piątek, 29 października 2010

Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Durnoty

Ileż ja się złego naczytałam o tym filmie! Ale pomyślałam sobie: "zaraz, zaraz, przecież to Indiana! Nie może być tak tragicznie!" Uzbrojona w tę logikę postanowiłam poświęcić trochę czasu i obejrzeć Królestwo Kryształowej Czaszki, zwłaszcza że za darmo, w telewizji misyjnej (co oznacza także brak reklam - AVE). 
To była trauma...

Recenzja nie jest recenzją profesjonalną ani nawet dobrą i z pewnością do takiego miana nie pretenduje, więc cała składa się ze spoilerów - lojalnie ostrzegam. To właściwie wylanie żalów nad tym, jak Spielberg i spółka zniszczyli moją ukochaną serię.

1. Ruscy - fatalni. Za mało ZSRR w ZSRR. Właściwie jedyny moment, który jakoś tam przypomina, że mamy do czynienia z komunistami to jedna z pierwszych scen, kiedy główna sucz (grana przez Cate  Blanchett) chwali się swoimi medalami i procentami wyrobionej normy. Po raz kolejny ujawnia się, jak mało Amerykanie wiedzą o świecie i jak powierzchowna jest to wiedza. Tyle, że w poprzednich częściach występowali całkiem nieźli naziści, ciągnący np. przez pustkowie gramofon i słuchający Wagnera, grabiący wszystko, co się świeciło i urządzający sobie kwatery w zamkach. Tu takich rzeczy nie ma. Czekałam, naprawdę czekałam, aż któryś Rusek wyciągnie słoninę i popije wódą. Nic z tego. Zostali wyprani ze swojej ruskowatości do tego stopnia, że gdyby nie rozmawiali po rosyjsku i nie jeździli samochodami z namalowanymi gwiazdami, trudno byłoby w ogóle zgadnąć, kim są. To byli po prostu Amerykanie ubrani w inne mundury, tyle tylko, że grani przez Rosjan.

2. Humor - ten element w serii w znacznej części opierał się na gagach, więc szczególnie błyskotliwych scen się nie spodziewałam, ale przez myśl mi nawet nie przeszło, że może być tak... drętwo. Chyba wystarczy, jeśli napiszę, że powszechnie krytykowany fragment, w którym Indiana chowa się w lodówce przed wybuchem bomby atomowej, należał do najśmieszniejszych. Późniejsze próby rozbawiania widza wywoływały głównie konsternację. A kiedy pojawili się wreszcie kosmici (choć średnio inteligentny szympans od razu zorientuje się, że o nich właśnie chodzi i właściwie tylko czeka na ostatecznie pandemonium), całość zaliczyła jeszcze jeden fatalny upadek w dół.

3. Nawiązania do poprzednich części - tak, jako fanka Indiany tropiłam je zaciekle. Złe, złe i jeszcze raz złe. O tym, że Jones boi się węży, twórcy przypominają widzowi w scenie tak banalnej i nudnej, że aż się chce płakać. Możliwości kapelusza też nie zostały wykorzystane i właściwie oglądamy kalki z poprzednich filmów. No niestety, jeśli kręci się czwarty obraz o tym samym facecie, którego nawyki i miny widzowie już doskonale znają, nie można tylko odcinać kuponów i wypadałoby się trochę wysilić. Jedyne, co wywołało mój uśmiech, to moment, w którym na ułamek sekundy pojawia się Arka Przymierza. I tak to właśnie powinno wyglądać - subtelne aluzje. A tym czasem dostajemy pałą przez łeb. Brakowało tylko gościa, który chodziłby z tabliczkami typu: UWAGA, TERAZ BĘDZIE NAWIĄZANIE DO WĘŻY.

4. Zdjęcia i montaż - ekipa próbowała film "postarzyć", żeby pasował do poprzednich części. Ale wyszło fatalnie. Sztucznie i komputerowo. Majstrowanie przy nasyceniu barw i kontraście to chyba nie był najlepszy pomysł, zwłaszcza, że ludzie, którzy to robili, mocno przesadzili. Nawiązujący do starego montaż wypadł nieco lepiej.

5. Postaci - co oni z nimi zrobili?! Gdzie jest ta Marion z pijackich zawodów? Dlaczego jest teraz taka miła i wiecznie uśmiechnięta? Co z samym Indianą? Jak to jest, że się go zwyczajnie w tym filmie... nie lubi? Już pomijam fakt, że scenarzyści chyba zapomnieli, że dodali swoim bohaterom kilka lat i zamiast zręcznie to wykorzystać, udają, że nic się nie stało. Myślałam, że to będzie jedno z głównych źródeł komizmu, ale po raz kolejny się zawiodłam.

6. Kosmici - czy ja naprawdę muszę to komentować?... No dobra, niech sobie Spielberg wsadza wszędzie ufoludki, jak mu się tak podoba, ale niech one będą chociaż oryginalne.

7. Błędy - w ich liczenie się nie bawiłam, ale podobno Królestwo Kryształowej Czaszki jest rekordzistą swojego rocznika.

Jedyne, co mi się podobało, to chyba Shia LeBeouf, jakkolwiek za nim nie przepadam. Niemniej ucharakteryzowany na Jamesa Deana, ze swoim nieodłącznym grzebieniem stanowił chyba jedyny jasny punkt tej produkcji.

