niedziela, 30 maja 2010

Polonistyczności (cz. 1)

Niejako w odpowiedzi na tekst Fraa o filologach klasycznych (niedzielni klasycy), humanistach i innych takich, choć to pewnie nie ostatni post z tej serii. No bo poloniści też mają swoje problemy i - w dużej mierze - sami są sobie winni. Wizja polonistki w różowym golfiku, czarnej spódniczce, wełnianych rajstopkach i szarym sweterku to nie stereotyp - to często rzeczywistość. Ale sprawa sięga przecież znacznie głębiej, gdyby chodziło o modę cnotki-niewydymki, nie byłoby o czym pisać. Tekst będzie nieskładny, o czym ostrzegam z góry, ale tak sobie dywaguję na bieżąco. Siedzę z laptopem na kolanach i udaję, że myślę.

Studiuję na jednej z dwóch najlepszych podobno polonistyk w kraju, mam więc chyba prawo sądzić, że część z ludzi, których mijam na korytarzu, to przyszła filologiczna elita. A skoro tak, to kiepsko tę przyszłość widzę. Po pierwsze dlatego, że filologia polska jest przez wielu postrzegana jako "studia zawodowe". Skończysz filologię - będziesz nauczycielem. Ostatnio oferta nieco się rozszerzyła (ewentualnie będziesz dziennikarzem, wydawcą albo jakimś bliżej niesprecyzowanym specjalistą od wszystkiego i niczego, którego i tak nikt nie przyjmie do pracy), to fakt, ale całość sprawia wrażenie, jakby ktoś próbował przekonać naród, że są to studia opłacalne. Otóż - nie są. I nigdy nie będą. Jest to wina tak profilu studiów, który - mimo prób "uzawodowienia" - jest raczej dość rozmyty oraz studenckiego motłochu, jaki przyszedł tu, bo coś studiować trzeba, a na polonistyce nie jest podobno tak trudno. I faktycznie - nie jest. To kierunek pochłaniający sporo czasu, ale z zaliczaniem kolejnych egzaminów nie ma większego problemu. Motłoch ten tłoczy się głównie na specjalizacji nauczycielskiej, bo nie ma tam żadnych testów wstępnych, rozmów kwalifikacyjnych i tym podobnych przyjemności. Przyjmują każdego. Stąd wniosek, że kolejne pokolenie nauczycieli będzie prezentowało totalne życiowe niesprecyzowanie i nieudolność. Odejdą jedni memejowaci pedagodzy z koszami na śmieci na głowach i zastąpią ich kolejni - nieco młodsi, sfrustrowani, wyposażeni w totalnie nieżyciową teorię i poczucie przegranego życia. I dziwić się potem stereotypowi nauczyciela-polonisty...

Jasne, nie wszyscy przyszli nauczyciele nie przejawiają żadnych zdolności. Są osoby z nadzwyczajnym talentem, masą pomysłów i zapału, ale wszystko wskazuje na to, że rozbiją się o zwarty mur szkolnej konserwy. Będą się bić przez dwa-trzy lata, ale później dadzą pewnie za wygraną. I przestaną się różnić od ogólnej polonistycznej braci.

Sama też należę do antytalentów w tej materii, choć chyba w nieco innym sensie. Jak to określiła ostatnio prowadząca mnie metodyczka: "pani wpędzi ucznia w depresję". I nie chodzi bynajmniej o to, że jestem wredna, chamska, czy niewyżyta. Po prostu - za bardzo kocham polski, by nie mieć wyśrubowanych wymagań (tak, tak, wygląda na to, że Szatan miała rację). Dałam pałę za wypracowanie, które reszta grupy zgodnie oceniła na trzy (z plusem lub minusem), a to chyba zły znak; preferuję model  autorytarny, który jest aktualnie passe, jestem drobiazgowa, a swoją bytność w nowej grupie zaczynam zazwyczaj od tego, że budzę jakiś niezdrowy lęk (potem się to zmienia, rzecz jasna, ale za nadmierną szczerość trzeba czasem zapłacić), tym bardziej, że większość przyszłych polonistów nie ma za grosz samokrytycyzmu, dystansu do siebie i świata czy humoru. A, i jeszcze większość z nich kompletnie nie łapie ironii. Po prostu - musimy się ze sobą oswajać. Nie chcę być źle zrozumiana - jest tam wielu ludzi przesympatycznych, zadziwiających mnie na każdym kroku, ale stanowią wyraźną mniejszość.

