niedziela, 14 listopada 2010

Wynurzenia o fan-fikach

Dzisiaj będzie bez sensu, ot kilka luźnych myśli o pisaniu. Po prostu, kiedy od dziesięciu lat siedzi się głęboko w jednym i tym samym projekcie, a wszystkie inne stanowią tylko chwilową odskocznię od zbyt ambitnego zamierzenia, zbiera się czasem na melancholię i wspominki. A od nich już tylko jeden krok do drętwych stwierdzeń typu "za moich czasów..."

Ale jednak: za moich czasów dzieciaki pisały. Pamiętam, że w podstawówce było nas trzech. Właśnie wchodziła do kin ekranizacja Drużyny Pierścienia (którą ja, za sprawą pani Skibniewskiej, znałam jako Wyprawę), więc wszyscy siedzieli w fantasy. Bardzo różnym, trzeba przyznać. Nie były to powieści oryginalne, błyskotliwe czy choćby ciekawe, tak naprawdę wszystkie korzystały z tych samych schematów, a jednak nasze twory mocno się różniły. Choćby dlatego, że wtedy nikt nie wiedział, co to fan-fik, wręcz przeciwnie - każdy z nas miał ambicje stworzenia czegoś nowego. Był więc dzielny rycerz usiłujący zabić złego czarnoksiężnika ukrytego w wieży, była jakaś syrena (tę produkcję pamiętam akurat najmniej) i moja skromna zielarka ratująca - a jakżeby inaczej - świat przed zagładą i zakochana w swym konkurencie. Pomysły stare i oklepane, ale na swój koślawy sposób urocze i utrwalone w stosach zeszytów, a nie na różowych blogaskach.

Jakby się dłużej zastanowić, to coś na kształt fan-fika też uprawiałam, ale w głowie i nigdy nie przyszło mi do głowy, że można by to spisać. Wymyślałam mianowicie alternatywne zakończenia do... Ogniem i mieczem. Była to pierwsza "poważna" książka po jaką sięgnęłam i pamiętam, że zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. Do dziś mam do tej powieści pewien sentyment i to uratowało mnie ostatnio na egzaminie ;) 

Jeśli fan-fik, to tylko jako zabawa, ewentualnie wprawka. Nie jako twórczość i obawiam się, że względem tego stwierdzenia jestem niereformowalna. Rozumiem oczywiście, że nie wszystkie opowiadania tego typu to hołdy dla pań Meyer i Rowling, że nie wszystkie się błyszczą, że nie we wszystkich Snape biega po toaletach i czyha na niewinne Mery Sue, że część z nich ma ręce i nogi, i w dodatku napisana jest naprawdę nieźle. Sama przecież mam kilka odwołań do nich w linkach i od czasu do czasu tam zaglądam. Nie. Chodzi mi tylko o to, że nikt nigdy nie przekona mnie, że najlepszy nawet fan-fik jest gatunkowo równy przyzwoitej powieści. I nie chodzi mi też o to, by udowadniać komukolwiek wyższość "dawnej" dzieciarni nad dzisiejszą, bo z doświadczenia wiem, że autorki blogasków to nie cały pisarski narybek, poprawiałam przecież kilka niezłych i oryginalnych prac. Chodzi mi raczej o sposób przetwarzania rzeczywistości, o niezbędną do napisania czegokolwiek refleksję, ulegającą w przypadku fan fiction dodatkowemu odsianiu. Przecież nadbudowując historię na historii, korzysta się już z cudzych wniosków.

Nie liczę na to, że ktoś zrozumie, o co mi chodzi, bo piszę pokrętnie. Tak się tylko wynurzyłam...

19 komentarzy:

  1. Hehe, napisałam w życiu jednego fanfika - i nawet nie wiedziałam, że to robię. xD To było wypracowanie na polski w podstawówce, a ja akurat byłam po uszy zakochana we "Władcy...". No więc obowiązkowo narracja pierwszoosobowa i rzecz dzieje się w Rohanie (moja najulubieńsza kraina z "Władcy..."). To był mój pierwszy i ostatni "fanfik". ;]

    Zeszyty ze swoją wiekopomną powieścią mam do tej pory, lubię czasem do niej wracać. :D Nie było nawet takie złe, jak na dzieło pisane przez dwunastolatkę. :) No ale to już była twórczość w pełni samodzielna, z osobiście wymyślanym światem i wątkami. Czasem nawet myślę, że niektóre elementy tam (zupełnym przypadkiem zapewne xD ) były całkiem ciekawe i chyba kiedyś je perfidnie wykorzystam. ^^

    Hmm... Dobra, w sumie nie wiem do czego zmierzam tym komentarzem. o.O Obawiam się, że do niczego. xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten post też do niczego nie zmierzał ;)

    Wygląda na to, że większość z nas cierpiała na syndrom Tolkiena;) Ale to w sumie też jakiś fenomen, że dzieciakom w tym wieku chce się czytać trzy - jakby na to nie patrzeć - dość grube książki. Potem chyba "Władcę" zdetronizował Potter, Pottera Eragon, a Eragona Zmierzch (co ilustruje jednak pewien upadek literatury dla młodzieży), coś w tym jednak jest...

