piątek, 29 października 2010

Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Durnoty

Ileż ja się złego naczytałam o tym filmie! Ale pomyślałam sobie: "zaraz, zaraz, przecież to Indiana! Nie może być tak tragicznie!" Uzbrojona w tę logikę postanowiłam poświęcić trochę czasu i obejrzeć Królestwo Kryształowej Czaszki, zwłaszcza że za darmo, w telewizji misyjnej (co oznacza także brak reklam - AVE). 
To była trauma...

Recenzja nie jest recenzją profesjonalną ani nawet dobrą i z pewnością do takiego miana nie pretenduje, więc cała składa się ze spoilerów - lojalnie ostrzegam. To właściwie wylanie żalów nad tym, jak Spielberg i spółka zniszczyli moją ukochaną serię.

1. Ruscy - fatalni. Za mało ZSRR w ZSRR. Właściwie jedyny moment, który jakoś tam przypomina, że mamy do czynienia z komunistami to jedna z pierwszych scen, kiedy główna sucz (grana przez Cate  Blanchett) chwali się swoimi medalami i procentami wyrobionej normy. Po raz kolejny ujawnia się, jak mało Amerykanie wiedzą o świecie i jak powierzchowna jest to wiedza. Tyle, że w poprzednich częściach występowali całkiem nieźli naziści, ciągnący np. przez pustkowie gramofon i słuchający Wagnera, grabiący wszystko, co się świeciło i urządzający sobie kwatery w zamkach. Tu takich rzeczy nie ma. Czekałam, naprawdę czekałam, aż któryś Rusek wyciągnie słoninę i popije wódą. Nic z tego. Zostali wyprani ze swojej ruskowatości do tego stopnia, że gdyby nie rozmawiali po rosyjsku i nie jeździli samochodami z namalowanymi gwiazdami, trudno byłoby w ogóle zgadnąć, kim są. To byli po prostu Amerykanie ubrani w inne mundury, tyle tylko, że grani przez Rosjan.

2. Humor - ten element w serii w znacznej części opierał się na gagach, więc szczególnie błyskotliwych scen się nie spodziewałam, ale przez myśl mi nawet nie przeszło, że może być tak... drętwo. Chyba wystarczy, jeśli napiszę, że powszechnie krytykowany fragment, w którym Indiana chowa się w lodówce przed wybuchem bomby atomowej, należał do najśmieszniejszych. Późniejsze próby rozbawiania widza wywoływały głównie konsternację. A kiedy pojawili się wreszcie kosmici (choć średnio inteligentny szympans od razu zorientuje się, że o nich właśnie chodzi i właściwie tylko czeka na ostatecznie pandemonium), całość zaliczyła jeszcze jeden fatalny upadek w dół.

3. Nawiązania do poprzednich części - tak, jako fanka Indiany tropiłam je zaciekle. Złe, złe i jeszcze raz złe. O tym, że Jones boi się węży, twórcy przypominają widzowi w scenie tak banalnej i nudnej, że aż się chce płakać. Możliwości kapelusza też nie zostały wykorzystane i właściwie oglądamy kalki z poprzednich filmów. No niestety, jeśli kręci się czwarty obraz o tym samym facecie, którego nawyki i miny widzowie już doskonale znają, nie można tylko odcinać kuponów i wypadałoby się trochę wysilić. Jedyne, co wywołało mój uśmiech, to moment, w którym na ułamek sekundy pojawia się Arka Przymierza. I tak to właśnie powinno wyglądać - subtelne aluzje. A tym czasem dostajemy pałą przez łeb. Brakowało tylko gościa, który chodziłby z tabliczkami typu: UWAGA, TERAZ BĘDZIE NAWIĄZANIE DO WĘŻY.

4. Zdjęcia i montaż - ekipa próbowała film "postarzyć", żeby pasował do poprzednich części. Ale wyszło fatalnie. Sztucznie i komputerowo. Majstrowanie przy nasyceniu barw i kontraście to chyba nie był najlepszy pomysł, zwłaszcza, że ludzie, którzy to robili, mocno przesadzili. Nawiązujący do starego montaż wypadł nieco lepiej.

