niedziela, 27 czerwca 2010

Europa. Krajobraz oglądany z byczego grzbietu

Na prośbę hevi i Pingvina. Esej wyprodukowany przy okazji WOK-u, o kulturze, dekonstrukcji, psychoanalizie i takich tam. Nie wprost, ale - mam nadzieję - strawnie.

Produkcja pasztetu i inne nieprzyzwoitości

Pytanie o prywatną europejskość jest w istocie pytaniem o cały proces przetwarzania wnętrza przez wnętrze, a może raczej uwewnętrznionego przez uzewnętrzniające. Zmusza do analizy sfer absolutnie subiektywnych i określenia świadomości przez samą siebie, co okazuje się niemożliwe, jeśli wziąć pod uwagę, że rozważaniu poddana zostaje nie sama struktura myślowa, a jakaś jej interpretacja, której w dodatku nie sposób skonfrontować z rzeczywistością.

Czymże jest bowiem europejskość, jeśli nie punktem widzenia?

Wygląda więc na to, że nie będzie to żadną miarą tekst rzetelny. Zabraknie mu zapewne nie tylko obiektywności, ale nawet tej minimalnej dozy otwartości, która mogłaby mu nadać jakąkolwiek wartość poznawczą. Chyba że przyjąć – co wymaga zresztą zbędnego wysiłku – iż sam efekt jest ciekawszy od procesu jego powstawania. To się sprawdza, ale tylko w przypadku puszki z pasztetem o niesprecyzowanym bliżej składzie, którego lepiej nie znać, a którym raczej nie jestem.

A przynajmniej taką mam nadzieję.

Pozwolę sobie nadmienić, że na tę całą męczącą subiektywność nakłada się także warstwa kurtuazji, indywidualnego sposobu używania języka oraz forma pseudoeseistyczna, wymuszająca przecież filtrowanie i odrzucanie sporej części nieuczesanych myśli. Nie wróży to dobrze obiektywnej jakości rozważań i nie przyczynia się raczej do ich użyteczności. Faktem jest natomiast, że fałsz wydaje się często – zapewne zbyt często – lepszy od prawdy (mnie samej jest przecież łatwiej wierzyć w istnienie materii jako takiej), pozwolę więc sobie na wyprawę w krainę ułudy. Bez niej przecież żadne uzewnętrznianie nie miałoby sensu.

Zatem – Europa to ja.


Tworzywo sztuczne


Europejskość, jak już zostało wspomniane, to punkt widzenia. Klisza lub soczewka. To zbiór motywów i pewien modelowy układ wartości, do którego – chcąc czy nie – trzeba się odnieść, jeśli dorastało się w kulturze naszego niby-kontynentu. Co więcej, nie jest to system klarowny czy choćby stabilny. Można by się w tym miejscu odwołać do toposu labiryntu, jednak tylko po to, by wpaść w logiczną pułapkę i próbować wyjaśnić europejskość przez europejskość. Trudno bowiem o silniej osadzony w helleńskiej spuściźnie motyw.

Niestety, prócz tych trwałych pozornie fundamentów, jest też cały ogromny obszar płynności, która nie dość, że sama ulega zmianom, to jeszcze wymusza coraz to nowe interpretacje tego, co zdaje się ustalone na przestrzeni dziejów.

Takie jest przynajmniej wymaganie stawiane przez europejską aksjologię myśli, nieistniejącej praktycznie bez opozycji. Wszystko jedno, czy będą to kontrasty synchroniczne (międzykulturowe) czy diachroniczne (wewnątrzkulturowe). Być może nawet te drugie, wynikające z napięć między formacjami, są bardziej produktywne. Inną sprawą jest oczywiście jakość tej produkcji, noszącej niekiedy znamiona chorobliwego egocentryzmu. Czym innym jest (i – jak sądzę – mniej szkodliwym) egotyzm refleksji, a czym innym refleksja hedonistyczna. O ile bowiem pierwsze zjawisko prowadzi co najwyżej do pomieszania subiektywnego z obiektywnym, co jest w gruncie rzeczy nieuniknione, o tyle drugie odznacza się szalonym pędem ku własnej przyjemności wynikającej z tryumfu nad dotychczasowym dorobkiem myśli i znalezieniem nowego, bez względu na to, czy ma ono jakikolwiek sens poza świadomością autora, czy nie. I to wszystko – o, ironio – w czasach nazywanych szumnie ponowoczesnością.