    Też lubiłam Rohan. I Merry'ego (tym bardziej nie mogę przeżyć castingu do filmów).

    Mnie też chodzi po głowie, żeby wykorzystać kilka dziecięcych pomysłów. Są zabawne, bo kto w wieku jedenastu-dwunastu lat zastanawia się, co jest logiczne, a co nie? Grunt, żeby było fajne. Coś tam nawet zaczęłam skrobać, ale póki co umarło. I też wracam do archiwalnych zeszytów, zwłaszcza tych z pierwszymi próbami magnoliowymi, bo są tak złe, że przydają się, kiedy za bardzo obrastam w piórka, po jakimś udanym akapicie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Fanfikara się wtrąci - o co wam ludzie z tym budowaniem historii na historii? Nikt przecież (oprócz kilku durnych przypadków) nie przepisuje treści książki/serialu/akcji, po prostu pisze swoje w oparciu o świat stworzony i ewentualnie, acz niekoniecznie - bohaterów.
    I tak, Ogniem i Mieczem to fanfik do historii Polski a Sherwood Packa - farfocel do Robin Hooda. Nadal - książki wydane.

    Owszem, pisząc farfocla człowiek jest dodatkowo związany kanonem, ale taka sama sytuacja jest w przypadku pisania cyklu we własnym świecie - nadal wszystko trzeba utrzymać za mordę, takim, jakim powinno być wg planu, bo inaczej sie rozlezie.
    I nie odmawiaj farfoclom refleksji. Wszystko się da upchnąć, jak się człowiek uprze. A jak uprze się bardziej, to wyjdzie na wysokim poziomie.
    Zostaw też w spokoju posądzanie o brak samodzielności - nikt nie siedzi w mózgu autora i to, co jest na łamach fanfika to i tak tylko interpretacja świata przedstawionego, tak samo jak powieść głównonurtowa to tylko interpretacja określonych elementów świata aktualnego.

    Ched

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie odmawiam fanfikarzom refleksji. Chodzi mi tylko o prostą konsekwencję, którą zresztą sama opisałaś. Dzieło "oryginalne" interpretuje rzeczywistość/fenomeny czy co tam kto lubi, a fan-fik interpretuje świat przedstawiony, czyli efekt czyjejś refleksji. Fanfikarz poddaje zatem refleksji refleksję. I to miałam na myśli, pisząc o historii zbudowanej na historii. Może to być refleksja oryginalna, ale jednak odnosząca się do myśli. O to mi chodziło, a nie o proste odnoszenie treści fanfika do treści utwory, do którego się odwołuje.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeżeli chcesz mi wmówić, że twórczość 'autorska' nie odnosi się często albo nawet nie bazuje na myśli wziętej skądinąd - próbuj dalej ;)
    Pod maską nadal można działać tak, jak się twórcy uwidziało, niezależnie od tego, jaką ta maska ma postać.
    No bo skoro są książki z akcją w średniowieczu, to czemu nie traktować na takich samych prawach tekstów z akcją osadzoną w jakimś odrębnym świecie? Na obie rzeczy autor nie ma wpływu, przy obu musi trzymać się tych samych rzeczy - kanonu, konsekwencji i realiów.