5. Postaci - co oni z nimi zrobili?! Gdzie jest ta Marion z pijackich zawodów? Dlaczego jest teraz taka miła i wiecznie uśmiechnięta? Co z samym Indianą? Jak to jest, że się go zwyczajnie w tym filmie... nie lubi? Już pomijam fakt, że scenarzyści chyba zapomnieli, że dodali swoim bohaterom kilka lat i zamiast zręcznie to wykorzystać, udają, że nic się nie stało. Myślałam, że to będzie jedno z głównych źródeł komizmu, ale po raz kolejny się zawiodłam.

6. Kosmici - czy ja naprawdę muszę to komentować?... No dobra, niech sobie Spielberg wsadza wszędzie ufoludki, jak mu się tak podoba, ale niech one będą chociaż oryginalne.

7. Błędy - w ich liczenie się nie bawiłam, ale podobno Królestwo Kryształowej Czaszki jest rekordzistą swojego rocznika.

Jedyne, co mi się podobało, to chyba Shia LeBeouf, jakkolwiek za nim nie przepadam. Niemniej ucharakteryzowany na Jamesa Deana, ze swoim nieodłącznym grzebieniem stanowił chyba jedyny jasny punkt tej produkcji.

JA NIE CHCĘ PIĄTEGO INDIANY!!! T_T

Na pocieszenie innym fanom o złamanym sercu polecam Notatki na marginesie Kury z biura (link obok). Kto jeszcze tam nie zaglądał, przekona się dlaczego ;)

wtorek, 26 października 2010

O języku historyje dziwne (cz. 1) - przecinek po raz pierwszy

Interpunkcja to zmora. Interpunkcji nikt nie rozumie i nie lubi, bo trzeba wyryć całą masę regułek, z których większość ma małym druczkiem dopisane jakieś "ale". Interpunkcję zatem omija się szerokim łukiem. Trochę szkoda, bo wiąże się z nią kilka bardzo interesujących opowieści, które nie tylko pomagają w stawianiu przecinków tam, gdzie trzeba, ale też dostarczają nieco radości z innych powodów. Ja sama żadnym specem w tej materii nie jestem, mam problemy jak każdy, choć kilka zasad teoretycznie znam. Niemniej postaram się w tym cyklu przybliżyć każdemu, kto zechce trochę pogapić się w monitor, kilka interpunkcyjnych opowieści.

Pierwsza z nich będzie dotyczyła tego, dlaczego przecinkami wydziela się w zdaniu wszelkie wołacze, np.:

Czy możesz mi pomóc, Aniu?
Każdy o tym wie, mój drogi Krzysiu, że...

Ma to swoje korzenie w czasach dawnych, a nawet bardzo dawnych, bo przedpiśmiennych. Przedstawiciele kultur oralnych (czyli nastawionych na mówienie, nieznających jeszcze pisma) charakteryzują się pewnym specyficznym sposobem postrzegania świata. Mądrze mówi się o nim jako o holistycznym - całościowym. W skrócie chodzi o to, że takie myślenie nie zna abstraktów, nie wie np. co to zielony, dopóki nie jest to zielona trawa albo pasikonik. Sama zieloność, jako cecha, nie istnieje, nie została wyodrębniona ani w świadomości, ani - tym bardziej - w języku. Prowadzi to do powstawania takich cudownych tworów, jakie wciąż jeszcze spotkać można w słownictwie ludów pierwotnych, w przypadku których jeden wyraz oznacza np. przejrzałego małego banana w ciapki leżącego pod płotem sąsiada (przykład - rzecz jasna - wymyślony, wiem, że durnowaty, chodzi o zasadę). Wszystkie cechy są sprzężone z rzeczownikiem i to on stanowi główny budulec języka, za jego pośrednictwem postrzega się też świat.

Żeby zrozumieć, co stało się później, trzeba cofnąć się pamięcią do podstawówki i wykresów zdań prostych. Zaczynało się je rysować od orzeczenia - ono jest najważniejsze (grzmiała nauczycielka), bez niego nie ma w ogóle zdania! Otóż kiedyś było inaczej. Kiedyś to podmiot wysuwał się na pierwsze miejsce, bo przecież wyraża się go za pomocą rzeczownika, a rzeczownik - jak już napisałam wcześniej - był dla pierwotnego języka najważniejszy i wokół niego dopiero organizowała się rzeczywistość. Trzeba było długiej ewolucji myślenia, by ludzie zauważyli, że "zieloność" nie jest cechą przypisaną jedynie trawie i żółwiom i że można ją wydzielić (wyabstrahować) i za pomocą wyobraźni przenieść np. na rzeczy, które normalnie nie są zielone. Trochę też potrwało, nim do podmiotu dołączyło orzeczenie, aż wreszcie powstały zdania bezpodmiotowe (Padało. Grzmiało. Błyska się.).

