiarygodna i wylewająca się uszami. Punktu odniesienia brak. Nawet pojawiające się religie nie proponują żadnych etosów, a przecież to zawsze ciekawy punkt wyjścia. Postępowanie bohaterów warunkują dwa czynniki: przetrwanie i żądza władzy. Zwykła życzliwość obraca się przeciwko nim i to nie raz, a zatem wniosek jest taki, że zdrada nie wynika z konkretnego rysu psychologicznego postaci, a po prostu jest powszechna. Nawet dzieci nie są niewinne. Tak jak dorośli mordują, spiskują i kalkulują. Bohaterów lepszych można by policzyć na palcach, z czego jeden jest czteroletnim brzdącem, a drugi dość poważnie upośledzonym umysłowo. Nie wiem... Wydaje mi się, że to nie pogłębienie psychologii, a raczej jej spłycenie. Spacerek po brodziku. Zwłaszcza, że po jakimś czasie zaczyna się odnosić wrażenie, że wszyscy są ulepieni z jednej gliny. Rozumiem - uwarunkowania kulturowe, wychowanie, determinizm itp., ale bez przesady! Czy ja muszę się czuć wśród bohaterów jak szambo-nurek? Czy musi chcieć mi się wymiotować na ich metaforyczny widok?
Rozumiem, że pisarze boją się postaci jednoznacznych, bo rzeczywiście łatwo spaprać sprawę. Ale te nie są nawet niejednoznaczne, bo - jak wspomniałam wcześniej - nie ma żadnego wewnętrznego punktu odniesienia. One są po prostu zawieszone w etycznej próżni.

Polityka 

Opisy wszelakie kusiły intrygami politycznymi. I rzeczywiście - jest tego sporo, co bardzo Kruffę cieszy. O co chodzi dokładnie, napisać nie mogę, bo zdradzę potencjalnym czytelnikom zakończenie pierwszego tomu, ale generalnie wszyscy są przeciwko wszystkim, co skutkuje całą masą punktów widzenia, negocjacji i potyczek. Niemniej tu też trochę pokręcę nosem, bowiem polityka  opiera się głównie na tym, kto czyje ma dzieci oraz na dywagacjach na temat kochanków Cersei i sposobów wykorzystania tej wiedzy. Gospodarki prawie nie ma. A ja lubię, kiedy we wszystko wmieszane są pieniądze, zasoby, nie tylko argumenty typu "no bo on jest bękartem, a ja nie".

Może w pozostałych tomach sprawa jest dogłębniej przemyślana. Mam nadzieję. Bo jak na razie, to opis mechanizmów politycznych i społecznych jest ubożuchny. Nie objętościowo, ale z punktu widzenia analizy zjawiska.


Magia

Magii rzeczywiście jest niewiele i to się chwali, z tym, że jeśli się już ona pojawia, występuje często w funkcji deus ex machina, kiedy trzeba coś uzasadnić, uratować bohatera z pod ściany albo wprowadzić zwrot akcji. Nie ma teorii magii, a przynajmniej ja do niej jeszcze nie dotarłam. To jest po prostu coś, czym można mordować na odległość, wyjaśnić tę czy tamtą nielogiczność lub wprowadzić odrobinę grozy. Na pewno nie dla wymagających.

Smoki też są i rzeczywiście są na poziomie zwierząt - co samo w sobie jest miłe, ale wątek z nimi związany jest tak śmiertelnie nudny... Nie ratuje go nawet ciekawa mongolsko-chińsko-arabska oprawa. Po prostu bohaterowie idą, idą, idą, mają trochę problemów z magią, po czym znów idą. I nawet nie rozmawiają o niczym specjalnie interesującym, choć pozornie otrzymujemy kilka smaczków związanych z egzotyczną kulturą.

Kilka - tak, to dobre słowo.

Erotyka

Tu Martin lekko przesadza. Nie chodzi o to, że jest jej sporo, a o to, w jakiej funkcji występuje. O ile jeszcze była w stanie dostrzec jej wagę konstrukcyjną w wątku Tyriona i Shae, o tyle Theon naparzający się na wszystkie inne kobiety, z którymi w większości ląduje w łóżku, jest już męczący. Chciałam czytać fantastykę, a nie instrukcję uprawiania seksu oralnego (nie wnikam, skąd autor wie, jak smakuje sperma). To w sumie smutne, kiedy autor ceni się tak nisko, że sądzi, iż potrzebuje tak banalnych i tanich chwytów, by utrzymać czytelnika w zainteresowaniu. Mniemam, że zadziałał tu taki mechanizm, gdyż bohaterowie - podczas miłosnych igraszek - często rozmawiają lub rozmyślają na tematy polityczne. Zupełnie tak, jakby Martin chciał zrekompensować czytelnikowi nudne w jego mniemaniu kawałki.

