piątek, 26 listopada 2010

Fantasy z dreszczykiem

Okładka polska
Napisałam "z dreszczykiem", ale nie chodziło mi bynajmniej o to, że powieść ta jest w jakiś sposób przerażająca. Ten "dreszczyk" wynika bezpośrednio ze zgrozy, jaką wywołuje u mnie okładka książki (no bo musicie przyznać, że jest koszmarna) oraz z pewnego SMS-a, od którego wszystko się zaczęło...

Pewnego niezbyt pogodnego popołudnia Kruffowy telefon zapiszczał i wyświetliła się wiadomość o mniej więcej takiej treści: "Czytam właśnie coś, co jest jak Magnolia o_O". Możecie sobie wyobrazić moje przerażenie (dla niewtajemniczonych - "Magnolia" to taki akt samounicestwienia, którego się kiedyś dopuściłam i który od tamtego czasu spędza mi sen z powiek, domagając się ciągłego dopieszczania). Serducho zabiło mi mocniej i wystukałam szybko: "Ojej. Musisz mi to pożyczyć" - czy jakoś tak. I kochana Carla - a jakżeby inaczej - rzeczoną książkę mi przyniosła. Ta dziewczyna ma łeb jak sklep, ja bym z pewnością zapomniała.
Osoba autora nie była mi obca, czytałam już jego debiutanckie Elantris, o którym też zdarzyło mi się kiedyś napisać kilka słów (dla ciekawych, jest to tutaj), miałam więc wobec Siewcy wojny pewne konkretne wymagania. Ale także pewne obawy, bo Sanderson, jakkolwiek tworzy ciekawe światy, miał poważne problemy z postaciami i niebezpiecznie dryfował w kierunku socjalistycznej utopii - przynajmniej moim skromnym zdaniem. Miło się jednak zaskoczyłam, bo bohaterowie są już całkiem poprawni (niektórzy nawet świetni), a zamiast utopii mamy raczej bezustanne obalanie złudzeń, jakimi karmią się ci, którzy jeszcze w Elantris mieliby rację. Szczególnie znacząca jest scena, w której jedna z bohaterek trafia do miasta będącego w jej mniemaniu symbolem wszelkiego zła i rozpusty, i odnajduje swoich pobożnych, skromnych rodaków, by przekonać się, że są oni najgorszymi z imigrantów, tworzącymi zamkniętą społeczność złodziei, sutenerów i prostytutek. Takich smaczków jest więcej, a skomplikowana intryga polityczna nie rozwija się jedynie na bazie osobistych ambicji poszczególnych graczy oraz tego, kto ma czyje dzieci, ale także na bazie ekonomii, historycznych uwarunkowań, konfliktów etnicznych i religijnych tudzież nieporozumień kulturowych. Czyli tak, jak lubię.

Ciekawy jest także system magii, choć to u Sandersona nie nowość (w Elantris wszystko opierało się przecież o pewien gatunek grzybów). Za moce bohaterów odpowiedzialna jest BioChroma, siła związana w jakiś sposób z kolorami i dźwiękiem. Gromadzi się ona - jeśli można tak powiedzieć - w postaci Oddechów. Im więcej ktoś ma Oddechów, tym więcej może. Tylko uwaga - one się wyczerpują, każde rzucone "zaklęcie" kosztuje. A poza tym można nimi handlować, można je oddawać albo stracić przez nieuwagę. Można się także od nich uzależnić, bo kiszenie w sobie nawet niewielkiej ich liczby sprawia, że świat wydaje się bardziej barwny i ładniejszy. To sprawia, że tych, którzy oddaliby swoją BioChromę za darmo po prostu nie ma. No, chyba że stają przed bogami.

Bogowie to umarli, którzy z jakiejś przyczyny (kapłani utrzymują, że z powodu heroicznej śmierci) wracają do żywych, ale już odmienieni i w dodatku na poziomie Piątego Wywyższenia (czyli ze sporym zapasem BioChromy). Zamieszkują w wystawnych pałacach oddzielonych od reszty miasta, są czczeni i podziwiani, i mają tylko jeden problem - żeby żyć, potrzebują jednego nieswojego oddechu tygodniowo. Ale od czego są wyznawcy ;) Co gorsze, nie mogą korzystać ze swojej BioChromy, gdyż to by ich zabiło, a w dodatku są bezpłodni, choć to ostatnie przeszkadza im akurat najmniej, bo pozwala na dość swobodny tryb życia.

