niedziela, 27 czerwca 2010

Europa. Krajobraz oglądany z byczego grzbietu

Na prośbę hevi i Pingvina. Esej wyprodukowany przy okazji WOK-u, o kulturze, dekonstrukcji, psychoanalizie i takich tam. Nie wprost, ale - mam nadzieję - strawnie.

Produkcja pasztetu i inne nieprzyzwoitości

Pytanie o prywatną europejskość jest w istocie pytaniem o cały proces przetwarzania wnętrza przez wnętrze, a może raczej uwewnętrznionego przez uzewnętrzniające. Zmusza do analizy sfer absolutnie subiektywnych i określenia świadomości przez samą siebie, co okazuje się niemożliwe, jeśli wziąć pod uwagę, że rozważaniu poddana zostaje nie sama struktura myślowa, a jakaś jej interpretacja, której w dodatku nie sposób skonfrontować z rzeczywistością.

Czymże jest bowiem europejskość, jeśli nie punktem widzenia?

Wygląda więc na to, że nie będzie to żadną miarą tekst rzetelny. Zabraknie mu zapewne nie tylko obiektywności, ale nawet tej minimalnej dozy otwartości, która mogłaby mu nadać jakąkolwiek wartość poznawczą. Chyba że przyjąć – co wymaga zresztą zbędnego wysiłku – iż sam efekt jest ciekawszy od procesu jego powstawania. To się sprawdza, ale tylko w przypadku puszki z pasztetem o niesprecyzowanym bliżej składzie, którego lepiej nie znać, a którym raczej nie jestem.

A przynajmniej taką mam nadzieję.

Pozwolę sobie nadmienić, że na tę całą męczącą subiektywność nakłada się także warstwa kurtuazji, indywidualnego sposobu używania języka oraz forma pseudoeseistyczna, wymuszająca przecież filtrowanie i odrzucanie sporej części nieuczesanych myśli. Nie wróży to dobrze obiektywnej jakości rozważań i nie przyczynia się raczej do ich użyteczności. Faktem jest natomiast, że fałsz wydaje się często – zapewne zbyt często – lepszy od prawdy (mnie samej jest przecież łatwiej wierzyć w istnienie materii jako takiej), pozwolę więc sobie na wyprawę w krainę ułudy. Bez niej przecież żadne uzewnętrznianie nie miałoby sensu.

Zatem – Europa to ja.


Tworzywo sztuczne


Europejskość, jak już zostało wspomniane, to punkt widzenia. Klisza lub soczewka. To zbiór motywów i pewien modelowy układ wartości, do którego – chcąc czy nie – trzeba się odnieść, jeśli dorastało się w kulturze naszego niby-kontynentu. Co więcej, nie jest to system klarowny czy choćby stabilny. Można by się w tym miejscu odwołać do toposu labiryntu, jednak tylko po to, by wpaść w logiczną pułapkę i próbować wyjaśnić europejskość przez europejskość. Trudno bowiem o silniej osadzony w helleńskiej spuściźnie motyw.

Niestety, prócz tych trwałych pozornie fundamentów, jest też cały ogromny obszar płynności, która nie dość, że sama ulega zmianom, to jeszcze wymusza coraz to nowe interpretacje tego, co zdaje się ustalone na przestrzeni dziejów.

Takie jest przynajmniej wymaganie stawiane przez europejską aksjologię myśli, nieistniejącej praktycznie bez opozycji. Wszystko jedno, czy będą to kontrasty synchroniczne (międzykulturowe) czy diachroniczne (wewnątrzkulturowe). Być może nawet te drugie, wynikające z napięć między formacjami, są bardziej produktywne. Inną sprawą jest oczywiście jakość tej produkcji, noszącej niekiedy znamiona chorobliwego egocentryzmu. Czym innym jest (i – jak sądzę – mniej szkodliwym) egotyzm refleksji, a czym innym refleksja hedonistyczna. O ile bowiem pierwsze zjawisko prowadzi co najwyżej do pomieszania subiektywnego z obiektywnym, co jest w gruncie rzeczy nieuniknione, o tyle drugie odznacza się szalonym pędem ku własnej przyjemności wynikającej z tryumfu nad dotychczasowym dorobkiem myśli i znalezieniem nowego, bez względu na to, czy ma ono jakikolwiek sens poza świadomością autora, czy nie. I to wszystko – o, ironio – w czasach nazywanych szumnie ponowoczesnością.

