czwartek, 11 listopada 2010

Epica - The Score. An Epic Journey

Dla porządku tylko dodam, że tytuły wszystkich utworów, jakie zamieszczam w opisach płyt, są linkami. Gdyby ktoś jeszcze tego nie zauważył ;)

Trochę zaskakujące może się wydać to, że ten post dostał - obok Recenzji - etykietę BMF, ale myślę, że wszystko się wyjaśni.

O Epice zdarza mi się pisać często przy różnych okazjach, ale pozwolę sobie zrobić to raz jeszcze. Pewnie nie po raz ostatni. The Score. An Epic Journey jest bowiem albumem specyficznym, trudno dostępnym i nie został w ogóle uwzględniony w wielu dyskografiach zespołu (podobnie jak The Classical Conspiracy).  A szkoda, bo w jakiś sposób dopełnia obraz muzyki uprawianej przez Epicę i rzuca więcej światła na dźwiękową (i nie tylko) wyobraźnię jej członków.

The Score... stawia przed sobą dwa ambitne zadania, z których trochę się wywiązuje, a trochę nie - już przy pierwszym przesłuchaniu uderza fakt, że album jest bardzo nierówny, nierzadko na przestrzeni jednego utworu zdarzają się fragmenty fantastyczne i kiepskie, czasem odnosi się po prostu wrażenie, że wizja kompozycji przerosła możliwości wykonawców. Jakie są te zadania? Po pierwsze, Epica porzuca symfonic metal i mierzy się z czymś zbliżonym do podszytej elektroniką neoklasyki. Po drugie, próbuje dźwiękiem opowiedzieć historię. To właściwie muzyczna baśń, napisana z iście młodopolską wiarą, że nutami można oddać rzeczywistość innych zmysłów. Oczywiście, mam świadomość, że to soundtrack (do holenderskiego Joyride), i że nie jest to historia niezależna, ale czuje się w tych utworach wyraźnie pewną narrację. Jakiś sygnał do traktowania tej płyty osobno daje okładka, zupełnie niezwiązana tematycznie z filmem. I oczywiście jej tytuł.

Kiedy The Score się ukazało, krytyka generalnie piała z zachwytu. Ja nie pieję. Może dlatego, że nie lubię, kiedy elektronika włazi z butami tam, gdzie nie powinna. Neoklasyka i muzyka filmowa sięgają po nią oczywiście i zwykle mi to nie przeszkadza, nie tam jednak, gdzie próbuje się nią zastąpić chór czy smyczki. Nie wie wszystkich utworach się to zdarza, ale w czasie kilku ciarki dosłownie przeszły mi po plecach. O dziwo najlepiej brzmi ona właśnie wtedy, kiedy ma być słyszalna, kiedy jest jednoznaczna i niczego nie udaje.

Drugim dość poważnym zarzutem, jaki mam wobec The Score jest kwestia jednego z motywów przewodnich, do złudzenia przypominającego Hunab k'u z Consign the Oblivion. Dwa pierwsze takty są niemal identyczne, a końcówka też podobna, trochę tylko uproszczona. Było to rozczarowujące, zwłaszcza że albumy ukazały się po sobie, w niewielkim odstępie czasu i po prostu nie dało się tego nie zauważyć.