Ludu Duloc - nie jest dobrze...

niedziela, 23 maja 2010

Mitologie słowiańskie, kultura ludowa - mały przegląd

Chyba mogę już to powiedzieć - siedzę w mitologii słowiańskiej i demonologii ludowej, przynajmniej półdupkiem. Moje kolejne prace zahaczają o tę tematykę, zaczynam być z nią kojarzona, więc chcąc czy nie dysponuję pewnym katalogiem nazwisk, nad którymi warto się zatrzymać. Przedstawię kilka propozycji, bardzo różnych zarówno pod względem charakteru jak i wagi naukowej, więc pewnie każdy coś dla siebie znajdzie.


Encyklopedia demonów państwa Barbary i Adama Podgórskich to propozycja najlżejsza, zbudowana na zasadzie słownika, w którym można szybko znaleźć interesujące hasło, przydatna raczej przy czytaniu niż przy samodzielnym tworzeniu. Niemniej warta przejrzenia. Niestety - popularno-naukowy charakter pozycji sprawił chyba, że autorzy nie zagłębili się w materię szczególnie dokładnie i dlatego, choć bibliografia jest naprawdę dobra i imponująca, zdarzają się w Encyklopedii wpadki sporego kalibru, jak na przykład utożsamianie Swaroga ze Swarożycem (Swarożyc jest raczej synem Swaroga, na co wskazuje sufiks -yc, patrz np. Bożyc = Syn Boży, a także kilka bardzo czytelnych przekazów).


W wielbionej przeze mnie serii Communicare wyszło jakiś czas temu wznowienie klasycznej Mitologii Słowian Aleksandra Gieysztora. To pozycja absolutnie obowiązkowa, jeśli ktoś szuka rzetelnej wiedzy, osadzonej mocno w kontekstach historycznych i religioznawczych. Co prawda nieprzyzwyczajonym do naukowego stylu pisania, ta pozycja może wydawać się przyciężka, bo szczególnie porywającego stylu Gieysztor nie prezentuje, ale to chyba najlepsze i najbardziej rzetelne źródło, na jakie zdarzyło mi się trafić. Zresztą większość późniejszych opracowań powołuje się właśnie na tę Mitologię.



Aleksander Bruckner (wiem, że jest z błędem, ale przy wklejaniu znaczków specjalnych, blog wariuje) to nazwisko, które wywołuje gęsią skórkę u większości polonistów. Niemniej warto przełamać trochę osobiste urazy do tego pana i zajrzeć do Mitologii słowiańskiej i polskiej. Jest tu wszystko, z czego słynie Bruckner, a zatem hiperkrytycyzm, uznawanie jednych teorii za bardziej prawdopodobne od innych na nie całkiem jasnych zasadach i dziewiętnastowieczny sposób pisania, ale też naprawdę olbrzymia wiedza i czujność. Bruckner - z racji swojej profesji (filologia słowiańska) - podchodzi do sprawy zupełnie inaczej niż Gieysztor i szuka raczej w językoznawstwie niż historii, co sprawia, że obaj panowie świetnie się uzupełniają i tam, gdzie jeden niedomaga, natychmiast wkracza drugi.