Oryginalna okładka
Szczególnym przypadkiem jest niejaki Król-Bóg, władca Hallandren - kolorowego i grzesznego według mniemania sąsiadów miasta, w którym zamieszkuje reszta panteonu i kwitną kwiaty pozwalające na wytwarzanie wspaniałych i stosunkowo tanich barwników. Nie dość, że może mieć dzieci i osiągnął Dziesiąte Wywyższenie (czyli wszystko, co da się wycisnąć), to jeszcze otrzymuje nie jeden Oddech tygodniowo, a nawet trzy lub cztery, co powoduje, że ma ich naprawdę spory zapas przekazywany zresztą z pokolenia na pokolenie. No i może z niego korzystać, a Dziesiąte Wywyższenie daje przerażające możliwości...

Za Susebrona, aktualnego Króla-Boga, ma wyjść księżniczka Vivenna pochodząca z cichego, szarego i szczycącego się skromnością Idris. Ma to zapobiec wojnie, gdyż Halladren od dawna czai się na żyzne ziemie królestwa i kontrolę nad skrzyżowaniem szlaków handlowych. Tyle że do króla Idris docierają niepokojące wieści - jego potężny wróg i tak zamierza zaatakować, a żony z królewskiego rodu (który notabene rządził kiedyś Halladren) potrzebuje do usankcjonowania swoich praw do tej części świata. Wobec takiego obrotu sprawy, z przyczyn, których streszczać nie będę, do miasta bogów wysłana zostaje nie Vivenna, a jej młodsza siostra - Siri. Przerażona dziewczyna trafia do miejsca, gdzie kolor i frywolność, uchodzące w jej ojczyźnie za grzech, są na porządku dziennym, gdzie każdy knuje i szuka własnych korzyści, gdzie przyjaciele mogą okazać się wrogami i na odwrót. Co gorsze, ma przecież poślubić Króla-Boga, istotę stanowiącą według jej religii najgorszą możliwą herezję, w dodatku okrutną i bardzo potężną. Nie wie też, czy wyjdzie z tego wszystkiego żywa.

Dość już tego streszczania, bo zaraz pojawią się spoilery, a w przypadku tej książki byłyby one grzechem ciężkim, gdyż Sanderson niejednokrotnie zaskakuje myląc tropy i wywracając wszystko do góry nogami. Oczywiście, powieść ma swoje wady. Jest nią bez wątpienia Szpon Nocy - gadający miecz o wyjątkowo morderczych skłonnościach. Choć bawi on czytelnika kilkoma zabawnymi tekstami i jest, no... mieczowaty w swoim myśleniu, generalnie czerpie garściami z innych gadających mieczy i służy głównie pozabijaniu kilku jegomości, kiedy sytuacja wydaje się beznadziejna. Sanderson wpada też w kilka schematów dotyczących postaci. Tak na przykład Vivenna i Siri to typowe siostry: jedna stateczna i poważna, a druga rozbrykana i nieprzewidywalna. Rozważna i romantyczna, chciałoby się powiedzieć. Trzeba przyznać autorowi, że mimo to przynajmniej jedną z nich da się lubić, ale na początku taka konstrukcja wywołała u mnie sporą rezerwę. Na tym jednak skończyłoby się chyba narzekanie... Tak, znalazłoby się jeszcze kilka drobiazgów, ale jakoś nie wydają mi się istotne. A kilka zarzutów, które miałam na początku czytania, pod koniec obróciło się w zalety.

Wspominałam już o tym, że Sanderson bardzo się poprawił, jeśli chodzi o konstrukcje postaci. I tu mój wielki ukłon w jego stronę: bohaterowie dobrzy są po prostu... dobrzy, a mimo to człowiek się do nich  przywiązuje, co w dobie wszechobecnej szarości jest bardzo trudne do uzyskania. Takich właśnie postaci od dawna było mi trzeba. Oczywiście nie to tak, że od początku wszystko jest jasne i ci, którzy wydają się w porządku, będą tacy do końca. Po drodze czeka czytelnika kilka zdrad i kilka niespodziewanych sojuszy, ale pewnej grupie reprezentującej konkretne wartości można najzwyczajniej w świecie zaufać. To sprawia, że książkę dosłownie pochłania się z wielką przyjemnością. Co więcej, ta dobroć wcale nie powoduje obniżenia napięcia czy wrażenia naiwności. Jest po prostu naturalna i wydaje się jak najbardziej na miejscu.