W swym naiwnym prawdopodobnie rozumowaniu sądzę, że poszukiwanie nowego nie powinno być tylko grą koncepcjami. Uczciwe, operuje, jeśli nie rzeczywistością, to przynajmniej fenomenami, a zatem próbuje – nawet jeśli nie posiada ku temu narzędzi – dociec jakiejś prawdy, co, jak się zdaje, jest nadrzędnym celem rozumowania. Natomiast odrzucenie jej istnienia unieważnia wszelką myśl, gdyż zmusza do posługiwania się pustymi pojęciami. Jeśli bowiem nie ma prawdy, pojęcie nie odnosi się w istocie do niczego, a raczej nie odnosi się do niczego wypadkowa jego nominalistycznych użyć. A skoro tak, należy odrzucić także ich konwencjonalność i przyjąć, że jakiekolwiek znaczenia są zależne wyłącznie od kontekstu. A jeśli wszystko jest zależne od kontekstu i nic nie ma obiektywnego znaczenia poza samym sobą, dysponujemy jedynie zbiorem pustych elementów, których struktura zależy tylko od kaprysu układającego. Skutkuje to oczywiście kompozycją niemożliwą do odczytania.

Czyli bezsensowną.

Rzecz jasna, nie wyrażam tu naiwnej nadziei, że człowiek – uzbrojony w intelekt – jest w stanie ogarnąć rozumem strukturę wszechświata. Sądzę jedynie, że jakaś prawda istnieje – nawet jeśli nieosiągalna – i celem nadrzędnym każdej myśli jest mozolne się do niej zbliżanie. Jeśli tego wymogu nie spełnia, może stanowić najwyżej estetyczne intelektualnie kłamstwo, przy czym należałoby wyraźnie odróżnić kłamstwo od błędu – wynikającego z tych samych pobudek, co ewentualne kroki na przód.


*


Niezwykle trudno jest poruszać się w kulturze, która daje prymat skrajnemu relatywizmowi z jednej strony i szuka uniwersalizmu z drugiej. Zwłaszcza, że praktycznie nie ma między nimi wyboru, gdyż są paradoksalnie łączone w jedno. A jeśli ktoś nie zgadza się z żadną z tych wizji, niejako z definicji zostaje umieszczony na marginesie głównych prądów myślowych, co samo w sobie jest pewnie cenne, ale dość ryzykowne.

W rezultacie tego połączenia powstaje przedziwna hybryda: jakby złudna dowolność zamknięta w jakiejś ciasnej przestrzeni tego, co poprawne ze względu na swoją uniwersalność. Czyli jest to wolność sztuczna, tak jak cały dyskurs odrzucający istnienie obiektywnej prawdy.

Zatem moja Europa, mimo że refleksyjna, jest też poliestrowa.


Zbiór pusty


W dodatku cierpi na rozdwojenie jaźni.

Problem postulowanej uniwersalności kultury europejskiej jest dość skomplikowany, bo trudno znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich jej odcieni. Chcąc czy nie, trzeba wybierać spośród skrajnych nieraz opcji, dotykających fundamentalnych kwestii i dylematów, których rozstrzygnięcie nadaje kształt wszelkim innym pytaniom o rzeczywistość.

Pojawia się wątpliwość, czy powstały w ten sposób produkt rzeczywiście jest uniwersalny, zwłaszcza, że – co całkiem naturalne – jedna decyzja pociąga za sobą inne, na zasadzie zwyczajnej konsekwencji. W przeciwnym wypadku powstały twór okazałby się wewnętrznie niestabilny i pewnie szybko by się rozpadł. W rezultacie jednak to, co miało stanowić kompromis, coraz bardziej zbliża się do jednej z dostępnych opcji. Niezależnie od jej oceny, trudno mówić tu o jakiejkolwiek uniwersalności.

Gdyby produkt nazywany powszechnie kulturą europejską rzeczywiście dążył do neutralności, mogłoby się okazać, że opiera się na zbiorze pustym albo prawie pustym. Istnieją co prawda pewne motywy rozpoznawane i funkcjonujące w myśleniu niezależnie od ideologicznego punktu wyjścia, jednak ich interpretacja nastręcza już sporych trudności, wynikających głównie z różnic w sposobach postrzegania konwencji.