Kazimierz Moszyński to mój absolutny faworyt, a jego Kultura ludowa Słowian to pozycja, nad którą mogę siedzieć godzinami i nadal nie będę miała dość. Całość to dwa tomy, a każdy podzielony jeszcze na dwie części, co daje w sumie cztery opasłe tomiska. Nas interesują dwa ostatnie, opisujące kulturę duchową.Wszystko to, co w dziewiętnastowiecznej szkole etnograficznej najlepsze, czyli otrzymujemy po prostu opowieść człowieka, który jeździł po świecie słowiańskim, zbierał opowieści, powiedzenia, pieśni i zabobony i spisywał. A całość podszyta jeszcze ogromną erudycją autora, czyli porównaniami do wierzeń innych ludów indoeuropejskich, dywagacjami językoznawczymi i religioznawczymi. Coś pięknego, zwłaszcza, że - co rzadko spotykane we współczesnej etnografii - Moszyński często cytuje relacje z pierwszej ręki, co daje też pewien pogląd na gwary i chłopski sposób patrzenia na świat. Czytany z Gieysztorem i Brucknerem otwiera naprawdę nowe perspektywy patrzenia na system wierzeń słowiańskich (ja sama dokonałam dwa dni temu pewnego drobnego odkrycia na temat Peruna właśnie dzięki tej pozycji). Baaardzo polecam. Moja mała miłość.

W kręgu upiorów i wilkołaków Bohdana Baranowskiego to kolejna przeurocza pozycja, pełna naprawdę niesamowitych relacji dotyczących szczegółów zwyczajów ludowych i nie rezygnująca jednocześnie z rzetelności i erudycji. Jeśli ktoś jest ciekaw, co zrobić, by zostać wilkołakiem albo jak załatwić strzygę, by nie wylazła z grobu i nie zaczęła nas gonić, koniecznie powinien tu zajrzeć. Ubawiłam się doskonale. Świat ludowych wierzeń przedstawiony przez Baranowskiego jest dość brutalny i krwawy, ale też niezwykle barwny i żywy, zwłaszcza, że logika każdego zwyczaju zostaje szczegółowo objaśniona i osadzona w szerszym kontekście, niekiedy wykraczającym poza krąg słowiański.


Stanisław Urbańczyk to jeden z najoryginalniejszych i najodważniejszych autorów zajmujących się tym tematem. Właściwie w każdej jego pozycji znajduje się coś nowego, rzucającego inne, zaskakujące światło na wierzenia Słowian. To raczej lektura dla zaawansowanych i głębiej zainteresowanych tematem, niemniej Dawni Słowianie - wiara i kult zawiera wiele ciekawych sugestii, z którymi warto się zapoznać, chociażby z tego względu, że nie biorą się znikąd, a mogą wywrócić do góry nogami potoczne pojmowanie np. hierarchii bóstw słowiańskich, czy etymologii niektórych imion.



Polska demonologia ludowa Leonarda J. Pełki to kolejna pozycja, którą bardzo lubię i która zajmuje specjalne miejsce w mojej prywatnej biblioteczce. Można ją właściwie czytać na dwa sposoby: jako słownik demonów (znacznie bardziej szczegółowy i rzetelny niż Encyklopedia demonów państwa Podgórskich) lub jako całościowy projekt badawczy, bo też nie jest to książka bezmyślnie kompilująca informacje zawarte gdzie indziej, a sięgająca do źródeł i na ich podstawie wyciągająca wiele nowych wniosków, niespotykanych nigdzie indziej. Skutkuje to oczywiście sporą ilością statystyk i porównań, ale warto przedrzeć się przed spisy i liczby, bo za nimi kryje się pasjonujący i barwny świat. To, co w Demonologii... szczególnie cenne, to rozdziały początkowe, przedstawiające proces wzajemnego oddziaływania na siebie chrześcijaństwa i pogaństwa.

