niedziela, 17 października 2010

Raport z oblężonej szkoły (Polonistyczności, cz. 2)

O tym, że w polskiej szkole źle się dzieje niby wszyscy wiedzą. Niby wszyscy znają też przyczynę takiego stanu rzeczy: słabo wykwalifikowana kadra,  wredne dzieciaki i debilne programy nauczania traktujące uczniów albo jak idiotów, albo jak geniuszy - zależnie od wybranej opcji. Problem w tym, że niewielu jest ludzi dobrej woli, którym chce się choćby kiwnąć palcem i coś w tej kwestii zrobić. I nie chodzi mi bynajmniej o szanownych kolejnych Ministrów. Chodzi o dzieciaki, rodziców i nauczycieli. Chodzi o samo podejście do szkoły jako takiej.

Ugotowani w bolońskim sosie

W kwestii wykwalifikowania kadry nic się niestety na lepsze nie zmieni. Może być wręcz jeszcze gorzej, bo zaczął obowiązywać system boloński, a zatem studia dwustopniowe, wprowadzające licencjat. Wygląda to ładnie na papierze, a w praktyce okazało się totalną porażką. Dla kompetencji przyszłych nauczycieli istotne jest przede wszystkim skrócenie czasu potrzebnego na uzyskanie pewnych uprawnień. Już po trzech latach można uczyć na poziomie podstawówki i gimnazjum. Przecież to żadna filozofia - chciałoby się powiedzieć. Dawniej obowiązywało jedynie Studium Nauczycielskie i ludzie jakoś dawali sobie radę. Jasne, tylko że tam byli przygotowywani do nauczania, pozostałej wiedzy posiadali tylko tyle, ile było konieczne. Teraz proporcje się zmieniły. Zawód nauczyciela zdobywa się mimochodem, zaliczając masę innych egzaminów. O ile mnie - nie wiążącej raczej ze szkołą swoich życiowych ambicji - to odpowiada, o tyle ktoś, kto urodził się po to, by zostać belfrem, musi się strasznie męczyć, kiedy wmawia mu się, że do nauczania dzieciaków niezbędna mu jest wiedza o gramatyce SCS-u. Nie było to dobre w systemie pięcioletnim. W systemie 3+2 jest wręcz tragiczne. Nie ma czasu na zdobycie doświadczenia, bo choć na praktykach w szkole podstawowej ląduje się już po drugim roku i na sto godzin, to z zerowym niemal stanem wiedzy. Kiedy człowiek zaczyna wreszcie łapać, o co w tym wszystkim chodzi, kiedy uświadamia sobie w końcu empirycznie (bo instynktownie czuje to od początku), że to, co wpajano mu na zajęciach to wierutne bzdury, czas się kończy. Efekt jest taki, że student ląduje z absolutnym mętlikiem w głowie, bo z jednej strony wie, że stosowanie się do wskazówek metodyków może go kosztować kiedyś życie, a z drugiej nie zdążył jeszcze wypracować własnego wachlarza zachowań i poglądów. Na przemyślenia ma zresztą niewiele czasu, bo pół roku później, w czasie przerwy zimowej trafia do gimnazjum. System boloński narzuca szalone tempo - niestety. Godzin praktyk także jest mniej, bo tylko sześćdziesiąt. Na liceum przewidziano już czterdzieści.

Metodycy - teoretycy

Stopniowi przygotowania nauczycieli do pracy w szkole nie sprzyja także kadra wykładowcza, składająca się w dużej mierze z ludzi, którzy nie uczyli wcale lub uczyli bardzo dawno. Łatwo wyobrazić sobie, czym to skutkuje. Teorie wygłaszane przez prowadzących wywołują albo dreszcz przerażenia, albo wręcz przeciwnie - opętańczy uśmieszek. Słowem-kluczem do większości z nich jest KREATYWNOŚĆ. Dzieciaki mają być KREATYWNE, za wszelką cenę. Za cenę chaosu, wrzasków i krwi na ścianie. Zdaje się jednak, że szanownym metodykom-teoretykom, którzy prawdopodobnie nigdy nie doświadczyli takiej kreatywności na własnej skórze, myli się ona z samowolą. Zadziwiający jest tu zwłaszcza przypadek jednej pani, która wręcz szczyciła się tym, że na jej lekcjach (dawno, dawno temu) panował bałagan i że inni nauczyciele przychodzili sprawdzić, czy coś złego się nie dzieje, bo to oznaczało przecież, że na jej zajęciach panuje twórcza atmosfera. Trzeba jednak przyznać, że hasła obwieszczające uwolnienie dzieciętach umysłów z jarzma systemu są chwytliwe i wielu szybko je łyka. O ile jednak młodzi nauczyciele, po pierwszym bananie rozsmarowanym na ścianie, dochodzą do wniosku, że coś tu jest nie tak, o tyle bardziej oporni okazują się rodzice.