Ale do rzeczy. Całość rozpoczyna Vengeance Is Mine. Krótkie, początkowo mocno elektroniczne w nielubiany przeze mnie sposób. Potem ten sam motyw zostaje powtórzony przy większym udziale orkiestry  (głównie smyczków) i jest już znacznie lepiej. Przyznam się jednak bez bicia, że nie wzbudził we mnie większych emocji, ot zaczął się i skończył. Niemniej pierwszy raz słyszymy tu jeden z kilku głównych tematów na The Score, którego możliwości zostaną później znacznie lepiej wykorzystane. Tak naprawdę jet to typowy Epicowy wstęp, taki jak wszystkie inne preludia, którymi rozpoczynają swoje albumy. Następne Unholy Trinity znacznie bardziej przypadło mi do gustu. Dynamiczne, z mniej słyszalną elektroniką (może poza fragmentem, w którym klawisze udają skrzypce) i zapadające w pamięć. Podobało mi się i już. The Valley brzmi z kolei w bardzo charakterystyczny, obecny zwłaszcza na późniejszych płytach zespołu sposób, przywodzący na myśl inspiracje wschodem. Świetnie skomponowany utwór, którego wykonanie budzi już jednak moją niechęć. Znów ta nieszczęsna elektronika łatająca dziury po normalnych instrumentach... Ma tu zresztą miejsce podobna sytuacja jak z Vengeance... - kiedy melodia zostaje powtórzona, brzmi już dużo lepiej. Kolejne Caught in a Web to - moim skromnym zdaniem - perełka. Co prawda pojawia się tu drugi dominujący motyw - ten wtórny, ale całość brzmi bardzo interesująco, zwłaszcza, że to jeden z tych utworów, w których elektronika jest elektroniką i nareszcie wzbogaca kompozycję, zamiast zgrzytać między zębami. Caught... ma też w sobie sporo z neoklasyki, pewną dramaturgię i nieprzewidywalność. Nie jest to utwór tak łatwy w pobieżnym słuchaniu, jak poprzednie, ale za to bardziej interesujący. Insomnia pozostawia nas w podobnym klimacie, przetwarzając - bardzo udanie zresztą - motyw z pierwszego utworu. Także ta kompozycja sprawiła mi sporą radość, głównie za sprawą fantastycznych smyczków i kotłów. Jest tu jeden dość banalny fragment, psujący nieco ogólne wrażenie, ale można go puścić w niepamięć. Under the Aegis zaczyna się bardzo elektronicznie, ale w tym przypadku mi to nie przeszkadza. Nie muszę już chyba wyjaśniać dlaczego. Altówka (chyba) wprowadza nas w część bardziej symfoniczną, może nie szczególnie oryginalną, ale jednak przyjemną. W kolejnym Trois Vierges pojawia się wokal Simone Simons. I tylko jej, bo to wersja solowa tego utworu. I właściwie prócz tego niewiele się różniąca od oryginału. Dla porównania wrzucam nagranie, w którym wystąpił Roy Khan. Słodka spokojna ballada, dająca możliwość wglądu w operowe umiejętności Simons. Nawet w tym miejscu pasuje. Mystica nie rzuca nas od razu z powrotem na głęboką wodę. Właściwie brzmi jak melodia z jakiegoś filmu przygodowego. Niczego mistycznego tu nie ma. Dziewiąte na liście Valley of Sins to jedna z dłuższych kompozycji, jakie zawiera album (nie licząc oczywiście tych z wokalem). I w dodatku jest kapitalna. Na początku otrzymujemy ciekawą elektroniczną interpretację nielubianego przeze mnie motywu. Brzmi on jednak wybornie i aż trudno go rozpoznać. Utwór, mimo iż przez większość czasu cichy, posiada ogromny ładunek emocjonalny i dramaturgię. Piękna kompozycja. Empty Gaze kontynuuje z początku nastrój poprzednika, ale niestety robi to w sposób, który zjeżył mi początkowo włosy na plecach. Kolejny grzech przeciwko elektronice - niestety. A mogło być tak fajnie... Potem jest już znacznie lepiej, a nawet bardzo dobrze, choć - obiektywnie rzecz biorąc - niewiele się dzieje. Następne jest The Allegared Paradigm. Utwór przetwarza po prostu temat przypominający mi Hunab k'u i tylko na nim się skupia. Szczególnie mnie ten fragment nie obszedł. Supremacy to z kolei następna kompozycja, na którą warto zwrócić uwagę. Zwłaszcza na fortepianową końcówkę, wywołującą niezmiennie dreszcze na kruffowych plecach. Beyond the Depth, duet gitary i skrzypiec, stanowiło dla mnie przy pierwszym kontakcie pewne zaskoczenie. Trzeba jednak przyznać, że w kontekście całej płyty, bardzo się w tym miejscu przydaje, niejako oczyszczając atmosferę i przygotowując słuchacza na to, co nastąpi. O samym utworze można powiedzieć, że jest... ładny.  Bez fajerwerków, skromny i cichy. Bardzo przyjemny. I to chyba wszystko. Epitome szczególnie mnie nie zachwyciło. Może nieco ponad minuta to za mało, by rozwinąć skrzydła, a może ja nie mam wystarczającej wrażliwości. Fakt, faktem, że nie mam pojęcia, co napisać. Inevitable Embrance znów sięga do głównego motywu, bardzo przyjemnie go interpretując. Przyspieszony, z dodanym wyraźnym rytmem, prezentuje się ciekawie. Klimat kolejnego Angel of Death jest łatwy do przewidzenia. Będą groźne, męskie chóry. Zaskakujące jest jednak to, że tym, co naprawdę warte większej uwagi w tym utworze, są partie ciche, mogące pozostać niezauważone wobec podniosłego nastroju większej części kompozycji. Nikną w cieniu, a szkoda, bo są smakowite. The Ultimate Return także lubię - dynamiczne i przewidywalne, nie wymaga może większego wysiłku od słuchacza, ale sprawia dużo przyjemności. To jedna z bardziej "filmowych" propozycji na płycie. Instrumentalną wersją Trois Vierges kończy się to, co na tym albumie dobre, zostają już tylko fortepianowa wersja Solitary Ground (wersja z Consign the Oblivion tutaj) i zbezczeszczony Quietus (wersja z Consign tutaj). Obie te próby są po prostu nieudane. Gdzieś uciekł ich duch i urok. Cóż, bywa i tak.

Album, może nie genialny, ale jednak ciekawy, słuchany wieczorem, przy przygaszonym świetle jest naprawdę wenogenny, polecam więc wszytskim fantastom. No, chyba że mają alergię na Epicę ;) Szczerze powiedziawszy, nie wydawałoby mi się to szczególnie zaskakujące.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz