niedziela, 30 maja 2010

Polonistyczności (cz. 1)

Niejako w odpowiedzi na tekst Fraa o filologach klasycznych (niedzielni klasycy), humanistach i innych takich, choć to pewnie nie ostatni post z tej serii. No bo poloniści też mają swoje problemy i - w dużej mierze - sami są sobie winni. Wizja polonistki w różowym golfiku, czarnej spódniczce, wełnianych rajstopkach i szarym sweterku to nie stereotyp - to często rzeczywistość. Ale sprawa sięga przecież znacznie głębiej, gdyby chodziło o modę cnotki-niewydymki, nie byłoby o czym pisać. Tekst będzie nieskładny, o czym ostrzegam z góry, ale tak sobie dywaguję na bieżąco. Siedzę z laptopem na kolanach i udaję, że myślę.

Studiuję na jednej z dwóch najlepszych podobno polonistyk w kraju, mam więc chyba prawo sądzić, że część z ludzi, których mijam na korytarzu, to przyszła filologiczna elita. A skoro tak, to kiepsko tę przyszłość widzę. Po pierwsze dlatego, że filologia polska jest przez wielu postrzegana jako "studia zawodowe". Skończysz filologię - będziesz nauczycielem. Ostatnio oferta nieco się rozszerzyła (ewentualnie będziesz dziennikarzem, wydawcą albo jakimś bliżej niesprecyzowanym specjalistą od wszystkiego i niczego, którego i tak nikt nie przyjmie do pracy), to fakt, ale całość sprawia wrażenie, jakby ktoś próbował przekonać naród, że są to studia opłacalne. Otóż - nie są. I nigdy nie będą. Jest to wina tak profilu studiów, który - mimo prób "uzawodowienia" - jest raczej dość rozmyty oraz studenckiego motłochu, jaki przyszedł tu, bo coś studiować trzeba, a na polonistyce nie jest podobno tak trudno. I faktycznie - nie jest. To kierunek pochłaniający sporo czasu, ale z zaliczaniem kolejnych egzaminów nie ma większego problemu. Motłoch ten tłoczy się głównie na specjalizacji nauczycielskiej, bo nie ma tam żadnych testów wstępnych, rozmów kwalifikacyjnych i tym podobnych przyjemności. Przyjmują każdego. Stąd wniosek, że kolejne pokolenie nauczycieli będzie prezentowało totalne życiowe niesprecyzowanie i nieudolność. Odejdą jedni memejowaci pedagodzy z koszami na śmieci na głowach i zastąpią ich kolejni - nieco młodsi, sfrustrowani, wyposażeni w totalnie nieżyciową teorię i poczucie przegranego życia. I dziwić się potem stereotypowi nauczyciela-polonisty...

Jasne, nie wszyscy przyszli nauczyciele nie przejawiają żadnych zdolności. Są osoby z nadzwyczajnym talentem, masą pomysłów i zapału, ale wszystko wskazuje na to, że rozbiją się o zwarty mur szkolnej konserwy. Będą się bić przez dwa-trzy lata, ale później dadzą pewnie za wygraną. I przestaną się różnić od ogólnej polonistycznej braci.

Sama też należę do antytalentów w tej materii, choć chyba w nieco innym sensie. Jak to określiła ostatnio prowadząca mnie metodyczka: "pani wpędzi ucznia w depresję". I nie chodzi bynajmniej o to, że jestem wredna, chamska, czy niewyżyta. Po prostu - za bardzo kocham polski, by nie mieć wyśrubowanych wymagań (tak, tak, wygląda na to, że Szatan miała rację). Dałam pałę za wypracowanie, które reszta grupy zgodnie oceniła na trzy (z plusem lub minusem), a to chyba zły znak; preferuję model  autorytarny, który jest aktualnie passe, jestem drobiazgowa, a swoją bytność w nowej grupie zaczynam zazwyczaj od tego, że budzę jakiś niezdrowy lęk (potem się to zmienia, rzecz jasna, ale za nadmierną szczerość trzeba czasem zapłacić), tym bardziej, że większość przyszłych polonistów nie ma za grosz samokrytycyzmu, dystansu do siebie i świata czy humoru. A, i jeszcze większość z nich kompletnie nie łapie ironii. Po prostu - musimy się ze sobą oswajać. Nie chcę być źle zrozumiana - jest tam wielu ludzi przesympatycznych, zadziwiających mnie na każdym kroku, ale stanowią wyraźną mniejszość.

Ludu Duloc - nie jest dobrze...

2 komentarze:

  1. Ha, no czyli na wszystkich filologiach polskich jest tak samo? Bo u mnie analogiczna sytuacja: kierunek bardzo liczny, z czego przeważająca większość to - dla mnie przynajmniej - kuriozalne jednostki, które studiują aby studiować, bo przecież ani toto nie lubi czytać (oj bo dużo tych literków...), ani nie ma pasji uczenia, ani nic. I ponoć specjalizacja nauczycielska też bardzo oblegana, choć podobno (informacje mam z drugiej ręki) ma się to zmienić, bo - olaboga! - mają wprowadzić jakieś WYMAGANIA do dostania się na tę specjalizację. xD
    W każdym razie jak czasem widzę te przyszłe polonistki, to przestaję się dziwić, że nauczycielom zakładają kubły na głowy. Ani autorytetu toto nie ma, ani zapału, ani nadzwyczajnej wiedzy.

    A tak trochę z innej beczki: zauważyłam na uczelniach pewną dziwaczną tendencję do odrywania z filologii polskiej kolejnych specjalności na rzecz rozdmuchiwania ich na oddzielne kierunki. Bibliotekoznawstwo, logopedia, dziennikarstwo... Dla mnie to paranoja. Nie wiem jak dla innych. ;| Ale w takim układzie nic dziwnego, że w powszechnym mniemaniu filolog polski = polonista bez zainteresowań. Za to z kolei na przykład taki dziennikarz (w moim mniemaniu) = oszołom bez stosownego wykształcenia polonistycznego. :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyli dziennikarz robiący straszliwe błędy i niemający zielonego pojęcia o kulturze ;) No tak, u nas wydzielili właśnie bibliotekoznawstwo (a to dziwne, bo specjalizacja jest kameralna, delikatnie mówiąc).

    Tylko z tym brakiem zainteresowań się nie zgodzę, bo nie trzeba robić specjalizacji, żeby rozwijać zainteresowania, prawda? ;) To rzeczywiście tylko stereotyp. Mnie na przykład nie rajcuje w pełni żadna z nich, a i tak się realizuję. Ograniczyłam czytanie kanonu na rzecz koła naukowego, pisania porządnych prac na własne tematy i przesiadywania w czytelni. I jestem spełniona, a kadra zaczyna mówić o mnie "ta pani od demonów" :) Jak dla mnie, specjalizacji mogłoby w ogóle nie być, choć robię dwie, jedną, żeby przy okazji zdobyć konkretny zawód, drugą, bo są na niej do zdobycia kwalifikacje, które miło mieć w CV, a poza tym, część zajęć w jej ramach okazała się całkiem ciekawa.

    OdpowiedzUsuń