To oczywiście nie wszystkie pozycje warte przejrzenia. Wybrałam jednak te najłatwiej dostępne i najbardziej kompletne. Gdyby jednak ktoś chciał czegoś więcej, chętnie podrzucę to i owo, ot choćby dziewiętnastowieczne dzieła polskich etnografów czy katalog de Plancy, są to jednak rzeczy wymagające nieco większego wysiłku.

poniedziałek, 17 maja 2010

Klucha, czyli gangsterska baśń niekoniecznie dla dwojga

Once upon a time in America (Dawno temu w Ameryce) to klasyk kina gangsterskiego z 1984 w reżyserii Sergio Leone. Skojarzenia, jakie budzi tytuł są jak najbardziej uzasadnione, gdyż jest to wizja niemal baśniowa i malownicza, choć oczywiście niepozbawiona brutalności i pewnej dozy goryczy.

Zaczyna się nasza opowieść w przededniu końca prohibicji, kiedy to gangi na potęgę wyprzedają bimber za bezcen. W wyniku zasadzki, ginie trzech mężczyzn uwikłanych w handel alkoholem: Max, Zezowaty i Patsy. Mafia poszukuje czwartego członka paczki - niejakiego Kluchy (Robert De Niro - i wszystko jasne, prawda?), który wydał kumpli policji. Zabijają jego dziewczynę, katują przyjaciela - Grubego Moe, ale kiedy wreszcie trafiają na trop zdrajcy, temu udaje się uciec i wyjechać. Klucha powraca po trzydziestu pięciu latach, gdy otrzymuje list, z którego wynika, że mafia i tak wie, gdzie się ukrywał i że lepiej byłoby dla niego, gdyby załatwił pewne sprawy...

Przyznać należy, że tę wstępną część filmu ogląda się dość ciężko, bo pełen jest nie do końca zrozumiałych scen, których znaczenie wyjaśnia się dopiero z czasem, a także zbyt melancholijnych i zbyt długich ujęć, które wleką się tak, że nie rekompensuje tego nawet jedna z najbardziej znanych ścieżek dźwiękowych Enniego Morricone. Na szczęście dalej jest już lepiej - melancholijnie nadal, ale efekt zostaje osiągnięty w zupełnie inny sposób. Jest sentymentalnie, bo film skonstruowano w dużej mierze na zasadzie Proustowskiej Magdalenki - kolejne miejsca czy zdarzenia wyzwalają w bohaterze ciągi skojarzeń i wspomnienia. Cofamy się zatem aż do miejsca, w którym splatają się drogi nastoletnich łobuzów: Kluchy, Maxa, Zezowatego, Patsy'ego oraz Dominica. Za dużo zdradzać nie chcę, ale według mnie, to najlepsza część filmu, wyzwalająca silne emocje i wprowadzająca tę baśniowość, która bardzo udanie będzie się snuła gdzieś na drugim planie przez całość opowieści, a która wypłynie znów w zakończeniu - niestety zupełnie je psując.

Najmocniejszym punktem filmu - prócz naprawdę kapitalnego aktorstwa - są postaci. Niejednoznaczne, mocne, zapadające w pamięć. Pozwolę sobie na krótkie refleksje:

Klucha (Noodles)

Zarówno Robert De Niro jak i Scott Tiler stworzyli wspólnymi siłami postać tak złożoną i niejednoznaczną, że aż boję się z nią mierzyć. Ale spróbuję.

Davida, zwanego powszechnie Kluchą poznajemy w chwili, w której nawalony opium niemal do nieprzytomności, usiłuje zapomnieć o tym, do czego przed chwilą doprowadził - o śmierci kumpli z dzieciństwa. W ostatniej chwili, ostrzeżony przez właścicieli chińskiego teatru, w którym przebywa, ucieka przed szukającą zemsty mafią. To on będzie wspominał dawne czasy i to jego punkt widzenia stanie się osią dla rekonstrukcji wydarzeń, które doprowadziły do tragicznego finału.