    Ched

    OdpowiedzUsuń
  6. Chyba przestanę próbować ;) Trafił niereformowalny na niereformowalnego.
    Dla mnie trochę czym innym jest kanon, a czym innym wybór jakiś realiów. I chodzi właśnie o to, że jest to jakiś ODRĘBNY świat, który zrodził się w czyjejś głowie, a nie świat, który... kurczę, teraz tak pojadę, że nawet mnie się to bardzo nie podoba... funkcjonował w głowach innych. Moje wywody są coraz bardziej pokrętne, obawiam się, ale naprawdę tak myślę i nic na to nie poradzę ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale Kruffciu, historia jaką znamy także jest cudzą interpretacją realiów - zwycięzcy piszą historię. Więc jeżeli wybieramy jakieś realia - automatycznie idziemy za czyjąś interpretacją świata, jego własną, osobistą formą odbioru danych wydarzeń ergo - jego własnym odrębnym światem.
    Nawet jeżeli piszemy powieść osadzoną tu i teraz - nadal ma na naszą pisaninę odbiór świata przez tych, którzy dowodzą mediami i spółką.
    Nie da się napisać czegoś absolutnie własnego, nie odnosząc się do ogólnej bazy wiedzy znanej naszemu potencjalnemu odbiorcy. Inaczej jest to radosny bełkot i pianie duszy Twojej, a ja szczerze wątpię, aby ktokolwiek takimi pianiami byłby zainteresowany ;)

    Plus - co powiesz o zjawisku takim jak AU i Crossover? Polega to na zmiksowaniu światów z różnych źródeł, ewentualnie przeniesienie bohaterstwa z jednego do innego - może być nawet "swój własny".

    Nie przeczę, że fanfictionista ma bardziej ograniczone środki od kogoś innego (nie płacą mu za robotę ;P), niemniej jednak nadal jest w stanie manipulować światem przedstawionym w dowolny sposób, jeżeli tylko poda logiczne wyjaśnienie zmian - tak samo jest z 'normalnymi' powieściami.

    Generalnie IMO te dwie rzeczy odróżnia tylko jeden element - kasa.
    Fanfikarz pisze tylko dlatego, że to lubi.
    Oryginalnik dlatego, że mu za to płacą i ewentualnie/oraz też to lubi.

    Ched

    OdpowiedzUsuń
  8. Wtrącę się. ;)

    "Ale Kruffciu, historia jaką znamy także jest cudzą interpretacją realiów - zwycięzcy piszą historię. Więc jeżeli wybieramy jakieś realia - automatycznie idziemy za czyjąś interpretacją świata, jego własną, osobistą formą odbioru danych wydarzeń ergo - jego własnym odrębnym światem." - nie do końca. Nie idziemy za jakąś konkretną, czyjąś wizją, bo takowej nie ma. Co podręcznik, to każde zdarzenie historyczne inaczej wygląda. W przypadku takiej na przykład powieści historycznej należy poddać selekcji ogrom dostępnego materiału z wielu dziedzin (historia, biografia, geografia, socjologia itepe). To nie jest to samo co ustosunkowanie się do wytworu wyobraźni na przykład jednego Tolkiena czy jednej pani Rowling, którzy w kilku tomach zawarli cały świat.

    Jasne, że i Tolkien, i ja pisząca powieść fantasy, tak naprawdę sięgamy do tych samych źródeł w którymś momencie. Ale to jak na przykład z elfami: mogę, opisując elfy, sięgnąć do mitologii Wysp Brytyjskich, poszukać ylfich odpowiedników w innych wierzeniach i przetwarzać ten mityczny pierwowzór. Mogę też zajrzeć do Tolkiena i skorzystać z jego przetworzenia. Moim zdaniem jednak i ciekawiej, i bardziej wartościowo (czy pisanie o elfach może być w ogóle wartościowe? o.O) będzie sięgnąć do źródeł.

    Fanfik to dla mnie właśnie taki półśrodek, sięgnięcie do czyjegoś gotowego przetworzenia rzeczywistości, która przecież - jak zauważyłaś, Ched - też jest przetworzona. A wychodzę z założenia, że im mniej pośredników tym lepiej. ^^

    Zresztą, prosta rzecz: dlaczego wielu młodych, początkujących autorów pisze fanfiki? Czy nie dlatego, że uznają to za łatwiejsze? Mają gotową bazę. Oczywiście, w większości są to absolutnie denne fanfiki, tak samo jak masowo tworzy się denną fantasy. Ale są. Mało kto zaczyna przygodę z pisarstwem od wstrząsającego kryminału z czasów Ludwika Świętego. ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Miałam napisać coś mądrego, ale po wczorajszym maratonie jestem umysłowo wypompowana...

