wtorek, 26 października 2010

O języku historyje dziwne (cz. 1) - przecinek po raz pierwszy

Interpunkcja to zmora. Interpunkcji nikt nie rozumie i nie lubi, bo trzeba wyryć całą masę regułek, z których większość ma małym druczkiem dopisane jakieś "ale". Interpunkcję zatem omija się szerokim łukiem. Trochę szkoda, bo wiąże się z nią kilka bardzo interesujących opowieści, które nie tylko pomagają w stawianiu przecinków tam, gdzie trzeba, ale też dostarczają nieco radości z innych powodów. Ja sama żadnym specem w tej materii nie jestem, mam problemy jak każdy, choć kilka zasad teoretycznie znam. Niemniej postaram się w tym cyklu przybliżyć każdemu, kto zechce trochę pogapić się w monitor, kilka interpunkcyjnych opowieści.

Pierwsza z nich będzie dotyczyła tego, dlaczego przecinkami wydziela się w zdaniu wszelkie wołacze, np.:

Czy możesz mi pomóc, Aniu?
Każdy o tym wie, mój drogi Krzysiu, że...

Ma to swoje korzenie w czasach dawnych, a nawet bardzo dawnych, bo przedpiśmiennych. Przedstawiciele kultur oralnych (czyli nastawionych na mówienie, nieznających jeszcze pisma) charakteryzują się pewnym specyficznym sposobem postrzegania świata. Mądrze mówi się o nim jako o holistycznym - całościowym. W skrócie chodzi o to, że takie myślenie nie zna abstraktów, nie wie np. co to zielony, dopóki nie jest to zielona trawa albo pasikonik. Sama zieloność, jako cecha, nie istnieje, nie została wyodrębniona ani w świadomości, ani - tym bardziej - w języku. Prowadzi to do powstawania takich cudownych tworów, jakie wciąż jeszcze spotkać można w słownictwie ludów pierwotnych, w przypadku których jeden wyraz oznacza np. przejrzałego małego banana w ciapki leżącego pod płotem sąsiada (przykład - rzecz jasna - wymyślony, wiem, że durnowaty, chodzi o zasadę). Wszystkie cechy są sprzężone z rzeczownikiem i to on stanowi główny budulec języka, za jego pośrednictwem postrzega się też świat.

Żeby zrozumieć, co stało się później, trzeba cofnąć się pamięcią do podstawówki i wykresów zdań prostych. Zaczynało się je rysować od orzeczenia - ono jest najważniejsze (grzmiała nauczycielka), bez niego nie ma w ogóle zdania! Otóż kiedyś było inaczej. Kiedyś to podmiot wysuwał się na pierwsze miejsce, bo przecież wyraża się go za pomocą rzeczownika, a rzeczownik - jak już napisałam wcześniej - był dla pierwotnego języka najważniejszy i wokół niego dopiero organizowała się rzeczywistość. Trzeba było długiej ewolucji myślenia, by ludzie zauważyli, że "zieloność" nie jest cechą przypisaną jedynie trawie i żółwiom i że można ją wydzielić (wyabstrahować) i za pomocą wyobraźni przenieść np. na rzeczy, które normalnie nie są zielone. Trochę też potrwało, nim do podmiotu dołączyło orzeczenie, aż wreszcie powstały zdania bezpodmiotowe (Padało. Grzmiało. Błyska się.).

Niemniej wołacz - który przez niektórych językoznawców nie jest wcale uznawany za przypadek - stanowi właśnie pozostałość po tych pierwotnych "zdaniach", które wcale nie wymagały orzeczenia. Dlatego oddziela się go graficznie, bo przecież to jakby zamknięta całość, kiedy lepiej się mu przyjrzeć. Jeśli zawołam: "Aniu!" nie muszę dodawać "spójrz na mnie", bo Ania prawdopodobnie doskonale będzie wiedziała, o co chodzi.

Z tym wiąże się kolejna historia, tym razem o przydawce w apozycji, ale to zostawię sobie na później ;) I zapewniam, że wcale nie jest to takie straszne, jak brzmi.

3 komentarze:

  1. Yay! Masz moje pełne poparcie w prowadzeniu tego cyklu! :D Czekam z niecierpliwością na kolejne epizody^^

    (tak, mimo wkuwania regułek, wciąż jestem interpunkcyjnie upośledzona... Zwłaszcza problematyczne są imiesłowy - są jakieś historie wyjaśniające sprawę z imiesłowami?)


    PS. A z tym rzeczownikiem i niezdolnością do wyabstrahowania pewnych pojęć to nawet coś pamiętam... Jak przez mgłę, ale kojarzę z językoznawstwa...^^

    OdpowiedzUsuń
  2. A tak szczerze - nie łatwiej pojąć interpunkcję po prostu przyswajając, że interpunkcję mamy w języku opartą na ZNACZENIU :> A w razie wątpliwości zerknąć do słownika interpunkcyjnego - a mały słownik interpunkcyjny to i za 10zł się dostanie. Większość problemów językowych bierze się stąd, że ludzie zamiast myśleć "to konieczne by zostać zrozumiałym" myślą "REGUŁKI!!!!" co właściwie jest bliskie "PANIKA!!!!"

    Koszmar to jest długie zdanie po angielsku, gdzie cały sens opiera się o składnię, a przecinki są w naprawdę przypadkowych (z naszego punktu widzenia) miejscach ==' Przeczytanie głośno oczywiście pomaga, ale naprawdę trudno czasami pamiętać o tym, że oni są walnięci... A przykład po to: nie pojmuję, jak można nie używać interpunkcji lub używać jej kompletnie źle... ==' Przecież wtedy nie wiadomo o co chodzi...

    OdpowiedzUsuń
  3. Interpunkcja nie jest w całości oparta na znaczeniu, jest częściowo konwencjonalna i to zwłaszcza te przecinki sprawiają problemy. Poza tym... cóż, ja na przykład myślę fabularnie, lubię mieć jakąś historię, kontekst do faktu. Ty masz inny mózg ;P

    Fraa - będę uzupełniać cykl z pewnością, bo językoznawstwo to to, co Kruffy kręci ;) Odwdzięcz się jakimś postem z serii o mitach, hm?...

    OdpowiedzUsuń