Kiedy akcja cofa się do lat dwudziestych, poznajemy Kluchę jako przywódcę młodzieżowego gangu, w którego skład wchodzą także Cockeye, Patsy i najmłodszy Dominic. Spotkanie z ambitnym Maxem, marzącym o niezależności od lokalnych grup przestępczych, zmieni życie ich wszystkich. Kilka wydarzeń sprawia, że chłopców zaczyna łączyć głęboka przyjaźń, silniejsza nawet niż nieszczęśliwa miłość Kluchy do Deborah - siostry Grubego Moe - którą ma w zwyczaju podglądać przez dziurę w ścianie.

David to jedna z tych postaci, które w jednym momencie się uwielbia, a które w następnej minucie robią coś takiego, że budzą jedynie zażenowanie i niechęć. To człowiek pełen sprzeczności - szlachetny, zdawałoby się, kierujący się twardymi zasadami z jednej, a brutalny i nieubłagany z drugiej strony. Liryczny i chamski. Czasem masz ochotę wskoczyć mu do łóżka, a czasem skopać jaja. Po prostu.

Max

Kiedy Max spotyka Kluchę po raz pierwszy, są bliscy pozabijania się, ale - jak to zwykle bywa w takich przypadkach - wkrótce zaczyna ich łączyć przyjaźń. Szorstka, z czasem coraz trudniejsza, ale jednak silna. Różnią się charakterami i ambicjami, a także, jak się dość szybko okazuje, poglądami. Klucha ceni sobie wolność. Max jest początkowo tego samego zdania, ale wkrótce uznaje, że każdy środek jest dobry, by dojść do celu. Nawet, jeśli wiąże się to z wchodzeniem w konszachty z mafią i politykami.


Ta postać zyskuje z każdą kolejną sceną, a kiedy w jej charakterze pojawia się rys obsesyjny, wprost nie można oderwać od niej wzroku. Staje się takim hipnotycznym furiatem, nieprzewidywalnym i przez to jakoś fascynującym, choć muszę przyznać, że Rusty Jacobs grający nastoletniego Maxa bardziej do mnie przemawiał niż James Woods, który sprawia momentami takie wrażenie, jakby znajomość nieudanego zakończenia przeszkadzała mu w naturalnym przekazaniu emocji Maxa. Przyznać jednak należy, że ataki furii w jego wykonaniu są, no... przerażące.

Deborah

Chyba moja ulubiona postać. A na pewno ulubiona postać kobieca, choć Peggy też ma swój urok (kto widział, ten wie ;] ). Mała Żydówka, która od samego początku wie, czego chce i spełni swoje marzenia o zostaniu aktorką, co mogę zdradzić, bo widz dowiaduje się o tym już na początku filmu.

Deborah jest siostrą Grubego Moe, który - choć oficjalnie nie należy do gangu Maxa i Noodlesa, staje się ich wspólnikiem i powiernikiem pewnego bardzo ważnego klucza. Beznadziejna i jedyna miłość Kluchy, która za bardzo świadoma jest własnej wartości i talentu, by wiązać się z łobuzem z ulicy. Dla kariery aktorskiej gotowa - jak się okaże - poświęcić bardzo wiele. Kobieta z jajem. Już od pierwszej sceny widać jej silną osobowość, choć i tu bardziej podobała mi się Deborah-dziecko, niż Deborah dorosła. Scena, w której czyta Noodlesowi Pieśń nad Pieśniami, to jedne z najwspanialszych dialogów filmu.