Niemniej wołacz - który przez niektórych językoznawców nie jest wcale uznawany za przypadek - stanowi właśnie pozostałość po tych pierwotnych "zdaniach", które wcale nie wymagały orzeczenia. Dlatego oddziela się go graficznie, bo przecież to jakby zamknięta całość, kiedy lepiej się mu przyjrzeć. Jeśli zawołam: "Aniu!" nie muszę dodawać "spójrz na mnie", bo Ania prawdopodobnie doskonale będzie wiedziała, o co chodzi.

Z tym wiąże się kolejna historia, tym razem o przydawce w apozycji, ale to zostawię sobie na później ;) I zapewniam, że wcale nie jest to takie straszne, jak brzmi.

sobota, 23 października 2010

Problemów ze Słowianami ciąg dalszy

Trafiłam ostatnio na fantastyczną pozycję, która może zainteresować poszukujących bliższych informacji o Słowianach, a skądinąd wiem, że tacy tu zaglądają. Nie-Słowianie o początkach Słowian to książeczka niewielka, tak formatem jak i ilością stron, zawierająca cztery artykuły i posłowie Przemysława Urbańczyka. W małym ciele wielki duch, chciałoby się jednak powiedzieć.

Niewątpliwie jedną z największych zalet tej publikacji jest dystans prezentowany przez badaczy, których problem etnogenezy Słowian nie dotyczy przecież bezpośrednio. Dla nich narosłe wokół zagadnienia kontrowersje mają tę samą temperaturę, co dylematy typu: "co było pierwsze, jajko czy kura". I już w pierwszym artykule człowiek dostaje pałką po głowie, kiedy Walter Pohl krótko i zwięźle definiuje chorobę, na jaką cierpi cała dyskusja, tocząca się od wieków (już można tak powiedzieć) na wschód i południe od Łaby. Dostrzega on pewną analogię pomiędzy problemem germańskości u nazistów, a słowiańskości u stalinistów. Według niego to drugie powiązanie nie zdążyło unaocznić się w historii tak bardzo jak pierwsze, ale wciąż pokutuje w nauce i dość mocno ją ogranicza. Od siebie dodałabym tu jeszcze brzemię romantyzmu i bredni o "Sławianach", których bezpośrednią spadkobierczynią wydaje się Maria Janion. Potem jest już tylko jazda bez trzymanki i nagle okazuje się, że problem etnogenezy Słowian jest jeszcze bardziej pogmatwany, niż ktokolwiek chciałby sobie wyobrażać. Ostateczny cios w podbrzusze ego polskich badaczy stanowi posłowie Urbańczyka, jak zawsze bezbłędnego (oczywiście nie w sensie naukowym) i bezlitośnie podsumowującego debatę ostatnich lat. Nie będę referować tutaj problemu, gdyż mogłabym tylko zanudzić na śmierć (nie potrafię, naprawdę nie potrafię opowiadać ciekawie o takich rzeczach), a post ciągnąłby się w nieskończoność, ale jeśli komuś ta tematyka jest bliska - gorąco polecam.
Nie ma to, jak czasem porządnie od kogoś oberwać.

P.S. Prof. Henryk Samsonowicz otrzymał wczoraj Order Orła Białego. Autentycznie się ucieszyłam, zupełnie jakby to był mój dziadek, a przecież nigdy wcześniej nie widziałam nawet, jak wygląda. Wiem, że to trochę dziwne ;)

piątek, 22 października 2010

Polonistyczności, cz. 2,5

Post podyktowało życie, można powiedzieć.

