piątek, 26 listopada 2010

Fantasy z dreszczykiem

Okładka polska
Napisałam "z dreszczykiem", ale nie chodziło mi bynajmniej o to, że powieść ta jest w jakiś sposób przerażająca. Ten "dreszczyk" wynika bezpośrednio ze zgrozy, jaką wywołuje u mnie okładka książki (no bo musicie przyznać, że jest koszmarna) oraz z pewnego SMS-a, od którego wszystko się zaczęło...

Pewnego niezbyt pogodnego popołudnia Kruffowy telefon zapiszczał i wyświetliła się wiadomość o mniej więcej takiej treści: "Czytam właśnie coś, co jest jak Magnolia o_O". Możecie sobie wyobrazić moje przerażenie (dla niewtajemniczonych - "Magnolia" to taki akt samounicestwienia, którego się kiedyś dopuściłam i który od tamtego czasu spędza mi sen z powiek, domagając się ciągłego dopieszczania). Serducho zabiło mi mocniej i wystukałam szybko: "Ojej. Musisz mi to pożyczyć" - czy jakoś tak. I kochana Carla - a jakżeby inaczej - rzeczoną książkę mi przyniosła. Ta dziewczyna ma łeb jak sklep, ja bym z pewnością zapomniała.
Osoba autora nie była mi obca, czytałam już jego debiutanckie Elantris, o którym też zdarzyło mi się kiedyś napisać kilka słów (dla ciekawych, jest to tutaj), miałam więc wobec Siewcy wojny pewne konkretne wymagania. Ale także pewne obawy, bo Sanderson, jakkolwiek tworzy ciekawe światy, miał poważne problemy z postaciami i niebezpiecznie dryfował w kierunku socjalistycznej utopii - przynajmniej moim skromnym zdaniem. Miło się jednak zaskoczyłam, bo bohaterowie są już całkiem poprawni (niektórzy nawet świetni), a zamiast utopii mamy raczej bezustanne obalanie złudzeń, jakimi karmią się ci, którzy jeszcze w Elantris mieliby rację. Szczególnie znacząca jest scena, w której jedna z bohaterek trafia do miasta będącego w jej mniemaniu symbolem wszelkiego zła i rozpusty, i odnajduje swoich pobożnych, skromnych rodaków, by przekonać się, że są oni najgorszymi z imigrantów, tworzącymi zamkniętą społeczność złodziei, sutenerów i prostytutek. Takich smaczków jest więcej, a skomplikowana intryga polityczna nie rozwija się jedynie na bazie osobistych ambicji poszczególnych graczy oraz tego, kto ma czyje dzieci, ale także na bazie ekonomii, historycznych uwarunkowań, konfliktów etnicznych i religijnych tudzież nieporozumień kulturowych. Czyli tak, jak lubię.

Ciekawy jest także system magii, choć to u Sandersona nie nowość (w Elantris wszystko opierało się przecież o pewien gatunek grzybów). Za moce bohaterów odpowiedzialna jest BioChroma, siła związana w jakiś sposób z kolorami i dźwiękiem. Gromadzi się ona - jeśli można tak powiedzieć - w postaci Oddechów. Im więcej ktoś ma Oddechów, tym więcej może. Tylko uwaga - one się wyczerpują, każde rzucone "zaklęcie" kosztuje. A poza tym można nimi handlować, można je oddawać albo stracić przez nieuwagę. Można się także od nich uzależnić, bo kiszenie w sobie nawet niewielkiej ich liczby sprawia, że świat wydaje się bardziej barwny i ładniejszy. To sprawia, że tych, którzy oddaliby swoją BioChromę za darmo po prostu nie ma. No, chyba że stają przed bogami.