Wygląda na to, że Zygmunt Freud rzeczywiście należy do najbardziej znaczących postaci w dziejach myśli europejskiej i nie jest w stanie zmienić tego nawet fakt fałszowania wyników jego badań. Zaszczepił w naszych głowach pewien konkretny sposób patrzenia na kulturę, jako na formę zbiorowej terapii. On i jego następcy nadali konwencjom wyższą rangę, pozwalając im przejść drogę od narzędzia komunikacji do narzędzia poznania. To, co stanowiło efekt obserwacji i swoistą syntezę spostrzeżeń, stało się nagle samym procesem. Człowiek zaczął myśleć efektami własnej myśli. A może nie tyle zaczął, co miał zacząć. Wydaje się bowiem, że – wbrew pozorom – taki sposób patrzenia na kulturę, choć powszechny, ma pewną słabość, która uwidacznia się, kiedy jakiś jej przejaw nie stanowi intencjonalnego nawiązania do utrwalonych motywów i nie odtwarza ich schematów. Odbiorca, wykazujący naturalną skłonność do klasyfikowania doznań, na co najlepszym dowodem są choćby pojęcia abstrakcyjne, czuje się wobec nich zagubiony. Wystarczy wtedy jeden, nawet przypadkowy element, pozorna zbieżność ustalona na zasadzie subiektywnych przecież skojarzeń, by przypisać to, co nowe temu, co stare.

Pojawia się pytanie, czy takie pieczołowite dzielenie dorobku kultury na opozycyjne często podgrupy, rzeczywiście powoduje jej uniwersalizację i ułatwia komunikację, czy też raczej ten dorobek zubaża, kładąc nacisk na to, co powtarzalne, a nie na to, co świeże i niejednokrotnie bardziej istotne.

Istnieje oczywiście odwrotny sposób patrzenia na konwencję. Wydaje się on o tyle bezduszny, że odbiera jej prawo do ukrywania prawdy o człowieku i zasadach jego funkcjonowania oraz niebezpiecznie zbliża ją do sfery ludyczności. Przywraca jej jednak status syntezy jednostkowych spostrzeżeń i wykorzystuje ją jako pewien uogólniony znak. Pozwala uruchomić ciąg skojarzeń bez zbędnych objaśnień.

Ten sposób patrzenia zakłada jednak, że nie ma w dziele danego motywu, jeśli nie został on użyty intencjonalnie. W przeciwnym wypadku można mówić co najwyżej o zbieżności wniosków wynikających z obserwacji, w tym także z obserwacji części składowych kultury.

W tym miejscu uwidacznia się chyba najważniejsza różnica w obu sposobach myślenia. W pierwszym, który nazwę umownie „psychoanalitycznym”, powtarzalność pewnych wątków ma związek z zasadami funkcjonowania ludzkiej psychiki. W „ludycznym” wiąże się raczej z wychowaniem w pewnej strukturze myślowej, a zatem w tym przypadku droga od konwencji, do procesu poznania, prowadzi w rezultacie nie tyle do najgłębszych pokładów podświadomości, co raczej do punktu wyjścia – do samej kultury.

Pierwszy sposób wydaje się prawdopodobnie bardziej atrakcyjny i emocjonujący, bo zakłada możliwość poznania tego, co niepoznawalne i – przede wszystkim – niesprawdzalne. Nie tłumaczy jednak w żaden sposób różnic wyobrażeniowych w poszczególnych systemach. Nie uwzględnia też problemu oddzielności rzeczywistości od myśli o niej i zakłada powtarzalność.

Jeśli zatem uniwersalna kultura europejska miałaby się opierać nie na niemożliwych do pogodzenia wartościach, a na zbiorze motywów, mogłoby to oznaczać jej hermetyczne zamknięcie. Przyznam, że przeraża mnie wizja funkcjonowania w świece sklasyfikowanym i oddzielonym sztucznymi, nieprzekraczalnymi granicami.


Centrum – anty-centrum


Kolejnym problemem, jaki napotykam, jest określenie właściwych granic Europy. W sensie geograficznym – choć bardzo umowne – istnieją. W sensie duchowym, właściwie nie. Mówi się co prawda o europeizacji kultury, ale co to tak naprawdę oznacza? Czy rzeczywiście jest tak, że przedstawiciele innych sposobów myślenia przyswajają sobie jakiś ogólny schemat charakterystyczny dla naszego rejonu świata? Co, jeśli to po prostu zbieżność wniosków, a my – Europejczycy, nie radzimy sobie z własnym ego?