Tuż po poprzednim wpisie dotyczącym tej tematyki usłyszałam, jak pewna pani oburzała się, że niektórzy mówią, iż nauczyciele mają tylko osiemnaście godzin tygodniowo, skoro w Karcie Nauczyciela zostało zapisane, że jest ich czterdzieści. Cóż... Zapis taki rzeczywiście istnieje, z tym że w skład tych czterdziestu godzin wchodzą także dwie do dyspozycji dyrektora (na kółka, wyrównanki itp.) - i to właściwie jedyne, jakie można uznać za "normalne", a także czas potrzebny na przygotowanie lekcji, sprawdzenie prac i, uwaga, szkolenia. Nie znam się na prawie pracy na tyle, by stwierdzić, czy jakikolwiek inny zawód ma wpisane doszkalanie w ustawowy wymiar, ale wydaje mi się, że nie. Znam takich, którzy pracują uczciwie ponad czterdzieści godzin, a wszelkie szkolenia - choć obowiązkowe - załatwiają poza nimi, próbując jakoś znaleźć dla nich miejsce w napiętym planie.

Czyli nadal nie rozumiem. Zwłaszcza, że przy odrobinie samozaparcia już po siedmiu latach można osiągnąć najwyższy stopień w nauczycielskiej hierarchii, co wiąże się zarówno z wyższymi wynagrodzeniami, jak i barkiem obowiązku tak intensywnego doszkalania się.

To mnie przerasta, po prostu.

czwartek, 21 października 2010

Pergamin, czyli po prostu niemy zachwyt

Dziś tekstu będzie miało, za to sporo obrazków. No bo nie ma za bardzo czego komentować, można się co najwyżej napawać.

Kilka tylko słów wprowadzenia historycznego: pergamin to, jak powszechnie wiadomo, wyprawiona skóra cielęca lub koźla (szczególnym rodzajem jest welur, wytwarzany ze skór płodów cielęcych). Zdarzało się, że pergaminowe stronice barwiono nie tylko w miejscu, gdzie znajdował się inicjał, a na całej powierzchni. Uzyskiwano tła purpurowe, czarne i błękitne. Technikę tę stosowano głównie do wieku XII i potem od XV. Które kodeksy pochodzą z którego okresu można łatwo określić samemu na podstawie kroku pisma: starsze  litery będą wpisane w kwadrat i dwie linie, młodsze w prostokąt i cztery linie. Najpiękniejsze są chyba pergaminy barwione na czarno, ale niestety nie posiadam zdjęć. Jeśli kiedyś zdobędę, pewnie wrzucę. Tak jak pewnie napiszę coś więcej o samym pergaminie, jego rodzajach i sposobach obróbki.

Dość gadania. Pod spodem pergaminy barwione i kilka inicjałów. Bardziej obeznanym z tematem niektóre mogą się wydawać znajome ;)
















niedziela, 17 października 2010

Raport z oblężonej szkoły (Polonistyczności, cz. 2)

O tym, że w polskiej szkole źle się dzieje niby wszyscy wiedzą. Niby wszyscy znają też przyczynę takiego stanu rzeczy: słabo wykwalifikowana kadra,  wredne dzieciaki i debilne programy nauczania traktujące uczniów albo jak idiotów, albo jak geniuszy - zależnie od wybranej opcji. Problem w tym, że niewielu jest ludzi dobrej woli, którym chce się choćby kiwnąć palcem i coś w tej kwestii zrobić. I nie chodzi mi bynajmniej o szanownych kolejnych Ministrów. Chodzi o dzieciaki, rodziców i nauczycieli. Chodzi o samo podejście do szkoły jako takiej.