Bogowie to umarli, którzy z jakiejś przyczyny (kapłani utrzymują, że z powodu heroicznej śmierci) wracają do żywych, ale już odmienieni i w dodatku na poziomie Piątego Wywyższenia (czyli ze sporym zapasem BioChromy). Zamieszkują w wystawnych pałacach oddzielonych od reszty miasta, są czczeni i podziwiani, i mają tylko jeden problem - żeby żyć, potrzebują jednego nieswojego oddechu tygodniowo. Ale od czego są wyznawcy ;) Co gorsze, nie mogą korzystać ze swojej BioChromy, gdyż to by ich zabiło, a w dodatku są bezpłodni, choć to ostatnie przeszkadza im akurat najmniej, bo pozwala na dość swobodny tryb życia.

Oryginalna okładka
Szczególnym przypadkiem jest niejaki Król-Bóg, władca Hallandren - kolorowego i grzesznego według mniemania sąsiadów miasta, w którym zamieszkuje reszta panteonu i kwitną kwiaty pozwalające na wytwarzanie wspaniałych i stosunkowo tanich barwników. Nie dość, że może mieć dzieci i osiągnął Dziesiąte Wywyższenie (czyli wszystko, co da się wycisnąć), to jeszcze otrzymuje nie jeden Oddech tygodniowo, a nawet trzy lub cztery, co powoduje, że ma ich naprawdę spory zapas przekazywany zresztą z pokolenia na pokolenie. No i może z niego korzystać, a Dziesiąte Wywyższenie daje przerażające możliwości...

Za Susebrona, aktualnego Króla-Boga, ma wyjść księżniczka Vivenna pochodząca z cichego, szarego i szczycącego się skromnością Idris. Ma to zapobiec wojnie, gdyż Halladren od dawna czai się na żyzne ziemie królestwa i kontrolę nad skrzyżowaniem szlaków handlowych. Tyle że do króla Idris docierają niepokojące wieści - jego potężny wróg i tak zamierza zaatakować, a żony z królewskiego rodu (który notabene rządził kiedyś Halladren) potrzebuje do usankcjonowania swoich praw do tej części świata. Wobec takiego obrotu sprawy, z przyczyn, których streszczać nie będę, do miasta bogów wysłana zostaje nie Vivenna, a jej młodsza siostra - Siri. Przerażona dziewczyna trafia do miejsca, gdzie kolor i frywolność, uchodzące w jej ojczyźnie za grzech, są na porządku dziennym, gdzie każdy knuje i szuka własnych korzyści, gdzie przyjaciele mogą okazać się wrogami i na odwrót. Co gorsze, ma przecież poślubić Króla-Boga, istotę stanowiącą według jej religii najgorszą możliwą herezję, w dodatku okrutną i bardzo potężną. Nie wie też, czy wyjdzie z tego wszystkiego żywa.

Dość już tego streszczania, bo zaraz pojawią się spoilery, a w przypadku tej książki byłyby one grzechem ciężkim, gdyż Sanderson niejednokrotnie zaskakuje myląc tropy i wywracając wszystko do góry nogami. Oczywiście, powieść ma swoje wady. Jest nią bez wątpienia Szpon Nocy - gadający miecz o wyjątkowo morderczych skłonnościach. Choć bawi on czytelnika kilkoma zabawnymi tekstami i jest, no... mieczowaty w swoim myśleniu, generalnie czerpie garściami z innych gadających mieczy i służy głównie pozabijaniu kilku jegomości, kiedy sytuacja wydaje się beznadziejna. Sanderson wpada też w kilka schematów dotyczących postaci. Tak na przykład Vivenna i Siri to typowe siostry: jedna stateczna i poważna, a druga rozbrykana i nieprzewidywalna. Rozważna i romantyczna, chciałoby się powiedzieć. Trzeba przyznać autorowi, że mimo to przynajmniej jedną z nich da się lubić, ale na początku taka konstrukcja wywołała u mnie sporą rezerwę. Na tym jednak skończyłoby się chyba narzekanie... Tak, znalazłoby się jeszcze kilka drobiazgów, ale jakoś nie wydają mi się istotne. A kilka zarzutów, które miałam na początku czytania, pod koniec obróciło się w zalety.