Europa w jakiś sposób wyróżniała się zawsze na tle innych kontynentów. Miała dla nich znaczenie jako całość. Często – co wydaje mi się szczególnie interesujące – skojarzenia, jakie budziła, można by nazwać ogólnie mało sympatycznymi. Wystarczy wspomnieć wizerunek naszej kultury w Marmurowym Faunie, wrażenie, jakie zrobiliśmy na Japończykach, gdy nagle zjawiliśmy się u ich brzegu, czy – sięgając po przykład współczesny – stosunek, jaki mają do nas Muzułmanie (tu symptomatyczny jest zwłaszcza przypadek Francji). Zawsze w opozycji. Zawsze odnośnie do. Nigdy jako. W systemie binarnym wciąż jawimy się jako zero. Chyba, żeby uznać, że nieprzyjemny zapach odkrywców Japonii, to jednak wartość dodatnia.

Cała ta opowieść o cuchnących Europejczykach wydaje się jeszcze zabawniejsza, kiedy wspomni się, że mydło posiadali już barbarzyńscy Goci i używali go bynajmniej zgodnie z przeznaczeniem.

Zaistniały stan rzeczy ma swoje źródła prawdopodobnie w tym, czym Europa się szczyci – w dynamicznych przemianach intelektualnych, w ruchliwości prądów myślowych, wywołujących jednak niestabilność i zamazujących ideologiczny obraz kontynentu poza nim, a także w jego wnętrzu. Nie posiadamy centrum.

Mówi się często o dominacji Francji i Niemiec. Zdaje się jednak, że jeśli chodzi kulturę, obraz ten w pewien sposób się załamuje, bo skrajny liberalizm czy nawet libertynizm nie sprzyja tej sferze życia. I nie chodzi tu bynajmniej o szeroko pojętą moralność, a o pewien system wartości, do którego można się odnieść lub który można zanegować. Wolność nie sprawdza się w tej roli najlepiej, kiedy zostaje sprowadzona do pozornego braku zakazów. Pozorność ta prowadzi zresztą do paradoksów i niestabilności, czego wyraźnym przykładem jest francuski dyskurs na temat wyznań i symboli religijnych w miejscach publicznych.

Nie jest to zatem żadne konsolidujące centrum, a raczej anty-centrum, zaprzeczenie kultury, skrajna i niebezpieczna demokratyzacja doprowadzająca do tego, że wzniosłe idee stają się swoimi skarłowaciałymi karykaturami.


Zakończenie


Europa sztuczna, Europa rozbita, Europa praktycznie nieistniejąca.

Piękny obraz, muszę przyznać. Zapewne nierzetelny i skrajnie subiektywny. To właściwie pocieszające – gdyby stanowił ciąg żenujących pomyłek, byłoby lepiej – i dla mnie i dla nieszczęsnej Europy. Nie zmienia to jednak faktu, że trudno poruszać się w takiej kulturze, nawet jeśli miałaby stanowić jedynie kolejny poziom fenomenu nadbudowany na kilku niższych. Trudno utrzymać się na grzbiecie byka, który bez przerwy się potyka.

Ale próbuję.

piątek, 18 czerwca 2010

Hartowane szkło

Zdaję sobie sprawę, że w poście brakuje norweskich znaków diakrytycznych, ale - jak już kiedyś wspominałam - Blogger przy nich wariuje.

Najogólniej rzecz ujmując, gothic metal nie jest tym, co Kruffy lubią najbardziej. Wydaje mi się zwykle - choć zaznaczam wyraźnie, że to moje prywatne odczycie - że to gatunek nieco miałki, jakby prostszy i mniej ciekawy brat symphonicu. Nie oznacza to jednak, że nie ma w tym nurcie niczego interesującego. Jest. I to jakiej klasy.

Tristania to norweski zespół o dość burzliwej historii i bardzo płynnym składzie. Członkowie przychodzą i odchodzą, każdy coś wnosi i zabiera. Nie sprawdzałam dokładnie, ale wydaje mi się, że nie ma dwóch albumów nagranych z tym samym oficjalnym składem (nie liczę muzyków sesyjnych). Taki układ ma sporo plusów, między innymi ten najważniejszy - każda płyta jest inna, więc można przebierać do woli.