W swym naiwnym prawdopodobnie rozumowaniu sądzę, że poszukiwanie nowego nie powinno być tylko grą koncepcjami. Uczciwe, operuje, jeśli nie rzeczywistością, to przynajmniej fenomenami, a zatem próbuje – nawet jeśli nie posiada ku temu narzędzi – dociec jakiejś prawdy, co, jak się zdaje, jest nadrzędnym celem rozumowania. Natomiast odrzucenie jej istnienia unieważnia wszelką myśl, gdyż zmusza do posługiwania się pustymi pojęciami. Jeśli bowiem nie ma prawdy, pojęcie nie odnosi się w istocie do niczego, a raczej nie odnosi się do niczego wypadkowa jego nominalistycznych użyć. A skoro tak, należy odrzucić także ich konwencjonalność i przyjąć, że jakiekolwiek znaczenia są zależne wyłącznie od kontekstu. A jeśli wszystko jest zależne od kontekstu i nic nie ma obiektywnego znaczenia poza samym sobą, dysponujemy jedynie zbiorem pustych elementów, których struktura zależy tylko od kaprysu układającego. Skutkuje to oczywiście kompozycją niemożliwą do odczytania.

Czyli bezsensowną.

Rzecz jasna, nie wyrażam tu naiwnej nadziei, że człowiek – uzbrojony w intelekt – jest w stanie ogarnąć rozumem strukturę wszechświata. Sądzę jedynie, że jakaś prawda istnieje – nawet jeśli nieosiągalna – i celem nadrzędnym każdej myśli jest mozolne się do niej zbliżanie. Jeśli tego wymogu nie spełnia, może stanowić najwyżej estetyczne intelektualnie kłamstwo, przy czym należałoby wyraźnie odróżnić kłamstwo od błędu – wynikającego z tych samych pobudek, co ewentualne kroki na przód.


*


Niezwykle trudno jest poruszać się w kulturze, która daje prymat skrajnemu relatywizmowi z jednej strony i szuka uniwersalizmu z drugiej. Zwłaszcza, że praktycznie nie ma między nimi wyboru, gdyż są paradoksalnie łączone w jedno. A jeśli ktoś nie zgadza się z żadną z tych wizji, niejako z definicji zostaje umieszczony na marginesie głównych prądów myślowych, co samo w sobie jest pewnie cenne, ale dość ryzykowne.

W rezultacie tego połączenia powstaje przedziwna hybryda: jakby złudna dowolność zamknięta w jakiejś ciasnej przestrzeni tego, co poprawne ze względu na swoją uniwersalność. Czyli jest to wolność sztuczna, tak jak cały dyskurs odrzucający istnienie obiektywnej prawdy.

Zatem moja Europa, mimo że refleksyjna, jest też poliestrowa.


Zbiór pusty


W dodatku cierpi na rozdwojenie jaźni.

Problem postulowanej uniwersalności kultury europejskiej jest dość skomplikowany, bo trudno znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich jej odcieni. Chcąc czy nie, trzeba wybierać spośród skrajnych nieraz opcji, dotykających fundamentalnych kwestii i dylematów, których rozstrzygnięcie nadaje kształt wszelkim innym pytaniom o rzeczywistość.

Pojawia się wątpliwość, czy powstały w ten sposób produkt rzeczywiście jest uniwersalny, zwłaszcza, że – co całkiem naturalne – jedna decyzja pociąga za sobą inne, na zasadzie zwyczajnej konsekwencji. W przeciwnym wypadku powstały twór okazałby się wewnętrznie niestabilny i pewnie szybko by się rozpadł. W rezultacie jednak to, co miało stanowić kompromis, coraz bardziej zbliża się do jednej z dostępnych opcji. Niezależnie od jej oceny, trudno mówić tu o jakiejkolwiek uniwersalności.