Wspominałam już o tym, że Sanderson bardzo się poprawił, jeśli chodzi o konstrukcje postaci. I tu mój wielki ukłon w jego stronę: bohaterowie dobrzy są po prostu... dobrzy, a mimo to człowiek się do nich  przywiązuje, co w dobie wszechobecnej szarości jest bardzo trudne do uzyskania. Takich właśnie postaci od dawna było mi trzeba. Oczywiście nie to tak, że od początku wszystko jest jasne i ci, którzy wydają się w porządku, będą tacy do końca. Po drodze czeka czytelnika kilka zdrad i kilka niespodziewanych sojuszy, ale pewnej grupie reprezentującej konkretne wartości można najzwyczajniej w świecie zaufać. To sprawia, że książkę dosłownie pochłania się z wielką przyjemnością. Co więcej, ta dobroć wcale nie powoduje obniżenia napięcia czy wrażenia naiwności. Jest po prostu naturalna i wydaje się jak najbardziej na miejscu.

I teraz mam problem, bo chciałabym coś napisać o moim ulubieńcu, ale obawiam się, że zepsułabym tym zabawę ewentualnym czytelnikom, więc buzia na kłódkę. Właściwie, jakby się tak zastanowić, pisząc o jakimkolwiek bohaterze, zdradziłabym coś istotnego. Bo w Siewcy wojny mamy intrygę naprawdę wielopiętrową, przemyślaną w najdrobniejszych szczegółach i świetnie zaprogramowaną. Poza tym, dzieje się coś, co bardzo lubię, a mianowicie zupełnie mimochodem, gdzieś między wersami, autor porusza ważne kwestie społeczne, unikając jednocześnie truizmów i wypowiadania się wprost.

Zdecydowanie polecam, zwłaszcza, że chciałabym sobie z kimś o tej pozycji porozmawiać, a nie chcę psuć zabawy.

A wracając do tego SMS-a... Obie z Carlą doszłyśmy  po doczytaniu do końca do wniosku, że Siewca nie jest jednak jak Magnolia, choć pewne rzeczy mogły się skojarzyć. Czyli odetchnęłam z ulgą ;)

7 komentarzy:

  1. Okładka koszmarna.
    Sabderson dołączył do listy 'przeczytać!'.

    Ched

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie też dołączył do tej listy, ale obawiam się, że u mnie to jest taka lista wieczysta, do której dopisuję, ale niczego z niej nie skreślam. ;/

    Acz okładka istotnie, jest porażką. Aż dziwne, że to jest wydane przez MAGa, bo podobne trochę do wydania Fabrycznego. Chociaż może rzeczywiście, Fabryka Słów mimo wszystko trochę lepiej dopasowuje okładki do treści...

    OdpowiedzUsuń
  3. A w jakim ja byłam szoku, kiedy dotarło do mnie, kto to jest XD Odnoszę wrażenie, że autor tego arcydzieła przeczytał tylko prolog i fantazja go poniosła.

    Pozostaje mi życzyć miłej lektury... kiedyś tam ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przepraszam, ale jak widzę w tytule "siewca" to automatycznie doskakuje mi "wiatrów" i widzę galopującą Kossakowską.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdaje się, że tłumacz też liczył na takie skojarzenie (=więcej sprzedanych egzemplarzy, bo części kupujących pomylą się tytuły), skoro oryginalnie to "Warbreaker". Nie jestem najmocniejsza z języków, ale trudno mi znaleźć inne uzasadnienie dla takiego przełożenia tej zbitki, która według mnie oznacza coś zupełnie odwrotnego (i bardziej zgodnego z treścią utworu).

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie, Kruff - w przypadku wojny "break" oznacza wybuch. Czyli tytuł oryginalny oznacza kogoś, kto wywołuje wojnę. Taki "Wojnowybuchowiec" :D

    OdpowiedzUsuń
  7. A to przepraszam, tłumacz ze mnie żaden XD

    OdpowiedzUsuń