    Osobiście myślę podobnie jak Fraa i dlatego w poście przywoływałam "porządną" powieść, a mam - zdaje mi się - zawyżone wymagania. Nie jestem na tyle naiwna, by sądzić, że opisane tu czy tam zdarzenia (w szerokim sensie tego słowa) są faktami. Oczywiście - to interpretacje. Z drugiej jednak strony należę do tych naiwniaków, którzy wierzą w prawdę absolutną i którzy utrzymują, że każdy fenomen, każda interpretacja odnosi się do czegoś realnie istniejącego, choćby nawet miał być to przypadkowy układ jakichś cząstek we wszechświecie. Jeśli zatem ktoś tworzy "swój" świat, postępuje według uproszczonego schematu: Prawda -> interpretacja -> interpretacja -> utwór. Natomiast u fanfikarza wyglądałoby to tak: Prawda -> interpretacja -> interpretacja -> interpretacja -> dzieło. Czyli jedna interpretacja więcej.

    Mamy też wszyscy świadomość - Ched - przypadkiem szczególnym z tego chociaż względu, że MYŚLISZ i naprawdę dobrze piszesz. Wydaje mi się też po prześledzeniu dyskusji, że używamy słowa "refleksja" w na tyle różnych znaczeniach, by się trochę rozjechać. Nie wiem, czy dobrze odczytuję Twoje intencje, ale wydaje mi się, że pisząc o refleksji, miałaś na myśli konstrukcję fabuły, postaci, to co mówią itp. Dla mnie natomiast refleksja autora zawiera się w każdym elemencie świata przedstawionego i jeśli cokolwiek pożyczamy z innego, stworzonego w umyśle świata, pożyczamy też refleksję, którą możemy ewentualnie poddać dalszej obróbce.

    OdpowiedzUsuń
  10. Mi się wydaje że tutaj w okolicy poniewiera się inny, istotny problem. Mianowicie sposób rozumowania fanfikarzy (oczywiście, że nie wszystkich) - niemal plagiatorskie zagarnianie tego i owego, nie tylko bazowanie na świecie, czy gotowych postaciach z danego uniwersum, ale wymyślanie postawi autorskiej, która jest gówno a nie autorska bo to pan Y z jakiegoś tam serialu albo pani X z tej a tej powieści. Tylko się inaczej nazywa i inaczej ubiera. Ha?

    Ważną kwestią jest też jak kto podchodzi do pisania. W ficu przychodzimy na gotowe (w przypadku AU itp. też tak jest, tylko w mniejszym stopniu!). Wystarczy właściwie wymyślić intrygę. Jak dla mnie: KOSZMAR. Świat musi powstawać razem ze wszystkim innym, właśnie dlatego, żeby się nie rozlazło! I co? jesteśmy w martwym punkcie, bo Ched zakłada coś dokładnie przeciwnego.

    Istotne jest to co uważamy za najistotniejsze nie tyle nawet w procesie twórczym (bo to wtórne) co w procesie czytelniczym (pierwotnym). Jeśli ktoś ceni intrygę to dla niego fic jest pełnoprawnym dziełem. Ale jeśli dla kogoś najważniejszy jest świat...

    Ja fiki wykorzystuję do budowania postaci. Biorę takiego Dirina i wrzucam go w tysiące różnych sytuacji których wykreowanie w realiach CMN byłoby czasochłonne i jeszcze by mi namieszało w planach. To może być sytuacja z powieści, serialu, filmu. Jakiś jeden wycinek i pytanie: jakby się wtedy zachował? Tylko tego nie spisuję, bo poza wszystkim: z kanonu zostają strzępy XD Fiki napisałam w życiu dwa co jeden to gorszy a oba dużo poniżej dna. Za to nieustannie postępuję odwrotnie swoje postacie wrzucam do kolejnych światów (też własnych). Stąd Eli i Dirin wyglądają prawie identycznie - są dwoma kawałkami starej postaci... A właściwie Dirin jest bardziej tamtym Generałem, bo Eli mi ździebko wyewoluował w stronę Errola Flynna XD

    Czy fanfiki są dobrym ćwiczeniem? W kwestii samych umiejętności składania zdań, budowania napięcia itp. - na pewno. Ale jeśli chodzi o budowanie światów...? Nie wiem. Pewno indywidualnie się to rozkłada.

    No ale chyba kwestia dobrej zabawy jest najważniejsza, co? Ja tam w ogóle nie myślę o ficach jako o tym na czym się nie zarobi, a o twórczości autorskiej o czymś na czym trzepie się kokosy :P

    OdpowiedzUsuń
  11. Froo - młodzi tfu!rcy piszą fanfiki do popularnych fandomów, bo jest to... popularne. Chcą zostać zauważeni, żeby ktoś połechtał ich próżność, chcą się zaprzyjaźnić i razem obgadać najgłupsze pomysły odnośnie serii. Im więcej blogów o Potterze, tym więcej blogów o Potterze, bo każdy chce mieć te kilkaset komciów tanim kosztem. I owszem, tutaj mamy przetwarzanie wciąż i wciąż tego samego materiału i wartości jakiejkolwiek to nie ma, poza dostarczaniem rozrywki osobom ściśle zainteresowanym - mówię to jako oceniająca, blogger i fanfikarz z takim stażem, że hoho.
    Rozmawiajmy więc o debilach takich jak ja, którzy piszą nie dla komciów, ale dla przyjemności *dobrego pisania*. Od razu nam się podmiot badań skurczył.