Gdyby produkt nazywany powszechnie kulturą europejską rzeczywiście dążył do neutralności, mogłoby się okazać, że opiera się na zbiorze pustym albo prawie pustym. Istnieją co prawda pewne motywy rozpoznawane i funkcjonujące w myśleniu niezależnie od ideologicznego punktu wyjścia, jednak ich interpretacja nastręcza już sporych trudności, wynikających głównie z różnic w sposobach postrzegania konwencji.

Wygląda na to, że Zygmunt Freud rzeczywiście należy do najbardziej znaczących postaci w dziejach myśli europejskiej i nie jest w stanie zmienić tego nawet fakt fałszowania wyników jego badań. Zaszczepił w naszych głowach pewien konkretny sposób patrzenia na kulturę, jako na formę zbiorowej terapii. On i jego następcy nadali konwencjom wyższą rangę, pozwalając im przejść drogę od narzędzia komunikacji do narzędzia poznania. To, co stanowiło efekt obserwacji i swoistą syntezę spostrzeżeń, stało się nagle samym procesem. Człowiek zaczął myśleć efektami własnej myśli. A może nie tyle zaczął, co miał zacząć. Wydaje się bowiem, że – wbrew pozorom – taki sposób patrzenia na kulturę, choć powszechny, ma pewną słabość, która uwidacznia się, kiedy jakiś jej przejaw nie stanowi intencjonalnego nawiązania do utrwalonych motywów i nie odtwarza ich schematów. Odbiorca, wykazujący naturalną skłonność do klasyfikowania doznań, na co najlepszym dowodem są choćby pojęcia abstrakcyjne, czuje się wobec nich zagubiony. Wystarczy wtedy jeden, nawet przypadkowy element, pozorna zbieżność ustalona na zasadzie subiektywnych przecież skojarzeń, by przypisać to, co nowe temu, co stare.

Pojawia się pytanie, czy takie pieczołowite dzielenie dorobku kultury na opozycyjne często podgrupy, rzeczywiście powoduje jej uniwersalizację i ułatwia komunikację, czy też raczej ten dorobek zubaża, kładąc nacisk na to, co powtarzalne, a nie na to, co świeże i niejednokrotnie bardziej istotne.

Istnieje oczywiście odwrotny sposób patrzenia na konwencję. Wydaje się on o tyle bezduszny, że odbiera jej prawo do ukrywania prawdy o człowieku i zasadach jego funkcjonowania oraz niebezpiecznie zbliża ją do sfery ludyczności. Przywraca jej jednak status syntezy jednostkowych spostrzeżeń i wykorzystuje ją jako pewien uogólniony znak. Pozwala uruchomić ciąg skojarzeń bez zbędnych objaśnień.

Ten sposób patrzenia zakłada jednak, że nie ma w dziele danego motywu, jeśli nie został on użyty intencjonalnie. W przeciwnym wypadku można mówić co najwyżej o zbieżności wniosków wynikających z obserwacji, w tym także z obserwacji części składowych kultury.

W tym miejscu uwidacznia się chyba najważniejsza różnica w obu sposobach myślenia. W pierwszym, który nazwę umownie „psychoanalitycznym”, powtarzalność pewnych wątków ma związek z zasadami funkcjonowania ludzkiej psychiki. W „ludycznym” wiąże się raczej z wychowaniem w pewnej strukturze myślowej, a zatem w tym przypadku droga od konwencji, do procesu poznania, prowadzi w rezultacie nie tyle do najgłębszych pokładów podświadomości, co raczej do punktu wyjścia – do samej kultury.

Pierwszy sposób wydaje się prawdopodobnie bardziej atrakcyjny i emocjonujący, bo zakłada możliwość poznania tego, co niepoznawalne i – przede wszystkim – niesprawdzalne. Nie tłumaczy jednak w żaden sposób różnic wyobrażeniowych w poszczególnych systemach. Nie uwzględnia też problemu oddzielności rzeczywistości od myśli o niej i zakłada powtarzalność.