Moje dziecko nie jest niegrzeczne. Jest niezależne.

Zdaje się, że rodzice są ostatnio bardziej oczytani w metodycznych nowościach niż nauczycielska kadra. Nie dopuszczają do świadomości, że ich dziecko mogłoby być pospolicie i zwyczajnie niegrzeczne. Nie - skoro rozrabia, to znaczy, że czuje się spętane szkolną rzeczywistością, że nie dorasta ona do jego kreatywności. Jest to dla nauczyciela szczególnie bolesne, bo jak wytłumaczyć takiemu rodzicielowi, że jego pociecha nie uczestniczy w indywidualnym programie nauczania i prócz niej jest w klasie jeszcze trzydziestu równie kreatywnych? Jak utrzymać dyscyplinę, jeśli dzieciak usłyszy w domu, że nie ma się czym przejmować, bo przecież on miał rację, a nauczyciel to miernota i nieudacznik życiowy?


Mój największy życiowy zawód? Zawód nauczyciela.
Czasami zresztą trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Nie jest tajemnicą, że nauczyciele, to najbardziej sfrustrowana grupa społeczna, w dodatku nastawiona roszczeniowo. No bo - bądźmy szczerzy - osiemnaście godzin tygodniowo to jakaś kpina. Ja rozumiem - zeszyty, kartkówki, prace, ale od czego są okienka? Poza tym, wiem z doświadczenia, sprawdzenie trzydziestu prac to około półtorej godziny dla takiego żółtodzioba jak ja. Liczmy zatem, że tydzień jest wyjątkowo intensywny i każda z trzech klas (po tyle mniej więcej mają pod opieką nauczyciele) ma jakieś wypracowanie do napisania. Daje to raptem cztery i pół, w porywach sześć godzin dodatkowo. Razem maksymalnie dwadzieścia cztery. Luzik. Lekcji w liceum miałam więcej, a nie dostawałam za nie ani grosza.
Praca wyjątkowo wymagająca? Tu też nie przesadzajmy. Jedyne, co jest naprawdę męczące, to hałas na korytarzach. Tu już kwestia zwyczajów szkolnych, bo odwiedzałam też podstawówkę, w której zamiast krzyków rozlegały się dźwięki muzyki klasycznej, a dzieciaki spędzały czas siedząc na miękkich kanapach i grając w karty lub po prostu gadając. Prawda jest taka, że większość nauczycieli ma w nosie lekcje i wcale się do nich nie przygotowuje. A ci, którzy to robią, czerpią z tego wyraźną przyjemność.
Pewnie wpływ na taki stan rzeczy ma niezdrowa atmosfera, jaka unosi się wokół tego zawodu, a którą nierzadko podsycają sami nauczyciele. Zwłaszcza starsze pokolenie jest przekonane, że znalazło się w szkole za karę, że uwłacza to ich godności osobistej, ambicjom i możliwościom intelektualnym. Wielu mówi wprost, że tego nienawidzi. 
A przecież być dobrym nauczycielem, zadowolonym z siebie i dumnym z dzieciaków jest bardzo trudno. Co więc uwłaczającego w dążeniu do takiego pułapu?

4 komentarze:

