poniedziałek, 22 listopada 2010

Piórko, czyli kolejny post bez sensu

Uzyskiwanie odpowiednich kolorów nigdy nie było moją mocną stroną. Nie wiem, czy to kwestia techniki, czy nieuctwa. Barwników nie podejrzewam, bo wiem, na co wydaję pieniądze. Ostatnio jest jakby lepiej, trochę poczytałam i wiem już, jak wydobyć blask czy pogłębić odcień. Tutaj taka mała uwaga: większość poradników jest do bani. Mnie najwięcej dało czytanie samych wskazówek artystów, a zwłaszcza artystów-samouków.

Ale to dopiero od niedawna, może od roku. Zresztą nareszcie mam się na czym w tej kwestii wyżyć, bo wpakowałam się w zlecenie. Przyjacielskie, co prawda, ale dobrze byłoby to wreszcie skończyć, a mnie szczególnie zależało (i nadal zależy), by ta akwarela stanowiła szczyt moich możliwości. Stąd straszliwie powolne tempo pracy, ale też zanotowany skok w poziomie warsztatu. Mam nadzieję, że efekt spełni oczekiwania, przynajmniej Carli, bo moich już na pewno nie. Nie ma to jak popełnić podstawowe błędy w kompozycji i pomieszać w fatalny sposób skosy z liniami poziomymi i pionowymi.

Niemniej kolejne porażki odnoszone w starciu z kolorami sprawiły, że bardzo polubiłam piórko. W moim wykonaniu jest ono toporne, ale przynajmniej unikam mordęgi z barwami ;) Pozwala też nieźle poćwiczyć, bo od razu widać wszystkie błędy, a raz popełnioną gafę bardzo trudno zatuszować.

Właściwie zaczęło się od polskiego w liceum, na którym czasami strasznie się nudziłam. Po latach stwierdzam, że nie była to wina nauczycielki tylko moja i mojego zbyt wysokiego mniemania o sobie, ale efekt był taki, że mój zeszyt zaczął zapełniać się bazgranymi często bez szkicu rysunkami. Czasem były to tylko ornamenty, czasem kompozycje na stronę lub dwie. Większość z nich składa się z samych błędów, ale sprawiało mi to wtedy sporo radości.

Oto, co z tego później wyrosło (ostatni obrazek jako link, bo zawiera treści +18, według mnie nic specjalnego, ale kto tam wie...):

Tak, nie ukrywam, że to obrazek "magnoliowy", kto czytał, ten wie ;)


I kolejna "magnoliowa" produkcja, gdzieś z końca trzeciego tomu. Jeden z tych obrazków, z których jestem autentycznie dumna, choć chyba go niechcący obróciłam...


Tu dla odmiany raczej porażka. Cóż, bywa i tak ;)


Szkicowe i bez zbędnego cieniowania, bo to właściwie rysunek czysto ćwiczeniowy, ale wyszło chyba nie najgorzej.


I ostatnia rzecz, stanowiąca efekt zadania sobie prostego pytania: na co syrenie stanik? ;)

2 komentarze:

  1. Szacun za włosy i tkaniny - jestem upośledzona pod tym względem. xD
    Tego portretu taką znów porażką bym nie nazwała. ;) Nie wiem jak inni, ale ja tu widzę tylko brwi różnej grubości (ta po lewej jest cieńsza chyba, no nie?).

    Spadam stąd, żeby nie było słodzenia, o. :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak po prawdzie, to włosy i tkaniny to jedyne, co mi tak naprawdę wychodzi XD No, może oczy. Lubię swoje oczy ;P Bez fałszywej skromności czy pozowania, całkiem szczerze, nad całą resztą strasznie się pocę. A ten portret jest porażką zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę, jak to MIAŁO wyglądać, a jak WYGLĄDA...

    OdpowiedzUsuń