JA NIE CHCĘ PIĄTEGO INDIANY!!! T_T

Na pocieszenie innym fanom o złamanym sercu polecam Notatki na marginesie Kury z biura (link obok). Kto jeszcze tam nie zaglądał, przekona się dlaczego ;)

6 komentarzy:

  1. A ja powiem tak: gdyby ‘Królestwo...’ było jakąś tam sobie zwykłą przygodówką nie narzekałabym zbytnio. Bo w sumie oglądało się to dość przyjemnie, ciągle coś tam się działo i nie wiało nudą. I co z tego, że bzdurne, ot, prosta rozrywka ;) Tyle że to nie jest zwykła przygodówka, to jest INDIANA, a Indiana przyzwyczaił nas do znacznie wyższego poziomu. Spielberg po prostu postawił sobie zbyt wysoką poprzeczkę, ludzie oczekiwali produkcji na miarę oryginałów, a tu klapa i wielkie rozczarowanie. I mówię oryginałów, bo to to nie jest jak dla mnie częścią serii. Nie i już ^^ Niektóre kotlety po prostu nie nadają sie do odgrzewania.
    She

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie... Gdyby to była ZWYKŁA przygodówka, prawdopodobnie nawet bym jej nie obejrzała, bo szkoda by mi było czasu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety, muszę się zgodzić z tą oceną Indiany. "Niestety" nie dlatego, że odczuwam dziką chęć kłótni, ale dlatego, że kuźwa kupiłam ten film na dvd, zmarnowałam na niego kawałek dnia i spotkało mnie jedno wielkie rozczarowanie. ;/ W ramach terapii za to w następnej kolejności obejrzałam "Ostatnią krucjatę". ;] Ufff. Wiele, wiele, wiele klas wyżej. Lżejszy humor, ciekawsza akcja, mniej durna pointa, bardziej przekonujący bohaterowie. I Sean Connery. ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Przy okazji:

    http://www.wulffmorgenthaler.com/striphandler.ashx?stripid=5b7d8002-b34a-4937-9bc4-f1c11ec6ed81

    OdpowiedzUsuń
  5. Oooouu. Zabłądziłem. Rzeczywiście jedyny jasny punkt filmu to nawiązanie do Arki. A cała reszta była chyba kręcona za karę. Ale żeby nie pisać tylko jednego zdania, jedziem. Sam motyw kryształowej czaszki mnie odrzuca, bo już w czasie kręcenia filmu było wiadomo, że całe czaszki to ściema z XIX wieku. Arki i Graala ciągle nie znaleziono. Punkt dla nich. Horrendalna ilość błędów logicznych(lodówka, come on, kojot ze strusia pędziwiatra czy Indiana?), montażowych(leniuszki w ekipie, co?), geograficznych, historycznych(tu zacząłem łkać).

    http://www.moviemistakes.com/film7362

    O tyle wpadków mieli. Tu nie chodzi o za wysoko postawioną poprzeczkę. W życiu się na to nie zgodzę. Po prostu ktoś zadecydował, że jak wznowimy serię i obsadzimy Harrisona Forda to ludzie będą skakać z zachwytu, a mniejsza o detale. Taka tandeta jak sprzedawane w kioskach z prasą laleczki Batmana. Mimo wszystko przyjemniej mi się to oglądało niż "Świątynię zagłady". Wali mnie scena z pościgiem po kopalni, to był gniot i już ;> Na samą myśl o tym kurduplu pokrzykującym za głównym bohaterem "Szefuniu!" czy coś w tym stylu mnie strzela :/ Ale, ale to prowadzi do wniosku, że parzyste części Indiany są do kitu, a nieparzyste są miodne. Jest nadzieja, tylko niech Ford już nie biega, nie skacze, nie usiłuje zagrać kogoś kto jest żywotnie sprawny, skoro w każdym ujęciu widać, że nawet podbiegnięcie to dawanie z siebie wszystkiego, a i tak to wygląda jak starczy trucht do tramwaju :/ No ale nie każdy jest Connerym, nie każdy potrafi;)

    Poza tym jakoś poczułem się przez ten film oszukiwany. Wątek przyjaciela głównego bohatera, który co i rusz go zdradza. Jakieś to strasznie na siłę takie. Ani to zaskakujące, bo oczywiste, ani przekonywujące, bo oczywiste! A wciskane jakbym miał podskoczyć na krześle i zakrzyknąć "A to niespodzianka! Kto by się tego spodziewał?!" Noż na bogów toż ta postać zachowuje się jakby trzymała się scenariusza do tego stopnia, że na stronach od 1-13 Ty i Indiana jesteście najlepszymi przyjaciółmi. Zdradzasz go na rzecz Rosjan na stronie 14 i jesteś wtedy zły. To ciągniesz aż do 76, gdzie zdradzasz mu, że jesteś jego przyjacielem, przestajesz zachowywać się źle zaczynasz dobrze. Strona 95 wyznajesz mu miłość. Strona 96 - knułeś i zdradzasz go ponownie. W sumie nic ci to nie daje, ale widzowie i tak cię już nie lubią a czymś ich zaskoczyć trzeba, o obcych już wiedzą, a i lodówkę widzieli.

    I owszem motyw lodówki rozśmieszył mnie najbardziej, ale nie dlatego, że sam w sobie był zabawny. Po prostu przypomniał mi scenę z Kung Pow:)
    http://www.youtube.com/watch?v=MVtNdcrhJBA
    O tu jest, a zaczyna się tak mniej więcej w 4:35 ^^

    OdpowiedzUsuń