poniedziałek, 17 maja 2010

Klucha, czyli gangsterska baśń niekoniecznie dla dwojga

Once upon a time in America (Dawno temu w Ameryce) to klasyk kina gangsterskiego z 1984 w reżyserii Sergio Leone. Skojarzenia, jakie budzi tytuł są jak najbardziej uzasadnione, gdyż jest to wizja niemal baśniowa i malownicza, choć oczywiście niepozbawiona brutalności i pewnej dozy goryczy.

Zaczyna się nasza opowieść w przededniu końca prohibicji, kiedy to gangi na potęgę wyprzedają bimber za bezcen. W wyniku zasadzki, ginie trzech mężczyzn uwikłanych w handel alkoholem: Max, Zezowaty i Patsy. Mafia poszukuje czwartego członka paczki - niejakiego Kluchy (Robert De Niro - i wszystko jasne, prawda?), który wydał kumpli policji. Zabijają jego dziewczynę, katują przyjaciela - Grubego Moe, ale kiedy wreszcie trafiają na trop zdrajcy, temu udaje się uciec i wyjechać. Klucha powraca po trzydziestu pięciu latach, gdy otrzymuje list, z którego wynika, że mafia i tak wie, gdzie się ukrywał i że lepiej byłoby dla niego, gdyby załatwił pewne sprawy...

Przyznać należy, że tę wstępną część filmu ogląda się dość ciężko, bo pełen jest nie do końca zrozumiałych scen, których znaczenie wyjaśnia się dopiero z czasem, a także zbyt melancholijnych i zbyt długich ujęć, które wleką się tak, że nie rekompensuje tego nawet jedna z najbardziej znanych ścieżek dźwiękowych Enniego Morricone. Na szczęście dalej jest już lepiej - melancholijnie nadal, ale efekt zostaje osiągnięty w zupełnie inny sposób. Jest sentymentalnie, bo film skonstruowano w dużej mierze na zasadzie Proustowskiej Magdalenki - kolejne miejsca czy zdarzenia wyzwalają w bohaterze ciągi skojarzeń i wspomnienia. Cofamy się zatem aż do miejsca, w którym splatają się drogi nastoletnich łobuzów: Kluchy, Maxa, Zezowatego, Patsy'ego oraz Dominica. Za dużo zdradzać nie chcę, ale według mnie, to najlepsza część filmu, wyzwalająca silne emocje i wprowadzająca tę baśniowość, która bardzo udanie będzie się snuła gdzieś na drugim planie przez całość opowieści, a która wypłynie znów w zakończeniu - niestety zupełnie je psując.

Najmocniejszym punktem filmu - prócz naprawdę kapitalnego aktorstwa - są postaci. Niejednoznaczne, mocne, zapadające w pamięć. Pozwolę sobie na krótkie refleksje:

Klucha (Noodles)

Zarówno Robert De Niro jak i Scott Tiler stworzyli wspólnymi siłami postać tak złożoną i niejednoznaczną, że aż boję się z nią mierzyć. Ale spróbuję.

Davida, zwanego powszechnie Kluchą poznajemy w chwili, w której nawalony opium niemal do nieprzytomności, usiłuje zapomnieć o tym, do czego przed chwilą doprowadził - o śmierci kumpli z dzieciństwa. W ostatniej chwili, ostrzeżony przez właścicieli chińskiego teatru, w którym przebywa, ucieka przed szukającą zemsty mafią. To on będzie wspominał dawne czasy i to jego punkt widzenia stanie się osią dla rekonstrukcji wydarzeń, które doprowadziły do tragicznego finału.

Kiedy akcja cofa się do lat dwudziestych, poznajemy Kluchę jako przywódcę młodzieżowego gangu, w którego skład wchodzą także Cockeye, Patsy i najmłodszy Dominic. Spotkanie z ambitnym Maxem, marzącym o niezależności od lokalnych grup przestępczych, zmieni życie ich wszystkich. Kilka wydarzeń sprawia, że chłopców zaczyna łączyć głęboka przyjaźń, silniejsza nawet niż nieszczęśliwa miłość Kluchy do Deborah - siostry Grubego Moe - którą ma w zwyczaju podglądać przez dziurę w ścianie.

David to jedna z tych postaci, które w jednym momencie się uwielbia, a które w następnej minucie robią coś takiego, że budzą jedynie zażenowanie i niechęć. To człowiek pełen sprzeczności - szlachetny, zdawałoby się, kierujący się twardymi zasadami z jednej, a brutalny i nieubłagany z drugiej strony. Liryczny i chamski. Czasem masz ochotę wskoczyć mu do łóżka, a czasem skopać jaja. Po prostu.

Max

Kiedy Max spotyka Kluchę po raz pierwszy, są bliscy pozabijania się, ale - jak to zwykle bywa w takich przypadkach - wkrótce zaczyna ich łączyć przyjaźń. Szorstka, z czasem coraz trudniejsza, ale jednak silna. Różnią się charakterami i ambicjami, a także, jak się dość szybko okazuje, poglądami. Klucha ceni sobie wolność. Max jest początkowo tego samego zdania, ale wkrótce uznaje, że każdy środek jest dobry, by dojść do celu. Nawet, jeśli wiąże się to z wchodzeniem w konszachty z mafią i politykami.