Toteż przebrałam.

World of Glass to w historii grupy album przełomowy. Z zespołu odszedł główny kompozytor odpowiedzialny za kształt poprzednich wydawnictw - Morten Veland (swoją drogą, założył potem wybitnie nieudaną i przesłodzoną Sirenię), a na stałe dołączył do składu jeden z moich ulubionych męskich głosów - Osten Bergoy. Zaowocowało to między innymi tym, że muzyka na tym albumie dryfuje sobie swobodnie ku symphonicowi i progressowi. choć jednocześnie nieco łagodnieje. O tym, że rasowy symphonic to nie jest, świadczy głównie słabe i powierzchowne wykorzystanie chórów, które tylko w dwóch (no, może w dwóch i pół) utworach brzmią tak, jak powinny oraz - oczywiście - brak orkiestrowego tła. Tristania stawia raczej na elektronikę, ale trzeba przyznać, że robi to z klasą i wyczuciem, choć nie braknie brzmieniowych eksperymentów. Więcej miejsca otrzymała też Vibeke Stene, uznawana za jeden z najlepszych sopranów w branży. Można by w tym miejscu ponarzekać, że jest to wokal zbyt delikatny, za słodki, ale z drugiej strony bardzo konsekwentny i technicznie doskonały. Pani Stene, za co bardzo ją ceniłam, nie eksperymentowała z emisją, przyjmowała do wiadomości, że jest śpiewaczką klasyczną i nie usiłowała udawać popowej piosenkarki. Poza tym są w tych utworach miejsca, gdzie jej głos brzmi naprawdę niesamowicie i intrygująco.

World of Glass to album mający swój rytm - ciężki i powolny, choć na pierwszy rzut oka, eee... ucha? może wydawać się inaczej. Nie oznacza to jednak, że czasem nie przyspiesza, jak np. w otwierającym całość The Shining Path, które momentami przypomina hevymetalowy hymn, a to za sprawą dość wysokiego growlu, który właściwie trudno nawet z pełną odpowiedzialnością określić growlem. Słabą stroną tej kompozycji są pretensjonalne chóry i ten zarzut będzie powtarzał się niestety dość często. Niemniej jest to jedna z najbardziej dynamicznych piosenek na płycie, dająca coś na kształt energetycznego kopa na później. Następny utwór i znów chóry - tym razem znacznie lepsze, zwłaszcza we wstępie, niezłe także później. No i pojawia się spokojny rytm, maskowany nieco przez growl, ale wyraźnie wyczuwalny. To Wormwood - jedno z miejsc, w których Vibeke brzmi najładniej, zanurzona w spokojnym, gitarowym tle. Plus smyczki, jak zwykle bez zarzutu. Utwór ciekawy brzmieniowo, przyjemny w słuchaniu, kołyszący, choć z pewnością niebędący balladą. Taką prawie balladę otrzymujemy po chwili, choć growlowany wstęp na to nie wskazuje. Tender Trip On Earth to przede wszystkim wspaniały Bergoy i jego głęboki, nieco zrezygnowany głos. Przy nim nawet Vibeke wypada jakoś blado, choć w duecie przy drugiej zwrotce brzmią wybornie. Bardzo ładny utwór, od którego długo nie mogłam się uwolnić. Drażni tylko chóralne wejście po drugim growlu. Nieudane i niepotrzebne. Po tej chwili wytchnienia, słuchacz obrywa najcięższym utworem na płycie. Lost to growl, growl i jeszcze raz growl, plus absolutnie szalone i bardzo przyjemne skrzypce, i odrobina chóru a la Era, który jednak w odpowiednim momencie wyciąga pazur. Bardzo, ale to bardzo podobają mi się tu gitary, zwłaszcza kiedy towarzyszą syczkom. O ile Tender Trip...  była prawie balladą, o tyle następne Deadlocked zasługuje na to określenie w pełni. Bardzo spokojne, płynące w jednostajnym rytmie, kojarzące mi się nieodmiennie z szarym morzem. Nie dzieje się tu wiele, ale mnie to niespecjalnie przeszkadza. Zwłaszcza po Lost. Brawa dla Tristanii za wyczucie. Następne Selling Out to mój ulubiony utwór. Znów Bergoy i znów świetnie brzmiąca Vibeke Stene. Do tego piękne skrzypce, zapadający w pamięć refren i szczypta growlu, który jednak wydaje się jakiś taki... delikatny. I kapitalna praca gitar. Nie ma chórów i bardzo dobrze. Hatred Grows to drugi utwór, przy okazji którego nie będę się czepiać chórów. Choć trochę tu wieje nudą. W tytułowym World of Glass najwyraźniej chyba słychać nieco progressowe zapatrywania Tristanii. Brzmiący jeszcze lepiej niż poprzednio Bergoy i eteryczna Stene prowadzą coś na kształt dialogu, pełnego niespodziewanych zwrotów akcji. Kapitalne, choć jeden (ten pierwszy) z motywów chóru wybitnie nie przypadł mi do gustu. Niemniej, w tym utworze  chórzystki świetniewspółdziałają z growlem. Dużo interesującej elektroniki, choć utwór kończy się jakby za szybko. Ale to może tylko dlatego, że chciałoby się więcej. W drugiej balladzie, coverze utworu Seigmen - The Moder End, Vibeke Stene zostaje na dłuższą chwilę sam na sam z elektroniką i tykaniem zegara. I robi niesamowite wrażenie. Kolejny utwór,od którego długo nie mogłam się uwolnić. I wreszcie deser w postaci Crushed Dreams. To dziwny utwór, odstający nastrojem od pozostałych. Jakby poskładany z kawałków, odłamków szkła, w których odbijają się inne. Jeśli to miało być kompozycyjne nawiązanie do tytułu utworu i tytułu całego albumu - brawa. Jednocześnie jest to kawałek, któremu najbliżej chyba do symfonicznych tasiemców, pojawia się nawet sugestia orkiestry i całkiem dobre chóry. No i świetnie brzmiące wokale, choć growl wydaje się akurat w tym przypadku zupełnie niepotrzebny. Ogólnie jednak to najlepsze, najciekawsze, co serwuje Tristania na World of Glass.