    "To nie jest to samo co ustosunkowanie się do wytworu wyobraźni na przykład jednego Tolkiena"
    Ym... ilu tłumaczy, tyle interpretacji tekstu, niestety. A nawet jeśli czytamy w oryginale - akurat świat Tolkiena to wielka kobyła ze stadem "lektur dodatkowych". Tak samo Rowling - nieźle trzepie kasę na różnorakich odmianach bestiariuszy etece - i żeby dobrze pisać w danym fandomie trzeba połknąć wszystkie możliwe informacja a potem pogrzebać w fandomie, szukając informacji bezpośrednio z ust twórców lub analiz równie jak my pokręconych fanów. Bonusowo - odrabianie lekcji z rzeczy, które trzeba odrobić pisząc powieść "normalną". Czyli generalnie fanfikarz robi dwa razy więcej, chociaż zaczynając od innej strony (dajmy na to - tłukę fanfika do tego stargejta, więc oprócz samego stargejta dziubię fizykę z elementami astronomii, biologię z naciskiem na ewolucjonizm i genetykę, materiały dotyczące broni palnej i materiałów wybuchowych, elementy psychologii, psychatrii, medycyny... wymieniać dalej? ;P)

    ' Dla mnie natomiast refleksja autora zawiera się w każdym elemencie świata przedstawionego i jeśli cokolwiek pożyczamy z innego, stworzonego w umyśle świata, pożyczamy też refleksję, którą możemy ewentualnie poddać dalszej obróbce.'
    Ale korzystając z jakichkolwiek źródeł, które nie są podręcznikiem do matematyki automatycznie bierzemy w łapy czyjąc refleksję na dany temat. Nieważne, jak szeroki research robiliśmy, nadal siedzimy w cudzej interpretacji faktu badanego i siedzieć będziemy. Amen. Obiektywne są tylko i wyłącznie cyfry, cała reszta - podlega subiektywnej ocenie, która wpływa na nasz odbiór.
    Więc generalnie rybka plum, co piszemy i tak otoczenie ma wpływ na nasz sposób myślenia i przekazywania pomysłów.

    'jesteśmy w martwym punkcie, bo Ched zakłada coś dokładnie przeciwnego.'
    Istotnie. Ale Ched nigdy nie produkowała intrygi jednocześnie z bohaterami, Ched w swoim czerepie z marszu ma gotowce - niezależnie od tego, czy to autorka, czy też farfocel. To zależy od tego, jak czyj mózg działa.
    Ja po prostu jestem zdania, że trzeba umieć się znaleźć w każdej sytuacji. Jak nam redaktor kiedyś poszatkuje powieść na drobne, to to będzie wyglądało jak składanie fanfika do własnego świata, więc generalnie trening wcale niezły.

    'Ale jeśli dla kogoś najważniejszy jest świat...'
    Do fanfika spokojnie można dobudować własne elementy, miejsca... Akcja może mieć nawet miejsce zupełnie gdzie indziej i z zupełnie innymi bohaterami - znowu odwołam się do siebie - Lililaj miało z fandomem nieszczególnie wiele wspólnego poza aktualnym układem politycznym świata. Który na dobrą sprawę można w każdej chwili zmienić, przeskakując w czas, którego autorzy nie byli łaskawi kijem szturchnąć?
    Więc gdzie jest problem?

    'Ja tam w ogóle nie myślę o ficach jako o tym na czym się nie zarobi, a o twórczości autorskiej o czymś na czym trzepie się kokosy'
    Kokosy może nie, ale kasa być z tego może. Fafika najpierw należy poddać kanibalizacji, następnie hardkorowej edycji, a potem to już nie fanfik a autorka XD

    Ched

    OdpowiedzUsuń
  12. Ched - świat najważniejszy w ocenie wartości danej powieści. Lasencja od Embersów chociaż... namodziła sporo (czerpiąc garściami z Cherryh, moim fanatycznym zdaniem) - ale na podstawie przemyślanej już przez kogoś innego. I chociaż jej pomysły są lepsze miejscami niż pomysły kanoniczne, to dla mnie twórcy ATLA są o wiele wyżej w jakiejś tam klasyfikacji wartości wysiłku twórczego. Mimo, że czerpali garściami z różnych różnistych.