W rzeczywistości zepsuł to, co było najlepsze.

Za jakiś czas pewnie przeczytam dalsze części, ale nie będę się o nie z nikim bić. Czytałam lepsze rzeczy i pewnie lepsze sobie jeszcze poczytam.Nie ciągnie mnie też, by oglądać wersję ekranową, bo chyba wiem, czego się spodziewać.

wtorek, 8 marca 2011

Polonistyczności cz. 4 - Zakład Produkcji Guzków

Od jakiegoś czasu w programie widnieje przymusowy kurs emisji głosu dla przyszłych nauczycieli. Myślenie jest proste - nauczyciel został przeszkolony. Jeśli coś mu się stało, jest to jedynie wina jego zaniedbań lub złej woli.

Guzik prawda. Emisja głosu dla nauczycieli to jeden z większych absurdów, z jakimi się spotkałam. Pomijam wymiar godzinowy przedmiotu i zaangażowanie prowadzących, bo to pewnie różnie wygląda na różnych uczelniach (u nas 15+15, wykład i ćwiczenia). Problem tkwi w czymś innym i wcale nie jest zabawny. Okazuje się bowiem, że prezentowane techniki, to najkrótsza droga do powikłań i wyhodowania sobie ładnego guzka na strunach głosowych. Nauczycieli szkoli się zatem nie tak, by głos służył im długo, a tak, by wysiedli po trzech latach pracy. I nie ma się nawet jak ratować, bo według Karty Nauczyciela, urlop dla podratowania zdrowia przysługuje dopiero po siedmiu latach przepracowanych w pełnym wymiarze godzin. Jeśli ktoś siądzie wcześniej - jego problem. Jasne, po dwóch latach można się starać o stwierdzenie choroby zawodowej, ale to nie rozwiązuje problemu.

Nie jest tajemnicą, że nasza edukacja została lata świetlne w tyle (czasem wychodzi nam to zresztą na dobre). Nie jest tajemnicą też, że wielu absolwentów wyższych szkół muzycznych, parających się śpiewaniem, rozpoczyna swoją karierę od wizyty u foniatry, nierzadko zabiegu i długiej rehabilitacji. Sama znam co najmniej trzech, z różnych ośrodków. Wynika to stąd, że emisji głosu uczą osoby niemające pojęcia o anatomii i mechanizmach wytwarzania dźwięku. Żeby było zabawniej, prowadzący kursy dla nauczycieli logopedzi - choć tę wiedzę posiadają - powtarzają bzdury o pracy przepony, rozszerzaniu żeber, obniżaniu głosu i popijaniu wodą. Zresztą ci, którzy trafili na śpiewaków mają jeszcze gorzej. Pewna pani kazała na przykład swoim podopiecznym wykonywać piosenki na siedząco (!), bez rozgrzewki, bez części teoretycznej i jakiegokolwiek innego przygotowania, i dziwiła się, że im nie wychodzi. Jeśli chodzi o moje doświadczenia, to prowadząca poleciła nam na przykład - w ramach uzyskiwania rezonansu głowowego i piersiowego (sic!)  - wydobyć z siebie najwyższy i najniższy dźwięk, jaki jesteśmy w stanie. Oczywiście bez rozgrzania strun głosowych. Byłam jeszcze młoda i głupia, więc ćwiczenie wykonałam. O ile osoby o przeciętnych skalach głosu (1,5 - 2 oktaw) niczego specjalnego nie poczuły i pewnie większej krzywdy sobie nie zrobiły, o tyle ktoś, kto wyciąga zwykle parę dźwięków więcej odczuł bardzo wyraźnie, że to nie był najlepszy pomysł. Żeby było jasne - nie mam się czym chwalić, bo prócz rozpiętości mój głos ma obrzydliwą barwę, której szczerze nienawidzę, ale to naprawdę nie było przyjemne. Zwłaszcza że się przyłożyłam. Zwłaszcza że wiedziałam już, jak odczuwa się oba rezonansy i chciałam bardziej, mocniej, dokładniej. Bo wierzyłam jeszcze, że czegoś mnie te zajęcia nauczą.