Podsumowując, przyznaję, że nie jest to album szczególnie odkrywczy czy nowatorski. Są jednak na nim fragmenty naprawdę przyjemne, a całości słucha się z pewną muzyczną satysfakcją. Na pewno nie zmienił on mojego życia, nie powalił na kolana, nie przekonał mnie też o wyższości gothicu nad metalowymi symfoniami, ale mimo to miło jest mieć coś takiego na półce i czasem do tego wracać. Jeśli oczywiście jest się odpornym na gothicowo-funeralne brednie. Ja osobiście jestem. Nie mam duszy poety i w muzyce tekst był dla mnie zawsze sprawą drugorzędną. Pierwszorzędny jest wygląd brzmienia, a ta płyta całkiem zgrabnie oscyluje wokół zieleni, bieli i szarości. My, synestetycy tak mamy ;)

wtorek, 15 czerwca 2010

Rzecz o fantasy z mózgiem


Ta niepozorna pani po lewej to urodzona w czterdziestym drugim niejaka Carolyn Janice Cherryh, którą najkrócej można określić jako kobietę z mózgiem. Więcej - jako pisarkę z mózgiem, zajmującą się fantastyką, a przyznacie, że to unikalne połączenie. Co prawda pani Cherryh zajmuje się głównie sf, ale zdarzyło się jej popełnić pewien cykl, który udowadnia, że fantasy nie jest - a przynajmniej nie musi być - gatunkiem dla głupków rządnych taniej rozrywki. Mowa oczywiście o cyklu Fortec.

Zainteresowanych samą osobą C. J. Cherryh odsyłam do jej bloga, do którego link umieściłam w VIPowie. Ja zajmę się Fortecami.

Fortece dotarły do mnie za pośrednictwem niejakiej hevi, a liczą sobie cztery (cztery wydane w Polsce, na pięć dostępnych, hrrr...) tomy słusznych, choć nie przesadnych rozmiarów. Żadne Dukajowe lody, ot - pięćset mniej więcej stron. Czyli rozrywka na trochę więcej, niż jeden dzień, bo cykl wydał Zysk i S-ka, a nie Fabryka Słów :P Zresztą, jeśli o mnie chodzi, czytałam Fortece bardzo powoli, ale o tym za chwilę.