I teraz mam problem, bo chciałabym coś napisać o moim ulubieńcu, ale obawiam się, że zepsułabym tym zabawę ewentualnym czytelnikom, więc buzia na kłódkę. Właściwie, jakby się tak zastanowić, pisząc o jakimkolwiek bohaterze, zdradziłabym coś istotnego. Bo w Siewcy wojny mamy intrygę naprawdę wielopiętrową, przemyślaną w najdrobniejszych szczegółach i świetnie zaprogramowaną. Poza tym, dzieje się coś, co bardzo lubię, a mianowicie zupełnie mimochodem, gdzieś między wersami, autor porusza ważne kwestie społeczne, unikając jednocześnie truizmów i wypowiadania się wprost.

Zdecydowanie polecam, zwłaszcza, że chciałabym sobie z kimś o tej pozycji porozmawiać, a nie chcę psuć zabawy.

A wracając do tego SMS-a... Obie z Carlą doszłyśmy  po doczytaniu do końca do wniosku, że Siewca nie jest jednak jak Magnolia, choć pewne rzeczy mogły się skojarzyć. Czyli odetchnęłam z ulgą ;)

poniedziałek, 22 listopada 2010

Piórko, czyli kolejny post bez sensu

Uzyskiwanie odpowiednich kolorów nigdy nie było moją mocną stroną. Nie wiem, czy to kwestia techniki, czy nieuctwa. Barwników nie podejrzewam, bo wiem, na co wydaję pieniądze. Ostatnio jest jakby lepiej, trochę poczytałam i wiem już, jak wydobyć blask czy pogłębić odcień. Tutaj taka mała uwaga: większość poradników jest do bani. Mnie najwięcej dało czytanie samych wskazówek artystów, a zwłaszcza artystów-samouków.

Ale to dopiero od niedawna, może od roku. Zresztą nareszcie mam się na czym w tej kwestii wyżyć, bo wpakowałam się w zlecenie. Przyjacielskie, co prawda, ale dobrze byłoby to wreszcie skończyć, a mnie szczególnie zależało (i nadal zależy), by ta akwarela stanowiła szczyt moich możliwości. Stąd straszliwie powolne tempo pracy, ale też zanotowany skok w poziomie warsztatu. Mam nadzieję, że efekt spełni oczekiwania, przynajmniej Carli, bo moich już na pewno nie. Nie ma to jak popełnić podstawowe błędy w kompozycji i pomieszać w fatalny sposób skosy z liniami poziomymi i pionowymi.

Niemniej kolejne porażki odnoszone w starciu z kolorami sprawiły, że bardzo polubiłam piórko. W moim wykonaniu jest ono toporne, ale przynajmniej unikam mordęgi z barwami ;) Pozwala też nieźle poćwiczyć, bo od razu widać wszystkie błędy, a raz popełnioną gafę bardzo trudno zatuszować.

Właściwie zaczęło się od polskiego w liceum, na którym czasami strasznie się nudziłam. Po latach stwierdzam, że nie była to wina nauczycielki tylko moja i mojego zbyt wysokiego mniemania o sobie, ale efekt był taki, że mój zeszyt zaczął zapełniać się bazgranymi często bez szkicu rysunkami. Czasem były to tylko ornamenty, czasem kompozycje na stronę lub dwie. Większość z nich składa się z samych błędów, ale sprawiało mi to wtedy sporo radości.

Oto, co z tego później wyrosło (ostatni obrazek jako link, bo zawiera treści +18, według mnie nic specjalnego, ale kto tam wie...):

Tak, nie ukrywam, że to obrazek "magnoliowy", kto czytał, ten wie ;)


I kolejna "magnoliowa" produkcja, gdzieś z końca trzeciego tomu. Jeden z tych obrazków, z których jestem autentycznie dumna, choć chyba go niechcący obróciłam...


Tu dla odmiany raczej porażka. Cóż, bywa i tak ;)


Szkicowe i bez zbędnego cieniowania, bo to właściwie rysunek czysto ćwiczeniowy, ale wyszło chyba nie najgorzej.


I ostatnia rzecz, stanowiąca efekt zadania sobie prostego pytania: na co syrenie stanik? ;)

niedziela, 14 listopada 2010

Wynurzenia o fan-fikach

Dzisiaj będzie bez sensu, ot kilka luźnych myśli o pisaniu. Po prostu, kiedy od dziesięciu lat siedzi się głęboko w jednym i tym samym projekcie, a wszystkie inne stanowią tylko chwilową odskocznię od zbyt ambitnego zamierzenia, zbiera się czasem na melancholię i wspominki. A od nich już tylko jeden krok do drętwych stwierdzeń typu "za moich czasów..."