Z innych postaci godnych uwagi, mogłabym wymienić jeszcze Peggy - młodocianą prostytutkę o ciętym języku, Grubego Moe - pociesznego, ale lojalnego przyjaciela i Dominica, który wnosi do "dziecięcej" części filmu sporo ciepła i humoru. W ogóle Dawno temu w Ameryce to wspaniały popis dziecięcych aktorów, którzy nie raz kradną show gwiazdom. To także zbiór kapitalnych scen (wspomniana Pieśń nad Pieśniami, czy moment, w którym Patsy postanawia podarować Peggy ciastko), od dramatycznych, po zabawne, jak choćby "figle" młodocianego gangu. W pamięć zapada też ostatnie ujęcie, rekompensujące słabą i dość pretensjonalną końcówkę. No i muzyka. Któż nie zna motywu, jaki wygrywa jeden z chłopców na fletni Pana? Na uwagę zasługuje też doskonale oddany proces przemian. Ameryka laat dwudziestych wygląda inaczej, niż ta z lat trzydziestych, a ta z trzydziestych niemal nie przypomina widoków lat sześćdziesiątych.

Trzeba zobaczyć, nawet jeśli pierwsze dwadzieścia minut trochę za bardzo się wlecze, a przewidywalna końcówka rozczarowuje.

piątek, 14 maja 2010

"Bohater Beznadziejny"

Zaczynam dział z opisami stron, które wiszą w linkach, a które warto odwiedzić.

Bohater Beznadziejny niejakiej Galeny to przeurocze post-apo dryfujące sobie swobodnie na falach Neuroshimy, jednakże na tyle niekanoniczne, że nie trzeba o tym pamiętać. A nawet zdaje się to niewskazane. Bo też jest to wizja pełna naturalnego i oryginalnego wdzięku. Spora w tym zasługa narratora, a raczej narratorów, gdyż zabawa z punktami widzenia to jeden ze znaków rozpoznawczych Galeny. Podobnie jak wisielczy humor, któremu jednak daleko od głupkowatości czy nachalności, co wynika pewnie z tego, że zawiera się w sprawnym operowaniu językiem, a nie waleniu się pałkami po głowie. Pozwolę sobie może na cytat:

Jednooki przełknął głośno ślinę, wpatrując się w zakończenie lufy, które jakimś cudem uniknęło różowej farby, a które zagrażało rejonom znacznie cenniejszym dla każdego mężczyzny niż jakaś tam głowa.

Prawda, że ładne? Niby niewiele, a jednak człowiek się uśmiecha.
Jeśli chodzi o bohaterów, nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale są nimi: indywiduum w irokezie i jego towarzyszka o urodzie niejakiej pani Bellucci. Indywiduum nazywa się Billem i jest właśnie owym tytułowym Bohaterem Beznadziejnym, wplątanym w aferę, do której wybitnie się nie nadaje. I tu znów cytat:

Bill Jestem. Bill Rachunek. Co, skąd mi się ten Rachunek wziął? No... pracowałem kiedyś w takiej knajpie, wiesz, zupełnie wypaśna, nawet z gościami, co noszą w te i we wte talerze i rachunki dają. No fajnie było, tyle że raz się trafił taki palant, co rozwalił się na miejscu, gdzie zwykle siadali ci z najbardziej wypasionymi brykami, co jeżdżą tak...a co ja tam będę mówił. Po prostu gość zachowywał się tak, że nóż się sam w kieszeni otwierał. Klął, pluł na podłogę, a ja z rana z miotłą latałem. Ale przegiął, gdy zaczął dobierać do panienki na cholernym stole. Wziąłem mu strzeliłem w łeb, bo przecież kobiety, to należy szanować, nie?

Oj, należy. Zwłaszcza, jeśli tą kobietą jest Oczko: kompilacja seksu, tumiwisizmu i ogólnej niechęci wobec świata w jednym.
Szkoda, że na blogu znajduje się na razie tak niewiele, bo osobiście miałam okazję czytać więcej i wiem, że historia się rozkręca tak pod względem czysto rozrywkowym jak i literackim. Pozostaje czekać.

Jeśli chodzi natomiast o wady "BB", to są nimi - paradoksalnie - drobne niezręczności językowe, zdarzające się tu i ówdzie, jak choćby ta z opisu czekolady, nad którą - mimo porażki w publicznej batalii - nadal nie mogę przejść obojętnie.