Ugotowani w bolońskim sosie

W kwestii wykwalifikowania kadry nic się niestety na lepsze nie zmieni. Może być wręcz jeszcze gorzej, bo zaczął obowiązywać system boloński, a zatem studia dwustopniowe, wprowadzające licencjat. Wygląda to ładnie na papierze, a w praktyce okazało się totalną porażką. Dla kompetencji przyszłych nauczycieli istotne jest przede wszystkim skrócenie czasu potrzebnego na uzyskanie pewnych uprawnień. Już po trzech latach można uczyć na poziomie podstawówki i gimnazjum. Przecież to żadna filozofia - chciałoby się powiedzieć. Dawniej obowiązywało jedynie Studium Nauczycielskie i ludzie jakoś dawali sobie radę. Jasne, tylko że tam byli przygotowywani do nauczania, pozostałej wiedzy posiadali tylko tyle, ile było konieczne. Teraz proporcje się zmieniły. Zawód nauczyciela zdobywa się mimochodem, zaliczając masę innych egzaminów. O ile mnie - nie wiążącej raczej ze szkołą swoich życiowych ambicji - to odpowiada, o tyle ktoś, kto urodził się po to, by zostać belfrem, musi się strasznie męczyć, kiedy wmawia mu się, że do nauczania dzieciaków niezbędna mu jest wiedza o gramatyce SCS-u. Nie było to dobre w systemie pięcioletnim. W systemie 3+2 jest wręcz tragiczne. Nie ma czasu na zdobycie doświadczenia, bo choć na praktykach w szkole podstawowej ląduje się już po drugim roku i na sto godzin, to z zerowym niemal stanem wiedzy. Kiedy człowiek zaczyna wreszcie łapać, o co w tym wszystkim chodzi, kiedy uświadamia sobie w końcu empirycznie (bo instynktownie czuje to od początku), że to, co wpajano mu na zajęciach to wierutne bzdury, czas się kończy. Efekt jest taki, że student ląduje z absolutnym mętlikiem w głowie, bo z jednej strony wie, że stosowanie się do wskazówek metodyków może go kosztować kiedyś życie, a z drugiej nie zdążył jeszcze wypracować własnego wachlarza zachowań i poglądów. Na przemyślenia ma zresztą niewiele czasu, bo pół roku później, w czasie przerwy zimowej trafia do gimnazjum. System boloński narzuca szalone tempo - niestety. Godzin praktyk także jest mniej, bo tylko sześćdziesiąt. Na liceum przewidziano już czterdzieści.

Metodycy - teoretycy

Stopniowi przygotowania nauczycieli do pracy w szkole nie sprzyja także kadra wykładowcza, składająca się w dużej mierze z ludzi, którzy nie uczyli wcale lub uczyli bardzo dawno. Łatwo wyobrazić sobie, czym to skutkuje. Teorie wygłaszane przez prowadzących wywołują albo dreszcz przerażenia, albo wręcz przeciwnie - opętańczy uśmieszek. Słowem-kluczem do większości z nich jest KREATYWNOŚĆ. Dzieciaki mają być KREATYWNE, za wszelką cenę. Za cenę chaosu, wrzasków i krwi na ścianie. Zdaje się jednak, że szanownym metodykom-teoretykom, którzy prawdopodobnie nigdy nie doświadczyli takiej kreatywności na własnej skórze, myli się ona z samowolą. Zadziwiający jest tu zwłaszcza przypadek jednej pani, która wręcz szczyciła się tym, że na jej lekcjach (dawno, dawno temu) panował bałagan i że inni nauczyciele przychodzili sprawdzić, czy coś złego się nie dzieje, bo to oznaczało przecież, że na jej zajęciach panuje twórcza atmosfera. Trzeba jednak przyznać, że hasła obwieszczające uwolnienie dzieciętach umysłów z jarzma systemu są chwytliwe i wielu szybko je łyka. O ile jednak młodzi nauczyciele, po pierwszym bananie rozsmarowanym na ścianie, dochodzą do wniosku, że coś tu jest nie tak, o tyle bardziej oporni okazują się rodzice.


Moje dziecko nie jest niegrzeczne. Jest niezależne.

Zdaje się, że rodzice są ostatnio bardziej oczytani w metodycznych nowościach niż nauczycielska kadra. Nie dopuszczają do świadomości, że ich dziecko mogłoby być pospolicie i zwyczajnie niegrzeczne. Nie - skoro rozrabia, to znaczy, że czuje się spętane szkolną rzeczywistością, że nie dorasta ona do jego kreatywności. Jest to dla nauczyciela szczególnie bolesne, bo jak wytłumaczyć takiemu rodzicielowi, że jego pociecha nie uczestniczy w indywidualnym programie nauczania i prócz niej jest w klasie jeszcze trzydziestu równie kreatywnych? Jak utrzymać dyscyplinę, jeśli dzieciak usłyszy w domu, że nie ma się czym przejmować, bo przecież on miał rację, a nauczyciel to miernota i nieudacznik życiowy?