Ale jednak: za moich czasów dzieciaki pisały. Pamiętam, że w podstawówce było nas trzech. Właśnie wchodziła do kin ekranizacja Drużyny Pierścienia (którą ja, za sprawą pani Skibniewskiej, znałam jako Wyprawę), więc wszyscy siedzieli w fantasy. Bardzo różnym, trzeba przyznać. Nie były to powieści oryginalne, błyskotliwe czy choćby ciekawe, tak naprawdę wszystkie korzystały z tych samych schematów, a jednak nasze twory mocno się różniły. Choćby dlatego, że wtedy nikt nie wiedział, co to fan-fik, wręcz przeciwnie - każdy z nas miał ambicje stworzenia czegoś nowego. Był więc dzielny rycerz usiłujący zabić złego czarnoksiężnika ukrytego w wieży, była jakaś syrena (tę produkcję pamiętam akurat najmniej) i moja skromna zielarka ratująca - a jakżeby inaczej - świat przed zagładą i zakochana w swym konkurencie. Pomysły stare i oklepane, ale na swój koślawy sposób urocze i utrwalone w stosach zeszytów, a nie na różowych blogaskach.

Jakby się dłużej zastanowić, to coś na kształt fan-fika też uprawiałam, ale w głowie i nigdy nie przyszło mi do głowy, że można by to spisać. Wymyślałam mianowicie alternatywne zakończenia do... Ogniem i mieczem. Była to pierwsza "poważna" książka po jaką sięgnęłam i pamiętam, że zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. Do dziś mam do tej powieści pewien sentyment i to uratowało mnie ostatnio na egzaminie ;) 

Jeśli fan-fik, to tylko jako zabawa, ewentualnie wprawka. Nie jako twórczość i obawiam się, że względem tego stwierdzenia jestem niereformowalna. Rozumiem oczywiście, że nie wszystkie opowiadania tego typu to hołdy dla pań Meyer i Rowling, że nie wszystkie się błyszczą, że nie we wszystkich Snape biega po toaletach i czyha na niewinne Mery Sue, że część z nich ma ręce i nogi, i w dodatku napisana jest naprawdę nieźle. Sama przecież mam kilka odwołań do nich w linkach i od czasu do czasu tam zaglądam. Nie. Chodzi mi tylko o to, że nikt nigdy nie przekona mnie, że najlepszy nawet fan-fik jest gatunkowo równy przyzwoitej powieści. I nie chodzi mi też o to, by udowadniać komukolwiek wyższość "dawnej" dzieciarni nad dzisiejszą, bo z doświadczenia wiem, że autorki blogasków to nie cały pisarski narybek, poprawiałam przecież kilka niezłych i oryginalnych prac. Chodzi mi raczej o sposób przetwarzania rzeczywistości, o niezbędną do napisania czegokolwiek refleksję, ulegającą w przypadku fan fiction dodatkowemu odsianiu. Przecież nadbudowując historię na historii, korzysta się już z cudzych wniosków.

Nie liczę na to, że ktoś zrozumie, o co mi chodzi, bo piszę pokrętnie. Tak się tylko wynurzyłam...

czwartek, 11 listopada 2010

Epica - The Score. An Epic Journey

Dla porządku tylko dodam, że tytuły wszystkich utworów, jakie zamieszczam w opisach płyt, są linkami. Gdyby ktoś jeszcze tego nie zauważył ;)

Trochę zaskakujące może się wydać to, że ten post dostał - obok Recenzji - etykietę BMF, ale myślę, że wszystko się wyjaśni.

O Epice zdarza mi się pisać często przy różnych okazjach, ale pozwolę sobie zrobić to raz jeszcze. Pewnie nie po raz ostatni. The Score. An Epic Journey jest bowiem albumem specyficznym, trudno dostępnym i nie został w ogóle uwzględniony w wielu dyskografiach zespołu (podobnie jak The Classical Conspiracy).  A szkoda, bo w jakiś sposób dopełnia obraz muzyki uprawianej przez Epicę i rzuca więcej światła na dźwiękową (i nie tylko) wyobraźnię jej członków.