W każdym razie, polecam z czystym sumieniem ;)

piątek, 7 maja 2010

Utytłani Goci* kontra Biały Jeleń

* "Utytłani Goci" są oczywiście kartą z "Munchkina", pewnej rozkosznej karcianki, która od dłuższego już czasu stanowi gwóźdź programu zlotów pewnego forum ;)

Znowu będzie o średniowieczu, ale wczoraj po raz kolejny zostałam porażona bezdenną głupotą, operującą uproszczeniami, które przyzwoitemu człowiekowi nie przeszłyby przez gardło. A rzecz będzie o higienie (choć rozmowa, o której wspomniałam, dotyczyła czegoś innego).

Utarło się w zbiorowej świadomości, że kiedy barbarzyńcy zrównali Rzym z ziemią, na świecie zapanowały brud, syf, kiła i mogiła. Że nagle wszystkim zaczęły śmierdzieć nogi, że koszule rozpadały się na nich ze starości, zęby wypadały tuzinami, a po rzadkich i - oczywiście - tłustych włosach skakały radośnie wszy. Nie ukrywam, że od dłuższego czasu prowadzę krwawą krucjatę przeciwko temu krzywdzącemu wyobrażeniu (wiem, że niektóry boleśnie to odczuli, jeśli czymś uraziłam - przepraszam), bo nie mogę wprost znieść świadomości, że cuchnące średniowiecze wymyślono dopiero w renesansie (który, nota bene, żadnym "renesansem" nie był, ale o tym kiedy indziej) i że wiara w nie jest nadal tak żywa.

Ale może oddam po prostu głos faktom.

Zacznę od rzeczy znanych powszechnie, przynajmniej tak sądzę. Kiedy do Jagiełły (czy też Jogaiłły) przybyli posłowie z Polski z zamiarem złożenia mu wiadomej propozycji z niejaką Jadwigą w roli głównej, książę przyjął ich w łaźni, gdyż to stanowiło oznakę najwyższego szacunku i zaufania (tej drugiej zależności chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć ;] ). A skoro posiadał łaźnię, to chyba z niej korzystał, prawda? Tak jak Bolesław Chrobry, który miał w zwyczaju zażywać kąpieli parowych wraz ze swoimi dworzanami, a tym którzy mu zaleźli za skórę szorował plecy (za pomocą witek, oczywiście) z takim zawzięciem, że trzeba ich było wynosić na noszach.

To z naszej historii, a jeśli chodzi o dzieje powszechne, można wskazać chociażby na Celtów. Okazuje się bowiem, że ci brudni, nieokrzesani barbarzyńcy posiadali... pastę mydlaną, którą dość szybko zamieniono na mydło w kostce, znacznie wydajniejsze i łatwiejsze w użyciu. Niemowlęta kąpano dwa razy dziennie, a dorośli zbierali się w miejskich łaźniach, których w Paryżu znalazło się na przykład dwadzieścia sześć. I nie mówimy tu wcale o czasach Chlodwiga czy Karola Wielkiego, kiedy to można by podejrzewać wspomniane przybytki o bycie nieużywaną pozostałością po czyściochach z Imperium Rzymskiego, a o XII, XIII wieku. Kąpano się także w domach, w wodzie lub parze.

Także wizję stołu zastawionego brudnymi naczyniami, nad którymi unoszą się chmary much też można włożyć między bajki, z tego względu, że większość potraw spożywano na chlebie. Jeśli z kolei zajrzelibyśmy do "kosmetyczki" średniowiecznej damy, znaleźlibyśmy tam takie specyfiki, jak na przykład mleczko migdałowe czy lotiony, niekiedy o działaniu przeciwzmarszczkowym (!), a także inne mikstury powodujące wzrost gęstej czupryny czy wybielanie zębów.

Daje do myślenia, prawda? Może zatem średniowiecze nie śmierdziało aż tak bardzo? Może nawet śmierdziało mniej, niż współczesne gimnazjum.