wtorek, 20 lipca 2010

W łaźni bogów

Nadrabiam zaległości w znajomości klasyki. Tym razem padło na Spirited Away: W Krainie Bogów (Sen to Chihiro no kamikakushi)z 2001 roku, choć nie wzięłam się za oglądanie tego filmu z własnej woli. Nasze przemiłe spotkanie nastąpiło przy okazji zajęć, w trzydziestostopniowym upale i dusznej sali. Niemniej było warto. Naprawdę. I nawet ja - nienależąca do szczególnie gorących entuzjastek kultury mangi i anime - muszę to przyznać.

Nie zaczyna się bardzo obiecująco. Mała Chihiro bardzo przeżywa przeprowadzkę i rozłąkę z przyjaciółmi, nie może zrozumieć, dlaczego kazano jej wszystko porzucić i zamieszkać w innym, obcym i nieznanym miejscu. Podczas sceny jazdy samochodem, jej wrażliwość zostaje ostro skontrastowana z obojętnością rodziców, niepojmujących bólu dziewczynki. Za ostro. Pewnie to przepaść kulturowa, ale scena ta wydała mi się mocno egzaltowana i przesadzona. Zbyt dosłowna, zwłaszcza w porównaniu do subtelności ciągu dalszego.

Żeby jednak nie przyspieszać: rodzinka tradycyjnie myli drogę i trafia na leśną ścieżkę urywającą się nagle i przechodzącą w coś na kształt świątyni czy też pawilonu (absolutnie nie znam się na azjatyckiej architekturze). Ciekawi tego, co też znajduje się w środku, porzucają samochód i - nie zważając na niepokój Chihiro - ruszają przed siebie. Po drugiej stronie pawilonu znajdują opuszczone miasto, które składa się... z samych restauracji. W jednej z nich znajduje się nawet sporo pysznego jedzenia, niepilnowanego, a zatem za darmo. Dziewczynka nie chce jednak jeść. Czuje, że coś jest nie tak... Wymyka się, by obejrzeć miasto i wtedy spotyka Haku - chłopca, który ostrzega ją, że powinna opuścić to miejsce przed zmrokiem. Jest jednak jeden problem. Rodzice Chihiro, za zjedzenie potraw, nieprzygotowanych bynajmniej dla nich, zostają zamienieni w świnie. Aby ich uwolnić, a także uratować własną skórę, dziewczynka musi podjąć się pracy dla Yubaby - czarownicy prowadzącej łaźnię dla... bogów. To nie będzie łatwy chleb.

Dalsza część może zawierać spoilery.

Pomijając nawet fakt, że fabuła wymyka się naszym schematom wyobrażeniowym i nieco szokuje obcą europejskości stylistyką, warto podczas oglądania zwrócić uwagę na kilka szczegółów. Po pierwsze - kwestia imion, czy może raczej kradzieży imienia. Kiedy Yubaba daje Chihiro do podpisania umowę, zmienia jej imię na Sen. To bardzo znaczący moment, bo od tej chwili dziewczynka zacznie zapominać o swoim pierwotnym imieniu, a wkrótce dowie się od Haku, że bez jego znajomości, nie będzie mogła wrócić do domu i uratować rodziców, bo - nadając jej nowe imię - Yubaba zdobywa nad nią władzę. Osobiście przypomniało mi to myśl z Małego Księcia, o tym, że żeby coś oswoić, trzeba to nazwać.Tu sytuacja jest odwrotna - nazwanie powoduje zniewolenie, podporządkowanie własnemu wyobrażeniu. Bardziej pesymistyczne, ale jakby bliższe prawdy.

Drugim wątkiem, który przykuł moją uwagę, była historia Boga Bez Twarzy. Długo, długo się nad nim zastanawiałam. Bo z Bogiem Bez Twarzy jest tak, że pochłania. Wszystko - począwszy od przekąsek, a skończywszy na obsłudze łaźni. Dzieje się tak, gdy skorzysta się z jego oferty, a oferuje on to, czego się akurat pragnie lub potrzebuje. Oczywiście jest samotny i nieszczęśliwy, oczywiście Sen go polubi, kiedy wszyscy inni już się go wystraszą. Próbowałam to jakoś zinterpretować, ale wszystkie moje pomysły rozbijały się o jakiś szczegół. Proste odpowiedzi, takie jak chciwość czy wygoda, wydają się zbyt proste. Poza tym, to przecież inny krąg kulturowy, inny system wartości.

Wreszcie Yubaba i jej siostra Zeniba. Czyli dwie strony medalu, można by powiedzieć. Dwa oblicza tej samej osobowości. Zresztą pada nawet zdanie, że obie siostry się dopełniają. Motyw stary, chciałoby się rzec, ale co z tego? Że zacytuję Stephensona: "co jakiś czas ktoś odkrywa koło". A do tej historii to koło wyjątkowo pasuje, zwłaszcza, że w scenariuszu jest jeden myk, ale jaki - nie powiem ;) Myślę, że oglądając film, można się zorientować.

3 komentarze:

  1. Moim zdaniem jeden z najsłabszych filmów Miyazakiego... :]

    OdpowiedzUsuń
  2. Może, nie znam się absolutnie. Pierwszy, jaki widziałam ;)

    Nie mam więc porównania. Ale bez porównania mi się podobało. Przynajmniej zachęciłaś mnie do drążenia tematu ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. No raczej :P Marsz oglądać co tam tylko Ghibli wypuściło :>

    OdpowiedzUsuń