The Score... stawia przed sobą dwa ambitne zadania, z których trochę się wywiązuje, a trochę nie - już przy pierwszym przesłuchaniu uderza fakt, że album jest bardzo nierówny, nierzadko na przestrzeni jednego utworu zdarzają się fragmenty fantastyczne i kiepskie, czasem odnosi się po prostu wrażenie, że wizja kompozycji przerosła możliwości wykonawców. Jakie są te zadania? Po pierwsze, Epica porzuca symfonic metal i mierzy się z czymś zbliżonym do podszytej elektroniką neoklasyki. Po drugie, próbuje dźwiękiem opowiedzieć historię. To właściwie muzyczna baśń, napisana z iście młodopolską wiarą, że nutami można oddać rzeczywistość innych zmysłów. Oczywiście, mam świadomość, że to soundtrack (do holenderskiego Joyride), i że nie jest to historia niezależna, ale czuje się w tych utworach wyraźnie pewną narrację. Jakiś sygnał do traktowania tej płyty osobno daje okładka, zupełnie niezwiązana tematycznie z filmem. I oczywiście jej tytuł.

Kiedy The Score się ukazało, krytyka generalnie piała z zachwytu. Ja nie pieję. Może dlatego, że nie lubię, kiedy elektronika włazi z butami tam, gdzie nie powinna. Neoklasyka i muzyka filmowa sięgają po nią oczywiście i zwykle mi to nie przeszkadza, nie tam jednak, gdzie próbuje się nią zastąpić chór czy smyczki. Nie wie wszystkich utworach się to zdarza, ale w czasie kilku ciarki dosłownie przeszły mi po plecach. O dziwo najlepiej brzmi ona właśnie wtedy, kiedy ma być słyszalna, kiedy jest jednoznaczna i niczego nie udaje.

Drugim dość poważnym zarzutem, jaki mam wobec The Score jest kwestia jednego z motywów przewodnich, do złudzenia przypominającego Hunab k'u z Consign the Oblivion. Dwa pierwsze takty są niemal identyczne, a końcówka też podobna, trochę tylko uproszczona. Było to rozczarowujące, zwłaszcza że albumy ukazały się po sobie, w niewielkim odstępie czasu i po prostu nie dało się tego nie zauważyć.