Może to dobrze, że trwały tylko piętnaście godzin. Powinny w ogóle zniknąć. No, chyba że ktoś wreszcie pójdzie po rozum do głowy i sięgnie po wiedzę, która od kilkudziesięciu lat jest już na szeroko pojętym zachodzie oczywistością, którą wiele muzykalnych ludów miało od wieków, a która nam wydaje się wielkim odkryciem. Trzeba schować do szafy przeponę, oddychanie z workiem ziemniaków na brzuchu i "dobre rady", bo to szkoła wysiłkowa, zmierzająca do forsowania strun głosowych. Nowe (u nas) teorie postulują naturalność w wydobywaniu dźwięków, pracę niższych partii ciała i poznanie własnego organizmu (ślinianki na przykład, jako bardzo unerwione, reagują na najlżejsze bodźce i dlatego - zamiast popijać i je rozleniwiać - należy je raczej skłaniać do pracy). Wypróbowałam na sobie, bo miałam szczęście spotkać kogoś, kto się tym zajmuje. Naprawdę nie trzeba się spinać, by uzyskać ostry, jasny i czysty dźwięk. Wystarczą drobiazgi, jak ułożenie języka czy praca mięśni twarzy. Nic po takich ćwiczeniach nie boli, człowiek nagle odkrywa, że można wyć dwie godziny i nie mieć chrypy, śpiewać/mówić latami i nie dorobić się guzków.

(Pominęłam oczywiście watek warunków środowiskowych.)

piątek, 4 marca 2011

Mademe Bovary na celowniku

Mucha, w rzeczy samej. Ukradziony z...
Na początek może kilka cytatów (coś się pokręciło z ich wyglądem, ale sza - udaję, że tak miało być):


Blah, strata czasu :P Sama forma bez treści (z założenia). Acz czyta się szybko i przyjemnie.

Przecież to jest durne romansidło o problemach jakiejś rozhisteryzowanej baby :P A czyta się bardzo gładko, właśnie z założenia.
 hevi
Do "Pani Bovary" wrócę potem... Tak, to chyba dość dobrze świadczy co myślę o tej książce :P
 Regi

Przepraszam, że wyrwane z kontekstu, ale przywoływanie całości nie miałoby przecież żadnego sensu, bo craiisowa dyskusja wcale nie dotyczyła Flauberta, a tego, co kto aktualnie czyta i czy warto. Z tego też powodu odpowiadam tutaj. A także z powodu obszerności tematu, który i tak postaram się skrócić do znośnej długości, tak, by byli w stanie przebrnąć przez to także ci, którzy literaturą tego okresu nie interesują się ani trochę.

Nie wiem, jakie tłumaczenia mieli w łapkach Regi i hevi. Jeśli było to dzieło Magdaleny Tulli, to nic dziwnego, że Pani Bovary została "durnym romansidłem". Nasza bohaterka popełniła bowiem jeden bardzo poważny błąd - próbowała opowiedzieć historię. A historia przedstawiona przez Flauberta to rzeczywiście nic ciekawego. Może jakieś osiedlowe czytelniczki, przerobiwszy już całą półkę z Harlequinami, sięgając po Panią Bovary potrafią pasjonować się jej miłosnymi podbojami i niepowodzeniami. Nie sądzę jednak, by podniecały one kogoś na co dzień obcującego z nieco inną literaturą. Nie w akcji tkwi wartość tej książki (tak, nadal upieram się, że to arcydzieło). Ze swojej strony polecam przekład Jerzego Engelkinga. To matematyk, nie - jak Tulli - literat, w związku z czym jego tłumaczenie jest surowe, drobiazgowe i skupione na szczegółach, a zatem najbliższe temu, co stanowi ducha Pani Bovary.

Największa zasługa Flauberta to wzniesienie naturalizmu na wyższy poziom, wykroczenie - już na poziomie myślenia o powieści - poza panujący nurt. Kiedy bowiem porównamy jego powieści z dziełami Zoli, Maupassanta czy Huysmansa (z okresu Wieczorów medańskich, późniejszy Huysmans to osobna historia), zauważymy że jego dążenie do obiektywnego przedstawienia sytuacji wychodzi poza relacjonowanie faktów. Flaubert sięga "do wnętrza" swoich bohaterów i próbuje za pomocą narracji przedstawić ich takimi, jakimi są, ograniczając do minimum rolę narratora. W tym kontekście jest wynalazcą uwielbianej powszechnie narracji spersonalizowanej i choćby z tego względu należy mu się olbrzymi szacunek.

