środa, 6 października 2010

Upierdliwy System Osłabiania Studenta...

...w skrócie USOS. Zmora studentów i pupilek władz uczelnianych. Wydaje się też, że twórcy systemu są z siebie bardzo zadowoleni. Musi tak być, skoro proces uzależniania wszelkich czynności związanych ze studiowaniem od tego badziewia nieustannie postępuje. Szczęście mają ci, którzy za jego pośrednictwem zapisują się jedynie na WF, choć i oni nie mają w życiu łatwo. Dlaczego tak narzekam na to jakże wielkie udogodnienie i ukłon w stronę naszej braci, jakim jest Uniwersytecki System Obsługi Studenta? Proszę bardzo - oto kilka autentycznych przypadków z najbliższego tylko otoczenia znajomych. Przypuszczam, że nietrudno byłoby znaleźć bardziej drastyczne.

Horror na WF-ie

Rejestracja do grup rozpoczyna się równo o północy. Problem w tym, że trzydzieści sekund później nie ma już miejsc dla pierwszego roku. Komu zawiesiła się strona, komu przerwało się połączenie - jego problem. Obowiązuje zasada "kto pierwszy, ten lepszy". A pod spodem jakże pocieszający komunikat, głoszący że niezarejestrowanie się do żadnej z grup grozi niezaliczeniem przedmiotu. I nie zajęli tych miejsc bynajmniej ci, którzy powinni. Zdesperowany pierwszy rok dobija się do odpowiednich drzwi, ale szanowni decydenci wyznaczają im spotkanie w samym środku dnia, w czasie pierwszych zajęć. No bo kogo to obchodzi, że rozpoczynający studia chcieliby się czegoś dowiedzieć, rozejrzeć po uczelni, nie podpaść wykładowcy, że są przerażeni i nie wiedzą jeszcze, na ile mogą sobie pozwolić. Biada temu, kto przyszedł tylko godzinę wcześniej. Obsłużony został w okolicach szesnastej. Nieszczęśnicy zostają wepchnięci tam, gdzie są jeszcze jakieś wolne miejsca. A miejsca - jak nietrudno zgadnąć - są głównie na kulturystyce. Osoba, której opowieść dotyczy, ląduje szczęśliwie na tańcu. Mogło być gorzej, choć WF wciśnięty między inne zajęcia to nie najlepsze rozwiązanie. Ale lepsze to niż dźwiganie ciężarów. Naturalne obawy, jakie mają dziewczyny w związku z podobnymi propozycjami dotyczą proporcji między nimi a facetami. Panie czeka szok, bo oto okazuje się, że jest ich piątka. Reszta to panowie. W dodatku dość słusznych rozmiarów.  Finał tej historii jest taki, że instruktorka informuje grupę, że będą się zajmowali tańcem towarzyskim, nowoczesnym i klasycznym, po czym wybucha dzikim, opętańczym śmiechem.

Siostra latyno-joginka
Wśród tych, którzy trafili do opisywanej grupy, znalazła się też jedna siostra zakonna. Swoją drogą, trudno się siostrzyczce dziwić, że wybrała taniec, skoro alternatywą dla teologii była według USOS-u... joga. Brawo planiści! Cóż za takt! Co za wyczucie!

Ach, bez praktyk to my pani nie chcemy

A to z kolei przypadek z mojego własnego życia. Długo zastanawiałam się, czy ciągnąć drugą specjalizację, bo okazało się, że jeden z przedmiotów nałoży na mnie takie obciążenia, że prawdopodobnie ucierpiałby na tym mój licencjat. Po prostu wykładowca ma zamiar zrealizować pewien projekt i znalazł łosie, które w zamian za zaliczenie zrobią to za niego. W związku z tym odłożyłam robienie praktyk na jesień. Opiekun specjalizacji też nie miał nic przeciwko, mój indeks został przyjęty bez problemów i wydawało mi się, że wszystko jest załatwione. Otóż nie. Okazało się, że praktyki zostały przydzielone  przez system do drugiego roku i koniec. Rozwiązanie było oczywiście banalnie proste i złożyłam oświadczenie o rezygnacji z praktyki. Problem w tym, że USOS nie dopuścił mnie już do pierwszej tury rejestracji. A drugą - trzydniową - rozpoczął z jednodniowym opóźnieniem. Dla osoby, której od ósmej (godzina rozpoczęcia rejestracji) nie ma w domu, bo robi inne praktyki, był to pewien problem.

Obowiązkowe nie dla wszystkich
Limity miejsc na wykłady obowiązkowe to już lekki absurd, zwłaszcza, kiedy dwadzieścia minut po rozpoczęciu rejestracji nie ma już żadnego ze stu osiemdziesięciu przewidzianych miejsc. Przedmiot można zrobić w dowolnym czasie w ciągu trzech lat, problem w tym, że planiści z maniakalnym uporem mi to uniemożliwiali przez cztery kolejne semestry. Pasował mi dopiero teraz. Tyle że ktoś podpowiedział pierwszorocznym, że warto zaliczyć to już na początku. I w ten sposób jest to jedyny wykład z kompletem. Szkoda, że konieczny do zaliczenia studiów.

Z laptopem w szpitalu

Trzeba przyznać, że autorzy systemu zabezpieczyli się na wszelkie możliwe sposoby. Znalazłam na stronie komunikat o tym, że ani nieobecność, ani choroba, ani brak dostępu do komputera i Internetu nie zwalnia studenta z obowiązku zarejestrowania się w wyznaczonych dniach. Można by użyć argumentu, że terminy zostały podane z wyprzedzeniem, z tym, że po drodze ulegały szeregowi zmian, często z dnia na dzień. I co z naprawdę ciężko chorą osobą, przebywającą w szpitalu i mającą na głowie ważniejsze rzeczy, niż USOS? Ale kogo to obchodzi?

Niby wiedziałam, że student jest - żeby nie używać bardziej dostanych słów - gumą, która przykleiła się uczelni do podeszwy, ale przynajmniej ta podeszwa okazywała czasem ludzkie uczucia i miało się chociaż wrażenie, że komuś zależy, zwłaszcza, jeśli trafiało się na tak fantastycznych wykładowców jak część moich. Teraz jednak podeszwa ma twarz USOS-u. Teraz dopiero uświadamiam sobie powoli, że nadepnięta guma, to jednak śmieć.

3 komentarze:

  1. Jak dobrze być na zacofanej uczelni, na której masz z góry ustalony plan dla całego roku, a na zajęcia chodzisz na tą, na którą ci pasuje...

    Ched

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie też, o ile pamiętam, było zacofanie. Na WF zapisywałam się personalnie, stojąc w tłumie innych osób i mając nadzieję, że uda mi się wbić na salę przed innymi jeleniami:P Na inne zajęcia w ogóle nie było żadnych zapisów, po prostu był plan i tyle:)
    Po raz pierwszy od czterech lat mam coś pozytywnego o swojej uczelni, szok! xD

    OdpowiedzUsuń