Ale do rzeczy. Całość rozpoczyna Vengeance Is Mine. Krótkie, początkowo mocno elektroniczne w nielubiany przeze mnie sposób. Potem ten sam motyw zostaje powtórzony przy większym udziale orkiestry  (głównie smyczków) i jest już znacznie lepiej. Przyznam się jednak bez bicia, że nie wzbudził we mnie większych emocji, ot zaczął się i skończył. Niemniej pierwszy raz słyszymy tu jeden z kilku głównych tematów na The Score, którego możliwości zostaną później znacznie lepiej wykorzystane. Tak naprawdę jet to typowy Epicowy wstęp, taki jak wszystkie inne preludia, którymi rozpoczynają swoje albumy. Następne Unholy Trinity znacznie bardziej przypadło mi do gustu. Dynamiczne, z mniej słyszalną elektroniką (może poza fragmentem, w którym klawisze udają skrzypce) i zapadające w pamięć. Podobało mi się i już. The Valley brzmi z kolei w bardzo charakterystyczny, obecny zwłaszcza na późniejszych płytach zespołu sposób, przywodzący na myśl inspiracje wschodem. Świetnie skomponowany utwór, którego wykonanie budzi już jednak moją niechęć. Znów ta nieszczęsna elektronika łatająca dziury po normalnych instrumentach... Ma tu zresztą miejsce podobna sytuacja jak z Vengeance... - kiedy melodia zostaje powtórzona, brzmi już dużo lepiej. Kolejne Caught in a Web to - moim skromnym zdaniem - perełka. Co prawda pojawia się tu drugi dominujący motyw - ten wtórny, ale całość brzmi bardzo interesująco, zwłaszcza, że to jeden z tych utworów, w których elektronika jest elektroniką i nareszcie wzbogaca kompozycję, zamiast zgrzytać między zębami. Caught... ma też w sobie sporo z neoklasyki, pewną dramaturgię i nieprzewidywalność. Nie jest to utwór tak łatwy w pobieżnym słuchaniu, jak poprzednie, ale za to bardziej interesujący. Insomnia pozostawia nas w podobnym klimacie, przetwarzając - bardzo udanie zresztą - motyw z pierwszego utworu. Także ta kompozycja sprawiła mi sporą radość, głównie za sprawą fantastycznych smyczków i kotłów. Jest tu jeden dość banalny fragment, psujący nieco ogólne wrażenie, ale można go puścić w niepamięć. Under the Aegis zaczyna się bardzo elektronicznie, ale w tym przypadku mi to nie przeszkadza. Nie muszę już chyba wyjaśniać dlaczego. Altówka (chyba) wprowadza nas w część bardziej symfoniczną, może nie szczególnie oryginalną, ale jednak przyjemną. W kolejnym Trois Vierges pojawia się wokal Simone Simons. I tylko jej, bo to wersja solowa tego utworu. I właściwie prócz tego niewiele się różniąca od oryginału. Dla porównania wrzucam nagranie, w którym wystąpił Roy Khan. Słodka spokojna ballada, dająca możliwość wglądu w operowe umiejętności Simons. Nawet w tym miejscu pasuje. Mystica nie rzuca nas od razu z powrotem na głęboką wodę. Właściwie brzmi jak melodia z jakiegoś filmu przygodowego. Niczego mistycznego tu nie ma. Dziewiąte na liście Valley of Sins to jedna z dłuższych kompozycji, jakie zawiera album (nie licząc oczywiście tych z wokalem). I w dodatku jest kapitalna. Na początku otrzymujemy ciekawą elektroniczną interpretację nielubianego przeze mnie motywu. Brzmi on jednak wybornie i aż trudno go rozpoznać. Utwór, mimo iż przez większość czasu cichy, posiada ogromny ładunek emocjonalny i dramaturgię. Piękna kompozycja. Empty Gaze kontynuuje z początku nastrój poprzednika, ale niestety robi to w sposób, który zjeżył mi początkowo włosy na plecach. Kolejny grzech przeciwko elektronice - niestety. A mogło być tak fajnie... Potem jest już znacznie lepiej, a nawet bardzo dobrze, choć - obiektywnie rzecz biorąc - niewiele się dzieje. Następne jest The Allegared Paradigm. Utwór przetwarza po prostu temat przypominający mi Hunab k'u i tylko na nim się skupia. Szczególnie mnie ten fragment nie obszedł. Supremacy to z kolei następna kompozycja, na którą warto zwrócić uwagę. Zwłaszcza na fortepianową końcówkę, wywołującą niezmiennie dreszcze na kruffowych plecach. Beyond the Depth, duet gitary i skrzypiec, stanowiło dla mnie przy pierwszym kontakcie pewne zaskoczenie. Trzeba jednak przyznać, że w kontekście całej płyty, bardzo się w tym miejscu przydaje, niejako oczyszczając atmosferę i przygotowując słuchacza na to, co nastąpi. O samym utworze można powiedzieć, że jest... ładny.  Bez fajerwerków, skromny i cichy. Bardzo przyjemny. I to chyba wszystko. Epitome szczególnie mnie nie zachwyciło. Może nieco ponad minuta to za mało, by rozwinąć skrzydła, a może ja nie mam wystarczającej wrażliwości. Fakt, faktem, że nie mam pojęcia, co napisać. Inevitable Embrance znów sięga do głównego motywu, bardzo przyjemnie go interpretując. Przyspieszony, z dodanym wyraźnym rytmem, prezentuje się ciekawie. Klimat kolejnego Angel of Death jest łatwy do przewidzenia. Będą groźne, męskie chóry. Zaskakujące jest jednak to, że tym, co naprawdę warte większej uwagi w tym utworze, są partie ciche, mogące pozostać niezauważone wobec podniosłego nastroju większej części kompozycji. Nikną w cieniu, a szkoda, bo są smakowite. The Ultimate Return także lubię - dynamiczne i przewidywalne, nie wymaga może większego wysiłku od słuchacza, ale sprawia dużo przyjemności. To jedna z bardziej "filmowych" propozycji na płycie. Instrumentalną wersją Trois Vierges kończy się to, co na tym albumie dobre, zostają już tylko fortepianowa wersja Solitary Ground (wersja z Consign the Oblivion tutaj) i zbezczeszczony Quietus (wersja z Consign tutaj). Obie te próby są po prostu nieudane. Gdzieś uciekł ich duch i urok. Cóż, bywa i tak.

Album, może nie genialny, ale jednak ciekawy, słuchany wieczorem, przy przygaszonym świetle jest naprawdę wenogenny, polecam więc wszytskim fantastom. No, chyba że mają alergię na Epicę ;) Szczerze powiedziawszy, nie wydawałoby mi się to szczególnie zaskakujące.