Mój największy życiowy zawód? Zawód nauczyciela.
Czasami zresztą trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Nie jest tajemnicą, że nauczyciele, to najbardziej sfrustrowana grupa społeczna, w dodatku nastawiona roszczeniowo. No bo - bądźmy szczerzy - osiemnaście godzin tygodniowo to jakaś kpina. Ja rozumiem - zeszyty, kartkówki, prace, ale od czego są okienka? Poza tym, wiem z doświadczenia, sprawdzenie trzydziestu prac to około półtorej godziny dla takiego żółtodzioba jak ja. Liczmy zatem, że tydzień jest wyjątkowo intensywny i każda z trzech klas (po tyle mniej więcej mają pod opieką nauczyciele) ma jakieś wypracowanie do napisania. Daje to raptem cztery i pół, w porywach sześć godzin dodatkowo. Razem maksymalnie dwadzieścia cztery. Luzik. Lekcji w liceum miałam więcej, a nie dostawałam za nie ani grosza.
Praca wyjątkowo wymagająca? Tu też nie przesadzajmy. Jedyne, co jest naprawdę męczące, to hałas na korytarzach. Tu już kwestia zwyczajów szkolnych, bo odwiedzałam też podstawówkę, w której zamiast krzyków rozlegały się dźwięki muzyki klasycznej, a dzieciaki spędzały czas siedząc na miękkich kanapach i grając w karty lub po prostu gadając. Prawda jest taka, że większość nauczycieli ma w nosie lekcje i wcale się do nich nie przygotowuje. A ci, którzy to robią, czerpią z tego wyraźną przyjemność.
Pewnie wpływ na taki stan rzeczy ma niezdrowa atmosfera, jaka unosi się wokół tego zawodu, a którą nierzadko podsycają sami nauczyciele. Zwłaszcza starsze pokolenie jest przekonane, że znalazło się w szkole za karę, że uwłacza to ich godności osobistej, ambicjom i możliwościom intelektualnym. Wielu mówi wprost, że tego nienawidzi. 
A przecież być dobrym nauczycielem, zadowolonym z siebie i dumnym z dzieciaków jest bardzo trudno. Co więc uwłaczającego w dążeniu do takiego pułapu?

środa, 6 października 2010

Upierdliwy System Osłabiania Studenta...

...w skrócie USOS. Zmora studentów i pupilek władz uczelnianych. Wydaje się też, że twórcy systemu są z siebie bardzo zadowoleni. Musi tak być, skoro proces uzależniania wszelkich czynności związanych ze studiowaniem od tego badziewia nieustannie postępuje. Szczęście mają ci, którzy za jego pośrednictwem zapisują się jedynie na WF, choć i oni nie mają w życiu łatwo. Dlaczego tak narzekam na to jakże wielkie udogodnienie i ukłon w stronę naszej braci, jakim jest Uniwersytecki System Obsługi Studenta? Proszę bardzo - oto kilka autentycznych przypadków z najbliższego tylko otoczenia znajomych. Przypuszczam, że nietrudno byłoby znaleźć bardziej drastyczne.

Horror na WF-ie

Rejestracja do grup rozpoczyna się równo o północy. Problem w tym, że trzydzieści sekund później nie ma już miejsc dla pierwszego roku. Komu zawiesiła się strona, komu przerwało się połączenie - jego problem. Obowiązuje zasada "kto pierwszy, ten lepszy". A pod spodem jakże pocieszający komunikat, głoszący że niezarejestrowanie się do żadnej z grup grozi niezaliczeniem przedmiotu. I nie zajęli tych miejsc bynajmniej ci, którzy powinni. Zdesperowany pierwszy rok dobija się do odpowiednich drzwi, ale szanowni decydenci wyznaczają im spotkanie w samym środku dnia, w czasie pierwszych zajęć. No bo kogo to obchodzi, że rozpoczynający studia chcieliby się czegoś dowiedzieć, rozejrzeć po uczelni, nie podpaść wykładowcy, że są przerażeni i nie wiedzą jeszcze, na ile mogą sobie pozwolić. Biada temu, kto przyszedł tylko godzinę wcześniej. Obsłużony został w okolicach szesnastej. Nieszczęśnicy zostają wepchnięci tam, gdzie są jeszcze jakieś wolne miejsca. A miejsca - jak nietrudno zgadnąć - są głównie na kulturystyce. Osoba, której opowieść dotyczy, ląduje szczęśliwie na tańcu. Mogło być gorzej, choć WF wciśnięty między inne zajęcia to nie najlepsze rozwiązanie. Ale lepsze to niż dźwiganie ciężarów. Naturalne obawy, jakie mają dziewczyny w związku z podobnymi propozycjami dotyczą proporcji między nimi a facetami. Panie czeka szok, bo oto okazuje się, że jest ich piątka. Reszta to panowie. W dodatku dość słusznych rozmiarów.  Finał tej historii jest taki, że instruktorka informuje grupę, że będą się zajmowali tańcem towarzyskim, nowoczesnym i klasycznym, po czym wybucha dzikim, opętańczym śmiechem.