    to trzepanie kokosów, to kpina rzecz jasna ;)

    Generalnie ta rozmowa nie ma większego sensu, ale to nie znaczy, ze nie będziemy jej kontynuować, prawda? XD

    OdpowiedzUsuń
  13. Ched, Tolkien to był tylko przykład. Chodzi o to, że przy fanfiku korzysta się z (co najmniej) jednego pośrednika więcej, niż przy pisaniu niefanfikowym. Czyli korzysta się siłą rzeczy z czegoś już bardziej usystematyzowanego, z konkretnej czyjejś wizji. Stąd głównie moja niechęć do fanfikarstwa, choć zapewne są wśród fanfików dobre teksty. W sumie... W sumie czy ja coś Twojego czytałam? oO

    A z tymi blogaskami to też nie miałam na myśli, że wszystkie fanfiki są takie jak te blogaskowe;) Chodzi mi o to, że jednak początkujący piśmienni wolą właśnie rozbudowywać refleksję na temat wymyślonego przez inną osobę świata (rozbudowywać aż do oddzielnego opowiadania - fanfika), zamiast wymyślić coś własnego od zera. Moim zdaniem robią to, bo to dla nich jest łatwiejsze. Bo mają gotową bazę. Co nie wyklucza oczywiście zwykłej popularności danego fanfikowanego (jak się mówi o utworze, na bazie którego pisze się fanfiki? oO Znaczy jak o Stargejcie jest fanfik, to Stargejt jest...? ;| ) dzieła. Myślę, że to może istnieć obok siebie.

    Hevi - oczywiście, że nie ma sensu. Z prostego faktu: żadna z nas nie zamierza zmienić zdania. :D:D:D

    OdpowiedzUsuń
  14. 'Ched, Tolkien to był tylko przykład.'
    Wiem, ale analogicznie jest w każdym innym fandomie, nawet jeżeli na pierwszy rzut oka nigdzie ni dudu pozycji dodatkowych.

    'Chodzi mi o to, że jednak początkujący piśmienni wolą właśnie rozbudowywać refleksję na temat wymyślonego przez inną osobę świata (rozbudowywać aż do oddzielnego opowiadania - fanfika), zamiast wymyślić coś własnego od zera.'
    Niestety, opek "autorskich" lub tych z gwiazdami (tak swoją drogą - do fanfików też zalicza się teksty o osobach żyjących w realnym świecie - TH i inne zespoły dla dzieciaków, a czasami się i trafi coś inszego - Gorillaz albo słynne nieczytelne porno-opko o Rammsteinie. Więc teoria chyba Ci właśnie wzięła i zdechła), a tych też mnogość.

    'Co nie wyklucza oczywiście zwykłej popularności danego fanfikowanego (jak się mówi o utworze, na bazie którego pisze się fanfiki? oO Znaczy jak o Stargejcie jest fanfik, to Stargejt jest...? ;| ) dzieła'
    Tu nawet nie chodzi o popularność fandomu, a popularność blogasków. Taki Eragon niby słynny etece, a blogasków ni dudu praktycznie, już więcej jest do "Miecza Prawdy". Im więcej osób pisze, tym więcej osób pisze, taka samodzielnie wykształcająca się spirala zagłady ;P

    "Mimo, że"
    ...Curva, Hevs! Opanuj się!

    "Ched - świat najważniejszy w ocenie wartości danej powieści. "
    To poczytaj Brzezińską ;)

    Wysiłek Twórczy - i tutaj chyba dochodzimy do sedna sprawy. Ja mam bardzo głęboko to, jak bardzo ktoś się nie męczył podczas pisania. Mnie obchodzą tylko i wyłącznie efekty - spójność, współgranie z fabułą, współtworzenie nastroju, odpowiednie dopasowanie rodzaju narracji do sceny - czyli cała mechaniczna część zabawy w pisanie.
    Bo niezależnie od przegenialnego, nowatorskiego pomysłu na świat trzeba jeszcze umieć to napisać - jak się nie umie, to się rzecz nie będzie nadawała do niczego.