Jeśli zatem uniwersalna kultura europejska miałaby się opierać nie na niemożliwych do pogodzenia wartościach, a na zbiorze motywów, mogłoby to oznaczać jej hermetyczne zamknięcie. Przyznam, że przeraża mnie wizja funkcjonowania w świece sklasyfikowanym i oddzielonym sztucznymi, nieprzekraczalnymi granicami.


Centrum – anty-centrum


Kolejnym problemem, jaki napotykam, jest określenie właściwych granic Europy. W sensie geograficznym – choć bardzo umowne – istnieją. W sensie duchowym, właściwie nie. Mówi się co prawda o europeizacji kultury, ale co to tak naprawdę oznacza? Czy rzeczywiście jest tak, że przedstawiciele innych sposobów myślenia przyswajają sobie jakiś ogólny schemat charakterystyczny dla naszego rejonu świata? Co, jeśli to po prostu zbieżność wniosków, a my – Europejczycy, nie radzimy sobie z własnym ego?

Europa w jakiś sposób wyróżniała się zawsze na tle innych kontynentów. Miała dla nich znaczenie jako całość. Często – co wydaje mi się szczególnie interesujące – skojarzenia, jakie budziła, można by nazwać ogólnie mało sympatycznymi. Wystarczy wspomnieć wizerunek naszej kultury w Marmurowym Faunie, wrażenie, jakie zrobiliśmy na Japończykach, gdy nagle zjawiliśmy się u ich brzegu, czy – sięgając po przykład współczesny – stosunek, jaki mają do nas Muzułmanie (tu symptomatyczny jest zwłaszcza przypadek Francji). Zawsze w opozycji. Zawsze odnośnie do. Nigdy jako. W systemie binarnym wciąż jawimy się jako zero. Chyba, żeby uznać, że nieprzyjemny zapach odkrywców Japonii, to jednak wartość dodatnia.

Cała ta opowieść o cuchnących Europejczykach wydaje się jeszcze zabawniejsza, kiedy wspomni się, że mydło posiadali już barbarzyńscy Goci i używali go bynajmniej zgodnie z przeznaczeniem.

Zaistniały stan rzeczy ma swoje źródła prawdopodobnie w tym, czym Europa się szczyci – w dynamicznych przemianach intelektualnych, w ruchliwości prądów myślowych, wywołujących jednak niestabilność i zamazujących ideologiczny obraz kontynentu poza nim, a także w jego wnętrzu. Nie posiadamy centrum.

Mówi się często o dominacji Francji i Niemiec. Zdaje się jednak, że jeśli chodzi kulturę, obraz ten w pewien sposób się załamuje, bo skrajny liberalizm czy nawet libertynizm nie sprzyja tej sferze życia. I nie chodzi tu bynajmniej o szeroko pojętą moralność, a o pewien system wartości, do którego można się odnieść lub który można zanegować. Wolność nie sprawdza się w tej roli najlepiej, kiedy zostaje sprowadzona do pozornego braku zakazów. Pozorność ta prowadzi zresztą do paradoksów i niestabilności, czego wyraźnym przykładem jest francuski dyskurs na temat wyznań i symboli religijnych w miejscach publicznych.

Nie jest to zatem żadne konsolidujące centrum, a raczej anty-centrum, zaprzeczenie kultury, skrajna i niebezpieczna demokratyzacja doprowadzająca do tego, że wzniosłe idee stają się swoimi skarłowaciałymi karykaturami.


Zakończenie


Europa sztuczna, Europa rozbita, Europa praktycznie nieistniejąca.

Piękny obraz, muszę przyznać. Zapewne nierzetelny i skrajnie subiektywny. To właściwie pocieszające – gdyby stanowił ciąg żenujących pomyłek, byłoby lepiej – i dla mnie i dla nieszczęsnej Europy. Nie zmienia to jednak faktu, że trudno poruszać się w takiej kulturze, nawet jeśli miałaby stanowić jedynie kolejny poziom fenomenu nadbudowany na kilku niższych. Trudno utrzymać się na grzbiecie byka, który bez przerwy się potyka.

Ale próbuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz