wtorek, 15 czerwca 2010

Rzecz o fantasy z mózgiem


Ta niepozorna pani po lewej to urodzona w czterdziestym drugim niejaka Carolyn Janice Cherryh, którą najkrócej można określić jako kobietę z mózgiem. Więcej - jako pisarkę z mózgiem, zajmującą się fantastyką, a przyznacie, że to unikalne połączenie. Co prawda pani Cherryh zajmuje się głównie sf, ale zdarzyło się jej popełnić pewien cykl, który udowadnia, że fantasy nie jest - a przynajmniej nie musi być - gatunkiem dla głupków rządnych taniej rozrywki. Mowa oczywiście o cyklu Fortec.

Zainteresowanych samą osobą C. J. Cherryh odsyłam do jej bloga, do którego link umieściłam w VIPowie. Ja zajmę się Fortecami.

Fortece dotarły do mnie za pośrednictwem niejakiej hevi, a liczą sobie cztery (cztery wydane w Polsce, na pięć dostępnych, hrrr...) tomy słusznych, choć nie przesadnych rozmiarów. Żadne Dukajowe lody, ot - pięćset mniej więcej stron. Czyli rozrywka na trochę więcej, niż jeden dzień, bo cykl wydał Zysk i S-ka, a nie Fabryka Słów :P Zresztą, jeśli o mnie chodzi, czytałam Fortece bardzo powoli, ale o tym za chwilę.

Serię otwiera Forteca w źrenicy czasu. I już na początku zostajemy zbombardowani tym, co Kruffa lubi, czyli dopracowanym światem z masą szczegółów i bogatą historią. Cherryh nie boi się wprowadzać czytelnika w tak złożoną rzeczywistość, bo sama się w niej nie gubi, bo ją PRZEMYŚLAŁA. Zbyt często podczas czytania fantasy odnoszę wrażenie, że autor/autorka konstruuje świat, w którym się porusza, dostosowując go do rozwoju fabuły i nie dbając zupełnie o jego spójność. Tu tego nie ma. Co prawda można się trochę przestraszyć wstępu, bo wstępy w tego typu książkach są zwykle przerażające, ale - jeśli ktoś nie jest zainteresowany zgłębianiem arkanów świata - można go sobie podarować. Najważniejsze informacje i tak zostaną powtórzone później.
Opowieść osnuta jest właściwie wokół konfliktu dwóch wielkich czarodziejów - Mauryla i Hasufina. Ten pierwszy nazywany jest zresztą Twórcą Królów, a to z tego względu, że podczas swojego długiego życia zdążył już obalić panowanie dwóch (jeśli się nie mylę) plemion. Teraz okolicą rządzą krewcy Marhanenowie, a sam czarodziej zamknął się w wieży i raczej nie wyściubia z niej nosa. Ale coś zaczyna się kroić (czytelnik długo nie wie, co właściwie, więc będę cicho) i Mauryl postanawia dokonać swojego ostatniego dzieła - zawezwać na ten świat pewną bardzo niebezpieczną duszę... Forma, jaką tworzy, a która miała mu posłużyć do różnych celów, między innymi do walki ze wspomnianym Hasufinem, okazuje się niestety rosłym facetem o... gołębim sercu. Tristen - bo takie imię on otrzymuje - szybko doprowadza Mauryla do szału i rozpaczy. To nie całkiem tak miało wyglądać... Ulubionym zajęciem straszliwej Formy nie miało być raczej czytanie książek i karmienie gołębi. Ale nie ma już odwrotu. Podczas kolejnego ataku Hasufina na wieżę, Mauryl ginie, a Tristen, wyposażony w niemożliwą do odczytania książkę i lustro, wiedziony przez dziwną i dość krnąbrną Sowę, trafia do Zeide - dworu, który jest sceną zmagań Aswyddów, czyli pierwotnych zarządców prowincji, i najstarszego syna króla Ylseiunu Cewfyna Marhanena. Tristenem (któremu z powodu aparycji nikt nie wierzy, kiedy mówi, że właściwie nie nie, co się wokół niego dzieje), szybko zainteresuje się nadworny kapłan - Emuin.

Ponarzekać oczywiście też można, choć w tym wypadku raczej na wydawcę. W Polsce wyszły cztery części cyklu (Forteca w Źrenicy czasu, Forteca Orłów, Forteca Sów, Forteca Smoków). Piątej nie będzie. I już. Mam w planach przeczytanie oryginału w wakacje - jeśli mi się uda, z pewnością o tym wspomnę. W każdym razie, czeka.