    Jako trening powyższego farfocle sprawują się znakomicie - mamy fundamenty, teraz czas rypnąć na nich jakiś budynek, który się nie zawali. Wielu uważa to za ułatwienie, ale moim zdaniem jest w drugą stronę - żeby dobrze przepchnąć jakiegoś bohatera na pozycję, na której go potrzebujemy, trzeba się napocić z ewolucją i uzasadnieniem jego postępowania, gdzie każdy bardziej oczytany członek fandomu z miejsca może nam paluchem pokazać, gdzie spartaczyliśmy.

    A dyskusja może i bez sensu, ale za to jaka fajna XD

    Ched

    OdpowiedzUsuń
  15. Po pierwsze primo - to zabawne, że post napisany tak sobie, dla zabicia czasu, wywołał taką dyskusję, ale to miło ;)

    Po drugie primo - miałam się odnieść do różnych rodzajów fanfików i nie zrobiłam tego, przepraszam, Ched, moje przeoczenie, zaraz to zrobię.

    Po trzecie primo - wygląda na to, że każdy po prostu chwali swoje podwórko, bo równie dobrze można by powiedzieć, że to tworzenie oryginalnych światów wymaga większego zaangażowania niż pisanie fanfika. Wniosek - ta dyskusja naprawdę nie ma sensu XD

    Ale do rzeczy: jeśli chodzi o rodzaje fanfików, to ja tak naprawdę nie widzę między nimi większej różnicy w konstruowaniu opowieści na poziomie, hm... idei, jakkolwiek durnowato to nie brzmi. Dla mnie istnieją między nimi jedynie różnice kosmetyczne, bo jakie to ma tak naprawdę znaczenie, czy wezmę tylko istniejących bohaterów, tylko istniejące universum czy bohaterów i universum z różnych źródeł. Jasne, będzie to oznaczało całkiem inną mechanikę i jeżeli ona jest dla Ciebie - Ched - najważniejsza, rzeczywiście rodzaj fanfika może stanowić coś ważniejszego niż dla mnie, dla której jest to jedynie ogólny schemat, prowadzący w rezultacie mniej więcej do tego samego. Zwłaszcza, jeśli przyjąć Twoje rozumowanie i uznać, że nawet oryginalni bohaterowie i światy to swego rodzaju fanfiki.

    Ja też, tak jak Ched (ha, ha, nareszcie się w czymś zgadzamy XD ) widzę w fanfiku szansę na poćwiczenie czegoś więcej niż tylko składni.

    I jeszcze jedna kwestia - wrócę na chwilę do tego zbierania danych. Dla mnie gromadzenie materiału ma też jakąś wartość poznawczą, poszerza moje horyzonty i w związku z tym pozwala na nieco szerszą refleksję nad rzeczywistością. A jaką wartość ma zgłębianie tajników jakiegoś istniejącego settingu? Jeśli jakąś, to właśnie odtwarzającą refleksję autora.

    I tak zatoczyliśmy błędne koło, które, jak niektórzy doskonale wiedzą, ma wbrew pozorom wyraźny początek i koniec ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Wiem, ale analogicznie jest w każdym innym fandomie, nawet jeżeli na pierwszy rzut oka nigdzie ni dudu pozycji dodatkowych. - gdyby były wyłącznie te pozycje dodatkowe, wtedy bym uznała, że faktycznie poniekąd nie ma różnicy. ;)

    (tak swoją drogą - do fanfików też zalicza się teksty o osobach żyjących w realnym świecie - TH i inne zespoły dla dzieciaków, a czasami się i trafi coś inszego - Gorillaz albo słynne nieczytelne porno-opko o Rammsteinie. Więc teoria chyba Ci właśnie wzięła i zdechła) - e-ee, to w takim razie rozjeżdżamy się z rozumieniem tego, czym jest fanfik. Dla mnie te opka o TH itp. w żadnym razie nie są fanfikami - fanfik imho musi być fanfikiem czegoś, jakiegoś wykreowanego przedtem uniwersum. W przeciwnym razie równie dobrze można powiedzieć, że każde młodzieńcze opowiadanko, w którym autor umieszcza swoją własną osobę jako narratora i/lub bohatera, jest fanfikiem samego siebie. oO Auto-fanfik... Łał. xD

    Im więcej osób pisze, tym więcej osób pisze, taka samodzielnie wykształcająca się spirala zagłady ;P - ale czemu spirala bardziej nakręca się w przypadku fanfików, niż np. odautorskich opowiadań sci-fi? Oczywiście, że tych odautorskich też jest mnogość. A jednak po moich blogaskowych wędrówkach odniosłam wrażenie, że mimo wszystko to raczej taka... sprężynka, niż sprężyna. ;)

    Teraz z kolei patrzysz na fanfikarstwo od strony czytelnika. Ja raczej od tej drugiej, gdzie moja własna refleksja, ten wysiłek twórczy i wznoszenie się na wyżyny własnej kreatywności przy składaniu do kupy swojego świata są - przynajmniej dla mnie - jak najbardziej istotne.