  1. A ile jest osób, które naprawdę chcą być nauczycielami? Bo ja odnoszę wrażenie, ze na całych studiach polonistycznych jakieś 75-80% ludzi to jakieś niemoty, które nie sprzedają w wioskowym warzywniaku tylko dlatego, że nie wiedzieć czemu ubzdurały sobie, że pójdą na studia. A na te, bo tutaj każdego wezmą. I tak samo ze specjalizacją - na inne jest jakaś tam konkurencja, na tą biorą każdego.
    Byłam na innych studiach, więc wiem o czym mówię - są przedmioty, które są trudne, za którymi się nie przepada. Ale co to ma być, że ktoś idzie na studia polonistyczne, chociaż go absolutnie nic na tych studiach nie interesuje? Przecież po tym można znaleźć pracę głównie na uczelni (nie liczę edytorstwa po którym coś można robić)?
    Poloniści są głównie tacy, jacy są studenci polonistyki: nieudaczni nudziarze, którzy chcieli się wyrwać ze swoich małych miasteczek. Nic dziwnego, że są sfrustrowani robiąc coś do czego nie mają żadnych predyspozycji (a do uczenia takowe trzeba mieć i to niemałe) ani dobrej woli. To są ludzie którzy "czytają książki filozoficzne np. Coelho" albo uważają, że "teraz jest postmodernizm" i nie widzą różnicy pomiędzy metodologią a rzeczywistością.
    Jeśli rozchichotane solary (mam tu na myśli stan "umysłu", niekoniecznie wygląd) idą na jakieś studia to jest to właśnie polonistyka. Jeśli jakiś pedał boi się, ze na jakichś studiach będą od niego czegoś wymagali, a on chce się przejechać na orientacji, to zostaje mu do wyboru asp, historia sztuki albo polonistyka.
    Są kierunki na których są same indywidualności połączone jednym zainteresowaniem - u mojej siostry na roku są osoby z całego kraju a nawet z zagranicy. W różnym wieku z bardzo różnym bagażem doświadczeń. Ale wszyscy są pojebani na tym samym tle, więc zgrali się intuicyjnie. Natomiast na polonistyce jest dokładnie tak jak w szkole - jakaś zbieranina ludzi, których nic nie łączy. Są osoby, z którymi co semestr można przeprowadzić rozmowę na temat zajęć i odpowiedź będzie zawsze taka sama "do dupy, nienawidzę tego gówna". To jest po prostu paranoja.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cóż, ale tak chyba zawsze było. Polonistyka nigdy nie cieszyła się złą sławą (w sensie, nikt nigdy nikogo nią nie straszył), a teraz może jest nawet lepiej, bo mamy konkurencję w etnologii, socjologii i kulturoznawstwie. Przez kierunek zawsze przetaczały się masy, a tam gdzie są masy, nie ma selekcji. Bo jaka jest szansa, że co roku znajdzie się tylko w samej okolicy dwustu pięćdziesięciu pasjonatów lub chociaż zdeterminowanych przyszłych nauczycieli? Siłą rzeczy większość musi być miernotami, bo przecież społeczeństwo składa się w większości z miernot. Wielu też - przynajmniej jeśli chodzi o specjalizację nauczycielską - to ofiary "fajnego polskiego" w podstawówce, gimnazjum czy liceum. Wydaje im się, że też będą takie fajne (piszę "fajne, bo to głównie płeć piękna), a nie mają za grosz poczucia humoru, dystansu do siebie czy cierpliwości. Gdzieś tam już o tym wspominałam: http://potworyzobory.blogspot.com/2010/05/polonistycznosci-cz-1.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Hah! Kiedyś coś w ten deseń chciałam napisać, ale zabrakło mi weny, no i jakby nie patrzeć nie jestem dość kompetentna. ;] Dobrze, że mnie wyręczyłaś. ^^

    Na filologię polską idą w większości ludzie, którzy za bardzo nigdzie się nie dostali, nie mieli pomysłu na przyszłość i WOGLE. Myśli sobie taki maturzysta: "No co no? Po polsku se przeca od urodzenia nawijam,pana tadzia kojarze, to se pójde na polonistyke,bede sie obijał pare latek, a dyplom bedzie". I taki jest efekt. Później idą na specjalizację nauczycielską. Bo nikt mi nie wmówi, że te dziesiątki osób pragną nieść kaganek oświaty... ;/ Myślę, że drugi taki kierunek to coś w rodzaju zarządzania. Masa osób, którzy studiują byle przez parę lat zniżkę mieć.

    Ale poloniści to pół biedy. Rodzice. Dla mnie totalną porażką są rodzice. "Moje dziecko jest taaakie mądre! Dlaczego dostało dwóję z dyktanda?!" I nic nie da odpowiedź: "BO NIE UMIE POPRAWNIE PISAĆ". Nie. Ono jest mądre i wspaniałe. Nauczyciel go nie docenia, krzywdzi i jeśli się nie zmieni, to parę dni później potomek zaprezentuje świstek, że ma dysmózgowie i tyla. I weź tu, człowieku, walcz z tym.

    OdpowiedzUsuń
  4. A kiedy to dziecię ma jakieś "dys" (tak, tak, o tym też planuję coś kiedyś napisać) i nie może, po prostu nie może dostać złej oceny, bo to jest już DYSkryminacja. Sama zostałam zmuszona do postawienia czwórki dziewczynie, której pierwotnie wpisałam dwa, bo miała "papierek".

    OdpowiedzUsuń