Ta postać zyskuje z każdą kolejną sceną, a kiedy w jej charakterze pojawia się rys obsesyjny, wprost nie można oderwać od niej wzroku. Staje się takim hipnotycznym furiatem, nieprzewidywalnym i przez to jakoś fascynującym, choć muszę przyznać, że Rusty Jacobs grający nastoletniego Maxa bardziej do mnie przemawiał niż James Woods, który sprawia momentami takie wrażenie, jakby znajomość nieudanego zakończenia przeszkadzała mu w naturalnym przekazaniu emocji Maxa. Przyznać jednak należy, że ataki furii w jego wykonaniu są, no... przerażące.

Deborah

Chyba moja ulubiona postać. A na pewno ulubiona postać kobieca, choć Peggy też ma swój urok (kto widział, ten wie ;] ). Mała Żydówka, która od samego początku wie, czego chce i spełni swoje marzenia o zostaniu aktorką, co mogę zdradzić, bo widz dowiaduje się o tym już na początku filmu.

Deborah jest siostrą Grubego Moe, który - choć oficjalnie nie należy do gangu Maxa i Noodlesa, staje się ich wspólnikiem i powiernikiem pewnego bardzo ważnego klucza. Beznadziejna i jedyna miłość Kluchy, która za bardzo świadoma jest własnej wartości i talentu, by wiązać się z łobuzem z ulicy. Dla kariery aktorskiej gotowa - jak się okaże - poświęcić bardzo wiele. Kobieta z jajem. Już od pierwszej sceny widać jej silną osobowość, choć i tu bardziej podobała mi się Deborah-dziecko, niż Deborah dorosła. Scena, w której czyta Noodlesowi Pieśń nad Pieśniami, to jedne z najwspanialszych dialogów filmu.


Z innych postaci godnych uwagi, mogłabym wymienić jeszcze Peggy - młodocianą prostytutkę o ciętym języku, Grubego Moe - pociesznego, ale lojalnego przyjaciela i Dominica, który wnosi do "dziecięcej" części filmu sporo ciepła i humoru. W ogóle Dawno temu w Ameryce to wspaniały popis dziecięcych aktorów, którzy nie raz kradną show gwiazdom. To także zbiór kapitalnych scen (wspomniana Pieśń nad Pieśniami, czy moment, w którym Patsy postanawia podarować Peggy ciastko), od dramatycznych, po zabawne, jak choćby "figle" młodocianego gangu. W pamięć zapada też ostatnie ujęcie, rekompensujące słabą i dość pretensjonalną końcówkę. No i muzyka. Któż nie zna motywu, jaki wygrywa jeden z chłopców na fletni Pana? Na uwagę zasługuje też doskonale oddany proces przemian. Ameryka laat dwudziestych wygląda inaczej, niż ta z lat trzydziestych, a ta z trzydziestych niemal nie przypomina widoków lat sześćdziesiątych.

Trzeba zobaczyć, nawet jeśli pierwsze dwadzieścia minut trochę za bardzo się wlecze, a przewidywalna końcówka rozczarowuje.

2 komentarze:

  1. Zdecydowanie bardziej podobała mi się ta część "młodociana", niż ta "dorosła". :) W tych dorosłych partiach... Nie, nawet nie tak: dorosłe partie też dzielą się na "dorosłe" i "stare". No więc najmniej mi przypadły do gustu te partie "stare", kiedy Klucha szlaja się z kąta w kąt i wspomina. Z jednej strony fajne: kolejne miejsca/elementy wywołuja łańcuch wspomnień. Magdalenka, w istocie. Ale jak dla mnie, troszku się to ciągnęło. Co innego cała przeszłość, podczas której fantastycznie były pokazane zarówno wewnętrzne przemiany bohaterów, jak i nieuniknione przemiany w ich wzajemnych stosunkach.
    No i dzieci grały fantastycznie. Nawet ten najmłodszy. Jak nie cierpię dzieci, tak w scenie z tekstem "potknąłem się" autentycznie się wzruszyłam.

    Tak czy tak, film jest prześwietny i naprawdę warto obejrzeć. :)
    Sama nie miałam tyle czasu, żeby obejrzeć cały za jednym posiedzeniem, więc miałam poszatkowane chyba na trzy seanse. xD Ale warto, warto. :)

    PS. Nie cierpiałam Deborah. :P Co innego Peggy - Peggy była kozacka. :D (przypomniało mi się, jak wszamał to ciastko na schodach... urzekające :) )

    PS 2. Od paru dni noszę się z zamiarem napisania o "Dawno temu w Ameryce", a Ty mi to bezczelnie podbierasz. :P No trudno. Odłożę to na nieco dalszą przyszłość w takim razie, żeby nie było, że zgapiam. ;]

    OdpowiedzUsuń
  2. Taa... Peggy ;] Scena z tym policjantem jest przeboska XD I spotkanie w kibelku. Piękne XD

    I też mnie coś chwyciło za gardło przy "potknięciu"... I w ogóle całej tej scenie, aż do więzienia.

    Przepraszam, że podebrałam ^^ Jestem na bakier z kinem, ale klasykę gangsterską mam jako-tako opanowaną, więc padło na Kluchę ;)

    Tylko to zakończenie... Albo jestem za głupia i nie zrozumiałam, albo było kiepskie, zupełnie jakby z innego filmu.

    OdpowiedzUsuń