Serię otwiera Forteca w źrenicy czasu. I już na początku zostajemy zbombardowani tym, co Kruffa lubi, czyli dopracowanym światem z masą szczegółów i bogatą historią. Cherryh nie boi się wprowadzać czytelnika w tak złożoną rzeczywistość, bo sama się w niej nie gubi, bo ją PRZEMYŚLAŁA. Zbyt często podczas czytania fantasy odnoszę wrażenie, że autor/autorka konstruuje świat, w którym się porusza, dostosowując go do rozwoju fabuły i nie dbając zupełnie o jego spójność. Tu tego nie ma. Co prawda można się trochę przestraszyć wstępu, bo wstępy w tego typu książkach są zwykle przerażające, ale - jeśli ktoś nie jest zainteresowany zgłębianiem arkanów świata - można go sobie podarować. Najważniejsze informacje i tak zostaną powtórzone później.
Opowieść osnuta jest właściwie wokół konfliktu dwóch wielkich czarodziejów - Mauryla i Hasufina. Ten pierwszy nazywany jest zresztą Twórcą Królów, a to z tego względu, że podczas swojego długiego życia zdążył już obalić panowanie dwóch (jeśli się nie mylę) plemion. Teraz okolicą rządzą krewcy Marhanenowie, a sam czarodziej zamknął się w wieży i raczej nie wyściubia z niej nosa. Ale coś zaczyna się kroić (czytelnik długo nie wie, co właściwie, więc będę cicho) i Mauryl postanawia dokonać swojego ostatniego dzieła - zawezwać na ten świat pewną bardzo niebezpieczną duszę... Forma, jaką tworzy, a która miała mu posłużyć do różnych celów, między innymi do walki ze wspomnianym Hasufinem, okazuje się niestety rosłym facetem o... gołębim sercu. Tristen - bo takie imię on otrzymuje - szybko doprowadza Mauryla do szału i rozpaczy. To nie całkiem tak miało wyglądać... Ulubionym zajęciem straszliwej Formy nie miało być raczej czytanie książek i karmienie gołębi. Ale nie ma już odwrotu. Podczas kolejnego ataku Hasufina na wieżę, Mauryl ginie, a Tristen, wyposażony w niemożliwą do odczytania książkę i lustro, wiedziony przez dziwną i dość krnąbrną Sowę, trafia do Zeide - dworu, który jest sceną zmagań Aswyddów, czyli pierwotnych zarządców prowincji, i najstarszego syna króla Ylseiunu Cewfyna Marhanena. Tristenem (któremu z powodu aparycji nikt nie wierzy, kiedy mówi, że właściwie nie nie, co się wokół niego dzieje), szybko zainteresuje się nadworny kapłan - Emuin.

Ponarzekać oczywiście też można, choć w tym wypadku raczej na wydawcę. W Polsce wyszły cztery części cyklu (Forteca w Źrenicy czasu, Forteca Orłów, Forteca Sów, Forteca Smoków). Piątej nie będzie. I już. Mam w planach przeczytanie oryginału w wakacje - jeśli mi się uda, z pewnością o tym wspomnę. W każdym razie, czeka.

Warto przyjrzeć się zwłaszcza dwóm sprawom: sposobowi, w jaki Cherryh buduje fabułę i postaciom cyklu. Jeśli chodzi o pierwszy aspekt, światem - choć fantastycznym - rządzi logika, polityka i kwestie praktyczne. Bohaterowie, wplątani w wojnę, nie zastanawiają się, czy istnieje jakiś supermiecz strzeżony przez armię smoków i okrutną czarownicę (swoją drogą - nie istnieje, to nie ten typ literatury), a raczej debatują nad tym, jak przerzucić wojska z jednego końca kraju na drugi i ponieść jak najmniej strat. Zastanawiają się, jak przechytrzyć przeciwnika, a nie jak go rozsmarować na ścianie. Za to ogromny plus, bo Cherryh popisuje się swoją wirtuozerią w przeplataniu wątków i konstruowaniu intrygi. Do tego dostajemy całą galerię fantastycznych postaci, którym przewodzi oczywiście uroczo naiwny, ale też niebezpieczny Tristen. Moje serce zdobył też Cewfyn. Świetny jest także Emuin - przerażony, uciekający przed odpowiedzialnością, jaką nakłada na niego opieka nad Formą. I rywalizujące o miejsce w Cewfynowym łożu rude Aswyddówny. Potem pojawia się trochę figur miałkich, takich jak Uwen czy Crissand, ale można przymknąć na nich oko. To i tak świetna lektura.