wtorek, 27 kwietnia 2010

Ballada o psich resztkach

Ostrzegam, że osobom nieposiadających szczekającego czworonoga, tekst może wydać się niesmaczny.

Sama się sobie dziwię, ale sprzątam po swoim psie. A wierzcie mi - jest co zbierać. Może to solidarność z tymi, którzy musieliby potem czyścić swoje buty albo tymi, którzy chcąc spędzić czas na ławce, zostają zmuszeni do ewakuacji z powodu nieziemskiego smrodu. Ale na pewno nie robię tego z powodu medialnych kampanii czy mandatów. Bo za wyrzucenie psiej kupy do śmietnika też mogę dostać mandat. Serio. Wystarczy, że kubeł nie jest wyłożony workiem. A większość kubłów nie jest. Jasne, mogę paradować przez całą okolicę, wymachując - za przeproszeniem - gównianym pakunkiem w poszukiwaniu "przystosowanego" kosza. Tylko że wtedy ludzie mijają mnie z obrzydzeniem i mierzą znacząco. Ja się dla nich poświęcam, a oni mi nóż w plecy. No dobrze.

Jakiś czas temu chcieli nam nawet wyznaczyć specjalną "ubikację" dla psów (czyli po prostu kawałek trawnika) - jeden na spore miasto, jakieś półtora godziny spaceru od mojego domu. Gdyby to zrobili, wyprowadzanie psa gdziekolwiek indziej w celu, hm... defekacji, byłoby nielegalne. A jaką ja mam gwarancję, że pies mi się nie złoży po drodze? Mam go nieść na rękach? Trzydzieści kilo?

Inną sprawą jest ekologia. Psia kupa spłynie z deszczem. Psia kupa w plastikowym worku nie. Psia kupa w plastikowym worku będzie leżała setki lat. Jasne - istnieje papierowa alternatywa, ale kosztuje mniej więcej dychę za kilka - dosłownie kilka - sztuk. A pies robi do trzech klocków dziennie.

Tak więc sprzątam po swoim psie, ale robię to wbrew naturze i trochę wbrew sobie. Czasem odnoszę nawet wrażenie, że wbrew wszystkim naokoło.

Oczywiście istnieje rozwiązanie. Są kraje, w których - co przeczytałam ostatnio w jednej z gazet - służby porządkowe posiadają "odkupiacze", czyli po prostu specjalne odkurzacze do zbierania psich ekskrementów. Sprzęt jest drogi? Jasne, ale gdyby zaprzestać kręcenia głupich spotów i drukowania ulotek, które leżą sobie u weterynarzy i których i tak nikt nie zabiera, byłoby nas na to stać. Inną - prawdopodobnie tańszą, choć na krótką metę - alternatywą jest przełamanie monopolu pewnych firm na produkcję psiego sprzętu i wypuszczenia na rynek tanich papierowych worków z makulatury. Tylko że wtedy nadal pozostaje problem koszy na śmieci, które są nie tylko "nieprzystosowane", ale których jest przede wszystkim ZA MAŁO.

Wniosek jest prosty - autorzy psich przepisów nie posiadają własnych czworonogów. Prawdopodobnie oglądają je tylko na obrazku. Albo mają głęboko w poważaniu to, co sami napisali. W każdym razie nie wierzę, by którykolwiek z nich przetestował w praktyce własne pomysły.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Pienia duszy wołowej

Em... Witam. Pozazdrościłam takich eklektycznych blogów pannom hevs i Fraa (linki obok). Kiedyś już prowadziłam coś podobnego, ale zniknęło z powierzchni ziemi (Internetu) podczas mojej wyprowadzki z onetowych blogasków. W każdym razie, nie ma tego w Googlach, a ponieważ Google (cytuję) "spełniają funkcje ontologiczne", nie ma tego w ogóle.

Będzie kruffasto, a zatem sporo bredni na różne tematy, coś o literaturze (w tym także o internetowych opowiadaniach i blogach, które warto obejrzeć), coś o wyjcach i waleniu w garnki, coś o malarstwie, coś o przejściach z biszkoptowym potworem. Mniej o filmie. Bo film jakoś mi nie leży.

Mam nadzieję, że będzie regularnie. Co tydzień, a przynajmniej tak jest w planach.

Żeby było ładniej, podeprę się Rosettim. Wiem, wiem, nie ma żadnego związku z postem, ale go lubię.