Doskonali też Flaubert synestezję, traktując ją już nie tylko jako środek literacki, ale jako kategorię porządkującą myślenie o powieści. Nie bez przyczyny bowiem określa on Panią Bovary jako szarą, a Salambo mianem karminowej. Dominanta kolorystyczna jest dla niego bardzo ważna i przejawia się nie tylko w sposobie opisywania świata (choć trzeba przyznać, że pierwszy jest z założenia nieciekawy i brudny, a drugi brutalny i krwawy), ale także w brzmieniu (!) słów. Tu głównie (choć nie tylko) znalazłam z Flaubertem wspólny język, bo także jestem synestetykiem i wiem, co miał na myśli. Nie mam pojęcia, jak tego typu zabiegi odbierają czytelnicy, którym zmysły się nie mieszają, nie znam też francuskiego, więc nie wiem, jak w oryginale brzmi Flaubert, ale mnie się to myślenie podoba. Bardzo mi się podoba.

I jeszcze jedna kwestia - również bardzo mi bliska, a mianowicie sposób traktowania szczegółów. To chyba ten moment, w którym rozbija się większość czytelników Pani Bovary, no bo ile można czytać o fryzurze bohaterki, meblach w jej domu czy kurzu na ulicy? Tylko że to wszystko - cholera, jak ja za to po ludzku i zwyczajnie nienawidzę Flauberta - ma sens. Pomijam związane z formą kwestie... jak by tu... nazwijmy je "teoretyczno-literackimi". Tam szczegóły mają związek z akcją (o ile w ogóle można mówić o akcji), wyrażają wnętrze bohaterów, służą odpowiedniemu brzmieniu tekstu i mają z premedytacją utrudniać lekturę, by ją spowolnić. Przykład: jeden z elementów garderoby Emmy zmienia się kilkakrotnie, odzwierciedlając przemianę, jaka w niej zachodzi. W detale nie wchodzę, bo to nie moje odkrycie, a nie chciałabym żerować na cudzej błyskotliwości. Inna - bardziej znana i szerzej opisana - kwestia, to rozbudowane opisy samej bohaterki, które (bez mówienia wprost, czemu służą), obrazują, jak ewoluuje jej relacja z Leonem. Liczy się w nich niemal każde słowo. To nic nowego - mógłby ktoś powiedzieć, ale wtedy odeślę go do notatki encyklopedycznej, by sprawdził, kiedy Flaubert pisał i jak pisali wtedy inni. Takie przeniesienie ciężaru z narratora na świat przedstawiony było po prostu nie do pomyślenia.

Mogłabym pisać jeszcze o symetrycznej kompozycji, o postaci Karola, o scenie śmierci Emmy, ale chyba mi się nie chce. Przecież i tak nikogo nie przekonam, by Panią Bovary polubił. I dobrze. Ja nie lubię Odysei i już. Po prostu - nie sprawia mi ona przyjemności, choć wiem, jak jest ważna. Niemniej domagam się pewnej uczciwości i o ile nielubienie czegoś i mówienie o tym głośno wydaje mi się więcej niż w porządku, o tyle nazywanie Pani Bovary "durnym romansidłem" jest po prostu nieuczciwe.

Podsumowując:
  • strata czasu - dla jednych na pewno. Dla innych radość czytania powieści, która nie jest NAPISANA, a SKONSTRUOWANA,
  • forma bez treści - przerost formy nad treścią, tu się mogę zgodzić. Ale nie z tym, że treści nie ma,
  • czyta się szybko i przyjemnie - bzdura. Chyba że w tłumaczenie Magdaleny Tulli. Ale wtedy to rzeczywiście romans
  • i wreszcie kwestia romansu - to nie romans, tylko analiza pewnego środowiska i to ona, a nie wątki miłosne, stanowi treść Pani Bovary,
  • a myśleć, to sobie można, co się chce, byle być w tym uczciwym :P

    Jest chaotycznie i zupełnie nie tak, jak miało być, ale jest ;)