Siostra latyno-joginka
Wśród tych, którzy trafili do opisywanej grupy, znalazła się też jedna siostra zakonna. Swoją drogą, trudno się siostrzyczce dziwić, że wybrała taniec, skoro alternatywą dla teologii była według USOS-u... joga. Brawo planiści! Cóż za takt! Co za wyczucie!

Ach, bez praktyk to my pani nie chcemy

A to z kolei przypadek z mojego własnego życia. Długo zastanawiałam się, czy ciągnąć drugą specjalizację, bo okazało się, że jeden z przedmiotów nałoży na mnie takie obciążenia, że prawdopodobnie ucierpiałby na tym mój licencjat. Po prostu wykładowca ma zamiar zrealizować pewien projekt i znalazł łosie, które w zamian za zaliczenie zrobią to za niego. W związku z tym odłożyłam robienie praktyk na jesień. Opiekun specjalizacji też nie miał nic przeciwko, mój indeks został przyjęty bez problemów i wydawało mi się, że wszystko jest załatwione. Otóż nie. Okazało się, że praktyki zostały przydzielone  przez system do drugiego roku i koniec. Rozwiązanie było oczywiście banalnie proste i złożyłam oświadczenie o rezygnacji z praktyki. Problem w tym, że USOS nie dopuścił mnie już do pierwszej tury rejestracji. A drugą - trzydniową - rozpoczął z jednodniowym opóźnieniem. Dla osoby, której od ósmej (godzina rozpoczęcia rejestracji) nie ma w domu, bo robi inne praktyki, był to pewien problem.

Obowiązkowe nie dla wszystkich
Limity miejsc na wykłady obowiązkowe to już lekki absurd, zwłaszcza, kiedy dwadzieścia minut po rozpoczęciu rejestracji nie ma już żadnego ze stu osiemdziesięciu przewidzianych miejsc. Przedmiot można zrobić w dowolnym czasie w ciągu trzech lat, problem w tym, że planiści z maniakalnym uporem mi to uniemożliwiali przez cztery kolejne semestry. Pasował mi dopiero teraz. Tyle że ktoś podpowiedział pierwszorocznym, że warto zaliczyć to już na początku. I w ten sposób jest to jedyny wykład z kompletem. Szkoda, że konieczny do zaliczenia studiów.

Z laptopem w szpitalu

Trzeba przyznać, że autorzy systemu zabezpieczyli się na wszelkie możliwe sposoby. Znalazłam na stronie komunikat o tym, że ani nieobecność, ani choroba, ani brak dostępu do komputera i Internetu nie zwalnia studenta z obowiązku zarejestrowania się w wyznaczonych dniach. Można by użyć argumentu, że terminy zostały podane z wyprzedzeniem, z tym, że po drodze ulegały szeregowi zmian, często z dnia na dzień. I co z naprawdę ciężko chorą osobą, przebywającą w szpitalu i mającą na głowie ważniejsze rzeczy, niż USOS? Ale kogo to obchodzi?

Niby wiedziałam, że student jest - żeby nie używać bardziej dostanych słów - gumą, która przykleiła się uczelni do podeszwy, ale przynajmniej ta podeszwa okazywała czasem ludzkie uczucia i miało się chociaż wrażenie, że komuś zależy, zwłaszcza, jeśli trafiało się na tak fantastycznych wykładowców jak część moich. Teraz jednak podeszwa ma twarz USOS-u. Teraz dopiero uświadamiam sobie powoli, że nadepnięta guma, to jednak śmieć.