Warto przyjrzeć się zwłaszcza dwóm sprawom: sposobowi, w jaki Cherryh buduje fabułę i postaciom cyklu. Jeśli chodzi o pierwszy aspekt, światem - choć fantastycznym - rządzi logika, polityka i kwestie praktyczne. Bohaterowie, wplątani w wojnę, nie zastanawiają się, czy istnieje jakiś supermiecz strzeżony przez armię smoków i okrutną czarownicę (swoją drogą - nie istnieje, to nie ten typ literatury), a raczej debatują nad tym, jak przerzucić wojska z jednego końca kraju na drugi i ponieść jak najmniej strat. Zastanawiają się, jak przechytrzyć przeciwnika, a nie jak go rozsmarować na ścianie. Za to ogromny plus, bo Cherryh popisuje się swoją wirtuozerią w przeplataniu wątków i konstruowaniu intrygi. Do tego dostajemy całą galerię fantastycznych postaci, którym przewodzi oczywiście uroczo naiwny, ale też niebezpieczny Tristen. Moje serce zdobył też Cewfyn. Świetny jest także Emuin - przerażony, uciekający przed odpowiedzialnością, jaką nakłada na niego opieka nad Formą. I rywalizujące o miejsce w Cewfynowym łożu rude Aswyddówny. Potem pojawia się trochę figur miałkich, takich jak Uwen czy Crissand, ale można przymknąć na nich oko. To i tak świetna lektura.

6 komentarzy:

  1. Tak, tak... Kiedyś się za to wezmę. Kiedyś. Wciskacie tę Cherryh gdzie się da i jak się da, a jak się nie da, to i tak o niej wspominacie. :P

    Inna sprawa, że jeśli ostatniego tomu w ogóle ma nie być, to bardzo nieciekawie, bo nie jestem jeszcze na tyle anglojęzyczna, żeby móc przeczytać go w oryginale. :/
    Za małe zainteresowanie cyklem było, że urywają wydawanie go w Polsce?

    Chociaż już widzę, co będzie mi działało na nerwy. ;] Imiona. :D Ja jestem zwichnięta, wiem, ale budzi się we mnie agresor za każdym razem, jak czytam o postaciach, których imion nie umiem wymówić. xD

    Fakt faktem, fantasy z mózgiem zawsze warto przeczytać.

    "Opowieść osnuta jest właściwie wokół konfliktu dwóch wielkich czarodziejów - Mauryla i Hasufina. Ten pierwszy nazywany jest zresztą Twórcą Królów, a to z tego względu, że podczas swojego długiego życia zdążył już obalić panowanie dwóch (jeśli się nie mylę) plemion. Teraz okolicą rządzą krewcy Marhanenowie, a sam czarodziej zamknął się w wieży i raczej nie wyściubia z niej nosa." - zgapiaczka! Zmień imiona i parę lat temu napisałam takie opowiadanie! ;( :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Takie już jesteśmy ;)

    Podobno w Polsce było małe zainteresowanie, bo też autorka niezbyt znana. Wydaje ją głównie Solaris, który nie dba o promocję. A Fortece są publikowane przez Zysk, któremu też nie bardzo chce się bawić w reklamę.

    Imiona - o dziwo - autentyczne, przynajmniej część. Z tym, że jakieś walijskie, staroislandzkie i inne podobne.

    Owszem, warto :)

    No to dawaj to opowiadanie! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. No ja mam nadzieję, że autorka, którą z hevi tak namiętnie wciskacie, nie popełniła swoich bohaterów metodą pijanego kota wypuszczonego na klawiaturę. xD Co nie zmienia faktu, że już widzę, jak będę usiłowała je wymawiać. xD

    A opowiadania nie dam, bo - chociaż do pomysłu jako takiego nadal mam sentyment - jednak opowiadanie fantasy piętnastolatki pozostaje smutnym opowiadaniem fantasy piętnastolatki. xD

    OdpowiedzUsuń
  4. Fraa - u niej na blogu można przeczytać jak to się wymawia XD

    Nie wydają, bo małe zainteresowanie: trochę szokujące, jak się weźmie pod uwagę, że ona jest niesamowicie popularna w stanach. Połowa gatunków sf ma w definicji coś o niej. Idea gwiezdnych wrót? - zrzyna z Morgaine, w WoWie mamy Azeroth, tak, też z Morgaine. Kto zrobił z space opery sf, a nie jakiś badziew w rodzaju epickiej fantasy...? Cherryh. No i taki "Avatar" Camerona... "Przybysz" z fabułą z Pocahontas XD

    Brak reklamy, koszmarne tłumaczenia (wiedziałam, że są złe, ale jak przeczytałam książkę w oryginale to mi się oczy otworzyły - i to w przypadku najlepiej przetłumaczonej serii, czyli "Przybysza"), beznadziejne okładki...

    No i rynek. W Polsce niewiele osób chce czytać ambitną fantastykę. Jej książki są odbierane jako "nudne" bo się nie biega i nie strzela.

    Fraa - ta kobieta zrobiła MAGIĘ, która pozostając MAGIĄ... nadal mi się podoba. Słyszysz? MNIE SIĘ PODOBA. "Cyteen" została przetłumaczona google translate - i nadal widać, że jest godna Hugo, Nebuli i czego tam ona jeszcze nie dostała.

    Nie znosiłam się uczyć angielskiego. Ale nareszcie widzę, że to miało sens :3

    OdpowiedzUsuń
  5. A i jeszcze jedno - Fraa - ten ostatni tom nie stanowi integralnej części, tzn. intryga właściwie się zamyka na 4 ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. No tak, czwóreczka ma taki miły epilog :)

    A z tą niechęcią do ambitnej fantastyki się zgodzę. Najlepszy przykład - popularność wydawnictw FS.

    OdpowiedzUsuń