    Jako trening - tak jest, fanfik może się całkiem nieźle sprawdzić, co do tego chyba nawet się w większości tu zgadzamy, prawda?^^

    OdpowiedzUsuń
  17. 'Dla mnie te opka o TH itp. w żadnym razie nie są fanfikami - fanfik imho musi być fanfikiem czegoś, jakiegoś wykreowanego przedtem uniwersum. W przeciwnym razie równie dobrze można powiedzieć, że każde młodzieńcze opowiadanko, w którym autor umieszcza swoją własną osobę jako narratora i/lub bohatera, jest fanfikiem samego siebie.'
    Jako fanfik uznaje się każdy tekst, w którym występuje świat i/lub bohaterowie wykreowani przez inne osoby a także realnie żyjące osoby światowej sławy. Autor i najbliższe grono koleżanek do definicji się nie wlicza ;)

    'ale czemu spirala bardziej nakręca się w przypadku fanfików, niż np. odautorskich opowiadań sci-fi?'
    Bo "Ja też mam opko z Pottera, wpadnij do mnie!". To najszybszy sposób na popularnego bloga - wybierasz aktywny, gigantyczny fandom i zostawiasz spam jak leci. Chętnych znajduje się momentalnie.

    'A jaką wartość ma zgłębianie tajników jakiegoś istniejącego settingu? Jeśli jakąś, to właśnie odtwarzającą refleksję autora.'
    Jak się uprzeć, to wszystko, co wymaga wykorzystania źródeł, jest odtwórcze i zawsze sprawia, że na nasz odbiór i kreację ponoć własnego świata wpływa już zdanie innej osoby.
    Tego płotka się nie przeskoczy.

    OdpowiedzUsuń
  18. Jako fanfik uznaje się każdy tekst, w którym występuje świat i/lub bohaterowie wykreowani przez inne osoby a także realnie żyjące osoby światowej sławy. Autor i najbliższe grono koleżanek do definicji się nie wlicza ;) - ej, ja już zdurniałam. Wlazłam nawet na źródło rzetelnej wiedzy, Wikipedię :P polską i angielską. W żadnej z definicji nie ma nic o tym, że opko o idolu realnie żyjącym też jest fanfikiem. Skąd Twoja definicja, Ched?

    Równie dobrze można napisać w komciu "Ja też mam opko o czarodzieju, wpadnij do mnie". :P Nie przekonujesz mnie tym. ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Fraa - tu nie chodzi o napisanie dobrego opowiadania i pochwalenia sie nim, tylko o posiadanie popularnego bloga :P A to duuża różnica.

    Ched - zeżryj tyle ibupromu co ja i wtedy pogadamy o przecinkach. O co idzie z Brzezińską nie załapałam, oświeć mnie.

    Jako czytelniczka oczywiście że głownie interesuje mnie efekt. Ale co mi po fajnej akcji jak wszystko inne to zrzyna? Dla mnie to nie daje dobrego efektu. Takie Dragonlance choćby. Fajne? Fajne. Tylko to plagiat "Władcy pierścieni", doprawione postaciami i relacjami pomiędzy nimi rodem z masy innych książek. I chociaż to lubię, to nie wmówi mi nikt, że to jest dobra literatura.
    Oczywiście, że do fika trzeba więcej wysiłku. Tylko, że jest to wysiłek innego rodzaju.

    Fanfik może być dobrze napisany, z dobrą fabuła, przemyślany etc... ale w pewnym momencie to się urywa i zaczyna efekt pracy kogoś innego. I świat wykreowany i świat rzeczywisty to dla mnie dwie różne rzeczy. Nie mam zamiaru tutaj dowodzić, że fiki to zło i diabli wiedzą jaka pożoga, bo wcale tak nie uważam. ALE zmierzam do tego: fik od czegoś autorskiego różni się czymś więcej niż kwestią prawną w przypadku publikacji.

    Co do tych opek o idolach - zaliczyli je do fików pewnie dlatego, że są pisane przez podobne grupy osób i pod wieloma względami (sposób publikacji, stosunek autora do opisywanych kwestii, źródło chęci pisania - bycie fanem) podobne. Ale jak dla mnie to zdecydowanie nie jest to samo ;)

    OdpowiedzUsuń